Reklama

Pragniemy im zastąpić matkę

2017-08-03 11:17

Bogdan Nowak
Edycja szczecińsko-kamieńska 32/2017, str. 6-7

Bogdan Nowak
Podopieczne domu w Moryniu z s. Damaris Małgorzatą Kałdowską

Z okazji 100. rocznicy objawień Matki Bożej w portugalskiej Fatimie 14-osobowa rodzinka im. Matki Bożej Fatimskiej Domu Pomocy Społecznej w Moryniu zorganizowała wzruszającą uroczystość patronalną

Najpierw na porannej Mszy św. celebrowanej w domowej kaplicy wszyscy domownicy modlili się w intencji mieszkanek i opiekunek rodzinki, a potem radośnie świętowali ten wyjątkowy dzień przy starannie przygotowanych stołach z deserowym menu. Uczestniczyła w tym święcie s. Damaris Małgorzata Kałdowska, dyrektor tego domu, wraz z pracowitym personelem rodzinki. Wszyscy podopieczni cieszyli się przede wszystkim z faktu, że mają zapewnione bezpieczne, dobre warunki, traktowanie, stałe miejsce dozgonnego bytu wraz z właściwą opieką lekarsko-pielęgniarską.

Mieszkanki domu spontanicznie wyrażały swoje przywiązanie do sióstr benedyktynek Samarytanek Krzyża Chrystusowego, które niestrudzenie kierują tą placówką opiekuńczą od 1949 r., a więc nawet w czasach stalinowskich nie pozbawiano kierownictwa domu zakonnic zgromadzenia powołanego przez sługę Bożą matkę Wincentę Jadwigę Jaroszewską (1900-37). Nie mogło być inaczej, skoro ten dom, w nadgranicznym Moryniu, zbudowany z czerwonej cegły i granitu, powstał jeszcze w roku 1874 jako Zakład Opiekuńczy z inicjatywy doktora prawa Christiana Friedricha Kocha. Początkowo w nim znajdowało schronienie 80 sierot. Fundator domu, którego popiersie z brązu stoi przed okazałym gmachem, w testamencie napisał: „Pragnę, by dom ten służył przez wszystkie lata dzieciom nieszczęśliwym i sierotom”.

Zgodnie z wolą Kocha, spełniał przez dziesiątki lat swoją wychowawczo-opiekuńczą służbę wobec dzieci upośledzonych umysłowo w różnym stopniu.

Reklama

Właścicielem domu wraz z zapleczem jest Starostwo Powiatowe w Gryfinie, na którego obszarze funkcjonuje ta dobroczynna placówka, będąca największym pracodawcą w Moryniu. Według obecnych przepisów, powiat co pięć lat ma możliwość powierzenia na nowo zadania prowadzenia domu Zgromadzeniu Sióstr Benedyktynek Samarytanek Krzyża Chrystusowego.

W ostatnich latach Dom Pomocy Społecznej w niewielkim Moryniu zmienił swój charakter, stając się dożywotnim schronieniem dla 120 niepełnosprawnych intelektualnie osób dorosłych.

Dalej kontynuowana jest cierpliwa praca terapeutyczno-opiekuńcza według systemu rodzinkowego, zalecanego przez największą polską samarytankę Matkę Wincentę.

To właśnie ona prosiła swoje duchowe córki, czyli benedyktynki samarytanki: „Musimy mu zastąpić matkę… Nie tylko dać kawałek chleba, ale wczuwać się w jego radość i smutek, musimy poznać jego życie. I dlatego system rodzinkowy musi się rozwijać”.

Są zatem matkami także dla dorosłych podopiecznych, które na podstawie decyzji lekarskich znalazły w Moryniu swój dom. Ta 120-osobowa społeczność żyje w dziewięciu rodzinkach (osiem to same kobiety w wieku powyżej 18 lat, jedna rodzinka ma charakter męski, ustanowiona tylko dla siedmiu mężczyzn). W każdej rodzince kilkunastoosobowa grupa mieszkańców ma wszystko, co konieczne do trwania w domowej, rodzinnej atmosferze: sypialnie dwu- lub trzyosobowe, jadalnia, kuchnia, łazienka, pomieszczenia gospodarcze.

Wystrój tych izb – wielobarwny, pobudzający do optymizmu, przypominający mieszkanie lub dom z dzieciństwa. Zawsze mogą liczyć na wieloraką pomoc pielęgniarek lub opiekunek. Są tutaj również osoby leżące, o które szczególnie troszczą się opiekunki. W porze posiłków są karmione indywidualnie. Nieraz tylko łzy w oczach leżących osób są wyrazem wdzięczności za tę nieustanną służbę przy ich łóżkach.

– Dawniej w tym domu było nawet siedemnaście sióstr – przypomina s. Damaris. – Obecnie z powodu znacznego zmniejszenia się powołań i powstawania nowych placówek w naszym zgromadzeniu w moryńskim domu jest nas tylko trzy: pielęgniarka – siostra Adriana, opiekunka – siostra Weronika i ja. Wspiera nas w tym trudzie służebnym 80 pracowników świeckich, coraz bardziej rozumiejących charyzmat naszej posługi. Staramy się, aby personel domu stanowił jedną rodzinę samarytańską.

Justyna pozbawiona miłości rodzicielskiej przez jakiś czas była wychowywana przez swoją babcię, była w domu dziecka, ale najbardziej cieszy się, że Pan Bóg przyprowadził ją do spokojnego domu kierowanego przez Zgromadzenie Sióstr Samarytanek. Najbardziej lubi fotografować swoim telefonem (jak to nastolatka). Z wielką satysfakcją pochwaliła się, że ostatnio nawet zrobiła sobie zdjęcie z Prezydentem Rzeczpospolitej Andrzejem Dudą, gdy wraz z innymi mieszkankami domu i siostrą dyrektor brała udział we Mszy św. na wojskowym cmentarzu w 72. rocznicę bohaterskich walk w Siekierkach nad Odrą.

Justyna mocno przytula się do siostry dyrektor, bo głód miłości matczynej ciągle u niej dominuje nad innymi uczuciami.

Nie inaczej bywa w pozostałych rodzinkach (każda ma swego Bożego patrona), w których panie – choć pełnoletnie, a niektóre nawet w wieku emerytalnym, łakną dobrego słowa z ust siostry, serdecznego uścisku czy choćby życzliwego spojrzenia.

Sławek swoje lata szkolne spędził w specjalnym ośrodku wychowawczym prowadzonym przez Braci Szkolnych w Częstochowie, w którym pracowały też siostry samarytanki. Dzięki nim, gdy uzyskał pełnoletniość, przeniósł się do rodzinki męskiej w Moryniu.

– Jestem ministrantem, nie tylko w naszym domu, ale także w kościele parafialnym w Moryniu – dumnie opowiada Sławomir. – W czasie Drogi Krzyżowej w naszym miasteczku niosłem dużą świecę, bacząc, by nie zgasła. Chętnie uczestniczę w różnych pielgrzymkach, jak choćby w Krakowie w czasie Światowych Dni Młodzieży, na corocznych czuwaniach młodych w Lednicy i w wielu innych. Dzięki takiej religijnej obecności wszędzie czuję się coraz lepiej i integruję się ze zdrowymi, pełnosprawnymi. Na swoje imieniny zamówiłem nawet Mszę św. w naszym kościele, no i przyszedłem zaprosić siostrę dyrektor, naszą duchową matkę.

Ktoś inny wspomina pobyt w Moryniu Marka Dąbrowskiego, wielokrotnego mistrza świata w rajdach motocyklowych, który uczestniczył też we Mszy św. polowej, budząc tym większy podziw zebranych na niej mieszkańców domu. Ten ceniony sportowiec zorganizował również materialne wsparcie dla podopiecznych samarytanek. S. Małgorzata Kałdowska nie ukrywa, że powołanie zakonne zawdzięcza atmosferze religijnej swojego domu rodzinnego: – Gdy miałam pięć lat, zmarł mój ukochany tato. Miałam jeszcze dwie siostry i dwóch braci. Cały ciężar utrzymania nas spadł na mamę. Wprawdzie wyszła powtórnie za mąż, ale po sześciu latach sakramentalnego małżeństwa Bóg ją ponownie doświadczył, bo ojczym zmarł. Innym krzyżem dla naszej rodziny była nagła śmierć mojego najmłodszego brata, odbywającego zasadniczą służbę wojskową. Mój starszy brat Grzegorz został księdzem Zgromadzenia Misjonarzy Świętej Rodziny. On swoim wewnętrznym szczęściem wskazał mi, iż ideału wśród ludzi nie znajdę; jedynym jest sam Jezus Chrystus. Jedna z koleżanek zaprosiła mnie na pierwsze w życiu rekolekcje, które prowadziła siostra ze Zgromadzenia Benedyktynek Samarytanek Krzyża Chrystusowego. Zachwyciły mnie swoją trudną, ale niezwykle piękną misją. Zapragnęłam zajmować się tymi, którzy potrzebują jeszcze więcej miłości – dziećmi i młodzieżą niepełnosprawną. Tym bardziej, że jako świecka osoba marzyłam o tym, aby pomagać innym i zostać pielęgniarką. Benedyktynką samarytanką jestem już trzydzieści lat. Przedtem pracowałam w różnych placówkach jako opiekunka i wychowawca, a przez ponad osiem lat dane mi było prowadzić podobny dom dla blisko setki chłopców niesprawnych intelektualnie na Mazowszu.

Tamże w roku 2009 za swoje apostolstwo wśród cierpiących została wyróżniona przez ówczesnego Prezydenta RP Złotym Krzyżem Zasługi.

Rok temu wraz ze wspólnotą zakonną odebrała z rąk Metropolity Szczecińsko-Kamieńskiego zaszczytny Dyplom Benemerenti (co znaczy – dobrze czyniący) dla sióstr swego zgromadzenia za wieloletnie poruszające świadectwo dzieła miłosierdzia łączące najpiękniejsze i najbardziej wzniosłe poruszenia ludzkiego serca z praktyczną troską o niepełnosprawnych intelektualnie i fizycznie.

Z drobnej postaci s. Damaris emanuje wielka energia życia, chęć bycia z wszystkimi i z każdym osobiście (co zauważalne jest w jej codziennym życiu, a wyjątkowo w tych ważnych chwilach takich jak choćby w czasie Wigilii Bożego Narodzenia, śniadania wielkanocnego czy też imienin, gdy każdej składa życzenia dobra). Zwraca uwagę, by wszyscy realizowali się w rozmaitych grupach terapeutycznych. W domu jest kilka terapii, które proponują różne zajęcia: jedni więc lubią malować, inni wyszywać, a jeszcze inni fotografować. Ktoś uczy się obsługi komputera, inny śpiewu lub języka angielskiego… Poddają się też specjalnie dobranym ćwiczeniom rehabilitującym ciała w formie indywidualnej i zespołowej. Wyjeżdżają na bardzo różne spotkania, festiwale, zawody… Co roku w czerwcu organizowane są również imprezy integracyjne na terenie domu: EURO MORYŃ, RIO, w ubiegłym roku RABAN w MORYNIU – ŚDM (to był taki „mały Kraków”). Obecnie moryński DPS przygotowuje spotkanie misyjne „Tańcem przez świat”.

Codziennie ponad trzydziestu mieszkańców domu bierze udział w porannej Najświętszej Ofierze, znajdując w kaplicy uzdrawiający spokój i niewidoczne spojrzenie samego Chrystusa.

W moryńskim domu nikt nie może czuć się samotny.

– Nikt z nas nie żyje dla siebie – podpowiada s. Damaris – czy to w rodzinie zakonnej, czy w małżeństwie bądź rodzinie naturalnej, zawsze służymy innym. Kochając innych zapewniamy przez to sobie szczęście. Egoizm zamyka nas przed bliźnimi.

Człowiek rodzi się w domu i od miłości domowników jest zależny jego dalszy los. Pragnienie domu jest szczególnie wyczuwane przez słabych intelektualnie i fizycznie. Wszyscy idziemy do domu Ojca, o czym tak często mówił największy z Polaków – św. Jan Paweł II.

Tagi:
niepełnosprawni dom pomocy społecznej Moryń

Wymarzony dom

2019-10-01 13:55

Katarzyna Krawcewicz
Edycja zielonogórsko-gorzowska 40/2019, str. 4-5

Stowarzyszenie Petra, działające w Zielonej Górze od 11 lat, niesie pomoc osobom niepełnosprawnym intelektualnie. Jego głównym celem jest stworzenie niezwykłego domu, o czym opowiada Krystyna Pustkowiak

Archiwum stowarzyszenia
W czerwcu kręcono film, który będzie promował zbiórkę pieniędzy na budowę domu

Jedenaście lat temu zebrała się grupa, której zależało, żeby coś zrobić dla osób niepełnosprawnych. Od samego początku przyświecała nam myśl o budowie domu. Miałyby w nim zamieszkać osoby samotne, czyli takie, które straciły oboje rodziców i nie ma się nimi kto zająć. A wśród naszych podopiecznych są ludzie, którym został już tylko jeden rodzic i jest to osoba starsza, potrzeba więc wybudowania domu staje się coraz bardziej nagląca – mówi prezes stowarzyszenia Petra Krystyna Pustkowiak.

Chyba każdy człowiek mocno przeżywa czas, kiedy umierają jego rodzice. I nie ma co się licytować, dla kogo jest to większe cierpienie, jednak... – Dla osób niepełnosprawnych ta tragedia jest szczególna – podkreśla Pustkowiak. – Do tej pory miały dom i opiekę. Żyły przez lata w znanym sobie środowisku. Miały przyjaciół, z którymi regularnie spotykały się np. na warsztatach terapii zajęciowej czy w innych ośrodkach albo wspólnotach. Po śmierci rodziców nie są w stanie samodzielnie mieszkać. Zdarza się, że opiekę nad taką osobą przejmuje rodzeństwo. Nie zawsze jednak jest brat czy siostra, nie zawsze też chce lub może takiej opieki się podjąć. Wtedy trzeba tę osobę, brzydko mówiąc, „przechować”, aż znajdzie się wolne miejsce w domu pomocy społecznej. I niestety, najczęściej nie będzie to dom znajdujący się w pobliżu, tylko taki, który może przyjąć kolejnego pensjonariusza, choćby nawet z bardzo daleka. Wyobraźmy więc sobie tragedię człowieka, który w krótkim czasie traci nie tylko rodzica, ale i dom, przyjaciół, środowisko, swoje znajome miejsca. I nie będzie miał nawet możliwości ich odwiedzania.

Jak w większej rodzinie

Dom miałby powstać w Zielonej Górze lub najbliższej okolicy. Istnieją już w Polsce i nie tylko miejsca, z których można czerpać przykład. Jednak dom zbudowany przez Petrę z założenia będzie się od nich różnił. – Inspiracją dla nas jest Arka, jednak nie chcemy tworzyć czegoś bliźniaczego – tłumaczy prezes Petry. W Polsce są domy dla osób niepełnosprawnych, ale zwykle mieszka w nich wiele osób. A nam chodzi o miejsce w formacie rodzinnym, coś na wzór rodzinnych domów dla dzieci z rodzin niewydolnych. Nie chcemy budować dużego ośrodka. Zależy nam na miejscu, które będzie funkcjonowało na zasadzie większej rodziny. Osoby tam mieszkające będą miały swoje obowiązki, rzeczy, za które będą odpowiedzialne, a jednocześnie będą miały czas dla siebie. Przecież normalnie w rodzinie jest tak, że ktoś wychodzi do szkoły, ktoś do pracy itd. A nasi mieszkańcy nadal chodziliby na warsztaty terapii zajęciowej, bo nie będziemy otwierać osobnego warsztatu w domu. Rano każdy będzie spędzał czas po swojemu, popołudniami będziemy tworzyć wspólnotę, rodzinę. Tak samo nie będzie tam lekarza czy pielęgniarki, ale zwyczajnie będzie się korzystało z przychodni. Chodzi o to, żeby osobom niepełnosprawnym zmienić tylko miejsce zamieszkania, a nie wyrywać ich ze znanego środowiska.

Pomoc jest konieczna

Wymarzony dom będzie musiał spełniać konkretne warunki, żeby zaspokoić potrzeby mieszkańców.

– Nie zawsze osoba niepełnosprawna intelektualnie nie może mieszkać samodzielnie. My również mamy pod swoją opieką osoby, które mieszkają w tzw. mieszkaniu chronionym, prowadzimy dla nich program usamodzielniający, m.in. uczymy je gotować czy prać, tak żeby mogły się sobą zająć w codziennych sytuacjach. Natomiast dom, który chcemy stworzyć, ma służyć tym, którzy sami sobie nie poradzą. Mówimy tu o ludziach, którzy często są wychowywani pod kloszem, nie mają nawet samodzielności, którą mogliby osiągnąć, gdyby im dano taką szansę. Dlatego koniecznością będzie zatrudnienie opiekunów, tak żeby zawsze ktoś był w domu i mógł służyć pomocą – podkreśla Krystyna Pustkowiak.

Marzenie o domu ma już ponad 11 lat, wciąż jednak brakuje możliwości, by powstał. I choć nie ulega wątpliwości, że jest potrzebny, realizacja projektu nie jest taka oczywista. – Dom chcemy wybudować. Dostosowanie już istniejącego budynku do potrzeb osób niepełnosprawnych byłoby zbyt kosztowne i pracochłonne. Czego nam potrzeba? Najpierw działki pod budowę. I środków. Jako stowarzyszenie nie dysponujemy wystarczającą kwotą. Nasi podopieczni też nie mają takich pieniędzy. Szanse na pozyskanie środków unijnych również są niewielkie. Stąd pomysł na uruchomienie zbiórki internetowej. Bardzo liczymy na wsparcie dobrych ludzi, bo bez tego nie zdołamy ruszyć z budową. W czerwcu kręciliśmy film promujący naszą inicjatywę, który będzie można zobaczyć m.in. na YouTube. Planujemy też wydać kalendarz ze zdjęciami naszych podopiecznych, a środki ze sprzedaży również przeznaczyć na dom. Petra jest stowarzyszeniem znanym w Zielonej Górze. Widać naszą działalność, dowiedliśmy, że można nam zaufać – przekonuje Pustkowiak.

Traktować poważnie

Stowarzyszenie Petra organizuje różnorodne imprezy, szkolenia, kursy. Odbyły się już m.in. cztery turnieje piłki nożnej, w których biorą udział ośrodki z naszego terenu. Aktualnie realizowany jest projekt „Wiem co jem” wspierany przez Urząd Miasta Zielona Góra i prowadzony przez specjalistów, którzy w przystępny sposób uczestnikom warsztatów terapii zajęciowej wyjaśniają, na czym polega zdrowa dieta, dlaczego warto ją stosować i – co najważniejsze – jak to zrobić.

27 listopada w Teatrze Lubuskim odbędzie się trzecia edycja Przeglądu Twórczości Osób Starszych i Niepełnosprawnych WITKI. – Ten przegląd stał się dla nas obowiązkowy. Widzimy zaangażowanie wielu osób, chęć spotkania, zaprezentowania swojej twórczości, która powstaje w różnych ośrodkach w ciągu całego roku – tłumaczy prezes stowarzyszenia. – Samo miejsce, w którym organizujemy przegląd, czyli Teatr Lubuski, już jest wielką zachętą. To naprawdę wielka sprawa zagrać coś na deskach prawdziwego teatru. Chcemy, żeby nasze działania były na poziomie. Zależy nam, żeby społeczeństwo przestało traktować dorosłych z upośledzeniem jak dzieci, którym wystarczy dać pluszaka do zabawy albo kredki. To prawda, że oni zachowują się specyficznie, że reagują inaczej niż przeciętny człowiek, ale to nie znaczy, że są dziećmi. Powinni być traktowani jak dorośli, a niestety nie wszyscy działający na rzecz niepełnosprawnych mają to na uwadze.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Dlaczego nie lubią księży?

2019-11-05 12:48

Piotr Grzybowski
Niedziela Ogólnopolska 45/2019, str. 7

Krytyka Kościoła i jego pasterzy nie jest już chwilowym uniesieniem, emocją, lecz precyzyjnie zaplanowanym działaniem

Ks. Paweł Kłys

Obojętny, negatywny lub czasem nawet wrogi stosunek części społeczeństwa do duchowieństwa katolickiego staje się coraz bardziej powszechny. Znamienne przy tym, że jedynie katolickiego – w większości to Kościół katolicki podlega narastającej krytyce. Krytyce, która przeradza się ostatnio w jawną walkę.

Rozpoczęta przez zadeklarowanych ateistów – rozszerza się, obejmuje swym zasięgiem coraz szersze środowiska. Krytyka Kościoła i jego pasterzy nie jest już chwilowym uniesieniem, emocją, lecz precyzyjnie zaplanowanym działaniem wielu przywódców, grup, organizacji czy środowisk. Zostaje wpisana w programy wyborcze. Staje się podstawą budowy wizerunku czy manifestów politycznych i światopoglądowych. A wszystko jest wsparte siłą środków masowej komunikacji.

Działanie to zawsze ma swój precyzyjny scenariusz. Rozpoczyna się od wybrania celu. Stają się nim z reguły księża, którzy stanowią rdzeń Kościoła. Powszechnie uznani i szanowani. Za tym idzie krytyka ich nauczania. Pokrętne interpretacje – czy wręcz manipulacja – kazań i wystąpień. Często mianem „skandalu” określa się ich słowa płynące wprost z Ewangelii. Linczowi medialnemu poddaje się organizowanie pielgrzymek, które gromadzą setki tysięcy wiernych. Wszystko to, aby ośmieszyć, poniżyć i upokorzyć.

Dlaczego tak się dzieje? Co zachodzi w umysłach ludzi, którzy decydują się podjąć walkę z Kościołem? O co chodzi w ich działaniu? Dokąd się skierują w swych dalszych planach?

W większości przypadków motorem zła, które ich nakręca, jest olbrzymia chęć władzy – chęć rządzenia, panowania, kierowania, niezależnie od tego, co pod tymi pojęciami sami rozumieją.

Podnoszą bunt przeciw księżom, czując fizyczny strach przed ich wielką wiarą. Przed nauką, którą głoszą w imieniu Jezusa Chrystusa. Czują wyraźnie, że ci, którzy nie chcą władzy nad „rzędem dusz”, otrzymali ją i mają. Boją się ich wpływu na szerokie rzesze. Wiedzą bowiem, że to za ich przykładem gromadzi się coraz więcej młodych ludzi, którzy na kolanach oddają cześć Stwórcy. Boją się, że ta młodzież pójdzie za nimi, a nie za pseudowartościami ofiarowywanymi w wielu popularnych mediach. Boją się ponadto, że takie myślenie będzie się upowszechniać. Że rozścieli się po kraju i sprawi, iż ludzie staną się lepsi, uczciwsi. Że będą dalej jak przez wieki czcić Boga, a Jego naukę stosować w rodzinach, w miejscach pracy, w życiu społecznym.

Boją się w końcu, że kiedyś i ich żony, synowie i córki uznają, iż wartości przez nich głoszone są puste i niewarte zainteresowania. Że to, co oni z takim trudem budowali, co ciułaczym wysiłkiem zgromadzili, uznają za bezwartościowe, a w konsekwencji nie będą ich za te dokonania cenili. Boją się, że resztki ich pseudoautorytetu legną w gruzach. Że będą musieli oddać coś ze swego stanu posiadania, wycofać się ze swoich miałkich tez, które były napędem ich życia. Boją się w końcu, że będą musieli zostać tymi, których jedynie czasami udają. Ludźmi Chrystusowymi – chrześcijanami.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Tuchów: Na drodze do wolności ze św. Markiem

2019-11-18 09:17

Aleksander Ćwik CSsR

15 listopada br. w tuchowskiej bazylice odbyło się kolejne czuwanie młodzieżowe z serii „Droga wewnętrzna”. Tym razem młodym patronował św. Marek Ewangelista.

Aleksander Ćwik CSsR

"Droga do wolności" była tematem przewodnim listopadowego spotkania. Konferencję do zgromadzonych wygłosił o. Paweł Zyskowski CSsR – duszpasterz tuchowskiego sanktuarium.

Spotkanie rozpoczęła wspólna Eucharystia, podczas której celebrans, nawiązując do czytań, przypomniał, że każde dzieło, jakie możemy podziwiać świadczy o jego stwórcy. Mądry człowiek nie zatrzymuje się na samym dziele, chociażby było najpiękniejsze, ale robi krok dalej i zastanawia się, kto mógł je stworzyć.

Następnie miała miejsce liturgia słowa, podczas której diakon odczytał fragment Ewangelii wg św. Marka opowiadający o kobiecie cierpiącej na krwotok. Ojciec Paweł zwrócił uwagę, iż często przeżywamy różne choroby. Męczymy się, nierzadko latami, z naszymi nałogami czy słabościami. Musimy zachować się jak bohaterka Ewangelii. Dotknąć się szaty Jezusa i zaufać, że On ma moc, by nas uzdrowić.

Nie mogło zabraknąć również wspólnego spotkania na jadalni pielgrzyma, gdzie jak zwykle można było zamienić kilka słów w gronie przyjaciół i znajomych.

Czuwanie zakończyło się adoracją w duchu Taizé, podczas której każdy mógł wpatrywać się w Jezusa i zawierzyć mu samego siebie i swoje życie.

Kolejne czuwanie planowane jest na 20 grudnia br., a tematem przewodnim będzie Brama do Życia.


CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem