Reklama

Wierny rodzinie i modelarstwu

2018-01-24 12:44

Bogdan Nowak
Edycja szczecińsko-kamieńska 4/2018, str. VI

Bogdan Nowak
Pokój gościnny prezentuje modele i białą broń pana Wojciecha

Wojciecha Frasa zastaję cierpliwie skupionego w modelarskiej pracowni nad kolejnym modelem. Żona artysty – Barbara – zaprasza do stołu na kawę, do którego dosiada się zawsze uśmiechnięty pan Wojtek. Jest jednym z najbardziej znanych parafian w szczecińskim Skolwinie właśnie z uwagi na jego artystyczne zdolności.

– Urodziłem się w Kamieniu Pomorskim – wspomina. – Ale właściwie większość swego życia spędziłem w Szczecinie-Skolwinie. Od lat szkolnych pasjonowało mnie modelarstwo. Nawet edukowałem się w tym zakresie w pracowni Pałacu Młodzieży. Ale te młodzieńcze pasje przerwała mi trzyletnia obowiązkowa służba wojskowa w marynarce wojennej. W Gdańsku było mi dane poznać Basię, którą poślubiłem w pięknym mundurze w 1972 r. Potem już całe małżeńskie i rodzinne życie wiodę w tym przyjaznym i spokojnym domu. Całe swoje życie zawodowe przepracowałem aż do emerytury w nieistniejącej już Hucie Żelaza w Szczecinie-Stołczynie. Natomiast moja ukochana żona prowadziła znakomicie nasze ognisko rodzinne, bo jesteśmy szczęśliwymi rodzicami trzech już dorosłych synów.

– Nawet minister obrony odznaczył nasze małżeństwo srebrnym medalem za zasługi dla obronności kraju, bo trzej nasi synowie służyli w wojsku – dodaje pani Barbara. – Trzeci syn jako student nie musiał odbywać zasadniczej służby wojskowej, ale zazdrościł ojcu i braciom ciekawych rozmów o pobycie w wojsku i zgłosił się na ochotnika do odbycia służby.

Reklama

Frasowie są dumni ze swoich usamodzielnionych synów oraz sześciu wnucząt. Nie wszyscy znaleźli zatrudnienie w Ojczyźnie, dlatego udali się na emigrację zarobkową.

W starannie zadbanej posesji nie mieszkają sami, bo wraz z nimi na piętrze mieszka najmłodszy syn ze swoją rodziną.

– Nasza parafia obchodzi 60-lecie istnienia, dlatego z tej okazji wykonałem model XV-wiecznej zabytkowej świątyni, która znajdzie stosowne miejsce w tym kościele służącym nam przez całe nasze życie – wyjaśnia artysta, gdy mój wzrok zatrzymuje się na precyzyjnie odtworzonym modelu zabytku sakralnego, będącego dumą parafian Skolwina.

Pan Wojciech w czasie modelarstwa zapominał o trudnych problemach rodzinnych, ale zawsze cieszył się, że żona była i jest mu przyjacielem w małżeńskiej drodze. Jego modele (a powstało ich przez 35 lat bardzo dużo) były nagradzane i nabywane przez różnych miłośników tej niełatwej sztuki modelarskiej. Jeden z nich nagrodzony pucharem Prezydenta Miasta Szczecina przedstawia dębowy kadłub HMS „Victory” w skali 1:50, który znajduje się w Muzeum Rybołówstwa Morskiego w Świnoujściu.

Inny również został wyróżniony jako najlepszy model okrętu Marynarki Wojennej w postaci kutra patrolowego KP-126, na którym obowiązkową służbę wojskową odbywał pan Wojtek. Pasjonat historycznych okrętów najchętniej je tworzy z zegarmistrzowską dokładnością. Więcej zamówień nie przyjmuje, bo latami będą czekać te, które na razie są rozpisane na planszach w różnych skalach.

– Gdy byłem młodszy, zajmowałem się też malowaniem – wspomina. – Z tamtego okresu pozostał mi jedynie portret obecnie świętego papieża Jana Pawła II, który zrealizowałem w 1981 r. Były jeszcze inne obrazy, ale znalazły uznanie u różnych nabywców.

Przysłuchująca się tej rozmowie pani Basia nie ukrywa, że ta twórczość Wojtka poza pracą zawodową była też dodatkową cenną pomocą finansową w utrzymaniu 5-osobowej rodziny, bo przecież był on jedynym jej żywicielem.

Z własnej inicjatywy pan Wojciech organizował zajęcia karate dla młodzieży w pobliskim ośrodku szkolno-wychowawczym. Ceni jego edukacyjną służbę Towarzystwo Przyjaciół Dzieci poprzez publiczne wyróżnienie. Ścianę domowego salonu zdobią liczne eksponaty białej broni, która też jest dziełem pana Wojtka. – Dawniej zajmowałem się również płatnerstwem, dlatego na ścianie wiszą rozmaitego rodzaju szable we właściwych futerałach – opowiada, sięgając po chromowane ostrze kopii zabytkowej szabli. – Każda musiała być wykonana zgodnie z oryginałem noszonym przez oficera sprzed lat.

Miłość do białej broni jest wyrazem mojego patriotyzmu wojskowego dawnej Polski, która zawsze musiała być gotowa do obrony przed różnymi zaborcami. Nieraz te unikalne szable znajdują nabywców, dlatego jest ich coraz mniej w tym domu.

Państwo Frasowie są aktywni w swojej parafii, choćby przez swój udział w dorocznym festynie organizowanym przez miejscowych duszpasterzy. Pan Wojciech na stoisku eksponuje wykonane przez siebie modele marynistyczne, które budzą ciekawość parafian i gości. Nawet nagrodę za model żaglowca przekazał na rozwój parafii. Pani Basia dołącza się do tego integrującego społeczeństwo święta, przygotowując swoje smaczne ciasta, chętnie kupowane przez uczestników święta. Każda złotówka w tak pracowity sposób uzyskiwana dobrze służy wielorakiemu rozwojowi tej trzytysięcznej parafii kierowanej od pięciu lat przez ks. Artura Rasmusa. Ksiądz Proboszcz zaliczył Wojciecha Frasa do „Skolwinian pozytywnie zakręconych”.

Opuszczając emanujący ewangelicznym dobrem dom wielopokoleniowej rodziny Frasów, buduję się ich jednością i troską, by nigdy nie brakowało w nim chleba i wzajemnej miłości. Zapewne życie nie oszczędziło im nieprzewidzianych cierpień, choćby z powodu przymusowych wyjazdów „za chlebem” do Niemiec czy Norwegii, ale zawsze wszystkich ciągnie do tego niegasnącego ognia małżeńsko-rodzinnego trwającego na dozgonnej wachcie Barbary i Wojciecha Frasów.

W świecie liberalnie traktującym małżeństwo i rodzinę coraz więcej ludzi tęskni za trwałymi wartościami wyniesionymi z naszych katolickich domów.

Tagi:
hobby modelarstwo

W obliczu zagrożeń człowiek nawraca się

2018-02-14 11:10

Bogdan Nowak
Edycja szczecińsko-kamieńska 7/2018, str. V

Archiwum dr. Mirosława Lewińskiego
Tym jachtem szczeciński lekarz opłynął świat

Płynąc samotnie swoim jachtem „Ulysses” przez niebezpieczny szlak Pacyfiku, stałem się nagle katolikiem bardzo wierzącym, zdanym całkowicie na Bożą Opatrzność – wspomina kapitan jachtowy, lekarz medycyny Mirosław Lewiński, gdy go odwiedzam w czasie dyżuru w Izbie Przyjęć. – Podobnego nawrócenia doznają pacjenci, przed którymi lekarze nie ukrywają zbliżającej się śmierci. Wówczas chorzy powierzają swój los ufnie w ręce Boga, który może wszystko. Przecież człowiek w ziemskiej wędrówce ma ograniczone możliwości w urzeczywistnianiu swoich nawet najpiękniejszych planów. Na bezkresnym oceanie, na którym czyha tyle rozmaitych niebezpieczeństw w czasie żaglowania, oddałem się w opiekę Stwórcy, mając świadomość, że On chce zawsze mojego dobra i o mnie się troszczy.

Doktor Lewiński urodził się w 1958 r. w Lesznie. Tam już w okresie szkolnym zachwycał się treścią książek żeglarskich, a szczególnie postacią Bernarda Moitessiera, nazywając go „wielkim romantykiem morza”. Chciał ukończyć szkołę morską, ale przeszkodą okazała się wada wzroku, zmuszająca go do stałego noszenia okularów od 15. roku życia. Nie mógł zatem poświęcić się marynarce handlowej. Miłość do pływania najpierw realizował po pobliskim jeziorze, a potem na żeglarskich obozach nadmorskich organizowanych dla młodzieży. Po maturze stanął przed dylematem, w jakim kierunku kreować swoją przyszłość. Uznał, iż będzie najbliżej żeglowania, gdy ukończy studia medyczne, bowiem już wtedy wielu lekarzy pływało różnymi szlakami wodnymi.

Lewiński ukończył studia na poznańskiej Akademii Medycznej w 1983 r. Jako lekarz został zatrudniony na tej samej uczelni na etacie asystenta Kliniki Chorób Pasożytniczych i Tropikalnych, gdzie również uzyskał specjalizację w zakresie chorób wewnętrznych. Wolny czas młody internista najchętniej spędzał, żeglując nie tylko po jeziorach wielkopolskich, ale również na morzu. Zdobywał też kolejne stopnie żeglarskie aż do uzyskania w 1998 r. stopnia kapitana jachtowego, który jest konieczny do samodzielnego prowadzenia jachtu oceanicznego.

Skorzystał z propozycji armatora dużego szkoleniowego żaglowca „Pogoria”, na którym w 1990 r. pełnił funkcję III oficera oraz lekarza w czasie półrocznego rejsu z Karaibów przez Atlantyk do Polski. To było jego kolejne doświadczenie „morskiego wilka” do przyszłej kilkuletniej jachtowej podróży pod swoim dowództwem.

Doktor Lewiński marzył o jachtowej wyprawie okołoziemskiej już w okresie licealnym. Chciał w ten sposób uczcić żeglarski wyczyn międzywojenny Władysława Wagnera, który jako pierwszy Polak opłynął świat w latach 1932-39. Przy pomocy swego pracowitego ojca Władysława (będącego współtwórcą dwóch kosztownych jachtów Lewińskiego) i przyjaciół zbudował w Lesznie i w Szczecinie w ciągu trzech lat 13-metrowy jacht „Stary”, którym opłynął w 2003 r. przylądek Horn w Chile, a w 2006 r. – dopłynął do Przejścia Północno-Zachodniego z Europy do Azji Wschodniej. – Jacht został sprzedany szczecińskiemu Jacht Klubowi AZS, dobrze służąc studenckim pasjonatom żeglowania do dnia dzisiejszego – dopowiada kapitan lekarz. – Warto podkreślić, iż „Stary” jest pierwszym polskim jachtem z najmłodszą załogą, który okrążył Amerykę Północną.

Pan Mirosław w 2007 r. podjął się budowy jeszcze nowocześniejszego i mocniejszego jachtu „Ulysses” przystosowanego do dalekich rejsów oceanicznych. Budowa żaglowca została rozpoczęta w Odessie (Ukraina), a w 2007 r. zakończona w Szczecinie.

Nazwa jachtu zachęca Lewińskiego do żeglowania po nieznanym świecie wczytującego się w słowa poematu Alfreda Tennysona z 1842 r. – „Ulysses”: „Nie jest za późno, moi przyjaciele,/ By świata jeszcze innego poszukać./ Odwiążcie cumy, chwyćcie wiosła w ręce,/ W rozkołysane bruzdy bijcie nimi,/ Bo jest mą wolą aż na skraj Zachodu,/ Aż tam, gdzie gwiazdy się kąpią, żeglować,/ Póki nie umrę”.

W precyzyjnie przygotowany szlak Rejsu Wagnera wyruszył 52-letni lekarz 29 maja 2010 r. w towarzystwie swego syna Piotra (towarzyszył mu tylko na odcinku europejskim) i przyjaciela. Ten oceaniczny żaglowiec, posiadający siedem koi, w czasie swej ponad 4-letniej podróży okołoziemskiej zabrał na krócej lub dłużej 150 sympatyków wodnych rejsów dziesięciu narodowości. Przepłynął „Ulyssesem” ponad 44 tysięcy mil, w tym prawie 10 tysięcy mil morskich – samotnie. Dzięki ich finansowemu współudziałowi w kosztach żeglowania „Ulissesa” to marzenie o wielkiej przygodzie światowej mogło się spełnić.

– Decyzja o tak długiej podróży nie była łatwa – wyjaśnia – zwłaszcza gdy się ma żonę i dwoje dzieci. A ponadto pacjentów. Jest zawsze lęk, czy będzie do kogo wracać. Wprawdzie kilka razy przylatywałem do rodziny w czasie tej życiowej podróży dookoła świata, ale te niedługie wizyty przerywające rejs nie są w stanie zastąpić stałej obecności w lądowym życiu. Moja mama nawet uznała, że zrobiłem sobie prawie pięcioletni urlop od egzystencji na polskiej ziemi. Inni z rodziny nawet stwierdzili językiem żołnierskim, iż uciekłem z pola codziennej bitwy, czyli z życia.

W niezwykle aktywnej osobowości Mirka tkwią dwie wielkie pasje górujące nad wszystkim: żeglarska i lekarska.

Profesja lekarska przydała się nie tylko samemu kapitanowi jachtu, który dzięki takiej świadomości, że jest internistą czuł się odważniejszym i mocniejszym w żeglowaniu. Poprzez darowizny zaprzyjaźnionych firm farmaceutycznych miał dobrze zaopatrzoną aptekę jachtową służącą uczestnikom tej wyprawy, a także tubylcom odwiedzanych wysp, chętnie korzystających z lekarskich porad Polaka. Doktor Lewiński mógł nawet na sobie dokonywać stosowne zabiegi pielęgniarskie, a nawet chirurgiczne, gdy doznał niespodziewanie zranienia stopy.

Wysoko ceni sobie praktyczny ekumenizm na Pacyfiku, którego brakuje w Polsce, opowiadając: – Będąc na wyspie Panasia wchodzącej w skład Luizjadów na Oceanie Spokojnym, zaprzyjaźniłem się z szefem wioski Judą. Jej mieszkańcy są chrześcijanami różnych odłamów. Na Samoa Zachodnim zamieszkałym przez 140 tys. osób jest ponad dwadzieścia wyznań, które bezkonfliktowo prowadzą swój żywot. W niedzielę wszyscy ubrani na biało idą z Biblią w ręku do kościoła. W rodzinach często zdarza się, że każdy jej członek należy do innego wyznania; wcale ich to nie skłóca. Brałem udział w nabożeństwie metodystów, na które zaprowadził mnie miejscowy przyjaciel. Ich świątynię stanowił zadaszony podest z krzyżem, ołtarzem i ławkami. Ubóstwo i prostota nie rozpraszała modlitewnej atmosfery. Ściany są tam niepotrzebne; ma być przewiewnie. Czuło się radosną atmosferę wiernych. Jako jedyny gość zostałem przedstawiony przez pastora i pierwszy raz miałem okazję stanąć na ambonie, by metodystów pozdrowić z dalekiej Polski, znanej im być może z pontyfikatu św. Jana Pawła II.

Wydaje mi się, że dla kochających żeglowanie nie ma znaczenia wiek ani trudności, jakich dostarcza żywioł wodny. Za sterami jachtów można spotkać nawet prawie 90-letnich szczecińskich marynarzy, których było mi dane odwiedzić.

Dlatego kapitan Mirosław Lewiński przygotowuje się do kolejnej podróży, która będzie wiodła ze Szczecina do niespokojnego kontynentu południowo-amerykańskiego.

Czeka też na wszystkich, którzy w ten sposób chcą poznać oblicze Ziemi, stworzonej przez Niepojętą Dobroć Bożą.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Siła modlitwy

2019-10-01 13:55

Beata Pieczykura
Niedziela Ogólnopolska 40/2019, str. 10-11

Ma moc większą od bomby atomowej. Jest najpotężniejszą bronią znaną ludziom wszystkich czasów, także w XXI wieku. To nie slogan – mówią ci, którzy doświadczyli siły modlitwy różańcowej. Dzięki niej niektórzy wciąż żyją

stock.adobe.com

Chwycili za różaniec, a sam Bóg uczynił cud we właściwym czasie. Zaufali, są pewni, że On wie, co robi. Wojownicy Maryi opowiadają o cudownej ingerencji Boga w swoim życiu.

Ocalony i nawrócony

Wielkiej siły modlitwy różańcowej, która ratuje od samobójstwa i kompletnie zmienia życie, doświadczył Marcin. Przez 15 lat pił i zrobił w życiu wiele złych rzeczy. Któregoś dnia, w 1. rocznicę śmierci swojej ukochanej babci, postanowił pójść trzeźwy na jej grób. Pamiętał, że babcia przez całe życie odmawiała Różaniec, głównie w jego intencji, więc zabrał ze sobą ten sznurek paciorków.

– W drodze na cmentarz próbowałem odmawiać Różaniec, choć właściwie nie wiedziałem jak, bo zapomniałem po I Komunii św. – opowiada Marcin. – Miałem omamy, jakbym widział diabła, który namawiał mnie, żebym się powiesił. W tym amoku zwątpiłem we wszystko i poszedłem na pole. Wiedziałem, że tam jest takie miejsce, gdzie są schowane sznury. Szukałem gorączkowo powroza, ale nie mogłem go znaleźć. To mi uświadomiło, że ta modlitwa ma wielką moc. Jestem pewny, że dzięki Różańcowi nie odebrałem sobie życia. Oszołomiony wróciłem na cmentarz i modliłem się, jak umiałem. Wtedy postanowiłem świadomie i dobrowolnie iść na terapię odwykową. Najpierw przez 3 miesiące byłem na oddziale detoksykacyjnym, a potem na oddziale odwykowym. Tam, po 15 latach, przystąpiłem do spowiedzi generalnej. Spowiednik powiedział mi, jak odmawiać Różaniec. Po powrocie do normalnego życia było mi ciężko, ale najważniejsze było to, aby „nie popłynąć”. Moją siłą i pomocą stał się Różaniec. Tak pozostało do dziś. Otrzymałem tyle łask – nie piję już 10 lat, a od 2 lat odmawiam Nowennę Pompejańską, jedną za drugą, zwłaszcza za kapłanów. Wierzę, że we współczesnym świecie najskuteczniejszą bronią jest Różaniec.

54 dni do szczęścia

Niełatwe życie odebrało jej radość i pokój serca, wszystko przestało mieć sens. Pracowała po 12 godzin dziennie, także w soboty i niedziele. Zaczęło jej szwankować zdrowie, pojawiły się konflikty w niedawno zawartym małżeństwie. Nie miała czasu dla przyjaciół, więc powoli ich traciła. Nie widziała wyjścia z tej sytuacji, a z całego serca pragnęła zmiany. – Wtedy przyjaciółka powiedziała mi, że Różaniec ma moc zmienić to wszystko – wspomina Magdalena. – Pomyślałam sobie: czemu nie, i postanowiłam spróbować. Byłam tak zdesperowana, że zdecydowałam się odmawiać Nowennę Pompejańską – każdego dnia przez 54 dni nie rozstawałam się z różańcem. Walczyłam ze sobą, z czasem, ze zniechęceniem. Wytrwałam. Dziś wiem jedno – niezależnie od tego, co by się działo, Bóg zawsze wyciągnie rękę, bo nie odmawia Matce Jezusa. Jestem szczęśliwa, wszystko powoli wraca do normy. Różaniec totalnie odmienił moje życie.

Potężniejszy od kul

Zenon różaniec otrzymał w dniu I Komunii św. i nie rozstaje się z nim do dziś. Od wielu lat modli się na nim codziennie. O trudnych dniach i modlitwie wbrew nadziei tak dziś mówi:

– Pamiętam, jak wiosną 1945 r. pijany radziecki żołnierz chciał rozstrzelać mojego ojca Jana. Mama klęczała na podwórku, na śniegu, przy ul. Paderewskiego w Grudziądzu, płakała i głośno odmawiała Różaniec, a my, dzieci, razem z nią. Baliśmy się. Po chwili przyszedł pułkownik, przełożony żołnierza, który trzymał ojca pod bronią, i zażądał dokumentów. Wtedy okazało się, że ojciec nie jest Niemcem. Pułkownik oddał ojcu dokumenty i powiedział mu, że jest niewinny. Potem znowu rosyjscy żołnierze zabrali ojca na przesłuchanie i uwięzili w piwnicach jednego z domów w Owczarkach k. Grudziądza. Długo nie wracał. Mama i ja poszliśmy tam. Cudownym trafem ojca właśnie zwolnili. Po wyzwoleniu Grudziądza całą rodziną wróciliśmy do domu – był zniszczony, ale stał. Jestem pewny, że codzienna modlitwa różańcowa naszej wieloosobowej rodziny ocaliła ojca od czerwonego zniewolenia i śmierci. Dlatego pytam młodych: Czy odmówiłeś Różaniec choć jeden raz? Może teraz weźmiesz go do ręki i będziesz się na nim modlić... To piękna przygoda spotkać Boga w tajemnicach rozważanych we wspólnocie Kościoła lub osobiście w domu, szpitalu, drodze, gdziekolwiek jesteście...

* * *

Powiedzieli o Różańcu

„Czepił się chłop Różańca jak tonący liny. Ale czegóż dzisiaj uchwycić się można, kiedy wszystko tak szybko się zmienia, przemija? Czegóż uchwycić się można w tym świecie, gdzie tempo przemian i zmian oszałamia, onieśmiela, ogłupia? Różańca babci, matki, swojego Różańca. Tego samego Różańca, co wczoraj, dziś i jutro. Najprostszego, jak prosta jest miłość. Uchwycić jego rytm, wejść w ten rytm, żyć tym rytmem – to uratować i ocalić siebie” – o. Jan Góra OP

„Nie ma w życiu problemu, którego by nie można rozwiązać z pomocą Różańca” – s. Łucja z Fatimy

„Różaniec jest modlitwą maluczkich i pokornych, ale też modlitwą najwznioślejszych duchów w Kościele; jest modlitwą teologów, doktorów, myślicieli i świętych” – kard. Stefan Wyszyński

„Jesteśmy szczęściarzami. Bo mamy Różaniec. Bo się możemy uczepić tajemnic, które dokonały największych rewolucji w dziejach świata. Bo się możemy dać wciągnąć w te tajemnice. Zresztą, czy nie są to też nasze tajemnice? Pełne radości i bólu, światła i chwały. Może dlatego modlitwa różańcem staje się wciąż, tak jak niegdyś, początkiem wielu rewolucji, w naszym życiu i życiu całej ludzkości” – ks. Rafał J. Sorkowicz SChr

„Różaniec to nie wypracowanie teologiczne. Odmawiany w chorobie, w trudnej podróży, w oczekiwaniu na wyniki badań, przed drzwiami egzaminatora – jest najmądrzejszą modlitwą” – anonim z internetu

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Abp. Jędraszewski: ludzki duch musi mieć dwa skrzydła – wiary i rozumu

2019-10-19 21:15

Biuro Prasowe Archidiecezji Krakowskiej / Kraków (KAI)

– Ludzki duch, aby się rozwijać i uwznioślać innych musi mieć dwa skrzydła – i wiary, i rozumu - mówił metropolita krakowski Marek Jędraszewski podczas Mszy św. w Kolegiacie św. Anny z okazji 100-lecia Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

Joanna Adamik/archidiecezja krakowska

W homilii abp Marek Jędraszewski zacytował fragment preambuły encykliki Jana Pawła II „Fides et ratio”: „Wiara i rozum są jak dwa skrzydła, na których duch ludzki unosi się ku kontemplacji prawdy. Sam Bóg zaszczepił w ludzkim sercu pragnienie poznania prawdy, którego ostatecznym celem jest poznanie Jego samego, aby człowiek – poznając Go i miłując – mógł dotrzeć także do pełnej prawdy o sobie”. Nawiązując do liturgii Słowa i do pierwszego skrzydła ludzkiego ducha – wiary, arcybiskup zauważył, że postawa Abrahama jest niezwykłym darem i łaską.

– Abraham uwierzył nie tyle w Boga, co Bogu. Zawiązały się wtedy między nim a Najwyższym relacje prawdziwie osobowe (…) Wiara Abrahama była wiarą trudną – musiał on niejako wbrew rozumowi, uwierzyć, że zostaną przekroczone prawa biologii – zwracał uwagę hierarcha i podkreślał, że Abraham uwierzył wbrew nadziei, stając się tym samym wzorem zawierzenia.

Metropolita przywołał także słowa homilii Jan Paweł II z inauguracji pontyfikatu oraz fragment listu „Porta fidei” Benedykta XVI. – Święty Paweł w Liście do Rzymian stawia nam Abrahama jako ojca wszystkich wierzących. Jan Paweł II wzywa, byśmy uwierzyli w Chrystusa jako tego, który odsłania prawdę o człowieku. Benedykt XVI mówi, że wiara – skrzydło ludzkiego umysłu – jest ciągle otwarta dla tych, którzy chcą wejść w jej tajemnicę, dla własnego i innych zbawienia – mówił abp Jędraszewski.

Odnosząc się do „skrzydła rozumu”, arcybiskup przywołał „Myśli” B. Pascala. XVII-wieczny filozof i matematyk dowodził, że wielkość człowieka wynika z faktu myślenia i poznawania. Najważniejszą rzeczą jest jednak umiejętne korzystanie z rozumu: „myśleć, jak się należy”. – Żeby nasze myślenie było dobre, musi równocześnie dotykać trzech rzeczywistości. Człowiek musi zaczynać myślenie od siebie samego i od początków istnienia, czyli od Stwórcy. Ale gdy chodzi o człowieka, nie wystarczy wiedzieć skąd pochodzi, trzeba też wiedzieć dokąd zmierza, dlatego trzeba myśleć o celu ludzkiego życia – komentował Pascala abp Jędraszewski.

Hierarcha odwołał się także do interpretacji „Myśli” przez Jana Pawła II, który w 1992 roku, podczas spotkania z przedstawicielami świata nauki i kultury w Trieście, zaznaczył, że myśl ma służyć całemu człowiekowi. – Myśleć jak się należy, myśleć dobrze, to służyć człowiekowi, każdemu człowiekowi – bez wyjątku. Nasze myślenie musi mieć charakter uniwersalny, nasze odkrycia mają służyć całej ludzkości. Przez to buduje się poczucie solidarności, wspólnoty ludzkiego ducha przekraczającej granice państw, narodów i religii – podkreślał kaznodzieja.

– Wierzyć w Boga i myśleć tak, żeby to myślenie było prawdziwie dobroczynne – oto zadania ludzkiego ducha, oto szanse, jakie stoją przed każdym człowiekiem, którego umysł jest otwarty na prawdy przekraczające jego codzienność, a jednocześnie możliwości, które domagają się świadectwa – mówił abp Jędraszewski podkreślając, że dzisiejszy świat potrzebuje czytelnego świadectwa przyznania się do Chrystusa i odwagi, aby otworzyć się na działania Ducha Świętego.

Odnosząc się do 100-lecia Akademii Górniczo-Hutniczej abp Jędraszewski przypomniał o dwóch rzeźbach Jana Raszki przed głównym gmachem uczelni: górnika i hutnika oraz posągu św. Barbary – patronki AGH umieszczonej na dachu budynku. – To niezwykłe i symboliczne połączenie owych dwóch „skrzydeł wiary”. Połączenie jednocześnie wielu wymiarów przestrzeni. Praca górnika to praca głęboko pod ziemią, wspomagana myślą techniczną, która ma miejsce w laboratoriach i salach wykładowych akademii. Postać hutnika mówi o ciężkiej odpowiedzialnej pracy na ziemi. Ale wszystko to łączy się z Bogiem przez postać św. Barbary – patronki górników i hutników – mówił abp Jędraszewski.

Hierarcha przypomniał, że podczas II wojny światowej naziści zrzucili z dachu figurę św. Barbary, nie chcąc, by wiązano ludzką myśl z wiarą. – Pracownicy naukowi AGH tego czasu, w wieloraki sposób pokazywali w tych trudnych czasach, co to znaczy „myśleć jak się należy” – zwracał uwagę abp Jędraszewski wskazując na niezłomną postawą profesorów w czasie okupacji niemieckiej, która doprowadziła – przynajmniej w części – do ocalenia dziedzictwa akademii. Metropolita krakowski przywołał także zasługi rektora Ryszarda Tadeusiewicza, dzięki któremu na przełomie XX i XXI wieku na dach uczelni powróciła rzeźba św. Barbary. – Ludzki duch, aby się rozwijać i uwznioślać innych musi mieć dwa skrzydła – i wiary, i rozumu – podkreślił jeszcze raz abp Jędraszewski.

– Prosimy Tego, który jest naszym Stwórcą i który sprawia, że ciągle myśl ludzka wykracza poza granice codzienności i doświadczenia zmysłowego, aby On, przez Ducha Świętego, ciągle rozjaśniał nasze umysły, a jednocześnie dawał natchnienia w chwilach, kiedy trzeba będzie dać świadectwo prawdzie – zakończył homilię abp Jędraszewski.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem