Reklama

Mam głowę pełną nowych melodii

2017-07-05 09:47

Rozmawia Artur Stelmasiak
Niedziela Ogólnopolska 28/2017, str. 20-21

Artur Stelmasiak
Ks. prał. Wiesław Kądzielą

Z ks. prał. Wiesławem Kądzielą – autorem słynnych pieśni religijnych, m.in. „Panie dobry jak chleb”, kompozytorem wielu pieśni do słów bp. Józefa Zawitkowskiego, członkiem redakcji Mszy św. radiowej nadawanej co tydzień z bazyliki świętego Krzyża w Warszawie przez Program I Polskiego Radia – rozmawia Artur Stelmasiak

ARTUR STELMASIAK: – Ile Ksiądz skomponował pieśni sakralnych?

KS. PRAŁ. WIESŁAW KĄDZIELA: – Jest tego ponad setka.

– Wśród nich prawdziwym hitem jest „Panie dobry jak chleb”. Ale nie wszyscy wiedzą, że to Ksiądz skomponował „Panie, zmiłuj się nad nami”, które zostało wykonane setki milionów razy. Zapytam więc przewrotnie: Czy Ksiądz jest bogaty?

– (Śmiech) Rozbawił mnie Pan tym pytaniem. Mój dziadek, który nauczył mnie śpiewania i miłości do muzyki, często powtarzał słowa św. Pawła: „Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują”.

– Czyli Ksiądz dopiero czeka na wynagrodzenie?

– Ja to robię z miłości do Pana Boga i Kościoła. Ta miłość jest również moim bogactwem, którego nikt mi nie zabierze. Zostałem obdarzony łaską i korzystam z niej jako człowiek, chrześcijanin i ksiądz.

– A antyklerykałowie mówią, że księża wszystko robią dla pieniędzy i uciskają bidny lud. Ksiądz jest zaprzeczeniem tej tezy, bo na rynku komercyjnym mógłby być milionerem.

– (Śmiech) Żadnych tantiem nie pobieram i bardzo się z tego cieszę. Radość sprawia mi sam fakt, że moje pieśni są śpiewane i przybliżają ludzi do Pana Boga. To dla mnie najlepsza zapłata. Od lat współpracuję z bp. Józefem Zawitkowskim, który pisze teksty za darmo. Razem stwierdziliśmy, że są w Kościele ważne tematy i wydarzenia, które trzeba ośpiewać.

– Ksiądz komponował, ale także prowadził śpiew podczas wszystkich pielgrzymek św. Jana Pawła II w Warszawie. A jak Ksiądz pamięta wybór kard. Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową?

– Wtedy byłem w seminarium i doskonale pamiętam naszą wielką radość. Tak szaleliśmy, że urwaliśmy jedyny czynny dzwon w naszym kościele.

– (Śmiech) A co Ksiądz robił w seminarium 6 lat po swoich święceniach kapłańskich?

– W swojej jedynej parafii – pw. św. Anny w Wilanowie posługiwałem przez 2 lata, a później wola władzy była inna. I jak ponownie trafiłem w 1974 r. do seminarium, to już tu zostałem.

– Uziemili Księdza?

– W pewnym sensie można tak powiedzieć. Doskonale pamiętam swoją rozmowę z prymasem Polski kard. Stefanem Wyszyńskim. Zapytał mnie, jak wyobrażam sobie swoją dalszą pracę duszpasterską. Odpowiedziałem, że moje powołanie wyrosło w duszpasterstwie młodzieży i najlepiej czuję się w pracy z młodzieżą. Prymas powiedział wówczas: – Synku, skończyłeś studia muzyczne i co by było, gdyby biskup zażądał od ciebie czegoś innego niż praca w duszpasterstwie młodzieży? Odpowiedziałem, że niech się dzieje wola nieba... (śmiech).

– Nadal pracował więc Ksiądz z młodzieżą...

– Zostałem prefektem kleryków oraz uczyłem ich muzyki i śpiewu. Oprócz tego zająłem się duszpasterstwem lektorów. Ponowne przyjście do seminarium było pięknym czasem, bo byłem niewiele starszy od kleryków i bardzo dobrze ich rozumiałem. Do tej pory mam kontakt z młodzieżą i nadal zajmuję się formacją lektorów w archidiecezji warszawskiej.

– Prymas Wyszyński był synem organisty. Czy znał się na muzyce i doceniał jej rolę w Kościele?

– Oczywiście, że tak. Dlatego posłał mnie do seminarium, abym zajmował się m.in. formacją muzyczną przyszłych kapłanów. Pamiętam, jak w 1978 r. śpiewaliśmy w katedrze po łacinie ciemne Jutrznie podczas Triduum Paschalnego. Prymas pochwalił nas, że śpiewaliśmy bardzo dobrze, ale wziął mnie na rozmowę. Powiedział wówczas, że idą nowe czasy i za rok mamy zaśpiewać jutrznie w języku polskim. Kazał mi jechać do benedyktyna o. Placyda Galińskiego, który tłumaczył teksty liturgiczne. Ja miałem napisać do nich muzykę.

– Dziękuję Księdzu, że przynajmniej Litania do Wszystkich Świętych podczas święceń kapłańskich w archikatedrze warszawskiej nadal jest śpiewana po łacinie. Język łaciński, moim zdaniem, o wiele bardziej pasuje do uroczystości i oddaje powagę chwili. Taka litania jest bardziej majestatyczna, a i tak każdy wszystko rozumie bez tłumaczenia.

– Cieszę się, że są ludzie, którzy to doceniają. Sami klerycy proszą mnie, aby ta szczególna modlitwa była śpiewana po łacinie. Oni leżą krzyżem na ziemi, a my modlimy się za nich tak samo, jak modlono się przed wiekami.

– Z których utworów jest Ksiądz najbardziej dumny?

– Z pieśni maryjnych: „Błogosławiona jesteś, Maryjo” i utworu, który napisałem dla Matki Bożej Ostrobramskiej – „O, Miłosierna z Ostrej Bramy”.

– Kiedy Ksiądz zaczął komponować?

– Komponowałem już wcześniej, gdy byłem na studiach muzycznych, i później jako kleryk. Niektóre moje pieśni z tego okresu nadal są wykonywane. Powstały wówczas m.in.: wspomniana pieśń „Błogosławiona jesteś, Maryjo”, pieśń wielkanocna „Zmartwychpowstał Pan prawdziwie” i adwentowa „Oto Pan przybywa”. Wówczas też powstała moja kompilacja Hymnu o miłości św. Pawła „Przykazanie nowe daję wam”.

– Ale wrócę do pieśni „Panie dobry jak chleb”, która obchodzi swoje 30. urodziny. Ta pieśń istnieje dla mnie od zawsze, bo właśnie w 1987 r. uczyłem się jej przed przystąpieniem do I Komunii św. Ona bardzo weszła w liturgię i świadomość polskiego Kościoła. Rozmawiałem ostatnio z osobą, która twierdziła, że pieśni tej uczyła się przed swoją I Komunią św. w 1980 r.

– Też słyszałem takie opowieści. Najlepiej mój dorobek muzyczny oraz dorobek liturgiczny ks. Jana Miazka podsumowali klerycy, gdy zostaliśmy honorowymi kapelanami Ojca Świętego. Podczas laudacji alumni powiedzieli, że jest to wyróżnienie dla ks. Miazka za to, że był ceremoniarzem podczas wprowadzenia Cudownego Obrazu Matki Bożej w 1382 r. na Jasną Górę. A ja zostałem doceniony za muzykę do Bogurodzicy, której słowa napisał bp Zawitkowski. Dzięki temu Polacy zwyciężyli pod Grunwaldem... (śmiech).

– A jak się zaczęła współpraca z ks. Józefem Zawitkowskim i jak trafiliście obaj do redakcji Mszy św. radiowych w kościele świętego Krzyża?

– Z ks. Zawitkowskim poznaliśmy się w latach 70. ubiegłego wieku, kiedy to organizowaliśmy, wówczas nielegalnie, obozy dla lektorów z archidiecezji warszawskiej. Gdy komuniści w 1980 r. zgodzili się na Msze św. radiowe, to kard. Wyszyński skierował mnie, abym zajął się oprawą muzyczną. Z tamtego starego składu redakcji zostałem dziś tylko ja.

– Pieśni religijne w okresie PRL-u miały wielką moc. Były silniejsze od słowa mówionego i towarzyszyły ludziom w trudnych chwilach.

– Tak. Szczególnie pieśni z okresu XIX-wiecznych powstań narodowych. Ale przypomnę, że na prośbę bp. Władysława Miziołka dopisałem 3. zwrotkę do pieśni „Boże, coś Polskę”, a cenzura się nie zorientowała. Nie zgadzano się na drukowanie w śpiewniku słów „Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie”, a ludzie i tak je śpiewali. Zakaz obejmował też słowa innej pieśni: „My chcemy Boga w książce, w szkole”. Tej zwrotki nie można było drukować i oficjalnie śpiewać.

– A czy cenzura interweniowała podczas Mszy św. radiowych?

– Często musieliśmy się tłumaczyć, co dziś wydaje się zabawne. Pamiętam, że mieli pretensje np. o słowa „Słuchaj, Jezu, jak Cię błaga lud/ słuchaj, słuchaj, uczyń z nami cud”. To była prawdziwa walka na słowa.

– Ostatnio wspólnie z innymi tygodnikami wydaliśmy śpiewniki na Boże Ciało. Czy takie akcje są potrzebne, czy Polacy śpiewają i potrafią śpiewać?

– Bardzo potrzebne, bo część ludzi nie zna tekstów i kultura śpiewania zanika. Kiedyś muzyka była bardziej rozpowszechniona. Dziś jest coraz więcej ludzi, którzy tylko słuchają, ale sami się nie angażują. Umiejętność śpiewania drastycznie zanika. Słyszę to często przez okno w nocy, gdy pijani ludzie wydzierają się na Krakowskim Przedmieściu. Najprostszego „Sto lat” nie potrafią zaśpiewać, aż uszy bolą.

– Ja w pracy dziennikarskiej rozmawiam z ludźmi, obserwuję rzeczywistość i ją opisuję, czasami komentuję. Ale to mi się wydaje proste w porównaniu z pisaniem muzyki, to dla mnie zupełna alchemia. Jak powstaje muzyka?

– Czytam tekst i staram się wejść w jego nastrój, a muzyka sama przychodzi. Mam głowę pełną melodii, które są jeszcze niewykorzystane. Dzięki mojemu dziadkowi mam w głowie bardzo dużo muzyki ludowej z okolic Opoczna. Ta muzyka wychodziła z kościołów. Ich melodia opowiada o świecie mistycyzmu i pobożności. Ja po prostu pielęgnuję i odtwarzam klimaty muzyczne, które wryły się w moje serce.

– Czy prawdziwą muzykę sakralną może napisać człowiek niewierzący?

– Chyba nie. Oczywiście, niewierzący może skomponować muzykę poprawną warsztatowo, ale byłaby ona daleka od tego, co jest istotą muzyki sakralnej. Trzeba żyć sacrum, aby tworzyć muzykę, która będzie ludzi prowadzić do Boga.

– Podczas naszej rozmowy przypomniałem sobie, że w tej samej seminaryjnej rozmównicy przeprowadziłem wywiad z ks. prof. Ryszardem Rumiankiem, rektorem UKSW, który zginął 10 kwietnia 2010 r. pod Smoleńskiem...

– Był moim kolegą seminaryjnym.

– I moim uśmiechniętym profesorem, którego wszyscy moi znajomi ciepło wspominają.

– Ja teraz mieszkam w mieszkaniu po Ryśku... On przeczuwał, że coś może się stać. Był dumny, że prezydent go zaprosił, ale jednocześnie bardzo się bał tej podróży. Chyba był przygotowany na najgorsze, bo przed wylotem 10 kwietnia zostawił na biurku swój testament... (Długa cisza). Dwa lata później okazało się, że jego ciało zostało zamienione.

– Przez te siedem lat sporo pisałem na ten temat i często zadaję sobie pytania o przyczyny oraz sens tej gigantycznej tragedii. Na pokładzie było wiele osób, które miałem zaszczyt osobiście poznać. Wiem, że trzeba zrobić wszystko, aby przyczyny tej katastrofy zostały wyjaśnione, bo naszego zaniechania nie wybaczą nam następne pokolenia. Dla nich ten dzisiejszy jazgot będzie zupełnie niezrozumiały. Jeden z warszawskich księży profesorów powiedział mi, że katastrofę trzeba wyjaśnić, bo inaczej czeka nas „narodowe skundlenie”.

– Niestety, już jesteśmy po części skundleni... Ratunkiem jest dla nas modlitwa.

Tagi:
wywiad rozmowa

Reklama

Poprawność polityczna rządzi światem

2019-07-16 11:47

Rozmawia Włodzimierz Rędzioch
Niedziela Ogólnopolska 29/2019, str. 38-39

magna-carta.it
Eugenio Capozzi

Czym jest poprawność polityczna, dlaczego wyklucza się jej przeciwników i dlaczego nienawidzi ona chrześcijaństwa. Na pytania Włodzimierza Rędziocha odpowiada prof. Eugenio Capozzi

WŁODZIMIERZ RĘDZIOCH: – Jak zdefiniowałby Pan Profesor poprawność polityczną?

PROF. EUGENIO CAPOZZI: – Jako „katechizm cywilny”, sumę nakazów, zakazów, cenzur, które są wyrazem bardzo precyzyjnej ideologii – możemy ją nazwać neoprogresywizmem, ideologią „Innego”, „utopią różnorodności”. Chodzi o ideologię, która w całości potępia kulturę zachodnioeuropejską jako imperialistyczną i dyskryminującą i planuje zmienić mentalność ludzkości – zastąpić ją radykalnym relatywizmem kulturowym i etycznym.

– Neoprogresywizm został narzucony przez rewolucję 1968 r. i inne ruchy młodzieżowe. Do czego dążyli młodzi ludzie?

– Celem buntu młodych „baby boomers” (ludzie z powojennego wyżu demograficznego – przyp. W. R.) na Zachodzie było nie tylko ustanowienie wolności, równości czy sprawiedliwości za pomocą środków ekonomicznych lub politycznych, ale przede wszystkim usunięcie „korzeni” dominacji z historii zachodniej kultury przez radykalną zmianę sposobu myślenia, pojęć i języka. To cel, który w rzeczywistości reprezentował „ojcobójstwo”, prawdziwe zresetowanie zachodnich korzeni kulturowych. Jeśli człowiek zachodni był w historii wcieleniem przemocy, represji, imperializmu – musi zostać ponownie „uformowany”, z zaakceptowaniem wszystkich modeli kulturowych i wszystkich grup mniejszościowych, które podporządkowywał w przeszłości, aby w ten sposób się odnowić i zregenerować. „Inny”, sprowadzony do abstrakcyjnej koncepcji, staje się „odkupicielem” złej historii i fundamentem nowej i tolerancyjnej cywilizacji, w której znikną konflikty, gdy zostanie wyeliminowany „grzech pierworodny” dominacji i hierarchii.

– Jak to się stało, że ideologii poprawności politycznej udało się zastąpić tradycyjne ideologie liberalno-demokratyczne?

– Silna hegemonia „narracji różnorodności” wkradła się w dialektykę społeczeństw liberalno-demokratycznych; zdestabilizowała i zniszczyła jej filozoficzne podstawy – ten „najniższy wspólny mianownik” kulturowy, który przez wieki określał wspólną koncepcję świętości osoby ludzkiej, faktycznie wprowadził prawdziwą dyktaturę relatywizmu. Dyktaturę, przeciwko której prawie niemożliwe jest zbuntowanie się – grozi to ośmieszeniem społecznym i marginalizacją, ponieważ już w końcu XX wieku poprawność polityczna stała się charakterystyczną cechą elit politycznych, intelektualnych, medialnych i przemysłu rozrywkowego, uzyskała monopol na język i etykę publiczną.

– Wspomniał Pan Profesor o postawie „ojcobójstwa”. Papież Benedykt XVI, jeszcze jako kardynał, mówił natomiast o Zachodzie, który nienawidzi siebie...

– To prawda, ponieważ jeśli Zachód jest korzeniem zła, „zbawienie” może przyjść tylko w procesie „odzachodnienia” świata. Jeśli „my” jesteśmy winni zła na świecie, musimy odpokutować za nasze grzechy, wyrzekając się naszej tożsamości, „rozpuścić się” w wielkiej magmie świata o płynnych tożsamościach. Krótko mówiąc, wszystko, co należy do zachodniego kanonu, jest złe. „Inny” jest zawsze na wyższym poziomie i jest lepszy etycznie. A zatem – kultury pozaeuropejskie, religie niechrześcijańskie, islam i środowiska LGBTQ są etycznie lepsze. W tym sensie możemy również mówić o „autofobii” (autofobia to lęk przed samym sobą – przyp. W. R.).

– Jakie są założenia tego, co nazwał Pan Profesor „katechizmem cywilnym”?

– W skrócie można powiedzieć, że zasadza się on na czterech dogmatach. Pierwszym z nich jest relatywizm kulturowy, co oznacza, że wszystkie kultury, tradycje i religie mają jednakową wartość i muszą być traktowane na tym samym poziomie. Drugi dogmat to równoważność pragnień i praw. W tej perspektywie każde pragnienie jest uzasadnione, a nawet święte, a każdy rodzaj represji jest niewłaściwy (zabrania się zabraniać). To hedonistyczna i radykalna interpretacja Freuda, a także Marcusego. Podmiot ludzki jest zredukowany do czystego popędu i pragnień. Tendencje te przekładają się na eksplozję konfliktów, ponieważ nie ma ograniczeń dla pragnień, ich sprzeczności i ciągłej zmienności. Trzecim dogmatem jest przekonanie, że człowiek dla świata nie jest konieczny. Człowiek jest jednym z wielu elementów równowagi w środowisku, ale nie jest głównym celem. Czwarty dogmat to powiązanie tożsamości z samostanowieniem. Prawa są oparte nie na powszechnie podzielanej koncepcji człowieka, ale na przynależności do grup i stylów życia, które jako takie muszą być chronione. Warunki te nie są uważane za naturalne, ale są wynikiem subiektywnego wyboru. Ten ostatni dogmat można podsumować wyrażeniem: „Chcę, więc jestem”.

– Jak to się stało, że ideologia poprawności politycznej odniosła sukces w podboju środowisk politycznych, gospodarczych, kulturowych i dziennikarskich, dzięki czemu ma hegemonię medialną?

– Aby to zrozumieć, należy spojrzeć na jej ekonomiczne korzenie. Poprawność polityczna wyraża interesy klasowe „burżuazji wiedzy”, którą stanowią ludzie z wyżu demograficznego. Nie jest to już burżuazja związana z tradycyjnym przemysłem ani własnością ziemi. Trzeba przywołać na myśl branżę hi-tech i ludzi takich jak Steve Jobs, Bill Gates czy Mark Zuckerberg, którzy mogą być uważani za spadkobierców „baby boomers” i „kontrkultury”. Ta burżuazja odgrywa wiodącą rolę w organizacjach międzynarodowych i w zglobalizowanym systemie mediów, a szczególnie mediów społecznościowych. Stąd wynika ich monopolistyczna rola w świecie kultury, mediów i uniwersytetów. Do tej burżuazji należy, oczywiście, większość przedstawicieli zachodnich elit politycznych, zwłaszcza w ostatnich trzydziestu latach.

– To wyjaśnia ogólnoświatową propagandę i rozpowszechnianie ideologii poprawności politycznej. Zastanawiam się jednak, dlaczego przeciwnicy tej ideologii są tak bezwzględnie i systematycznie zwalczani.

– Musimy wyjść od założenia, że dla zwolenników poprawności politycznej „prawda” tkwiąca w tej doktrynie musi być zaakceptowana przez wszystkich. Z tego powodu tych, którzy jej nie akceptują, trzeba demonizować, zepchnąć do przestrzeni całkowitego wykluczenia bez jakiejkolwiek możliwości poprawnej dyskusji, napiętnować jako szerzycieli nienawiści i dyskryminacji. Dlatego przeciwnik poprawności politycznej musi być ukazywany jako rasistowski, nietolerancyjny, seksistowski, homofobiczny, islamofobiczny itd.

– Dlaczego Kościół katolicki jest postrzegany jako główny wróg ideologii poprawności politycznej?

– Progresywizm „różnorodności” jest ze swej natury radykalnym relatywizmem, który odrzuca etyczno-polityczne podstawy Zachodu. Z tego powodu postrzega chrześcijaństwo jako najgorszego wroga. W szczególności identyfikuje jako wroga Kościół katolicki, który dziś jest praktycznie ostatnią filozoficzną barierą dla relatywizmu. Jednak wszystkie totalitarne ideologie nienawidziły chrześcijaństwa, ponieważ opierają się na gnostyckim twierdzeniu, że budują niebo na ziemi i nowego człowieka.

– Jak możemy przeciwdziałać dyktaturze poprawności politycznej?

– Należy ukazywać to zjawisko w kontekście historycznym – próbowałem to zrobić na swój sposób w mojej książce – aby pokazać, że miało ono konkretne przyczyny, jest związane z ewolucją pewnych uwarunkowań ekonomicznych, społecznych, politycznych i kulturowych – i dlatego nie jest ani wieczne, ani nieuniknione. A z tego wynika, że może ewoluować lub się skończyć – jak każde zjawisko, którego twórcami są ludzie – gdy zmieni się konkretny kontekst historyczny.

– W jaki sposób zatem powinien się zmienić kontekst historyczny, aby skończyła się dyktatura ideologii poprawności politycznej?

– Hiperrelatywistyczna ideologia „Innego” i nakazy poprawności politycznej były wyrazem hegemonii określonej klasy społecznej, zglobalizowanej „burżuazji wiedzy”, zachodniej elity „płynnej nowoczesności”, która przez tę ideologię narzuciła ludziom swoją wizję świata. Ale proces ten przypuszczalnie się skończy, gdy ta klasa zacznie tracić swoją centralną rolę. Nic dziwnego, że narracja poprawności politycznej zaczęła pokazywać pierwsze poważne pęknięcia, kiedy – począwszy od wielkiego kryzysu gospodarczego i finansowego w 2008 r. – ta dominująca klasa zaczęła przeżywać kryzys i była kontestowana przez ludzi, którzy „przegrali” na globalizacji, i kiedy uaktywniły się ruchy domagające się suwerenności i tożsamości lub ruchy neonacjonalistyczne.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Niezłomni duchowni

2019-10-19 20:49

Marian Florek

W dniu 19 października br. w Kaplicy Matki Bożej na Jasnej Górze spotkali się alumni, którzy pół wieku temu w kleryckiej kompanii zakończyli obowiązkową służbę wojskową.

Elżbieta Spałek / Biuro Prasowe Jasnej Góry

Świętowali – jak to określił ks. prof. dr hab. Stanisław Urbański- rocznicę „wyjścia” z jednostki w Szczecinie -Podjuchy, gdzie w latach 1967/69 odbywali zasadniczą służbę wojskową. I jako dziękczynienie Bogu za 50 lat kapłaństwa(włączając w ten czas i lata kleryckie). Prawie wszystkim klerykom udało się wytrwać, wrócić do seminarium i zostać kapłanami. Dlatego jest powód aby radośnie wspominać przeszłe lata. Chociaż – dodaje ks. Urbański- jako wrogowie PRL-u służyliśmy w jednostce karnej i byliśmy stale narażeni na systemową indoktrynację i propagandę ateistyczną.

W imieniu Jasnej Góry wszystkich gości i zgromadzonych wiernych powitał o. Nikodem Kilnar, który przypomniał, iż „dzień 19 października 2019 r. przeżywamy jako Narodowy Dzień Duchownych Niezłomnych”.

Mszy św. przewodniczył bp. Jan Tyrawa, biskup diecezji bydgoskiej, który również służył w tamtych latach w owej wspomnianej jednostce. Na powitanie stwierdził, że spotkanie jest powtórzeniem zjazdu sprzed pół wieku, kiedy to po wyjściu z jednostki wojskowej w listopadzie , młodzi klerycy przyjechali do Matki Bożej na Jasną Górę, aby podziękować za szczęśliwie przebyte 725 dni w wojsku. Dzisiaj – mówił hieracha- spotykamy się na nowo przed obliczem Matki, aby podsumować swoje życie. I chociaż życie przemija to jednak zostaje coś, co jest w naszych sercach i w sercach tych wszystkich ludzi, z którymi spotykaliśmy się jako kapłani. Dlatego też niech ten jubileusz będzie miał ten szczególny wyraz – dodał na końcu ks. Tyrawa.

Następnie już w homilii nawiązał do ewangelicznej historii z Kany Galilejskiej. Bóg – mówił- wchodzi w nasze życie w każdej chwili. Czy jest łatwo rozpoznać owe znaki Bożej obecności? Gdy się patrzy z perspektywy długiego życia, intensywnego życia to się dostrzega wiele zdarzeń, które pozostają poza jakąkolwiek władzą człowieka. Są to różne zdarzenia. I te dobre i te złe - cierpienie, choroba, ale też cudowne wyzdrowienia. Żyjemy w świecie wyznacznym obecnością tak dobra jak i zła. Ludzie nie mają władzy nad złem. Tylko Bóg ma taką władzę. Bóg, który przez swoje swoje Zmartwychwstanie pokonał ostatecznie zło. Ale jest to rzeczywistość eschtologiczna. Dla nas tu i teraz pozostaje walka ze złem zgodnie z pawłową myślą – „Zło dobrem zwyciężaj”, która to myśl stała się maksymą życiową ks. Jerzego Popiełuszki. Zamordowany przez komunistów kapłan, był także z naszego grona, był także w wojsku, ale rok wcześniej w Bartoszycach – mówił do zgromadzonych bp Tyrawa i pytał- Dlaczego na tym świecie cierpi niewinny? Tylko Bóg może się o takiego człowieka upomnieć. I jest to dowód na Jego istnienie. Bo unicestwione życie nie upomina się o siebie. O siebie upominają się prawa fizyki. Życie się o siebie nie upomina i dlatego wolno z niego kpić. Dlatego mamy aborcję, eutanzaję, in vitro i te wszystkie zdarzenia kiedy człowiek ginie. Dlatego jest Bóg, który się upomina o sprawiedliwego. Umiejmy w prozie życia dostrzegać Boże znaki, które niech umacniają nas w działaniach, zgodnie z przytoczoną zasadą, by zło zwyciężać dobrem.

Historia wojskowej służby kleryków sięga lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy po tzw. odwilży wznowiono represje wobec Kościoła. Przejawiało się to m.in. tym, że – pomimo ustaleń pomiędzy Episkopatem a rządem PRL - nadal powoływano do odbycia zasadniczej służby wojskowej kleryków z seminariów świeckich i zakonnych. W roku 1964 utworzono tak zwane kompanie kleryckie, w których poddawano ideologicznej presji młodych kandydatów do kapłaństwa. Kompanie te były zlokalizowane w Gdańsku, Opolu i Szczecinie-Podjuchach i były podporządkowane bezpośrednio Głównemu Zarządowi Politycznemu Wojska Polskiego.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Uczestnicy synodu odnowili „Pakt z katakumb” dla ubogiego Kościoła

2019-10-20 16:44

Beata Zajączkowska/vaticannews / Rzym (KAI)

Uczestnicy Synodu Biskupów dla Amazonii odnowili tzw. „Pakt z katakumb” dla ubogiego Kościoła. Tym samym zaktualizowali gest uczestników II Soboru Watykańskiego, którzy w 1965 r. sygnowali dokument, w którym zobowiązali się do umieszczenia ubogich w centrum ich posługi. Odnowienie paktu odbyło się w miejscu, gdzie pierwotnie został on podpisany, czyli w rzymskich Katakumbach św. Domitylli.

sinodoamazonico.va

Sygnowany rano dokument nosi tytuł: „Pakt z katakumb dla wspólnego domu. Dla Kościoła o amazońskim obliczu, ubogiego i służebnego, profetycznego i miłosiernego”. Przypomniano w nim, że uczestnicy synodu dzielą radość z życia pośród wielu ludów tubylczych, ludzi zamieszkujących nad rzekami, migrantów i wspólnot zajmujących peryferie wielkich miast. Sygnatariusze dokumentu piszą: „razem z nimi doświadczamy mocy Ewangelii, która działa w najmniejszych. Spotkanie z tymi ludami wzywa nas nas do życia w prostocie, dzielenia się i wdzięczności”.

W 15-punktowym pakcie znajduje się m.in. zobowiązanie do obrony puszczy amazońskiej, życia według ekologii integralnej, a także odnowienia opcji preferencyjnej na rzecz ubogich i wspierania ludów tubylczych w tym, by mogły zachować swą ziemię, kulturę, języki, historię, tożsamość i duchowość. Sygnatariusze paktu zobowiązują się ponadto do przezwyciężenia w swych wspólnotach i diecezjach wszelkiego rodzaju przejawów mentalności kolonialnej i ujawniania wszelkich form przemocy i agresji wobec ludów tubylczych. Zobowiązują się także do przepowiadania wyzwalającej nowości Ewangelii Jezusa Chrystusa, podejmowania ekumenicznych działań ewangelizacyjnych, oraz troski o to, by „duszpasterstwo odwiedzin” zostało przekształcone w Amazonii w „duszpasterstwo obecności”.

Odnowiony „Pakt z Katakumb” został podpisany po uroczystej Eucharystii, którą w podziemiach bazyliki świętych męczenników Nereusza i Achillesa sprawował kard. Claudio Hummes, który jest relatorem generalnym Synodu Biskupów. Dokument sygnowało ok. 150 ojców synodalnych, głównie z Brazylii, Ekwadoru i Kolumbii, a także audytorów, ekspertów i gości. W uroczystości uczestniczyli również przedstawiciele wspólnot amazońskich, którzy w czasie trwania synodu animują w Rzymie szereg inicjatyw pod hasłem „Amazonia, nasz wspólny dom”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem