Reklama

Kubańska dusza potrzebuje uleczenia

Z Dagobertem Valdésem Hernándezem – kubańskim działaczem katolickim – rozmawia ks. Mieczysław Puzewicz

Niedziela Ogólnopolska 5/2018, str. 12-13

Archiwum Dagoberta Valdésa Hernándeza

Dagoberto Valdés Hernández

KS. MIECZYSŁAW PUZEWICZ: – To Twoja trzecia wizyta w Polsce. Co z tych wizyt czerpiesz i co zabierzesz na Kubę?

DAGOBERTO VALDÉS HERNÁNDEZ: – Polska jest i zawsze będzie inspiracją dla Kuby, szczególnie dla mnie. Przyjechałem tu przede wszystkim po to, by się uczyć i pielgrzymować do stóp Matki Bożej Częstochowskiej. Na Kubę zabiorę przeświadczenie, że narody mogą żyć wolne i się rozwijać, jeśli zachowują wartości humanizmu chrześcijańskiego, oraz że wiara to ogromne wsparcie dla narodów w postępowaniu naprzód i czynieniu swoich dzieci szczęśliwymi.

– Jesteś drugi raz w Częstochowie. Co to dla Ciebie znaczy, o co się tu modlisz?

– Przybyłem po raz drugi do Sanktuarium Matki Bożej Królowej Polski jako daleki syn, który zmęczony walką przychodzi po to, by zregenerować się u Serca swojej Matki. Przybywam, by powierzyć Jej ciężkie czasy, w których żyją Kubańczycy, żeby wartości ewangeliczne mogły być wcielone w przyszłą wizję Republiki Kuby, by dusza dzieci tego pięknego narodu została uleczona z krzywdy wyrządzonej przez system totalitarny.

– W swoim nauczaniu często odnosisz się do Jana Pawła II. Kim on jest dla Ciebie i co z jego nauki przenosisz na grunt kubański?

– Dla mnie Jan Paweł II to ponadczasowy ojciec, dobry pasterz, który pielgrzymował po całym świecie, by nieść Dobrą Nowinę. Kuba była mrocznym, zamkniętym domem do 1998 r., kiedy to Jan Paweł II przybył i otworzył okno, przez które wszedł Duch Święty, światło Słowa Bożego. Powiedział nam dwie bardzo ważne rzeczy: „Nie bójcie się. Otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi”. I drugie przesłanie: „To wy jesteście i powinniście być głównymi bohaterami swojej własnej historii w wymiarze osobistym i narodowym”.

– Wkrótce minie 20 lat od wizyty Jana Pawła II na Kubie. Czy jest on tam jeszcze pamiętany? Czy ta wizyta miała duży wpływ na sytuację chrześcijaństwa i losy narodu kubańskiego?

– Po 20 latach od wizyty Papieża jego nauki nadal utrzymują swą moc, co więcej – stają się coraz bardziej aktualne, bo teraz bardziej niż w 1998 r. są potrzebne oraz inspirujące dla przemian na Kubie. Kościół kubański po wizycie Jana Pawła II wyszedł z podziemi. Trzeba wrócić do studiowania jego nauki i przede wszystkim aplikowania jej do przyszłej wizji Kuby.

– Jesteś jednym z niewielu ludzi, którzy otrzymali od Jana Pawła II Pismo Święte. Czy ono nadal Ci towarzyszy?

– Tak, strzegę go jak skarbu. Oprócz tego, że Biblia jest wartością samą w sobie, ta ma też wartość dodaną. Dlatego strzegę jej, czytam ją, dbam o nią, trzymam w bezpiecznym miejscu, żeby mi jej nie odebrano. Wartością dodaną jest to, że pewien święty – Ojciec Święty, który żył i ofiarował swoją krew za to słowo, pobłogosławił tę Biblię i dał mi ją osobiście. Tak więc razem ze słowem Bożym posiadam świadectwo profetyczne i męczeńskie św. Jana Pawła II.
Zawsze, kiedy patrzę na to Pismo święte, zastanawiam się, jak mogę je wcielić w różne sektory życia w moim kraju – w ekonomię, kulturę, politykę, środki społecznego przekazu, edukację. To największe wyzwanie dla przyszłości Kuby. Biblia, którą otrzymałem od św. Jana Pawła II, jest jak bodziec do pokojowej walki przez dialog, by odnowić mój kraj w świetle tego słowa.

– Przez lata Kuba była państwem ateistycznym. Co dzisiaj możemy powiedzieć o wierze Kubańczyków?

– Powiedziałbym raczej, że przez wiele lat naród kubański, który był i jest wierzący, pozostawał zamknięty w więzieniu ateizmu. To totalitaryzm za pomocą ateizmu dążył do zniewolenia wiary, którą ten lud zawsze miał. Po wizycie św. Jana Pawła II żelazne pręty zostały złamane i na światło dzienne wyszła wiara, którą ten naród zawsze się charakteryzował, wyszły jego miłość do Najświętszej Maryi Panny z El Cobre, kult świętych. Jest to wiara prosta, którą trzeba kształtować, ale podobnie jak w przypadku ludu Izraela będącego w niewoli Egiptu – zawsze istniał mały zalążek wiary. I to ziarno wiary przetrwało mimo ateizmu. Nie powiedziałbym, że Kuba jest krajem ateistycznym, ale że rządzi nią ateistyczny reżim. Niemniej jednak jestem pewien, że lud błogosławiony przez Matkę Bożą Miłosierną z El Cobre utrzyma wiarę.

– Przez lata kierowałeś magazynem „Vitral”, a teraz „Convivencią”, które opierają się na społecznej nauce Kościoła. Jak Kubańczycy odbierają te działania?

– Rząd chce, żeby panowała propaganda, by utrzymać się przy władzy, i każdy promień światła, który dociera do reszty społeczeństwa, przeszkadza. Jestem jednak świadkiem tego, że moi rodacy chcą czytać te świadectwa prawdy, wolności, sprawiedliwości, które siał „Vitral” („Witraż”), a obecnie czyni to „Convivencia” („Współistnienie”). Akceptacja ze strony społeczeństwa jest najważniejsza. A prześladowanie, nękanie, oskarżenia ze strony władz są dowodem na to, że jest to dzieło Boskie.

– Uczestniczyłeś w Polsce w konferencji poświęconej dialogowi. Czy na Kubie w najbliższym czasie jest szansa na dialog między narodem, Kościołem a władzami?

– Tak, jestem człowiekiem dialogu i uważam, że dialog jest zawsze możliwy tam, gdzie są ludzie. Mimo że wszystkie okoliczności w kraju mówią, iż ze strony rządu brakuje otwartości na prawdziwy dialog prowadzący do zmian, to zawsze pokładam wiarę w Chrystusie, w krzyżu. Nie szukamy rozwiązań dla Kuby w kulturze śmierci i przemocy, tylko w dialogu, w kulturze życia i w zmartwychwstaniu. Kuba ożyje.

– Od 10 lat utrzymujesz kontakt ze środowiskami kościelnymi w Polsce. Jakie to ma znaczenie?

– Te kontakty są ważne i bardzo potrzebne. Przytoczę słowa św. Jana Pawła II: „Nie ma wolności bez solidarności”. Solidarność to wiara w siłę słabszych. To, co robią Polacy, to solidarność chrześcijańska – zasadniczy, radykalny i głęboki wkład w walkę o wolność na Kubie. Jest to wsparcie duchowe, które jest najważniejsze, a szczególnie w czasach, w których przyszło żyć Kubańczykom, i za to bardzo dziękuję.

– Czego życzysz Kubie? O co my moglibyśmy się modlić?

– Kiedy stałem przed obrazem Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski, pewien ksiądz napisał modlitwę, która jest również pragnieniem mojego serca: „Matko, proszę Cię o prawdziwą wolność religijną na Kubie oraz o odnowę moralną narodu kubańskiego”. To są dwie najważniejsze intencje, by dusza kubańska wyleczyła się za pomocą leku, który nigdy nie zawodzi – miłosiernego Serca Jezusa.

Tłum.: Ewa Pankiewicz

***

Dagoberto Valdés Hernández (ur. w 1955 r. w Pinar del Río, Kuba) – intelektualista, katolicki działacz społeczny, od ponad 40 lat aktywnie zaangażowany w działalność Kościoła na Kubie. Członek Papieskiej Rady Sprawiedliwości i Pokoju (1999 – 2005). Założyciel i dyrektor niezależnego dwumiesięcznika „Vitral” (1994 – 2007), a od 2008 r. – wirtualnego czasopisma o tematyce społeczno-religijnej „Convivencia” (www.centroconvivencia.org). Założyciel i dyrektor Ośrodka Kształcenia Obywatelskiego „Convivencia”, którego misją jest budowa społeczeństwa obywatelskiego na Kubie w duchu katolickiej nauki społecznej.

2018-01-31 10:16

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Zabobony grzech czy głupota?

2020-06-30 10:09

Niedziela Ogólnopolska 27/2020, str. 10-13

[ TEMATY ]

zabobon

Adobe Stock

Wydawać by się mogło, że z codziennego języka znika słowo „zabobony”. Nie jest ono w powszechnym użyciu, a młodsze pokolenie być może nawet nie wie, co w ogóle oznacza. A może marginalizowanie nazwy, kiedyś powszechnej, tym bardziej wskazuje na zagrożenia kryjące się za tym, co ona za sobą niesie? Czym zatem są zabobony?

Wielu katolików, chociaż nie tylko, wciąż porusza się między zabobonem a wiarą czy też między wiarą a zabobonem. Zabobon w ciągu dziejów zawsze „krążył” gdzieś w pobliżu wiary. Wiara rozumna, nieustannie „szukająca zrozumienia”, wręcz żyjąca w symbiozie z rozumnością, nie dopuszcza wszakże do siebie zabobonów.

Zabobony stanowią wykwit wiary niedojrzałej, powierzchownej, prymitywnej. Właściwie więcej mają wspólnego z niewiarą. Pędzą one „własne życie” w społeczeństwach zlaicyzowanych, w których w sferze obrzędowości można odnaleźć pozostałości wiary religijnej i w które zabobony najchętniej się wdzierają. Wiara w zabobony ostatecznie uderza w wiarę istoty słabej, którą jest człowiek powołany do powierzenia swojego losu Istocie Silnej – Bogu.

Sfera zabobonów, wraz z marginalizacją religii, globalizacją sekularyzmu – być może – będzie się powiększała. Będą one przybierały różne wyrazy i upostaciowienia, często zawoalowane. Jako takie nie mogą być obojętne dla myśli, analizy, oceny podejmowanej przez różne nauki, w tym teologię i antropologię.

Odwrócenie religii

Systemy filozoficzne, inspirujące do działań mających na celu rugowanie religii z życia codziennego, pozostawiły człowieka samemu sobie. Agitatorzy i funkcjonariusze tych systemów przekonywali „masy”, że kiedy odejdzie w niepamięć największy zabobon – religia, ludzkość wyzwoli się z tego wszystkiego, co jest fikcją, porzuci „ufantastycznione odbicie realnego świata” (tak religię definiowano w leksykonach wydawanych w PRL) na rzecz materializmu. Człowiek osamotniony, bez możliwości uzyskania odpowiedzi na pytanie o sens życia, cierpienia i śmierci, zaczął szukać namiastek religii. Przeznaczony do wyzwolenia się z zabobonów zwrócił się ku ideologiom pseudoreligijnym, systemom magicznym, które są zawsze „odwróceniem religii”. O ile religia stanowi życiowy stosunek człowieka do Boga, to zabobony czy w ogóle magia wskazują na wolę panowania człowieka nad transcendencją.

Zastanawiający jest fakt, że wiara w zabobony staje się coraz bardziej powszechna wszędzie tam, gdzie nastąpiło religijne wyjałowienie. Człowiek odrzucający religię, odwracający się od wiary swoich przodków, od tradycji religijnej, która kształtowała rdzeń jego rodziny, skłania się ku irracjonalnym praktykom, mającym mu zapewnić komfort życia. Traktując zabobony jako elementy regulujące egzystencjalne procesy, wydarzenia, staje się ich niewolnikiem. Przyjmuje niektóre praktyki wypływające wyłącznie z wyobraźni, fantazji jako wiarygodne. „Miesza” w ten sposób, a nawet „miksuje” fikcję z rzeczywistością. Nieistniejący świat traktuje jako realny, a to, co faktyczne, naoczne – jako nieistniejące. Wraca w ten sposób do praczasów, kiedy to mitologia wraz ze wszelkimi stworami, istotami nadnaturalnymi, czynami legendarnych postaci była osnową życia plemion celebrujących swoją jedyność i wielkość. Od „wiary szukającej zrozumienia” przechodzi do bezrozumnych wierzeń, które nie potrzebują żadnych interpretacji, wyjaśnień.

Zabobony, „robiąc wrażenie” mocno związanych z konkretami życia, w końcu zapędzają tego, kto się im poddaje, w świat fikcji, w bajeczne i baśniowe scenerie. Ten, kto świadomie, dobrowolnie, bez jakiejkolwiek zewnętrznej presji porzuca rzeczywistość na rzecz fantasmagorii (złudzeń, iluzji, fantastyczności), za swoją decyzję ponosi odpowiedzialność moralną. Wybierany przez człowieka grzech wiary w zabobony odrywa go od tego, co jest realne. Człowiek zagubiony w grzechu, a nawet traktujący go jako swoją pożywkę, ucieka od siebie samego. W końcu grzech generuje zagubienie, bezsens, rozpacz. Wybór zabobonów jako regulatorów myślenia i postępowania czyni taką właśnie pustkę. Na dłuższą metę nie można się nimi kierować, jeśli jest się bowiem zagubionym wśród rzeczy widzialnych, dochodzi się w końcu do zagubienia duchowego, niedostrzegania „rzeczy duchowych”.

Dekalog drogowskazem w życiu

O ile życiowy stosunek człowieka do Boga kształtuje jego sumienie, serce, rozum, to relacja człowieka z fikcją coraz bardziej pogrąża go w lęku, strachu. Paraliżuje jego wolność. Ubezwłasnowolnia go. Odtąd nie on kieruje swoim losem, ale to, co fikcyjne, wprowadza go w totalną dezorientację. Wierzący w Boga kieruje się w swoim życiu bojaźnią Bożą, czyli odwagą podejmowania odpowiedzialnych wyborów moralnych, zgodnie z Dekalogiem oraz nauką Jezusa z Kazania na Górze. Bóg nieustannie wzywa człowieka do odwagi i męstwa. Konieczne są one do tego, by bezkompromisowo demaskować to wszystko, co czyni go zniewolonym.

Pierwsze przykazanie Boże, wyryte na pierwszej tablicy Dekalogu, jest imperatywem, którego przestrzeganie nigdy nie doprowadzi do tego, by przedmioty, rzeczy, wyobraźnia zapanowały nad ludzkim rozumem. „Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną” (por.: Wj 20, 3; Pwt 5, 7) to wezwanie do rozsądku, niepozwalające na oddawanie czci boskiej temu, co na cześć tę żadną miarą nie zasługuje. Nie można poddać się władaniu tego, co nie istnieje. Grzech bałwochwalstwa, uległości idolom wypływa ostatecznie z pychy człowieka. Nie jest mu potrzebny Bóg prawdziwy, prawdziwe są bowiem zabobony, których przestrzeganie ma gwarantować szczęście – nie kiedyś, w przyszłości, ale już teraz, w tej chwili, natychmiast.

Stworzony przez Boga człowiek został obdarzony rozumem. To przede wszystkim dzięki Niemu stanowi on „obraz i podobieństwo Boga” (por. Rdz 1, 26-27). Dzięki odpowiedzialnemu używaniu rozumu, refleksji, analizowaniu swoich myśli, pragnień, czynów najbardziej upodabnia się do Stwórcy. Rozum pozwala człowiekowi ustrzec się przed złem, przed pokusami czy wręcz atakami złego ducha. Rozum osłabiony przez wiarę w zabobony natomiast nie jest w stanie się obronić przed destrukcyjnym oddziaływaniem zła.

Wiara w zabobony wyłącza krytyczne myślenie. W takiej sytuacji to nie człowiek kieruje swoim losem, ufnie otwarty na wolę Bożą i zrządzenia Bożej Opatrzności, lecz ślepy los prowadzi człowieka donikąd. Kierujący się zabobonami ujawnia jednocześnie brak zaufania wobec Boga. W tym wyraża się istota grzechu ludzi poddanych zabobonom. Nie można żadną miarą połączyć wiary w Boga z wiarą w gusła, wróżby, przepowiednie, wytwory wyobraźni.

Człowiek świadomie wybierający głupotę ponosi za tenże wybór odpowiedzialność. Głupotę rozumiemy tu nie jako określenie jakiejś niepełnosprawności intelektualnej, lecz jako apoteozę fikcji, tego, co nie ma żadnego wpływu na bieg życia, co przeczy Boskiej trosce o człowieka i świat.

Otchłań nieporozumienia

Czy i jakie są granice między wiarą w Boga a wiarą w przesądy? Czy istnieje linia demarkacyjna oddzielająca te dwie postawy? Na pewno wiara w zabobony, przesądy oznacza detronizację Boga jako Pana życia, tego wszystkiego, co o nim stanowi i w czym się ono wyraża. Między jedną wiarą a drugą istnieje otchłań nieporozumienia. Wierzący w Boga pozostaje z Nim w relacjach właściwych dla osób. Ich szczytem jest miłość – jako bezwarunkowe, bezgraniczne oddanie się drugiej stronie, tu: stworzenia – Stwórcy. Między miłością do Boga a poddaniem się przesądom zionie przepaść. Człowiek wierzący w zabobony zaczyna się upodabniać – z własnej woli – do rzeczy, którą można manipulować, przestawiać z jednego miejsca na drugie. Poddając swoją wolę przesądom, staje się ich niewolnikiem.

Jak to jest możliwe, że wielu chrześcijan, mimo deklaracji wiary w Boga, na przekór wyznawanej oraz praktykowanej wierze, poddaje się zabobonom? Przede wszystkim trzeba stwierdzić, że deklarowana przez nich wiara nie została wyzwolona ze złogów nieufności, zwątpienia, bezmyślności. Jest wiarą płytką, powierzchowną, niepogłębianą, bez zakorzenienia „do końca” w Ewangelii.

Człowiek, który nie realizuje w codzienności przykazania miłości Boga i bliźniego, który się nie modli (nie tylko tradycyjnym pacierzem porannym i wieczornym, ale każdą chwilą dnia), który nie karmi się łaską sakramentów, nie czyta i nie rozważa codziennie (a nie tylko „od wielkiego dzwonu”) Pisma Świętego, który twórczo nie przeżywa swojego cierpienia – w gruncie rzeczy odchodzi od wiary w Boga.

Kierujący się zabobonami wątpią w moc Boga oraz w Jego pomoc i opiekę. Do poddania się im przyczyniają się brak nadziei pokładanej w Bogu i poszukiwanie jej w przesądach czy zaklęciach. Według teologii katolickiej, zabobony są w sprzeczności z racjonalnym myśleniem oraz w ogóle z wiarą chrześcijańską. Wskazują na trudności w poznawaniu rzeczywistości.

„Złe oko”

Według statystycznych sondaży, ponad połowa dorosłych Polaków ma się przyznawać do wiary w przesądy. Trzymanie kciuków ma przynieść jeśli nie szczęście, to na pewno powodzenie temu, za którego kciuki te się trzyma. Trzynasty dzień miesiąca musi być pechowy, a bezwzględnie taki jest trzynasty dzień wypadający w piątek. Niektórzy ludzie nie chcą mieszkać na trzynastym piętrze wieżowców (zdarzają się skrajne, usankcjonowane administracyjnie przypadki, kiedy po dwunastym piętrze następuje piętro czternaste). Wielu nie chce się witać przez próg, byłaby to bowiem niechybna zapowiedź nieporozumienia czy niezgody między pozdrawiającymi się. Można spotkać rodziców czy dziadków, którzy zawiązują czerwoną wstążeczkę w łóżeczku czy w wózku dziecka, na wysokości jego głowy, by w ten sposób „złe oko” go nie sięgło i nie sprowadziło na nie choroby, nieszczęścia.

Wierzący w zabobony coraz bardziej pogrąża się w strachu, trwodze. Boi się „złych oczu” czy „złego oka”, które może spowodować szkody dosłownie wszędzie. Mieszkający na wsi nie mogą człowieka o takich „oczach” wprowadzać do obory, może bowiem sprowadzić chorobę bydła czy innych zwierząt. Nie może on pojawić się na podwórzu domostwa między ptactwem domowym – mógłby porazić kury złym spojrzeniem i niechybnie spowodować śmiertelną walkę między nimi. Nie można się chwalić kwiatami przed człowiekiem o „złym oku” czy w ogóle wprowadzać go do ogrodu, gdyż od jego spojrzenia kwiaty zwiędną.

Zmarły nie może „oczekiwać” na swój pogrzeb przez niedzielę, musi być koniecznie pochowany chociażby w sobotę wieczorem – inaczej ktoś inny w rodzinie szybko umrze. Wierzący w zabobony nie podniesie kwiatu, który wypadł z wieńca czy z wiązanki w czasie procesji w kondukcie pogrzebowym w drodze na cmentarz bądź już na cmentarzu. Gdyby się schylił po tenże kwiat, z pewnością ktoś z jego bliskich albo i on sam rychło by umarli. Podobnie niektórzy gdy widzą, że jodła lub świerk wyrastają ponad dach jednorodzinnego domu, niezwłocznie wspinają się niemal na szczyt drzewa, by ściąć jego stożek wzrostu. Gdyby tego nie zrobili, oznaczałoby to śmierć gospodarza.

Wierzący w zabobony stawia bądź zawiesza w korytarzu swojego domu portret Żyda, chociaż nic a nic nie wie o żydach i judaizmie. Chce po prostu być bogaty. Panicznie boi się czarnego kota, który przebiega drogę przed jego autem. Niektórzy się nawet zatrzymują, by inny pojazd przekroczył linię przejścia kota z jednej strony jezdni na drugą. Nie chcą dla siebie nieszczęścia, ale los drugiego człowieka już ich nie interesuje. Kot z tego przesądu ma panować nad przyszłością człowieka, ma być przyczyną sprawczą takiego czy innego nieszczęśliwego zdarzenia. Wiara w jeden zabobon rodzi wiarę w kolejny. W ten sposób powstaje łańcuch powiązanych ze sobą ogniw głupoty.

Istnieją niemal niezliczone praktyki zabobonne, związane z określonymi świętami (Wielkanocą czy Bożym Narodzeniem), wspomnieniami świętych (np. Andrzeja), ceremoniami i obrzędami, które są określane przez antropologię i etnologię jako „ryty przejścia” (narodziny, zawarcie małżeństwa, pogrzeb), zwyczaje obrzędowości agrarnej. Wiele z tych praktyk zostało odziedziczonych po wcześniejszych pokoleniach. Zabobony przechodziły i wciąż przechodzą, jak na taśmie transmisyjnej, od jednego pokolenia do drugiego, wśród zarówno tych, którzy deklarują wiarę w Boga, jak i niewierzących. Najczęściej osoby te nie podejmują krytycznej refleksji nad tymi praktykami, chociaż nie krępują się o nich mówić innym, w tym duszpasterzom.

Katolik wierzący w zabobony sercem swoim jest przy nich, a nie przy Bogu. Nie chce poznać do końca prawdy o sobie, ona bowiem domagałaby się bezkompromisowego nawrócenia, całkowitego zaufania Bogu, miłosierdziu Bożemu. Stwierdzenie to powinno być zachętą do podjęcia przez duszpasterzy i teologów katechezy mającej na celu wyzwolenie katechizowanych (od dzieci poczynając, na starcach kończąc) z fikcji zabobonów na rzecz prawdy wiary w Boga.

Katechizm Kościoła Katolickiego:
„Nie będziesz miał cudzych bogów przede Mną!”
2110. Pierwsze przykazanie zabrania oddawania czci innym bogom poza Jedynym Panem, który objawił siebie swojemu ludowi. Zakazuje zabobonu i bezbożności. Zabobon to pewnego rodzaju wynaturzony przerost religijności; bezbożność jest wadą sprzeciwiającą się, przez brak, cnocie religijności.
Zabobon
2111. Zabobon jest wypaczeniem postawy religijnej oraz praktyk, jakie ona nakłada. Może on także dotyczyć kultu, który oddajemy prawdziwemu Bogu, na przykład, gdy przypisuje się jakieś magiczne znaczenie pewnym praktykom, nawet uprawnionym lub koniecznym. Popaść w zabobon – oznacza wiązać skuteczność modlitw lub znaków sakramentalnych jedynie z ich wymiarem materialnym, z pominięciem dyspozycji wewnętrznych, jakich one wymagają.

Eugeniusz Sakowicz
kierownik Katedry Religiologii i Ekumenizmu w Instytucie Nauk Teologicznych na Wydziale Teologicznym UKSW oraz członek Komitetu Nauk Teologicznych PAN.

CZYTAJ DALEJ

Gniezno: zakończył się e-obóz Fundacji Dzieło Nowego Tysiąclecia

2020-07-12 11:30

[ TEMATY ]

Fundacja Dzieło Nowego Tysiąclecia

twitter.com/prymasowska

Siostra Tomira Brzezińska MSF, o. Wojciech Surówka OP oraz Prymas Polski abp Wojciech Polak byli gośćmi panelu dyskusyjnego kończącego dwudniowy e-obóz Fundacji Dzieło Nowego Tysiąclecia w Gnieźnie. Tematem dyskusji byli młodzi, ich dorastanie do powołania, samowychowanie i wyzwania przed jakimi stoją w kontekście listu Parati semper Jana Pawła II.

List stanowił motyw przewodni i przedmiot refleksji tegorocznego e-obozu dla studentów stypendystów Fundacji Dzieło Nowego Tysiąclecia, który w dniach 10-11 lipca odbył się w Gnieźnie. Internetową formułę – pierwszą taką w dwudziestoletniej historii Fundacji - wymusiła trwająca epidemia koronawirusa.

Jednym z ważniejszych i zarazem ostatnim punktem drugiego dnia spotkania był panel dyskusyjny z udziałem panelistów, którym środowisko młodych nie jest obce.

Siostra Tomira Brzezińska MSF, katechetka i referentka ds. powołań, tłumaczyła czym jest projekt na życie w rozumieniu i interpretacji Jana Pawła II. To nie tylko – co się często młodym wydaje – zasób ludzkich możliwości, ale coś, co ma nadać sens zarówno życiu człowieka, jak i biegowi świata. „Przy czym ten projekt ma się odbijać w świetle Ewangelii” – podkreśliła, konkludując, że w skrócie chodzi o to, aby w swoim życiu odkryć to, do czego Bóg człowieka wzywa po to, aby człowiek osiągnął świętość.

Siostra Tomira za papieżem powtórzyła również, że młodość jest czasem pięknym i zarazem trudnym, jest czasem człowiekowi danym i zadanym. Między tymi dwoma słowami – stwierdziła – mieści się nasza wiązka wolności. „Trzeba uważać, by młodość paradoksalnie nie zniszczyła naszej «młodości»” – przestrzegała.

Zachęcała też do pielęgnowania w sobie pokory, bo pokora to nic innego jak prawda, a stanięcie w prawdzie jest potrzebne, by wspomniany projekt na życie właściwie rozeznać.

Misjonarka Świętej Rodziny mówiła też o powołaniu do życia konsekrowanego. W piątek, podczas spotkania z Moniką i Marcinem Gomułkami młodzi mieli okazję posłuchać świadectwa o małżeństwie i rodzicielstwie. Pragnienie bycia matką, ojcem to jeden z powodów wahania wielu młodych przed wstąpieniem do zakonu czy seminarium. Wybranie tej drogi – przekonywała – macierzyństwa i ojcostwa jednak nie przekreśla.

„Siostra zakonna to matka, która rodzi życie i życiu towarzyszy w swoim sercu. Podobnie ksiądz jest ojcem, który towarzyszy życiu i temu życiu daje poczucie bezpieczeństwa w procesie dorastania do wiary. Chciałabym przeprosić, że może ktoś z was nie odczuł od nas, sióstr zakonnych i kapłanów, tej miłości macierzyńskiej i ojcowskiej. Może nie potrafiliśmy dać przykładu. Może kogoś zgorszyliśmy. Może ktoś przez nas płakał. Wybaczcie” – mówiła s. Tomira.

Tłumaczyła też, że powołania do życia konsekrowanego nie da się rozeznać przez rozmowy, czytanie czy szukanie informacji w Internecie. Powołanie do życie konsekrowanego najlepiej rozeznaje się za zakonną i seminaryjną furtą.

„Mogę wam opowiadać, że gotuję bardzo dobrą zupę pomidorową, mogę mówić, co do niej kładę, ale dopóki jej nie spróbujecie, nie będziecie wiedzieć, czy chcecie ją zjeść” – zakończyła.

Duszpasterz lednicki o. Wojciech Surówka OP mówił z kolei o samowychowaniu i zaangażowaniu w kontekście listu Parati semper. Jak tłumaczył, czas młodości to czas próbowania różnych rzeczy, rozpoznawania talentów, próbowania wchodzenia w różne role. Potrzeba uważności, by w tym zakresie w wolę Boga się wsłuchać i ją zrozumieć. I tutaj pomocna jest nauka, studia, bo one pomagają w skupieniu uwagi, a ta jest niezbędne zarówno w edukacji, jak i w modlitwie.

Dominikanin za Janem Pawłem II powtórzył również, że człowiek wyraża się poprzez to, co robi, poprzez swoje czyny. By nasze czyny włączały nas we wspólnotę, by wspólnotę budowały, muszą być dobre.

„Nie można się jednoczyć we wspólnocie uczestnictwa poprzez złe czyny, nawet jeśli chce się zrobić coś dobrego” – mówił dając za przykład czasy PRL, kiedy często ceną za wybudowanie kościoła było pójcie na współpracę z władzami.

„Cel dobry, ale czy w taki sposób budowanie kościoła będzie budowaniem wspólnoty uczestnictwa? Karol Wojtyła mówi: nie, nie będzie, lepiej poczekać, bo to, co nas łączy jest ważniejsze niż mury kościoła.

Drugim wyznacznikiem – kontynuował – jest to, że muszą to być czyny zgodne z naturą tego działania. Chodzi – jak tłumaczył znów posługując się przykładem – o zgodność wewnętrznej dyspozycji z tym, co się robi. Bez tego, wszystko co robimy będzie tylko zewnętrznym działaniem, akcyjnością która nie przyczyni się do budowania wspólnoty” – podkreślił dodając, że porządkowanie i wzmacnianie tej wewnętrznej dyspozycji warto zacząć od spowiedzi.

Trzeci z panelistów abp Wojciech Polak mówił z kolei o wyzwaniach stojących współcześnie przed młodzieżą w kontekście listu Jana Pawła II Parati Semper. Jak przyznał, mimo upływu 35 lat od wydania tego dokumenty te wyzwania wciąż są podobne. Jednym z nich – jak wskazał – jest trudność z zaangażowaniem i podejmowaniem decyzji.

„Wyobraźmy sobie rondo. Mam wrażenie, że jeździmy po tym rondzie w kółko, nie mając odwagi wrzucić kierunkowskaz i z tego ronda zjechać, czyli po prostu się zaangażować” – stwierdził Prymas.

Przypomniał też za Janem Pawłem II, że czas młodości to czas wzrastania – wzrastania w latach i wzrastanie w wierze – wzrastania poprzez obcowanie z naturą, na której potrzeby współcześni młodzi są szczególnie wrażliwi. Wzrastania poprzez obcowanie z dziełami człowieka, a nade wszystko samym człowiekiem. I wreszcie wzrastanie poprzez obcowanie z Bogiem.

„To droga bezpośrednia” – dodał wskazując na szczególną wartość i znaczenie modlitwy.

Prymas podkreślił również, że Kościół nie tylko widzi młodych, ale Kościół widzi też siebie w młodych.

„To nie jest tak, że jesteście tylko przedmiotem troski Kościoła. Wy jesteście w Kościele i Kościół w was widzi siebie i to bardzo konkretnie. Widzi bogactwo różnorodności, widzi wrażliwość, widzi wspólnotę, która stawia pytania o przyczyny niesprawiedliwości, krzywd i trudności i pragnie, aby one zostały przezwyciężone” – przyznał Prymas Polski.

W drugiej części spotkania goście odpowiadali na pytania młodych przesłane za pośrednictwem formularza. Młodzi pytali o sprawy trudne dotyczące ich samych i Kościoła m.in. skandale, odejścia z Kościoła, kryzys wiary, antykoncepcję, LGTB. Były też pytania lżejszego kalibru, jak choćby o ulubioną muzykę do s. Tomiry, ulubione danie do o. Wojciecha i uprawiane dyscypliny sportowe do Prymasa Polski.

Transmisja spotkania dostępna jest na YouTube archidiecezji gnieźnieńskiej oraz stronach www.archidiecezja.pl i www.prymaspolski.pl. Tam również, a także na stronie Fundacji Dzieło Nowego Tysiąclecia relacja i video z całego dwudniowego e-obozu w Gnieźnie.

E-obóz w Gnieźnie odbywał się pod hasłem „Bogactwo młodości”, które zaczerpnięto ze wspomnianego listu JPII Parati semper. Spotkanie miało pierwotnie zgromadzić około 700 studentów stypendystów FDNT. Ostatecznie, ze względu epidemię, ich przyjazd odwołano, proponując formułę on-line.

Za dwa tygodnie na e-obozie w Krakowie spotkają się stypendyści uczniowie szkół średnich.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję