Reklama

Duchowość zaczęła się w Warszawie

2017-11-29 10:28

Ks. dr hab. Kazimierz Pierzchała
Edycja warszawska 49/2017, str. VI

Artur Stelmasiak
Ks. Stanisław Urbański, profesor zwyczajny Uniwersytetu kardynała Stefana Wyszyńskiego (UKSW) w Warszawie, pierwszy w Polsce doktor, doktor habilitowany i profesor z teologii duchowości. Wieloletni prodziekan i dziekan Wydziału Teologicznego UKSW, wi

Ks. Kazimierz Pierzchała: – Ksiądz Profesor był pierwszym doktorem habilitowanym w dziedzinie teologii duchowości. Jakie były początki tej dyscypliny teologicznej w Warszawie?

Ks. Stanisław Urbański: – Teologia duchowości, a zwłaszcza teologia mistyczna po 350 latach będąca na indeksie ksiąg zakazanych w 1929 r. „odżywa”. Wówczas to św. Jan od Krzyża i św. Teresa od Jezusa zostali ogłoszeni „doktorami Kościoła”. W tym samym roku powstała na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie pierwsza Katedra Ascetyki i Mistyki. Natomiast w Polsce, na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim w 1974 r. w ramach teologii moralnej powstała pierwsza Katedra Teologii Duchowości - założona i prowadzona przez ks. prof. Waleriana Słomkę. Również w ramach teologii moralnej na Akademii Teologii Katolickiej ks. prof. Stanisław Olejnik powołał Katedrę Teologii Życia Duchowego. W katedrze tej w 1982 r. objąłem wykłady w systemie zlecenia, jako pierwszy w Polsce doktor teologii duchowości, a następnie jako pierwszy doktor habilitowany, tworząc Sekcję Teologii Duchowości z trzema katedrami, z pierwszą w Polsce Katedrą Mistyki Chrześcijańskiej.
Od tego czasu badania prowadzone przeze mnie rozchodziły się w trzech kierunkach: w tworzeniu koncepcji teologii duchowości, teologii mistycznej i w odkrywaniu polskiej teologii duchowości, zwłaszcza mistyki przeżyciowej. Oczywiście wszystko to w kontekście duchowości europejskiej i tradycji Kościoła. Były to pionierskie badania. Wielu profesorów nie uznawało teologii duchowości, jako samodzielnej dyscypliny teologicznej. Uważano tradycyjną ascetykę, odrzucając życie mistyczne. Życie duchowe sprowadzano do praktyk ascetycznych, pobożnościowych. Spotykało mnie z tego powodu wiele przykrości i nieprawdziwych opinii.

– Co Ksiądz Profesor robił, aby wyjść z tej przykrej sytuacji?

– Postanowiłem rozwinąć studia doktoranckie, które od początku cieszyły się dużą frekwencją i uznaniem wśród księży biskupów. W seminarium uczestniczyli studenci z Polski, z Europy Zachodniej i Wschodniej, a nawet z USA. To wszystko pozwoliło mi na wypromowanie 75 doktorów. Wielu z nich jest dzisiaj biskupami, profesorami. Ta moja praca zmieniała dotychczasową, nieprzychylną opinię o teologii duchowości. Z drugiej strony badania prowadzone w Warszawie, w ramach prac naukowych (doktorskich, habilitacyjnych, profesorskich), budowały koncepcję teologii duchowości i teologii mistycznej, odkrywały polską duchowość, duchowość europejską Zachodu i Wschodu, a także pewne treści duchowości amerykańskiej. Do tego dochodziły moje coroczne badania statutowe i granty (pierwszy na wydziale teologicznym UKSW).
Dzięki moim pionierskim badaniom odkryłem polskie szkoły duchowości, przede wszystkim szkołę duchowości zmartwychwstańczej, honorackiej, szkołę sióstr benedyktynek (s. Magdalena Mortęska), szkołę kapucyńską przełomu XIX i XX wieku oraz szkołę duchowości mariańskiej (mistykę Stanisława Papczyńskiego, Jerzego Matulewicza). Ponadto odkryłem sześć okresów polskiej duchowości, mistykę przeżyciową polskich mistyczek i mistyków, w ramach której okrywam mistykę przesłania (proroczą), np. przesłanie miłosierdzia Bożego św. Faustyny, mistykę przesłania niemowlęctwa duchowego s. Leonii Nastał itd. W celu propagowania tych odkryć oraz prezentowania koncepcji teologii duchowo-mistycznej powołałem cztery serie wydawnicze. Najsłynniejsza to „mistyka polska” i „duchowość Europy”, w których to ukazało się ponad 200 pozycji wydawniczych.

– Czy po 30 latach pracy Ksiądz Profesor dostrzega potrzebę teologii duchowości, zwłaszcza gdy pojawiają się różne duchowości?

– Oczywiście, że dostrzegam – tym bardziej w obecnej dobie, która charakteryzuje się „burzą duchowości”. Aktualnie w Europie propagowana jest „nowa duchowość” indywidualistyczna, zwracająca uwagę na budowanie relacji z Bogiem na sposób osobisty i tylko o własnych siłach, kładąc nacisk na „przeżycia” emocjonalne, które stają się instancją o autorytecie przewyższającym autorytet Kościoła. Powszechnie uważa się, iż poza tymi przeżyciami w nic nie trzeba wierzyć. Istotą jest więc „przeżycie” (doświadczenie, emocja, uczucie). Następuje sakralizacja własnego „ja”, odrzucenie działania Boga, a w życiu liczy się tylko samorealizacja, osobista autonomia, samoekspresja. Rodzi się osobowość narcystyczna, nastawiona na terapię, na ucieczkę od świata zewnętrznego, od społeczeństwa, od rodziny. Człowiek zamyka się wokół siebie, doświadczając pustki oraz jałowości ducha. Rodzi się duchowość ateistyczna, humanistyczna, psychologiczna, terapeutyczna, jednym słowem naturalna. Miejsce wiary zajmuje ideologia. Pojawia się piśmiennictwo mówiące o życiu duchowym zwierząt (o duchowości kota, psa). Odpowiedzią na tak rozumianą duchowość indywidualistyczną jest duchowość personalistyczna.

– A więc jaka jest koncepcja teologii życia duchowego?

– Koncepcja ta jest bardzo prosta. Proces życia duchowego, świętości, dokonuje się na drodze rozwoju miłości. Bóg będący pełnią świętości, pragnie podzielić się pełnią swojej miłości z człowiekiem. Dlatego chrześcijanin w sakramencie chrztu świętego otrzymuje cnoty teologalne: miłość, wiarę i nadzieję oraz dary Ducha Świętego. Od człowieka zależy, czy na miłość Boga odpowiada swoją miłością. Bóg wymaga od człowieka, aby zjednoczył się z Nim w miłości, a więc miłość jednoczy chrześcijanina z Bogiem w mistycznym zjednoczeniu. Sama miłość jest już uczestnictwem w życiu samego Boga, czyli w nieskończonej miłości Bożej i dlatego może wzrastać podobnie jak łaska, która jest uczestnictwem w naturze Bożej.
Zatem od człowieka zależy, czy rozwija dary otrzymane w sakramencie chrztu, czy one tylko „leżą jak ziarenka w pustej donicy”. Człowiek walcząc ze skutkami grzechu pierworodnego zmuszony jest rozwijać tę miłość (współpracując z Bogiem) poprzez sakramenty i poprzez wysiłek własny. Najczęściej chrześcijanie uważają, że jak odmówią wieczorny pacierz i pójdą do kościoła, to już stają się uświęconymi, gdyż osiągnęli spokój sumienia, wykonując obowiązki pobożnościowe, a tymczasem na co dzień mogą być osobami pysznymi, podłymi, pełnymi nienawiści i zemsty, mogą być karierowiczami, mogą być osobami wrednymi itd. Te wszystkie wady i słabości nie rozwijają relacji miłosnej do Boga i bliźniego. Mówiąc wprost o prawdziwej świętości, to polega ona na ciągłym procesie miłości do Boga i bliźniego, poprzez odrzucenie wszystkiego co przeszkadza temu rozwojowi. Przed tak rozumianą miłością człowiek nie może uciec, albo staje się uświęconym, albo będzie zwykłym kłamcą.

– Wymiar mistyczny jest więc wymiarem podstawowym?

– Tak. Stąd też, w istocie świętości zawarte jest dążenie do mistycznego zjednoczenia w miłości z Bogiem, natomiast sprawdzianem tej jedności mistycznej w miłości z Bogiem jest otwarcie się na bliźniego, albowiem miłość bliźniego prowadzi do umiłowania Boga. Zatem świętość ma wymiar mistyczny, najwyższe zjednoczenie z Bogiem w miłości. Ten rozwój miłości wymaga ciągłej walki z wadami, oczyszczenia się z nich. Proces ten jest bardzo bolesny, gdyż człowiek zrywa ze swoimi przywiązaniami. Wkracza wówczas formacja duchowa, poprzez współpracę z łaską Bożą, a nie formacja psychologiczna, która to nie może zastąpić formacji duchowej w procesie oczyszczenia, przez cały proces świętości. Niektórzy formatorzy walkę ze skutkami grzechu pierworodnego przesuwają na płaszczyznę psychologii. Psychologia może stwierdzić stan psychiki człowieka, czyli formacji ludzkiej. Tam gdzie wkracza łaska Boża nie ma miejsca dla psychologii, która nie może zastąpić formacji duchowej.
Najczęściej w Polsce rozumie się mistykę jako zjawiska nadzwyczajne i odnosi się to tylko do osób wybranych przez Boga. Jest to z natury błędny pogląd. Wszyscy ludzie są powołani do życia mistycznego, czyli do doświadczenia miłości, obecności Boga w swoim wnętrzu. Można powiedzieć, że życie mistyczne jest po prostu realizowaną miłością w życiu człowieka, aż do osiągnięcia mistycznego zjednoczenia z Bogiem. Najlepiej ten proces poznajemy na bazie mistyki przeżyciowej.
Zatem teologia duchowości zajmuje się wewnętrzną relacją miłości Boga do człowieka i miłością człowieka do Boga (wymiar mistyczny), natomiast wymiar ascetyczny obejmuje uwolnienie się od przywiązania do skutków grzechu pierworodnego i praktyki pobożnościowe. Nieznajomość mistycznego wymiaru życia duchowego sprowadza życie do poziomu życia ascetycznego, moralnego, religijnego, pobożnościowego, czyli do poziomu horyzontalnego, odrzucając wymiar wertykalny, budowania miłosnej jedności z Bogiem. Mistyczny wymiar życia duchowego wymaga ciężkiej pracy duchowej. Człowiek kochający Boga nie może czynić jakiegokolwiek zła bliźniemu (np. oczernianie, plotki, zemsta), ponieważ jest mistycznie z Nim zjednoczony. Często niektórzy formatorzy życia duchowego zwalniają człowieka z tej pracy nad sobą, która docelowo jest podstawą rozwoju miłości.

– Ksiądz Profesor opracował „metodę postępu” życia duchowego.

– Tak. Jest to „metoda rozwoju” życia duchowego, mistycznego na bazie postępu miłości. Bardzo prosta, albo człowiek będzie całkowicie kochał Boga, albo nie (pycha, kariera, kłamstwo). Miłość „uzdalnia” człowieka do złożenia siebie w bezinteresownym darze - najpierw dla Jezusa, a następnie dla bliźniego. Życie duchowe, mistyczne nie polega na ciągłym doskonaleniu siebie, ale na wzroście miłości, która wyraża się w dawaniu siebie. Dlatego można mówić o życiu mistycznym jako normalnym rozwoju duchowym chrześcijanina. Chrześcijanin staje się mistykiem, gdy doświadcza miłości Boga.

Tagi:
wywiad

Reklama

Zamiast muzycznej kariery wybrał kapłaństwo

2019-06-26 18:39

Piotr Kołodziejski / Szczecin (KAI)

"Jestem przekonany, że spełniam wolę Bożą. To mnie trzyma tak głęboko jak kotwica" - mówi diakon Maciej Czaczyk, który wraz z dwójką innych kandydatów przyjmie święcenia prezbiteratu w szczecińskiej katedrze. W 2011 roku 17-letni wówczas licealista z Gryfina wygrał telewizyjne "Must be the music". Potem jednak wybrał inną drogę życiową.

Screenshot/www.youtube.com

Piotr Kołodziejski (KAI): Po wygranej w programie była nagrana płyta, a potem... decyzja o wstąpieniu do seminarium. Nie żałujesz tej decyzji z perspektywy lat?

Maciej Czaczyk: - Nie żałuję. To po prostu mega duża przygoda, potężna otwierająca życie. Szczęśliwe życie. Także nie sposób żałować.

KAI: Pamiętam moment, kiedy ogłosiłeś, że wstępujesz do seminarium. W mediach była duża konsternacja. Czy docierały do Ciebie komentarze w stylu "Co ty robisz człowieku?"

- Nie czytałem tych komentarzy, ale przyznam, że w prywatnych wiadomościach docierały do mnie głosy niezrozumienia. Niektórzy krytykowali bardzo mocno i czuli się zawiedzeni. Poniekąd ja sam byłem zaskoczony tą decyzją.

- W jednym z wywiadów powiedziałeś, że „realizacja pasji dla pasji jest pusta”. Co to oznacza?

- Myślę, że na każdym etapie trochę inaczej to rozumiałem. Dziś myślę po prostu, że sam dla siebie nie jestem celem. Moje realizowanie siebie, choć jest piękne i potrzebne, żeby się rozwijać i realizować swoje pasje, jest bardzo potrzebne, ale to nie jest w stanie zaspokoić człowieka. Bo człowiek jest kimś więcej i potrzebuje relacji do drugiego człowieka i miłości do drugiej osoby, żeby dawać z siebie. A nie tylko dziś każdy bardziej realizuje siebie, dla siebie, do siebie. Żeby jednak odbić w drugą stronę. Nie w stronę pasji i realizacji siebie, ale bardziej w stronę bycia dla innych. Jeśli pasja jest tak rozwijana, to jak najbardziej, ale ona wtedy nie staje się celem.

- Mówiłeś też, że jako dziecko chciałeś być księdzem, a więc u Ciebie to chyba nie był taki strzał, że nagle po sukcesie medialnym w konkursie telewizyjnym zdecydowałeś się zostać księdzem, tylko to w Tobie dojrzewało.

- Tak i to od malucha. Nim poszedłem do I Komunii Świętej i bliżej podszedłem do ołtarza, to już były zabawy w księdza. Bawiłem się w moim życiu i to pragnienie było. Tak jak dzieci bawią się w różne zawody. To była jedna z takich zabaw, ale okazuje się, że potem coraz bardziej chciałem iść w tę stronę.

- W tych zabawach bardziej skupiałeś się na głoszeniu kazań, czy to już były pierwsze próby grania na gitarze?

- Nie. Grania na gitarze wtedy nie było. Nie pamiętam czy wygłaszałem wtedy kazania. Pamiętam, że było „przeistoczenie”. Była taka śnieżnobiała cieniutka gąbeczka, materiał okrągły pod różańcem, który miałem. To był taki różaniec z Częstochowy. Spod różańca wyciągnąłem to i to pięknie wyglądało jak hostia. Było takie śnieżnobiałe i wyglądało jak hostia. Pamiętam podnosiłem się to do góry w tej zabawie.

- Wygrywasz konkurs, nagrywasz płytę. Czym dla Ciebie było wtedy szczęście, a czym jest teraz?

- Czułem wtedy na pewno radość. Było wiele emocji, stresu, a szczęście to nie emocje, bo te emocje później opadły, zaczęła się kariera i okazuje się, że to było jakieś puste głębiej. To opierało się tylko na doznaniach, emocjach, które ulatywały. Żyłem od fajerwerków do fajerwerków, od wywiadu do wywiadu, od koncertu do koncertu, żeby zapewnić sobie kolejne radochy życia, od imprezy do imprezy, a szczęście było cały czas niedostępne, nieosiągalne. No i zacząłem szukać.

- Powiedziałeś, że była w pewnym momencie doświadczyłeś pustki. Nie żałujesz więc tego doświadczenia na scenie. Czy ono było potrzebne w twoim życiu?

- Bardzo potrzebne i jestem wdzięczny najpierw Panu Bogu, a potem tym innym, których spotkałem. Wiele mnie nauczyli i to było bardzo cenne. Dziękuję im, że mogłem tego doświadczyć. To było wspaniałe doświadczenie.

- Czy to może być wskazówką dla tych młodych, którzy dziś poszukują swojej drogi i chcieliby jeszcze czegoś spróbować zanim podejmą ostateczną decyzję?

- Zdecydowanie tak. Myślę, że warto rozwijać swoje pasje, talenty i też iść za tym, co w jakiś sposób odkrywamy w swoim życiu i czego pragniemy. Pan Bóg też często w tym jest. Często podsuwa takie pragnienia. Jeśli to są rzeczy, które nas prowadzą do dobrego, to trzeba za tym iść. Na pewno trzeba rozwijać talent i szukać szczęścia, ale polecam to robić z Panem Bogiem.

- Masz poczucie, że spełniasz Wolę Bożą na co dzień?

- Jestem przekonany, że spełniam Wolę Bożą. To mnie trzyma tak głęboko jak kotwica. Mimo różnych uczuć każdego dnia, bo przecież uczucia się zmieniają, mam szczęście i pokój, że bez względu na to, co będzie się działo na morzu, jaka burza przyjdzie, to ta kotwica jest zakotwiczona. To jest mega ważne w momencie wybierania swojej drogi życiowej, żeby zakotwiczyć i wybrać drogę swojego powołania.

- Jak się Ciebie słucha, można stwierdzić, że jesteś szczęśliwym człowiekiem. Skoro się tak spełniasz, to nigdy nie było kryzysów?

- Szczęście to też kryzysy. Uczucia są różne. Miałem kryzysy. Myślę, że będę miał jeszcze nie jeden i nie dwa w swoim życiu, ale w seminarium, jak miałem kryzysy, to po nich siłą rzeczy stawałem bardziej w prawdzie o rzeczywistości o mnie i stawałem w realnym świecie, stawałem się mocniejszy. Szczęście nie wyklucza się z kryzysem.

- Czasem grasz na gitarze i pojawiasz się na scenie. Czy jest coś w diakonie Macieju Czaczyku z tego Maćka, który wygrywał „Must be the music”?

- Na pewno jest sporo rzeczy w tym Maćku Czaczyku, bo to tak naprawdę ten sam Maciek Czaczyk, chociaż niedługo kompletnie duchowo zmieni się moje życie, bo Chrystus przejmie stery oficjalnie, ale moje cechy charakteru, moje życie i patrzenie na wiele spraw ciągle wymaga nawrócenia, ale też cennych rzeczy nie zabrał mi Pan Bóg, a myślę, że jeszcze je pomnożył i rozwinął. Takie mam przeświadczenie.

- Jakie, Twoim zdaniem, są dziś motywacje kandydatów na księży?

- Wydaje mi się, że mogą być bardzo różne. Ale po to jest seminarium, aby rozeznać. Seminarium to nie jest „szkoła na księdza” ale czas rozeznawania. Niektórzy stwierdzają, że to nie jest ta droga i odchodzą. I o to chodzi. Lepiej być dobrym mężem i ojcem niż złym księdzem.

- Jak postrzegani są dziś kapłani w obliczu prób dyskredytowania Kościoła i tworzenia wizerunku Kościoła będącego w kryzysie?

- To nie jest raczej pytanie do mnie ale do jakichś sondażowni. Ja wiem, kim powinien być kapłan i jakim chcę być kapłanem. Każdy z nas ma być alter Christus, drugim Chrystusem. Można powiedzieć, że kryzys wizerunkowy był w Kościele od początku. O Jezusie współcześni też źle mówili, że żarłok i pijak, że siada przy stole z celnikami i grzesznikami. Patrząc na historię Kościoła można rzec, że gdy nas za bardzo chwalą to nie jest dobrze, bo to znak, że ulegamy panu tego świata. Kościół ma nie tyle dbać o wizerunek, ale o świętość swoich członków. A wszelki grzech widzimy jako ranę na ciele Chrystusa i nie możemy obok niej przechodzić obojętnie.

- Widzisz młodych ludzi na co dzień, którzy szukają swojej drogi życiowej. Czy są zagubieni, boją się odkryć swoją drogę? Jak patrzysz na nich?

- Patrzę na nich trochę jak na swoich młodszych kolegów i koleżanki. Widzę w nich też siebie. Wydaje mi się, że świetnie ich rozumiem. Szczególnym darem dla mnie była rodzina i rodzice. Dziś to często jest źródłem problemu, że rodziny się sypią. W tych relacjach. I ciężko to potem czymkolwiek uzupełnić. Coś, co jest fundamentalnym brakiem. Widzę, że są zagubieni. Widzę, że szukają szczęścia i nadziei w życiu. Szukają miłości. Myślę, że to się nigdy nie wyczerpie. Każdy szuka tego samego. Ktokolwiek będzie chciał spotkać się ze mną i rozmawiać na ten temat, to będę dzielił się swoim życiem. Jeżeli komuś to pomoże, to chwała Bogu.

- Co Maciej Czaczyk powie komuś, kto coś usłyszy w swoim sercu, ale boi się pójść za tym głosem dalej?

- Co ja mogę powiedzieć? Nie bój się. Mogę nawet zaśpiewać. (tu Maciej Czaczyk śpiewa) Nie bój się, chodźmy tam. To mój pierwszy singiel i jest blisko ze mną. Moja pioseneczka. Nie bój się, że ktoś ci powie, że coś, że ktoś będzie o tobie gadał. To zawsze będzie. Po prostu rób to, co Pan Bóg w sercu ci podsuwa i do przodu.

- Dziękuję za rozmowę.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Toruń: w piątek rozpoczyna się Song of Songs Festival

2019-07-17 16:05

tk / Toruń (KAI)

Adam Strug, Natalia Niemen, Gospel Rain, Darek Majelonek Hyperhemon – to niektórzy spośród wykonawców, jacy pojawia się na tegorocznym Song of Songs Festival. Jeden z największych festiwali muzyki chrześcijańskiej w Europie odbędzie się w dniach 19-20 lipca na Scenie Plenerowej Centrum Kulturalno-Kongresowego Jordanki w Toruniu.

Jakub Szymczuk

Idea i cel organizowania tej cyklicznej imprezy wynika z przekonania, że w niespokojnej Europie można i trzeba szukać obszarów, w których młodzi ludzie znajdą wspólną płaszczyznę z innymi, podobnie czującymi i myślącymi – zaznaczają organizatorzy.

Ich zdaniem najlepszą formą takiego kontaktu jest muzyka, w szczególności ta inspirowana chrześcijańską tradycją i prawdą płynącą z Ewangelii. „Jest ona jednocześnie drogą do pokonywania uprzedzeń, wrogości i obojętności wobec innych ludzi, czy innych wyznań religijnych” – czytamy na stronie internetowej Festiwalu. Dlatego, zgodnie z formułą towarzyszącą Festiwalowi od początku, także i tym razem zaprezentują się chrześcijańscy muzycy różnych wyznań.

W programie dwanaście koncertów, które zagrają znakomite gwiazdy Polskiej sceny muzycznej.

W trakcie Festiwalu prowadzona będzie zbiórka pod hasłem: „Budujemy i utrzymujemy Most do Nieba – pierwsze hospicjum dla dzieci na Litwie”. To element ogólnopolskiej akcji fundacji Fundacja Aniołów Miłosierdzia.

Song of Songs Festival to międzynarodowy festiwal muzyki chrześcijańskiej, którego pierwsza edycja odbyła się w 1998 r. (z przerwą w latach 2011-16).

Festiwal jest jedną największych w Europie Środkowo-Wschodniej prezentacją czołówki polskich artystów wykonujących współczesną, profesjonalną muzykę chrześcijańską.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Katolickie Stowarzyszenie Lekarzy: oburzenie skazaniem na śmierć głodową Vincenta Lamberta

2019-07-17 18:03

lk / Warszawa (KAI)

Przygnębienie i oburzenie decyzją lekarzy, którzy zaniechali odżywiania i nawadniania, skazując na śmierć głodową Vincenta Lamberta, pacjenta Kliniki Uniwersyteckiej w Reims we Francji, wyraziło Katolickie Stowarzyszenie Lekarzy Polskich. Mężczyzna zmarł dziewięć dni po odłączeniu go od aparatury podtrzymującej życie.

Poniżej tekst stanowiska przesłanego KAI:

Stanowisko Katolickiego Stowarzyszenia Lekarzy Polskich wobec zaniechania żywienia chorego Vincenta Lamberta

1. Jesteśmy oburzeni i przygnębieni decyzją lekarzy, którzy od dnia 3.07.2019 r. zaniechali odżywiania i nawadniania, skazując na śmierć głodową Vincenta Lamberta - pacjenta Kliniki Uniwersyteckiej w Reims we Francji.

2. Działania zespołu medycznego w ostatnich 9 dniach życia Vincenta są sprzeczne z prawami człowieka i zasadami etyki lekarskiej, są formą eutanazji i aktem okrucieństwa wobec pacjenta i jego rodziców. Niszczy to wizerunek lekarza i podważa zaufanie do naszego zawodu.

3. Nie jest uporczywą terapią żywienie przez sondę i pojenie wodą pacjenta z zachowanym samodzielnym oddechem oraz minimalną świadomością.

4. Żaden wyrok sądowy ani opinia specjalistów nie usprawiedliwiają działań zmierzających do zakończenia życia chorego, pozbawienia go jedzenia, picia i pomocy najbliższych oraz odbierania mu możliwości leczenia i rehabilitowania w innym ośrodku medycznym.

5. Mamy nadzieję, że historia choroby i śmierci głodowej Vincenta Lamberta oraz walka jego rodziców i tysięcy ludzi na całym świecie o jego ocalenie przyczynią się do ochrony życia i godności innych ciężko chorych pacjentów.

W imieniu Katolickiego Stowarzyszenia Lekarzy Polskich:

dr n.med. ELŻBIETA KORTYCZKO, prezes KSLP, specjalista pediatrii i neonatologii,

prof. BOGDAN CHAZAN, wiceprezes KSLP i prezes Oddz. Mazowieckiego, specjalista ginekologii i położnictwa,

lek. ANNA GRĘZIAK, Honorowy Prezes KSLP, anestezjolog, członek Zespołu przy Rzeczniku Praw Pacjenta ds. opracowania standardów postępowania w terapiach medycznych stosowanych w okresie kończącego się życia,

lek. GRAŻYNA RYBAK, delegat Oddz. Mazowieckiego KSLP, specjalista pediatrii,

lek. MARZENNA KOSZAŃSKA, wiceprezes Oddz. Mazowieckiego KSLP, specjalista pediatrii

----

42-letni Vincent Lambert, który po wypadku w 2008 r. był sparaliżowany, żył przez 11 lat w stanie minimalnej świadomości. Na wniosek żony i lekarzy, wbrew prośbom rodziców, którzy chcieli go przenieść do ośrodka opieki, francuski wymiar sprawiedliwości wydał zgodę na jego uśmiercenie. Zmarł 11 lipca, dziewięć dni po tym, jak został odłączony od sztucznego nawodnienia i odżywiania. Dwa dni później odbył się jego pogrzeb.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem