Reklama

Wiadomości

Miłujmy nie słowem, ale czynem

Mimo że walka z ubóstwem idzie nam dobrze jak nigdy dotąd, to nadal końca z końcem nie może związać ok. 6 proc. Polaków

2017-11-14 15:01

Niedziela Ogólnopolska 47/2017, str. 22-23

[ TEMATY ]

ubodzy

Światowy Dzień Ubogich

Jonathan Stutz/fotolia.com

Małe dobro, ale czynione codziennie, potrafi zmienić świat. Na lepsze.

Zunijnej perspektywy w Polsce jest coraz mniej ubóstwa. Skok jest rzeczywiście imponujący. O ile w 2005 r. obliczano, że bieda, a co za tym idzie – wykluczenie społeczne dotyka ok. 45 proc. narodu, to już 3 lata później był to co 3. Polak. W 2015 r. ubóstwa doświadczało ok. 23 proc. populacji. Problem więc maleje u nas w takim tempie, że wysforowaliśmy się na unijnego lidera. Eurostat, czyli Europejski Urząd Statystyczny, lokuje nas w ścisłej czołówce. Dziś sytuacja u nas wygląda lepiej niż w Hiszpanii, na Węgrzech czy we Włoszech. Powodów poprawy jest kilka. Zdecydowanie lepsza sytuacja na rynku – to fundament wychodzenia z biedy. Niebagatelne okazały się też decyzja o podwyższeniu płacy minimalnej do 2 tys. zł brutto i zwiększenie stawki za godzinę pracy. Wielką zmianę spowodował, oczywiście, program „Rodzina 500+”, który jest niczym lina rzucona rodzinom, zwłaszcza tym wielodzietnym, którym od pokoleń żyło się w Polsce ciężko.

Czym jest ubóstwo?

Minimum egzystencji, które pozwala na zaspokojenie najbardziej minimalnych potrzeb – precyzują przepisy. Mówiąc prościej, ubóstwo to granica, której nie da się już przejść. Dzień, gdy człowieka już nie stać na kupienie najtańszego jedzenia, używanego ciucha, opłacenie czynszu i może jeszcze podstawowych leków.

Kogo ubóstwo dotyka najczęściej? Dotknięci skrajnym ubóstwem mieszkają w pustostanach albo w kanałach, przy rurach ciepłowniczych i w altankach na ogródkach działkowych. Ma twarz człowieka dotkniętego bezdomnością i nałogami. Biedy graniczącej z ubóstwem doświadczają najczęściej, jak podają statystyki, ludzie starzy i samotni, chorzy czy niepełnosprawni. Ciągle też trudniej żyje się samotnym rodzicom z jednym dzieckiem albo dzieckiem niepełnosprawnym czy chorowitym.

Reklama

Ubóstwem dotknięci są także ci, którzy nie potrafią spiąć swojego budżetu – często na skutek spłacania kredytów i tzw. chwilówek, które rujnują większość niewielkich budżetów rodzinnych. Do tej listy dopisuje się też małżeństwa bezdzietne i rolników na KRUS-owskich emeryturach oraz rodziny, które opiekują się osobą niepełnosprawną lub przewlekle chorą.

Ubóstwo pojawia się też na skutek nieszczęścia – wypadku odbierającego siłę i sprawność, pożaru, powodzi czy innego żywiołu – o czym mieliśmy niedawno okazję się przekonać, gdy na północnym zachodzie Polski wichura zniszczyła ludzki dobytek i zabrała życie.

Stan ubóstwa zakłada utratę nadziei na poprawę bytu lub brak możliwości wyjścia z trudnej sytuacji. Jak np. w przypadku rodzin z niepełnosprawnym czy chorym bliskim. Ich ubóstwo spowodowane jest m.in. brakiem realnej szansy na znalezienie pracy lub możliwości dorobienia. Ludzie żyjący w ubóstwie często nie wiedzą, gdzie szukać pomocy, albo wstydzą się swojej sytuacji. Nie odnajdują się w gąszczu przepisów, nie znają miejsc, do których powinni udać się po wsparcie, nie potrafią napisać najprostszego podania, w którym opowiedzieliby o swoim kłopocie. Bez życzliwego człowieka nie radzą sobie z rzeczywistością, co powoduje powolne, ale nieuchronne spadanie w dół.

Nieść pomoc trzeba umieć

W Polsce przy różnych okazjach wiele mówi się o różnych obliczach polskiej biedy i metodach jej łagodzenia. Istnieje bowiem całe spektrum organizacji, ruchów, stowarzyszeń i fundacji, które zajmują się rozmaitymi trudnymi sytuacjami życiowymi. Jednak to Kościół katolicki jest największą po państwie instytucją udzielającą pomocy potrzebującym. O skali, w jakiej niesie ową pomoc, doskonale przekonują publikowane corocznie raporty Caritas, które prezentują poszczególne akcje i projekty, także te o charakterze długofalowym.

Walka z ubóstwem w Kościele zaczyna się od kwestii podstawowej – nakarmić głodnych. To flagowy projekt realizowany m.in. przez Caritas. Oficjalnie nazywa się: Program Operacyjny „Pomoc Żywnościowa” i potrwa do 2020 r. Chodzi w nim o zadbanie, by głodni nie chodzili najbiedniejsi z biednych – czyli ludzie starzy, chorzy i samotni, których, jak podaje statystyka, ubóstwo dotyka najczęściej. Zaraz potem w grę wchodzą dzieci i, oczywiście, całe rodziny, choć po wprowadzeniu programu „Rodzina 500+” rodzin wielodzietnych narzekających na niedostatek jest zdecydowanie mniej.

Skala tej pomocy jest imponująca. W ramach programu do Caritasowskich magazynów trafiło w 2016 r. ponad 11 tys. ton żywności o łącznej wartości 51 035 558, 65 zł.

Pomoc została rozdana wśród ok. 232 tys. ludzi.

Do walki z różnymi formami ubóstwa służy niemal każdy Caritasowski projekt. Poczynając od systematycznie przeprowadzanych zbiórek żywności, przez świąteczne paczki dla najbiedniejszych, dożywianie dzieci w szkołach i wspieranie sąsiadów przysłowiową kromką chleba, po pomaganie w wychodzeniu z bezdomności, bezrobocia, uzależnień. Dofinansowanie recept, zakup węgla na zimę czy wciągnięcie realizatorów popularnego programu „Sprawa dla reportera” do ratowania ludzi z rozmaitych życiowych dramatów.

Gdy nadchodzi zima i zaczynają zamarzać bezdomni, to ratunkiem – najczęściej jedynym – są schroniska prowadzone w znacznym stopniu przez katolickie organizacje, z przywoływaną już wcześniej Caritas i Towarzystwom Pomocy im. św. Brata Alberta na czele. I ogrzewalnie, i jadłodajnie z ciepłą strawą. I magazyny, z których wydaje się kurtki, swetry i buty. W Warszawie np. w chłodne noce jeździ po mieście Uliczny Patrol Medyczny, któremu towarzyszą lekarze i wolontariusze z Caritas. Szukają biedaków, którzy być może nie przetrwają kolejnej nocy bez ciepłego kąta, ale także oferują pomoc medyczną, opatrują rany, podają leki przeciwbólowe.

Gdzie bita kobieta, najczęściej z dziećmi, znajdzie schronienie i pomoc? – w ośrodkach prowadzonych przez instytucje kościelne. Gdzie niezamożna rodzina może wynająć sprzęt rehabilitacyjny, kule, ortezy czy łóżko i materac przeciwodleżynowy? – w ośrodkach Caritas. Przykłady takich działań można mnożyć.

Działania te mają jednak jeszcze jeden cel – obudzić śpiących, potrząsnąć obojętnymi – czyli większością z nas. Bo nie trzeba daleko chodzić, by wesprzeć biedniejszego od siebie. Najczęściej jakiś życiowy dramat czai się za rogiem, w naszej lub sąsiedniej klatce schodowej, w bloku czy ulicy. Takie miłosierdzie w skali mikro ma ogromne znaczenie społeczne. Pokazuje, że dobroć czyniona „małymi krokami”, niewielkimi gestami życzliwości, ale czyniona masowo jest bezcenna.

Pomoc konkretnie wycelowana

Kolejna najbardziej znana „marka” katolickiej pomocy charytatywnej to „Szlachetna Paczka”, która pisze na swoich stronach internetowych, że łączy ludzi biednych z zamożnymi albo ciut bardziej zamożnymi. Pomaga rodzinom i pojedynczym ludziom, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji z niezależnych przyczyn. Lista owych niezależnych przyczyn opisuje niejako rozmaite stany ubóstwa, ale też podpowiada, że można i należy pomagać konkretnie – wskazanym ludziom, z konkretną historią. Stąd pomysł na paczki, w których znajdują się rzeczy najbardziej potrzebne biednym, a potem kolejne projekty, które mają usprawniać rodziny, czyli dawać im szanse wyjścia z kryzysu.

Gdy widzimy gdzieś człowieka grzebiącego w śmietniku, staruszkę, która nie jest w stanie zrealizować recepty, sąsiadkę, która jest głową rodziny i właśnie straciła pracę, dziecko z sąsiedniej ulicy z siniakami na buzi – pomyślmy, jak pomóc. Wyjdźmy poza schemat wrzucania raz czy dwa razy w roku pieniążka do puszki. Małe dobro, ale czynione codziennie, potrafi zmienić świat. Na lepsze.

* * *

Pani Nina przyzwyczaiła się do biedy, ale nie do samotności.
Od 10 lat, czyli odkąd zmarł jej mąż, nawet nie ma z kim przełamać się opłatkiem.

Maria ma niepełnosprawne dziecko, mamę po udarze i dwa etaty, żeby związać koniec z końcem. Czasem jest tak zmęczona, że gdy patrzy w lustro, nie poznaje siebie. Mieszka w czynszówce bez łazienki i wody. Gdy słyszy od jakiegoś urzędnika, że jest niezaradna, to najpierw krzyczy, a potem płacze.

Marek po tragicznej śmierci żony nie potrafi się pozbierać. Z kraksy ocalał synek – Janek. Na skutek odniesionych obrażeń chłopak nigdy już nie odzyska władzy w nogach. Żyją z zasiłku w wynajmowanym pokoju z kuchnią. Marek ma problem z proszeniem o pomoc. Jedyną pomocą jest emerytura babci i zbieranie puszek na śmietnikach.

Władysław, emerytowany rolnik, mieszka w drewnianym domu z kopcącym piecem. Żywi się głównie jabłkami i ziemniakami, które rosną na skrawku pola, które mu zostało z gospodarstwa przekazanego synowi. Syn ziemię sprzedał i wyjechał do Anglii. Na stałe.

Po pożarze domu, w którym o mało życia nie stracił ojciec, rodzina nie potrafi powrócić do normalnego życia. Matka i przewlekle chora córka mieszkają kątem u sąsiadów. Nie wiedzą, gdzie się podzieją, gdy ojciec zostanie wypisany ze szpitala.

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Doświadczenie wspólnoty Kościoła - kolędowanie z ubogimi

2020-01-21 12:57

[ TEMATY ]

Częstochowa

bezdomni

ubodzy

s. Izabela Ciuk

Czas spędzony razem był dobrą okazją do rozmowy, do doświadczenia wspólnoty Kościoła, w której każdy – biedny czy bogaty, słaby czy silny, młody czy starszy – ma swoje miejsce i do której wnosi niepowtarzalne bogactwo swojej historii - tak Kolędowanie osób ubogich opisują siostry nazaretanki, które gościły u siebie potrzebujących 13 stycznia 2020r.

Zobacz zdjęcia: Kolędowanie z osobami ubogimi

Tego dnia z inicjatywy Księdza Biskupa Andrzeja Przybylskiego, podopieczni Fundacji Świętego Barnaby zaproszeni zostali na wspólny posiłek w domu Sióstr Najświętszej Rodziny z Nazaretu w Częstochowie.

Podczas wspólnego wieczoru odbyło się także radosne kolędowanie razem z Siostrami Nazaretankami. Na spotkaniu niektórzy podzielili się świadectwem swojego życia oraz doświadczeniem Bożej dobroci mimo różnych trudności życiowych, ubóstwa czy nałogów.

Ksiądz Biskup Andrzej Przybylski już od lat wspiera działalność Fundacji i ochoczo wspomaga jej członków swoją obecnością i dobrocią.

Fundacja Świętego Barnaby prowadzona jest przez Wspólnotę Przymierza Rodzin Mamre i stanowi miejsce pomocy duchowej i materialnej dla osób potrzebujących z Częstochowy i okolic.

CZYTAJ DALEJ

Kobiernice: pogrzeb proboszcza z udziałem czterech biskupów, setek księży i rzeszy wiernych

2020-01-26 10:18

[ TEMATY ]

pogrzeb

Robert Karp

Czterech biskupów, około dwustu kapłanów i rzesze wiernych pożegnało 25 stycznia podczas liturgii pogrzebowej śp. ks. Marka Kręciocha – wieloletniego proboszcza parafii św. Urbana w Kobiernicach na Podbeskidziu. Trumna z ciałem 61-letniego kapłana spoczęła w grobowcu nieopodal wejścia do świątyni, w której służył prawie ćwierć wieku.

Mszy św. w kobiernickiej świątyni przewodniczył biskup polowy Wojska Polskiego Józef Guzdek, pochodzący, podobnie jak zmarły proboszcz, z podwadowickiej Choczni. Obok niego Eucharystię koncelebrowali bp Piotr Greger oraz bp senior charkowsko-zaporoski Marian Buczek i bp Leon Mały z Lwowa.

Robert Karp

Bp Guzdek poprosił, by w obliczu przedwczesnej śmierci ks. Marka zaufać miłosiernemu Jezusowi. Hierarcha przyznał, że celebruje żałobną Mszę, spełniając ostatnią wolę zmarłego kapłana. „Dowiedziałem się, że zapisałeś na kartach swojego testamentu twoją wolę, abym odprowadził cię na miejsce spoczynku. Przyjąłem te słowa jako rozkaz, trudny do wykonania, ale jednak z nadzieją, bo my chrześcijanie mówimy: do zobaczenia. To tylko kwestia czasu” – powiedział. W kazaniu ks. prof. Edward Staniek podziękował zmarłemu kapłanowi za objaśnianie słowa Bożego i posługę sakramentalną „To dziękczynienie tobie za zrealizowane kapłaństwo, jest słowem Boga przypominającym godność kapłana i wezwaniem do kapłanów, którzy z różnych powodów z kapłańskiej posługi zrezygnowali. Jeśli tracą wiarę - ich decyzja jest słuszna. Nie można być kapłanem niewierzącym. Bo podawanie świętości bez jej świadectwa życiem, jest dowodem braku odpowiedzialności przed Bogiem” – podkreślił pochodzący z Choczni teolog, przywołując też osobiste wspomnienia związane ze zmarłym kapłanem.

Robert Karp

Głos zabrał biskup pomocniczy archidiecezji lwowskiej Leon Mały. „Mieliście szczęście mieć takiego kapłana, Bożego kapłana…” – podkreślił, a dziekan dekanatu międzybrodzkiego ks. Janusz Kuciel przypomniał, że kobiernicki proboszcz „był człowiekiem odważnym w myśleniu i działaniu”. „Prawdę mówiłeś prosto w oczy, bez względu na tytuły i godności” – dodał. Znanego ze swych pszczelarskich zamiłowań ks. Marka żegnali m.in. pszczelarze z Podbeskidzia, dzielący z nim przez wiele lat tę samą pasję i miłość do pracowitych owadów. W pogrzebie udział wzięła najbliższa rodzina, przedstawiciele władz samorządowych i różnych organizacji.

Dzień wcześniej, podczas importy, nad trumną swego kolegi rocznikowego kazanie wygłosił ks. prof. Jan Machniak. Profesor Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II zachęcił, by towarzysząc wieloletniemu proboszczowi w ostatniej drodze, przypomnieć sobie prawdy, którym ten służył podczas 35-letniego kapłańskiego życia. „Choć pewnie, tak jak Tomasz, mógł powiedzieć: Panie, nie znam tej drogi. Pan pokazał mu drogę, Pan wprowadził go w tę wielką tajemnicę” – podkreślił kaznodzieja.

Ks. kan. Marek Kręcioch jako kapłan przeżył prawie 35 lat – służył najpierw archidiecezji krakowskiej, a od 1992 roku diecezji bielsko-żywieckiej.

Urodzony 15 lutego 1958 r. w Choczni, przyjął świecenia kapłańskie z rąk kard. Franciszka Macharskiego 19 maja 1985 roku w katedrze na Wawelu w Krakowie, w gronie 59 kolegów rocznikowych. Po święceniach posługę pełnił w parafiach Czarny Dunajec, Cięcina, Wilkowice, Oświęcim.

W parafii kobiernickiej spędził ponad 20 lat: najpierw jako wikariusz, a następnie jako proboszcz (2000 r). Znany był w regionie jako zapalony miłośnik pszczelarstwa. Członek koła pszczelarzy w Porąbce, zrzeszającego 50 pasjonatów. Prawie 4 lata był jednym z inicjatorów sprowadzenia do parafii w Kobiernicach relikwii patrona pszczelarzy św. Ambrożego z Mediolanu.

W grudniu 2011 r. bp Marian Buczek odznaczył ks. Kręciocha godnością Kanonika Honorowego Kapituły Charkowsko-Zaporoskiej.

Ks. Kręcioch zmarł 16 stycznia o drugiej w nocy na oddziale intensywnej opieki medycznej w Szpitalu Wojewódzkim w Bielsku-Białej.

CZYTAJ DALEJ

Szczera pamięć i brak odpowiedzialności - rozmowa z dr. Piotrem M.A. Cywińskim

2020-01-26 19:17

[ TEMATY ]

Auschwitz

Młody człowiek nie dojrzeje obywatelsko jeśli nie dokona „rytuału przejścia” przez Auschwitz - uważa dr Piotr M.A Cywiński. Dyrektorem Miejsca Pamięci i Muzeum Auschwitz podkreśla w rozmowie z KAI, że pamięć świata o tym, co wydarzyło się w tym miejscu jest szczera, piękna i głęboka ale kompletnie oderwana od dojrzałego poczucia odpowiedzialności. Świadczy o tym na przykład bierność wobec współczesnych masakr, takich jak ludobójstwo na Rohindżach w Mjanmie.

Tomasz Królak (KAI): Co nam mówi Auschwitz dziś, po 75 latach od wyzwolenia obozu i w świecie takim, w jakim żyjemy?

Piotr M.A. Cywiński: - W moim przekonaniu są tu dwa bardzo istotne elementy. Po pierwsze na uroczystości rocznicowe przybędzie około 200 osób. Dziś mają po dziewięćdziesiąt parę lat, i pamiętają obóz widziany oczyma nastolatków. Przyjadą z całego świata. Mamy świadomość, że takiej liczby świadków już nie zgromadzimy, stąd wielka symbolika tego wydarzenia. Program obchodów zrobiony jest absolutnie „wokół” nich.
Politycy, królowie, prezydenci nie będą przemawiać, oczywiście poza słowami powitania ze strony gospodarza kraju czyli prezydenta Polski. Wszystkie pozostałe przemówienia będą wygłaszać ocaleni i to oni, a nie politycy będą siedzieli w pierwszych rzędach. To jest ich czas. To jest moment, kiedy my, wszyscy razem, mamy słuchać tego, co mają nam do powiedzenia. To bardzo ważna sprawa, bo – powiedzmy sobie szczerze – za 10-15 lat nie będzie tej sposobności. Natura jest nieubłagana i tak dużej grupy osób, które przeżyły Auschwitz nie uda się już zgromadzić.
Drugi bardzo ważny aspekt to ten, że świat przyspiesza w kierunku zupełnie nieznanym. Zniknęły jakiekolwiek wielkie analizy. Nikt nie jest w stanie pokusić się o analityczna prognozę tego, co będzie za 5 czy 10 lat. Jeszcze w latach 80. czy 90. było czymś normalnym opracowywanie analiz z perspektywą 20-30 lat, bo w Chinach coś wzrasta, w Afryce spada, rynek ropy będzie kształtował się tak a tak itp.

- Świat był – lub wydawał się być – bardziej przewidywalny.

- Tak, a w tej chwili nic nie da się przewidzieć, począwszy od tego, jak będą wyglądały nasze telefony komórkowe, nie mówiąc o wysokości emerytur jakie będą nam wypłacane za lat 15.
Ludzie czują stres, a w tym stresie wyraźnie widać wzrost tendencji do zamykania się w sobie, apatii, bierności, izolacji od szerszej rzeczywistości. W Europie widać to bardzo wyraźnie na przykładzie Brexitu, podziałów w Hiszpanii, we Włoszech, w Belgii i w szeregu innych miejsc. Dotyczy to zresztą nie tylko Europy. Obserwujemy także wzrost ksenofobii, rasizmu czy antysemityzmu, co bardzo wyraźnie dało o sobie znać w niektórych krajach Europy a także w Stanach Zjednoczonych. Dochodzi do tego kompletna nieumiejętność dostrzegania problemów, które maja miejsce w dzisiejszym świecie. Dwa lata temu wymordowano 50 czy 60 tysięcy Rohindża [chodzi o czystkę etniczną dokonaną przez buddystów na muzułmanach z grupy etnicznej Rohindża, zamieszkujących południowe regiony Mjanmy, dawniejszej Birmy - przyp. KAI], pół miliona uciekło do Bangladeszu i... nic się nie stało. ONZ, które powołano do tego celu, nie było w stanie nazwać rzeczy po imieniu. W najostrzejszym dokumencie, z jesieni sprzed dwóch lat, wyprodukowanym przez Zgromadzenie Ogólne ONZ, najcięższe zdanie półtorastronicowego dokumentu stanowi, że Zgromadzenie jest poważnie zaniepokojone ostatnimi doniesieniami w raportach, które napływają z Mjanmy, a w których da się odczytać poważne naruszenia praw człowieka wobec Rohindża.
Wymordowanie 60 tysięcy ludzi stanowi "poważne naruszenie" ich praw... Nie padło słowo ludobójstwo, chociaż działania wobec tej grupy spełniały wszystkie jego kryteria.
Jesteśmy więc coraz bardziej bierni, apatyczni. Potrafimy się latami kłócić o to, kto miał więcej Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, podliczając ich co do jednostki, natomiast kto dzisiaj się zajmuje podobną pracą ratowania jednostek ludzkich? Mam wrażenie, że coraz mniej ludzi w ogóle o tym myśli.

- Namysł nad wydarzeniami o niepojętej kumulacji zła – jak Auschwitz właśnie – nic więc istocie nie daje?

- Nie wątpię, że pamięć o Auschwitz jest przeżywana autentycznie, szczerze i z prawdziwymi emocjami, podbudowanymi zresztą nauczaniem w szkołach. W programach nauczania wszystkich chyba państw europejskich obecny jest temat Zagłady.

- A jednak nie jesteśmy w stanie zapobiec kolejnym ludobójstwom.

- Albo pomóc tym, którzy płyną przez Morze Śródziemne. Wydaje mi się, że nasza pamięć jest szczera, piękna i głęboka ale kompletnie, oderwana od dojrzałego poczucia odpowiedzialności. Jest po prostu pamięcią dziecinną, emocjonalną.

- Trudno jednak pojąć, dlaczego po wydarzeniach XX wieku, możliwe są kolejne, zorganizowane prześladowania i masakry. Mógłby Pan odpowiedzieć: bo nie żyjemy w raju...

- No, nie. Spójrzmy na ewolucję: kiedy wybuchły rzezie w Rwandzie w 1994 roku, była cała masa głosów potępiających także nas, Europejczyków. Pytano powszechnie: dlaczego ONZ-owskie Błękitne Chełmy nie są w stanie tam nic zrobić.
Wobec sytuacji Rohindża – prawie cisza. Podejrzewam, że gdyby zebrać artykuły z 50 najważniejszych światowych gazet, to antologia tych teksów nie przekroczyłaby 100 może 150 stron.

- Dlaczego? Odzwierciedla to jakiś postępujący zanik zmysłu etycznego polityków i dyktatorów opinii?

- Myślę, że to obrazuje postępująca apatię, zamknięcie się w sobie. A dzieje się to pod wpływem stresu związanego z wielkimi zmianami. Bo zmienia się wszystko i są to zmiany nie tylko kulturowe ale cywilizacyjne. Począwszy od kultury komunikacji, rodziny, stosunku człowieka do wspólnoty, technologii, klimatu. Zmienia się dosłownie wszystko a ludzie czują nawet podskórnie tę niepewność i zaczynają zamykać się w sobie.
Weźmy sytuację Rohindżów, o których wspomniałem czy obecne położenie Ujgurów – milion osób przebywających w obozach tzw. reedukacji w Chinach. I co, nie reagujemy, bo Chiny są potężne i bogate?

- Więc może to nie apatia tylko lęk przed naruszeniem układów biznesowych?

- Według mnie, problem leży gdzie indziej, to znaczy właśnie w tym odcinaniu się od „nie swoich” problemów. I to narasta.
Sytuacja z Rohindżami była dla nas, w Muzeum Pamięci Auschwitz-Birkenau, kubłem zimnej wody. Byliśmy wtedy dumni, że przekroczyliśmy liczbę 2 mln odwiedzających rocznie. I tych dwóch milionów nie słyszeliśmy. To jednak nie jest problem antropologiczny czy filozoficzny, to jest nasz problem zawodowy. Powstaje pytanie: po co poświęcamy na to całe życie? To jest pytanie wielu moich kolegów i koleżanek, w tym przewodników. Przeżywają je bardzo boleśnie, osobiście. Zadawaliśmy sobie pytanie: co jest nie tak? Od tego czasu zastanawiamy się nad różnymi rozwiązaniami. Dyskutujemy zarówno w naszym gronie jak i w podobnych instytucjach pamięci za granicą. Sądzę, że do elementu pamięci żalu, pamięci smutku, pamięci zastanowienia się należy dołączyć element moralnego niepokoju, bo pamięć o przeszłości nie są kluczami do jej zrozumienia....
Dla mnie pewnym problemem jest to, że się zwiedza, zasmuca i nawet się szczerze zapłacze, potem w szoku przez kilka dni nie jest się w stanie opowiadać o tym, co się widziało, po czym obserwując różne rzeczy w telewizji albo się nic nie robi albo, w najlepszym wypadku, stawia się lajka na Facebooku i ma się wrażenie, że zrobiło się swoje. Przepraszam, ale gdyby tak się zachowywali Sprawiedliwi Wśród Narodów Świata to nikt by nie ocalał.

- Nie gnębi Pana fakt, że zbrodnie dotyczące Auschwitz i innych niemieckich obozów koncentracyjnych, zostały rozliczone w bardzo małym stopniu, że cała masa sprawców nie stanęła przed sądem?

- Oczywiście. W całym systemie obozów niemieckich pracowało około 70 tysięcy SS-manów, 70 tysięcy zbrodniarzy. Przez sądy przeszło 1650 osób, większość została skazana na kilka lat więzienia, nierzadko w zawieszeniu.
Norymberga itd. to były pokazówki dotyczące wierchuszki. Ale weźmy Kambodżę, w których były miliony ofiar: w tej chwili trwają pierwsze procesy czterech czy pięciu osób przed międzynarodowym trybunałem i już widać, że więcej osób przed sądem nie stanie. Wszyscy sprawcy ludobójstwa Ormian w Turcji dożyli spokojnego wieku. Nikt nie rozliczył sprawców Hołodomoru [Wielkiego Głodu; wywołanej sztucznie przez komunistyczne władze ZSRR klęski głodu na Ukrainie w latach 1932-33 - KAI], itd., itd.
Jedyny znany mi przypadek ludobójstwa, które zostało dosyć przykładnie osądzone, dotyczy wypadków w Rwandzie z 1994 r. Skazano kilkadziesiąt tysięcy osób. Dokonano tego siłą rzeczy w sposób uproszczony, bo dążono do tego aby to zrobić a nie zwlekać. Dokonywało się to jednak w procesach, w którym był i zarzut prokuratorski, i adwokacka obrona i osąd niezależnego sędziego, a więc podstawowe elementy sprawiedliwości. Europa mogłaby się przed środkową Afryką schować. Bo tam zrobiono to do bólu, do końca.
Co do próby zrozumienia czym kierowali się SS-mani, to wciąż miotamy się pomiędzy dwoma skrajnościami. Z jednej strony mamy misterium iniquitatis [tajemnica nieprawości – KAI], a z drugiej „banalność zła”. Jest ta cisza Franciszka w Auschwitz z jego wpisem w Księgi pamiątkowej, proszącym Boga o wybaczenie i jest przemówienie Benedykta XVI, w którym pytał kilkakrotnie: „Boże, gdzie Ty byłeś?” „Dlaczego milczałeś?” To są, w moim przekonaniu, zupełnie odmienne perspektywy, inne podejścia. Ta dyskusja będzie trwała bardzo długo.
Jeśli chodzi o Auschwitz, to dysponujemy bardzo nielicznymi dokumentami, które pozwalałyby stworzyć profil psychologiczny SS-mana. Owszem, mamy to w przypadku tych, którzy byli sądzeni trochę głębiej, jak Rudolf Hoess. Można też pokusić się o profil psychologiczny Josefa Mengele, bo zostało trochę więcej dokumentów, może też jeszcze kilku innych. Ale oni bardzo usilnie wszystko palili. Mamy bardzo niewiele listów SS-mańskich.

- No właśnie, jaki efekt przyniósł Pański apel wystosowany trzy lata temu do Niemców i Austriaków o przekazywanie dokumentów, zdjęć, listów od członków załogi Auschwitz?

- Dostaliśmy jeden list. A także informację od kolekcjonerów pamiątek z II wojny światowej o aukcjach czy depozytach z przedmiotami, które mogą nas interesować. I faktycznie, dzięki temu udało nam się przejąć różne rzeczy. Natomiast nie było masowego odzewu.

- Zaskoczyło to Pana?

- Spodziewałem się, że jednak odzew będzie większy, bo jednak nie wierzę, że poginęły całe albumy rodzinne. Mogą poginąć dokumenty, rozumiem, że ktoś pali książeczkę żołnierską. Ale że zginęły pocztówki wysłane do rodziny, która nie jest zagrożona albo, że zaginęły albumy? Członkowie niewielkiego komando więźniarskiego, które pracowało w obozowej ciemni i wywoływało zdjęcia wspominali, że większość to były prywatne fotografie SS-manów, a komando introligatorskie robiło z tych zdjęć całe albumy. Tych zdjęć załoga robiła sporo, muszą gdzieś być. Przez strukturę SS Auschwitz przewinęło się około 9,5 tys. ludzi. Niech co trzeci robi w ciągu tych pięciu lat kilka albumów, to daje ich w sumie tysiące. I miałyby one zniknąć? Kompletnie w to nie wierzę.

- Trudno więc o ten portret psychologiczny.

- Są materiały z sądów, ale sąd to jest teatr. Jest jednostka, która atakuje i ta, która się broni. Materiały sądowe to bardzo trudne dokumenty dla historyka.

- W protokołach z ich przesłuchań najczęstsze zdanie brzmi: Nie przyznaję się do winy.

- Tak oraz: to nie ja, to inni, ja nic nie wiedziałem. Mamy kilkadziesiąt teczek personalnych i dosłownie parę pamiętników członków obozowej załogi. To za mało, żeby stworzyć dobry, mocny profil psychologiczny i stwierdzić na przykład, czy przychodząc tam już byli zwyrodniali, czy też dokonała tego rzeczywistość obozu a może było i tak i tak? To fundamentalnie ważne pytania. Dużo bardziej rozpoznany mamy świat ofiar niż sprawców. To jest groźne, bo antropologicznie świat ofiar, niewinnych ludzi zamordowanych wcześniej czy później, nie niesie ze sobą zagadek; zagadki są po stronie oprawców.

- Dziś Miejsce Pamięci i Muzeum Auschwitz to nie tylko przestrzeń do zwiedzania ale w gruncie rzeczy centrum badawcze.

- Tak, a ponadto mamy centrum edukacyjne w nowej siedzibie, wyposażone w wiele klas i salę amfiteatralną. Jest wydawnictwo, są zbiory i archiwa, prowadzimy działalność wystawienniczą. W tej chwili realizujemy wiele dużych inwestycji, na przykład nowe centrum odwiedzających czy hostel dla wolontariuszy. Jesteśmy dużą instytucją, która na przestrzeni ostatnich lat rozwija się bardzo dynamicznie. 10-12 lat temu mieliśmy pięciu dyplomowanych konserwatorów – dziś ponad 30; w ubiegłym roku było 2,3 mln odwiedzających.
Na przełomie wieków, XX i XXI było wiele głosów, że teraz Europa się pojednała, mamy nowy wiek i nowe generacje więc historia wojny odchodzi w zamierzchłą przeszłość. Nic z tego, kompletna nieprawda. Dzięki mediom oraz bezpośrednim rozmowom, udało się uświadomić decydentom, że młody człowiek nie dojrzeje obywatelsko jeśli nie dokona „rytuału przejścia” przez Auschwitz. Dzisiejsi 16-latkowie za 10 lat będą przecież w najbardziej twórczym okresie swojego życia.

- Czy oświęcimskie Centrum Dialogu i Modlitwy założone przez niemieckiego księdza Manfreda Deselaersa stanowi znaczący punkt odniesienia dla Muzeum?

- Jak najbardziej. Istnieje zresztą sporo instytucji działających wokół Auschwitz, które traktujemy jako instytucje pomocnicze. Jest Międzynarodowy Dom Spotkań Młodzieży, Centrum Żydowskie, oddział Stowarzyszenia Romów w Polsce. To bardzo ważne instytucje.

- Wspomniał Pan o działalności wydawniczej. Nad czym obecnie pracujecie?

- Nad zupełnie nową chronologią obozu, nowym kalendarium. Opracowanie Danuty Czech wydane 30 lat temu jest zapewne w 15-20 proc. dyskusyjne a ponadto nie zawiera wielu faktów, o których wówczas po prostu nie wiedziano, a zostały odkryte i przebadane w międzyczasie.

- A o czym będzie pana kolejna książka, po tych o rampie w Birkenau czy snach więźniów?

- O wnętrzu człowieka, o tym czym żył, jakie miał emocje w środku. A więc o tym wszystkim, o czym nie stanowią daty czy liczby.
***
Piotr Cywiński (ur. 1972) od 2006 r. jest dyrektorem Miejsca Pamięci i Muzeum Auschwitz-Birkenau. Był m.in. prezesem Klubu Inteligencji Katolickiej w Warszawie, prezesem na Europę światowej federacji intelektualistów katolickich Pax Romana.
Jest członkiem Rady Fundacji na rzecz Maximilian-Kolbe-Werk, założonej przez Konferencję Episkopatu Niemiec a także zarządu Stowarzyszenia Miejsce Pamięci Maison d’Izieu we Francji oraz moskiewskiego Stowarzyszenia Memoriał. Jest autorem wielu publikacji dotyczących obozu Auschwitz-Birkenau.
Odznaczony wieloma wysokimi orderami w kraju i za granicą, m.in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski i francuskim Orderem narodowym Legii Honorowej a ostatnio papieskim krzyżem Pro Ecclesia et Pontifice (Dla Kościoła i Papieża).

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję