Reklama

Camino to dobry czas

2018-01-31 10:18

Z Aleksandrą Nożyńską i Karoliną Glinką z Czeladzi rozmawia ks. Tomasz Zmarzły
Edycja sosnowiecka 5/2018, str. VI

Archiwum uczestniczek
Aleksandra Nożyńska i Karolina Glinka. Dzień drugi. Roncesvalles

Ks. Tomasz Zmarzły: – Co było Waszą motywacją, by wyruszyć do Santiago de Compostela? Skąd pomysł na Camino?

Karolina Glinka: – Camino było moim pomysłem, kolejnym podróżniczym marzeniem. O Drodze usłyszałam w pociągu i kiedy kilka godzin później wychodziłam ze stacji na dworcu w Gnieźnie, niemalże zderzyłam się z mężczyzną, ubranym w koszulkę z żółtą strzałką i muszą Św. Jakuba. Przypadek? Nosiłam w sercu to pragnienie przez kilka miesięcy. W lipcu posługiwałyśmy z Olą w czasie ŚDM w Krakowie, to tam zapadła decyzja o Camino. Ola mówiła o pielgrzymce, ja o podróży. Dopiero droga pokazała mi, że to ona miała rację.

Ile trwała ta niesamowita przygoda?

K.G.: – Nasze Camino czy samo wędrowanie? Zmagałyśmy się z drogą 32 dni. Od Saint Jean Pied de Port, gdzie zaczynałyśmy, do katedry w Santiago jest 799 km i oficjalnie to jest odległość, którą przeszłyśmy. Nasza podróż zaczęła się jednak kilka dni wcześniej i skończyła znacznie później, bowiem po pokłonieniu się św. Jakubowi udałyśmy się na symboliczny koniec świata – Przylądek Fisterra, a następnie wybrałyśmy się w szaloną podróż, zwiedzając najsłynniejsze miasta Hiszpanii i Portugalii. Udało nam się także odwiedzić Fatimę.

Jak wyglądał Wasz dzień?

K.G.: – Nigdy nasz plan dnia nie był lepiej zorganizowany niż w czasie Camino. Stałe punkty określane były przez ilość kilometrów do pokonania i warunki pielgrzymowania w Hiszpanii – nasz dzień rozpoczynał się wcześnie, aby jak największą część trasy pokonać przed najostrzejszym słońcem. Pierwszy budzik dzwonił nawet przed piątą. Wstawałyśmy cicho, żeby nie obudzić pielgrzymów w albergue (schronisku) i z latarką na czole pakowałyśmy dobytek. Mam wrażenie, że po takich doświadczeniach jesteśmy w stanie spakować nasze plecaki w środku nocy z zamkniętymi oczami. Poranna toaleta, szybkie śniadanie, przygotowanie poranionych nóg, które zazwyczaj zajmowało najwięcej czasu i w drogę! Tuż po wyruszeniu wspólnie się modliłyśmy. Po przejściu pierwszych 5-10 km miałyśmy w planie dnia postój: Ola na kawę, ja na colę. Drugie śniadanie i znów marsz. Liczba postojów zależała od naszej kondycji, pogody i dystansu do przejścia. Czasem były trzy, czasem nie było ich wcale. Do albergue docierałyśmy zazwyczaj ok. godz. 13-14. To był czas na odpoczynek. Późnym popołudniem uczestniczyłyśmy we Mszy św. po hiszpańsku, po czym obowiązkowo wybierałyśmy się na menu del peregrino (trzydaniowy obiad serwowany pielgrzymom w przystępnej cenie) i oglądałyśmy miasto. Czasami też siadałyśmy w cieniu z arbuzem i dwoma łyżkami i snułyśmy plany na kolejny dzień.

W jakich intencjach pielgrzymowałyście? Czy są jakieś owoce Waszego wędrowania?

Aleksandra Nożyńska: – Każdy pielgrzym w sercu niesie własne troski, które chce przemodlić, przemyśleć i powierzyć św. Jakubowi. Camino to dobry czas pod tym względem: rekolekcje w drodze pomagają dużo rzeczy zrozumieć i docenić, wyciszyć się. Ja osobiście każdy dzień przeznaczałam w innej intencji, czasem za konkretne osoby lub grupy, innym razem za problemy czy trudności. Gdy miałam różne dolegliwości bólowe (bóle mięśniowe, bóle pleców, odciski), za radą mojej mamy, z którą utrzymywałam codzienny kontakt telefoniczny, postanowiłam ofiarować je w różnych intencjach i nie przejmować się dyskomfortem. Czy te wyrzeczenia przyniosły owoce – trudno powiedzieć. Myślę, że Bóg działa raczej długodystansowo i na pewno przypomni sobie o nich w odpowiednim momencie.

Co było najtrudniejsze na pątniczym szlaku?

A.N.: – Wydaje mi się, że najważniejszym krokiem była decyzja o wyruszeniu w drogę. W naszym przypadku zapadła zimą, około pół roku przed startem. Trasę i dojazd ustaliłyśmy w maju, wtedy też zaczęłyśmy kompletowanie sprzętu, który jest niezwykle ważny. Dobrze dobrane buty i plecak oraz profesjonalne skarpetki (z wełny merynosów!) to już połowa sukcesu. Ważne było też takie dostosowanie bagażu, żeby był jak najlżejszy, ponieważ niesie się go całą drogę na plecach. Niestety nie wszystko da się zredukować i nasze plecaki ważyły po około 8-9 kg, przy czym dominujacą część stanowiły apteczki.

Najtrudniejsze na szlaku było zdecydowanie poranne wstawanie (śmiech). Założenie butów na obolałe stopy, plecak przygwożdżający do ziemi: to było najtrudniejsze. Tęskniłyśmy też za domem i za bliskimi, którzy w nim zostali. Teraz, pół roku później pamięta się tylko dobre rzeczy, chociaż zdjęcia pokiereszowanych odciskami stóp zostały nam na wieczną pamiątkę.

K.G.: – Po Camino nie pamięta się zbyt wielu smutków. Czasem bardzo bolało, innym razem było okropnie gorąco, albo bagaż wyjątkowo ciążył. Ale radości było znacznie więcej! Najbardziej radosne okazały się te niewielkie rzeczy. Potrafiłyśmy się cieszyć bezchmurnym niebem, zimną wodą, drogą z górki i miękkim łóżkiem. Skakałyśmy z radości za każdym razem, kiedy „rozmieniłyśmy” kolejną setkę kilometrów, a kiedy zabrakło nam piosenek w repertuarze, w czterdziestostopniowym upale roześmiane śpiewałyśmy kolędy.

Czy warto podejmować tak wielkie wyzwanie?

A.N.: – Poznałyśmy na Camino pewną Hiszpankę, Helenę, która pielgrzymowała już nie pierwszy raz. Na pytanie, dlaczego wraca na drogę odpowiedziała, że porozmawiamy o tym, gdy spotkamy się na trasie za kilka lat. Warto więc wyruszyć, niezależnie od wieku i kondycji fizycznej. Istota Camino jest prosta – mimo że przebywa się daleko od domu, samemu lub w niewielkiej grupie, cały czas czuje się nad sobą opiekę. Cokolwiek by się nie działo, zawsze jest z tobą Ktoś: ten Ktoś przez wielkie „k”. Dla zdobycia tej świadomości (i utwierdzenia w tym, że Bóg to nasz ojciec, który zawsze czuwa) warto wyruszyć z domu. Zostawić swoje łoże, jak paralityk w Ewangelii, i pójść. Gdy droga wzywa, nie ma już wyboru.

Jacy pielgrzymi podejmują trud pielgrzymki? Spotkałyście też Polaków?

K.G.: – Codziennie na trasie spotyka się wielu ludzi, a każdy z nich jest jedyny i wyjątkowy. Spotkałyśmy staruszka, który przemierzał Camino z wykrywaczem metali na plecach, parę z Niemiec, szukającą bliskości i radości z bycia razem po kilkudziesięciu latach małżeństwa, wielu młodych ludzi. Każdy pielgrzym poza plecakiem niesie ze sobą własny bagaż, historię, którą mniej lub bardziej chętnie dzieli się z innymi. Bardzo często spotykałyśmy Włochów, Niemców i Amerykanów. Polaków niestety niewielu, choć Jakubowe szlaki robią się w Polsce coraz bardziej popularne.

Jakie wrażenia dało się odczuć, kiedy stanęłyście w Santiago de Compostela?

A.N.: – W Camino to nie Santiago jest celem – jest nim sama droga. Santiago de Compostela to tylko punkt w podróży, nie bez powodu wśród peregrinos (pielgrzymów) krąży powiedzenie, że prawdziwe Camino zaczyna się dopiero w Santiago. Oczywiście osiągnięcie tego punktu, otrzymanie Composteli (napisane po łacinie zaświadczenie o przejściu Camino) to ogromnie wzruszający moment, choć łzy wzruszenia popłynęły dopiero, gdy podczas uroczystej Mszy św. w katedrze św. Jakuba padły słowa, że najdłuższą trasą – francuską – z Saint Jean Pied-de-Port przybyły dziś pieszo dwie Polki. Przebywanie przez miesiąc w drodze kumuluje w człowieku ogromne emocje, które puściły dopiero w kościele, na Eucharystii sprawowanej w naszej, pielgrzymiej intencji. Wtedy też dotarło do nas, że naprawdę udało nam się tego dokonać. Moment, w którym stanęłyśmy przed grobem św. Jakuba, również był nie do opisania: to przecież patron pielgrzymów, nasz patron, do którego codziennie rano podczas pacierza zwracałyśmy się o opiekę, choć na początku wydawał nam się nieco obcy: przyzwyczajone do pielgrzymek do Częstochowy wolałyśmy zawierzać się Maryi. Z biegiem czasu obecność św. Jakuba przy nas była coraz bardziej odczuwalna, powierzyłyśmy mu więc wszystko, co ze sobą przyniosłyśmy i wierzę, że dobrze się opiekuje naszymi troskami. Te chwile w katedrze, przytulenie się do figury św. Jakuba w głównym ołtarzu oraz modlitwa przed Jego grobem były dla mnie jak długo wyczekiwane odwiedziny u najlepszego przyjaciela.

Czym najbardziej zaskoczyło Camino?


A.N.: – Camino pokazało jak wielu ludziom na nas zależy. Zewsząd dochodziły słowa wsparcia i modlitwa: od rodziny (bliższej i dalszej), znajomych księży, przyjaciół, całej wspólnoty parafialnej, sąsiadów… Będąc tak daleko od domu czuło się obecność wszystkich tych osób, które otaczały nas modlitwą i myślały o nas.
Poza tym droga to był czas cudów, zawierania przyjaźni, tych małych, z towarzyszami na trasie i tych dużych – jak nasza.
A tak naprawdę to w Hiszpanii najbardziej zaskoczyło mnie niebo. Było blisko, na wyciągnięcie ręki: dosłownie i w przenośni. I za tym właśnie najbardziej tęsknię.

K.G.: – Tym, że nie ma słabości, której z Bożą pomocą nie da się pokonać. Kiedy ruszałyśmy, nie znałyśmy się zbyt dobrze. Wiedziałyśmy tylko, że obie mamy silne charaktery. Bałam się, że nasze Camino skończy się wcześniej, a do kraju wrócimy osobno (śmiech). Wróciłyśmy w przyjaźni i już dziś wyglądamy kolejnego celu.

Tagi:
Santiago de Compostela

Santiago de Compostela: polski pielgrzym uczcił rocznicę wyboru Jana Pawła II i odzyskania niepodległości

2018-11-04 13:00

Rozmawiała Magda Dobrzyniak / Kraków (KAI)

Cztery miesiące pieszej wędrówki, niemal 3,7 tys. km drogi przez cztery kraje, od Krakowa do Santiago de Compostela ma na koncie Tomasz Jędrzejewski, pierwszy od czasów średniowiecznych krakowianin, który wyszedł na szlak św. Jakuba od bazyliki Mariackiej. W ten sposób uczcił 40. rocznicę pontyfikatu Jana Pawła II i 100. rocznicę odzyskania niepodległości przez Polskę.

Andrzej Kotowski

KAI: Mówią, że pielgrzymowanie zmienia człowieka. To prawda?

Tomasz Jędrzejewski: Pewne rzeczy widzę już teraz, jednak wiele doświadczeń, które przeżyłem na szlaku, przyniesie prawdziwe owoce później, gdy wrócę do Polski i normalnego życia. Jest taka piosenka Marcina Stycznia, nazywa się „Ta droga”. Bardzo mi się kojarzy z Camino, zwłaszcza ostatnie słowa: „A kiedy dotrzesz do celu, odkryjesz, że meta to start, że jesteś częścią krwiobiegu, który napędza ten świat”. Tak naprawdę więc cel jest dopiero początkiem. Camino będzie miało swoją duchową kontynuację w moim dalszym życiu.

- Mijał Pan po drodze miejsca, które są świadectwem przemian kulturowych i politycznych w naszej części Europy. W kontekście jubileuszu 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości i 40. rocznicy wyboru kard. Wojtyły na papieża, który przyczynił się do zjednoczenia Europy, były to chyba ciekawe obserwacje?

- Celem mojej pielgrzymki była m.in. chęć poznania kultury i historii Europy, spotkania ludzi i doświadczenia w tym wszystkim obecności Boga. Szedłem przez Polskę, Niemcy, Francję i Hiszpanię, mijając po drodze miejsca, w których widoczne były ślady historii. Przechodząc przez zachodnią część Polski, w mijanych wioskach wciąż widziałem ślady niemieckiej przeszłości. Pamiętam totalnie zniszczony i do dziś nieodbudowany kościół, górujący nad małą wsią Twardocice. W Niemczech szlak prowadził przez fragment dawnej granicy między RFN i NRD, gdzie częściowo zostały zachowane a częściowo zrekonstruowane dawne fortyfikacje graniczne, czyli słynna „żelazna kurtyna”. Wtedy namacalnie doświadczyłem tego, w jakim więzieniu żyliśmy i jak wielkim darem jest to, co zrobił Jan Paweł II, doprowadzając do obalenia tego systemu w sposób pokojowy. To, że mogę iść przez całą Europę, nie przejmując się granicami, kontrolami, z dowodem osobistym w kieszeni, zawdzięczam także jemu.

- Historia i kultura to nie tylko miejsca, ale przede wszystkim ludzie, którzy je tworzyli lub niosą w pamięci dzieje swoich przodków. Spotkał Pan po drodze wiele takich osób. Które z tych spotkań najmocniej zapadły w pamięci?

- Przypomina mi się spotkanie związane z historią Francji, które dobrze ilustruje kwestię ignorancji. Często mówimy, że np. Niemcy są ignorantami, bo nie znają współczesnej historii i nie wiedzą, jakie rany zadali Polakom. Czyli przyklejamy innym ludziom łatkę ignorantów, bo nie znają bólu, jaki my sami przeżyliśmy. W niemal każdej francuskiej wiosce widziałem pomniki upamiętniające poległych w I wojnie światowej. Pewien młody Francuz wyjaśnił mi, dlaczego jest ich tak dużo i opowiedział o bitwie pod Verdun. Uczyłem się o niej w szkole, ale dla mnie było to wtedy parę suchych faktów, tymczasem dla Francuzów to narodowa trauma. W tej bitwie zginęło wielu członków rodziny mojego rozmówcy. Mówił, że prawie każda rodzina we Francji straciła kogoś na froncie. Wtedy zauważyłem, że łatka „ignoranta” pasuje też do mnie. Tak naprawdę wszyscy jesteśmy ignorantami. Znamy głównie historię naszego kraju oraz parę ogólnych faktów. Nie możemy rozmawiać o historii w ten sposób, że atakujemy się nią nawzajem. To jest przedłużenie mowy nienawiści, mowy wojny, która nigdy nie prowadzi do pokoju. Jeśli chcemy pokoju to musimy rozmawiać, a przede wszystkim dać się poznać i zaakceptować, że nie wiemy o drugim człowieku wszystkiego.

- Da się to zrobić? Mowa nienawiści jest niestety coraz powszechniej używanym językiem.

- Ten Francuz - mój rówieśnik - opowiadał, jak wielki ból wywołały w jego dziadku i ojcu straty poniesione pod Verdun. Oni nie potrafili się uwolnić od tego doświadczenia. Choć na jego twarzy też widziałem ból, powiedział wtedy słowa, które mocno utkwiły mi w pamięci: „Dwa poprzednie pokolenia nie są w stanie pokonać muru nienawiści, ale nasze pokolenie już może to zrobić”. To jest nasz obowiązek i powinność. To była dla mnie ważna lekcja pokory. Owszem, istnieją ludzie, którzy próbują świadomie przekłamywać historię i z takim zjawiskiem należy walczyć. Ale to jest zupełnie inna rzecz. Opowiadałem moim rozmówcom, także Niemcom, np. o tym, co dla Polaków znaczyło powstanie warszawskie czy Wołyń. Słuchali z zainteresowaniem. To były rozmowy pełne zrozumienia i szacunku, z których wszyscy wynieśliśmy coś dobrego.

- Pielgrzymka do grobu św. Jakuba to bardziej doświadczenie wspólnoty czy samotności?

- To zależy, na którym odcinku. W Hiszpanii jest to zdecydowanie doświadczenie wspólnotowe, bo pielgrzymów jest dużo. W miejscach noclegowych prawie zawsze było od kilkunastu do nawet kilkudziesięciu osób. Było z kim pogadać, ludzie byli ciekawi i chętnie się dzielili swoimi doświadczeniami. Czasem się kogoś interesującego spotkało po drodze i wędrowało z nim jakiś czas. Zupełnie inaczej to wyglądało przez pierwsze dwa miesiące, aż do momentu, gdy dotarłem do Vézelay, małego miasteczka we Francji, gdzie zaczyna się Via Lemovicensis, jeden z głównych historycznych szlaków do Santiago. Wędrowałem wtedy sam, na kwaterach byłem sam. Jeśli z kimś rozmawiałem, to były to osoby spotkane gdzieś na noclegu, na campingu, w hostelu czy w domach prywatnych, gdzie udzielano mi gościny. Ale te spotkania nie były częste. Samotne wędrowanie było czasem bycia sam na sam ze sobą, bardzo ważnym dla każdego człowieka. Potem pojawili się pielgrzymi i doświadczenie się zmieniło.

- Pewnie niósł Pan wiele intencji, nie tylko swoich?

- Po długodystansowych szlakach wędruję już od kilku lat. Tamte wyprawy, oczywiście znacznie krótsze, były dla mnie: uczyłem się, poznawałem ludzi, zdobywałem doświadczenie, czerpałem. Ta pielgrzymka miała już być bardziej czasem dawania. Postanowiłem, że będę niósł intencje różnych osób do Santiago, ale chciałem się z tymi intencjami utożsamić, zapoznać, a nie tylko nieść na kartce, myśląc o czymś innym. Na każdym etapie przez kilka kilometrów modliłem się w intencji, w której dany etap ofiarowałem. Uzbierało się ich sto kilkanaście, niektóre docierały do mnie, gdy już byłem w trasie. To były różne prośby: za rodzinę, za członków wspólnoty, za sprawy Kościoła i świata, intencje osobiste i od ludzi, którzy prosili mnie o modlitwę. Były też oczywiście intencje dotyczące życiowych decyzji, które mnie czekają. Cieszę się, że Bóg pozwolił, aby donieść je aż do końca.

- Gdy pan dotarł do celu…

- Rano 12 października po raz drugi wszedłem do Santiago de Compostela. Cieszyłem się, ale nie było euforii czy niedowierzania. Do grobu Św. Jakuba zbliżałem się już od wielu dni i miałem bardzo dużo czasu na oswojenie się z myślą o tym, co zrobiłem. Tak naprawdę przez cały hiszpański odcinek drogi czułem, że to już końcówka. Bardzo poruszająca była za to Msza pielgrzyma w katedrze. Do Santiago przyleciał z Krakowa kilkuosobowy „komitet powitalny”, w tym ks. Dariusz Raś, proboszcz Bazyliki Mariackiej i ks. Albert Wołkiewicz, tamtejszy wikariusz, z którym znamy się od wielu lat. Koncelebrowali oni tę Mszę i ofiarowali za mnie główną intencję. Przywieźli ze sobą nawet flagę bazyliki stworzoną specjalnie na tę okazję. Gdy rozwinęliśmy ją w katedrze podczas Mszy, uświadomiłem sobie, jak ważny był ten trud tak dla mnie, jak i ludzi wokół mnie.

- Co pana zmotywowało do tego, by wyjść na Camino?

- To był proces, który trwał kilka lat. Gdy szedłem do Santiago po raz pierwszy trzy lata temu hiszpańską Trasą Północną, w drodze z Kaliningradu był także Marek Kamiński. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem, że istnieją ludzie, którzy idą z Polski. Stojąc pod katedrą pomyślałem, że fajnie byłoby też tak kiedyś pójść. Później długodystansowe wyprawy stały się moją pasją i w kolejnych latach cały urlop przeznaczałem na to, by wybrać się w różne rejony Europy. Cały czas jednak miałem z tyłu głowy marzenie, żeby wzorem średniowiecznych pielgrzymów wyruszyć od progu własnego domu do grobu św. Jakuba. Jednocześnie przygotowywałem się i fizycznie, i psychicznie, bo jest to bardzo ważne, żeby np. umieć sobie radzić z niespodziewanymi problemami, jakie się po drodze regularnie przytrafiają. Okazja przydarzyła się w tym roku, dość niespodziewanie, ponieważ zdecydowałem się zmienić pracę i okazało się, że to idealne okienko czasowe. Pomyślałem: teraz albo być może nigdy, bo nie wiadomo, czy taka okazja się powtórzy w przyszłości.

- I wyruszył pan z bazyliki Mariackiej, podobno jako pierwszy krakowianin od czasów średniowiecznych?

- Pierwszy z bazyliki Mariackiej - tak, pierwszy krakowianin - nie. Z danych publikowanych przez Biuro Pielgrzyma w Santiago wynika, że co roku przybywa tam około 30-40 osób, które pielgrzymkę rozpoczęły w Polsce. Wśród nich były osoby, które w Krakowie zaczęły, i takie, które przez Kraków przeszły. Kroniki bazyliki Mariackiej mówią, że jestem pierwszą odnotowaną osobą od czasów średniowiecznych, która wyszła na Camino z tej świątyni. Wybór tego miejsca nie był przypadkowy, ponieważ jestem z nim związany. Jestem członkiem wspólnoty „Chrystus w Starym Mieście”, należę do służby liturgicznej. Traktuję zresztą progi tego kościoła symbolicznie, jest on przecież duchowym symbolem Krakowa.

- Podobnie jak katedra w Santiago de Compostela jest symbolem duchowości europejskiej…

- Zgadza się.

- Nie planował pan, że wejdzie do Santiago niemal w przeddzień rocznicy pontyfikatu Jana Pawła II?

- Wiedziałem, że dotrę gdzieś w październiku, ale droga jest tak długa, że nie da się zaplanować dokładnie jej rytmu. Gdy zacząłem się zbliżać do Santiago, stało się jasne, że wejście wypadnie w tych dniach. Myślałem też, by przejść jeszcze tzw. „epilog”, czyli cztery dodatkowe dni do Muxii i na Finisterrę, położone nad Atlantykiem, gdzie droga się kończy i dalej już jest tylko ocean. Jego zakończenie faktycznie wypadłoby 16 października. Plany pokrzyżowało mi przeziębienie oraz huraganowa pogoda. Ostatecznie dzień ten spędziłem w Fatimie, którą i tak zamierzałem odwiedzić przed powrotem, tyle że już autobusem.

- Symboliczne miejsca, bo Ojciec Święty i zawierzył swój pontyfikat Maryi, i też był pielgrzymem Jakubowym…

- …i tak naprawdę jemu zawdzięczamy, że ruch pielgrzymkowy do św. Jakuba odrodził się po kilku wiekach. Od XVI w. tradycja pielgrzymowania zaczęła zamierać wskutek historycznych zawirowań i ukrycia samych relikwii w obawie przed kradzieżą przez piratów. Odnaleziono je ponownie w 1879 r., lecz na odrodzenie się pieszych pielgrzymek trzeba było czekać jeszcze ponad sto lat. W 1980 r. do Santiago dotarło pieszo, na rowerze bądź konno zaledwie 209 pielgrzymów. W ubiegłym roku było ich już 301 tys. To pokazuje, jak bardzo ta tradycja się rozrosła.

- Szlaki Jakubowe to średniowieczny symbol duchowej jedności Europy. Przebrzmiały czy nadal aktualny?

- Camino to szczególny szlak pielgrzymkowy, który łączy wszystkich. Do grobu św. Jakuba, jednego z najważniejszych świętych katolików i miejsc chrześcijańskiego kultu, pielgrzymują też luteranie, ewangelicy, ludzie innych denominacji chrześcijańskich, a także wyznawcy innych religii czy ateiści. Pielgrzymują też ludzie, którzy od Kościoła odeszli. Jest to szczególnie widoczne wśród hiszpańskich pielgrzymów. Kościół katolicki w Hiszpanii był przez wiele lat narzędziem reżimu gen. Franco. Dla Hiszpanów problemem nie jest wiara, bo są to często ludzie wierzący, którzy bardzo pragną spotkać Boga. Problemem jest Kościół jako instytucja. To jest bariera, której oni sami nie potrafią przeskoczyć. A na drodze św. Jakuba przekaz ewangeliczny może do nich trafić pomimo tej bariery. To jest niezwykły symbol jego uniwersalności. Wiadomo, że wśród pielgrzymów są też zwyczajni turyści, ale spotkałem wiele osób, które gdzieś tam w tle mają duchowe poszukiwania.

- Wielu turystów po drodze pewnie staje się pielgrzymami?

- Niekoniecznie nazywają to w ten sposób, ale jak się z nimi rozmawia to widać, że chcą na szlaku sobie coś przemyśleć, coś odnaleźć. Może poszukują Boga, ale nie potrafią tego nazwać. Turysta też może stać się pielgrzymem. Wyrusza jako turysta, ale dzieje się po drodze coś, co go zmusza do innego spojrzenia. Takich historii jest tutaj wiele, bo każdy ma swoje Camino.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Zamiast muzycznej kariery wybrał kapłaństwo

2019-06-26 18:39

Piotr Kołodziejski / Szczecin (KAI)

"Jestem przekonany, że spełniam wolę Bożą. To mnie trzyma tak głęboko jak kotwica" - mówi diakon Maciej Czaczyk, który wraz z dwójką innych kandydatów przyjmie święcenia prezbiteratu w szczecińskiej katedrze. W 2011 roku 17-letni wówczas licealista z Gryfina wygrał telewizyjne "Must be the music". Potem jednak wybrał inną drogę życiową.

Screenshot/www.youtube.com

Maciej Czaczyk: - Nie żałuję. To po prostu mega duża przygoda, potężna otwierająca życie. Szczęśliwe życie. Także nie sposób żałować.

KAI: Pamiętam moment, kiedy ogłosiłeś, że wstępujesz do seminarium. W mediach była duża konsternacja. Czy docierały do Ciebie komentarze w stylu "Co ty robisz człowieku?"

- Nie czytałem tych komentarzy, ale przyznam, że w prywatnych wiadomościach docierały do mnie głosy niezrozumienia. Niektórzy krytykowali bardzo mocno i czuli się zawiedzeni. Poniekąd ja sam byłem zaskoczony tą decyzją.

- W jednym z wywiadów powiedziałeś, że „realizacja pasji dla pasji jest pusta”. Co to oznacza?

- Myślę, że na każdym etapie trochę inaczej to rozumiałem. Dziś myślę po prostu, że sam dla siebie nie jestem celem. Moje realizowanie siebie, choć jest piękne i potrzebne, żeby się rozwijać i realizować swoje pasje, jest bardzo potrzebne, ale to nie jest w stanie zaspokoić człowieka. Bo człowiek jest kimś więcej i potrzebuje relacji do drugiego człowieka i miłości do drugiej osoby, żeby dawać z siebie. A nie tylko dziś każdy bardziej realizuje siebie, dla siebie, do siebie. Żeby jednak odbić w drugą stronę. Nie w stronę pasji i realizacji siebie, ale bardziej w stronę bycia dla innych. Jeśli pasja jest tak rozwijana, to jak najbardziej, ale ona wtedy nie staje się celem.

- Mówiłeś też, że jako dziecko chciałeś być księdzem, a więc u Ciebie to chyba nie był taki strzał, że nagle po sukcesie medialnym w konkursie telewizyjnym zdecydowałeś się zostać księdzem, tylko to w Tobie dojrzewało.

- Tak i to od malucha. Nim poszedłem do I Komunii Świętej i bliżej podszedłem do ołtarza, to już były zabawy w księdza. Bawiłem się w moim życiu i to pragnienie było. Tak jak dzieci bawią się w różne zawody. To była jedna z takich zabaw, ale okazuje się, że potem coraz bardziej chciałem iść w tę stronę.

- W tych zabawach bardziej skupiałeś się na głoszeniu kazań, czy to już były pierwsze próby grania na gitarze?

- Nie. Grania na gitarze wtedy nie było. Nie pamiętam czy wygłaszałem wtedy kazania. Pamiętam, że było „przeistoczenie”. Była taka śnieżnobiała cieniutka gąbeczka, materiał okrągły pod różańcem, który miałem. To był taki różaniec z Częstochowy. Spod różańca wyciągnąłem to i to pięknie wyglądało jak hostia. Było takie śnieżnobiałe i wyglądało jak hostia. Pamiętam podnosiłem się to do góry w tej zabawie.

- Wygrywasz konkurs, nagrywasz płytę. Czym dla Ciebie było wtedy szczęście, a czym jest teraz?

- Czułem wtedy na pewno radość. Było wiele emocji, stresu, a szczęście to nie emocje, bo te emocje później opadły, zaczęła się kariera i okazuje się, że to było jakieś puste głębiej. To opierało się tylko na doznaniach, emocjach, które ulatywały. Żyłem od fajerwerków do fajerwerków, od wywiadu do wywiadu, od koncertu do koncertu, żeby zapewnić sobie kolejne radochy życia, od imprezy do imprezy, a szczęście było cały czas niedostępne, nieosiągalne. No i zacząłem szukać.

- Powiedziałeś, że była w pewnym momencie doświadczyłeś pustki. Nie żałujesz więc tego doświadczenia na scenie. Czy ono było potrzebne w twoim życiu?

- Bardzo potrzebne i jestem wdzięczny najpierw Panu Bogu, a potem tym innym, których spotkałem. Wiele mnie nauczyli i to było bardzo cenne. Dziękuję im, że mogłem tego doświadczyć. To było wspaniałe doświadczenie.

- Czy to może być wskazówką dla tych młodych, którzy dziś poszukują swojej drogi i chcieliby jeszcze czegoś spróbować zanim podejmą ostateczną decyzję?

- Zdecydowanie tak. Myślę, że warto rozwijać swoje pasje, talenty i też iść za tym, co w jakiś sposób odkrywamy w swoim życiu i czego pragniemy. Pan Bóg też często w tym jest. Często podsuwa takie pragnienia. Jeśli to są rzeczy, które nas prowadzą do dobrego, to trzeba za tym iść. Na pewno trzeba rozwijać talent i szukać szczęścia, ale polecam to robić z Panem Bogiem.

- Masz poczucie, że spełniasz Wolę Bożą na co dzień?

- Jestem przekonany, że spełniam Wolę Bożą. To mnie trzyma tak głęboko jak kotwica. Mimo różnych uczuć każdego dnia, bo przecież uczucia się zmieniają, mam szczęście i pokój, że bez względu na to, co będzie się działo na morzu, jaka burza przyjdzie, to ta kotwica jest zakotwiczona. To jest mega ważne w momencie wybierania swojej drogi życiowej, żeby zakotwiczyć i wybrać drogę swojego powołania.

- Jak się Ciebie słucha, można stwierdzić, że jesteś szczęśliwym człowiekiem. Skoro się tak spełniasz, to nigdy nie było kryzysów?

- Szczęście to też kryzysy. Uczucia są różne. Miałem kryzysy. Myślę, że będę miał jeszcze nie jeden i nie dwa w swoim życiu, ale w seminarium, jak miałem kryzysy, to po nich siłą rzeczy stawałem bardziej w prawdzie o rzeczywistości o mnie i stawałem w realnym świecie, stawałem się mocniejszy. Szczęście nie wyklucza się z kryzysem.

- Czasem grasz na gitarze i pojawiasz się na scenie. Czy jest coś w diakonie Macieju Czaczyku z tego Maćka, który wygrywał „Must be the music”?

- Na pewno jest sporo rzeczy w tym Maćku Czaczyku, bo to tak naprawdę ten sam Maciek Czaczyk, chociaż niedługo kompletnie duchowo zmieni się moje życie, bo Chrystus przejmie stery oficjalnie, ale moje cechy charakteru, moje życie i patrzenie na wiele spraw ciągle wymaga nawrócenia, ale też cennych rzeczy nie zabrał mi Pan Bóg, a myślę, że jeszcze je pomnożył i rozwinął. Takie mam przeświadczenie.

- Jakie, Twoim zdaniem, są dziś motywacje kandydatów na księży?

- Wydaje mi się, że mogą być bardzo różne. Ale po to jest seminarium, aby rozeznać. Seminarium to nie jest „szkoła na księdza” ale czas rozeznawania. Niektórzy stwierdzają, że to nie jest ta droga i odchodzą. I o to chodzi. Lepiej być dobrym mężem i ojcem niż złym księdzem.

- Jak postrzegani są dziś kapłani w obliczu prób dyskredytowania Kościoła i tworzenia wizerunku Kościoła będącego w kryzysie?

- To nie jest raczej pytanie do mnie ale do jakichś sondażowni. Ja wiem, kim powinien być kapłan i jakim chcę być kapłanem. Każdy z nas ma być alter Christus, drugim Chrystusem. Można powiedzieć, że kryzys wizerunkowy był w Kościele od początku. O Jezusie współcześni też źle mówili, że żarłok i pijak, że siada przy stole z celnikami i grzesznikami. Patrząc na historię Kościoła można rzec, że gdy nas za bardzo chwalą to nie jest dobrze, bo to znak, że ulegamy panu tego świata. Kościół ma nie tyle dbać o wizerunek, ale o świętość swoich członków. A wszelki grzech widzimy jako ranę na ciele Chrystusa i nie możemy obok niej przechodzić obojętnie.

- Widzisz młodych ludzi na co dzień, którzy szukają swojej drogi życiowej. Czy są zagubieni, boją się odkryć swoją drogę? Jak patrzysz na nich?

- Patrzę na nich trochę jak na swoich młodszych kolegów i koleżanki. Widzę w nich też siebie. Wydaje mi się, że świetnie ich rozumiem. Szczególnym darem dla mnie była rodzina i rodzice. Dziś to często jest źródłem problemu, że rodziny się sypią. W tych relacjach. I ciężko to potem czymkolwiek uzupełnić. Coś, co jest fundamentalnym brakiem. Widzę, że są zagubieni. Widzę, że szukają szczęścia i nadziei w życiu. Szukają miłości. Myślę, że to się nigdy nie wyczerpie. Każdy szuka tego samego. Ktokolwiek będzie chciał spotkać się ze mną i rozmawiać na ten temat, to będę dzielił się swoim życiem. Jeżeli komuś to pomoże, to chwała Bogu.

- Co Maciej Czaczyk powie komuś, kto coś usłyszy w swoim sercu, ale boi się pójść za tym głosem dalej?

- Co ja mogę powiedzieć? Nie bój się. Mogę nawet zaśpiewać. (tu Maciej Czaczyk śpiewa) Nie bój się, chodźmy tam. To mój pierwszy singiel i jest blisko ze mną. Moja pioseneczka. Nie bój się, że ktoś ci powie, że coś, że ktoś będzie o tobie gadał. To zawsze będzie. Po prostu rób to, co Pan Bóg w sercu ci podsuwa i do przodu.

- Dziękuję za rozmowę.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kotla: Msza za wędkarzy

2019-06-26 21:33

Radosław Grzesiński

23 czerwca, w niedzielę w oktawie Bożego Ciała w Kotelskim kościele miała miejsce Msza Święta w intencji wędkarzy. Należy podkreślić że jest to rok jubileuszowy dla miejscowego koła wędkarskiego Jaź, ponieważ obchodzi ono 20-lecie istnienia.

Kacper Kuczak

Członkowie dziękowali za ten jubileusz, a obchodząc również ogólnopolski dzień wędkarza prosili o wstawiennictwo patrona św. Zenona z Werony. Była to druga taka Msza wędkarska, proboszcz parafii wyszedł z ta inicjatywą ponieważ sam jest wędkarzem i członkiem koła. Mszy świętej towarzyszyła dekoracja akcesoriami wędkarskimi oraz imitacja stawu z żywymi rybami. Członkowie koła przynieśli w darach usmażone ryby. Gospodarzami uroczystości byli ks. kan. Andrzej Skoczylas - proboszcz parafii Kotla, Jan Grabia prezes Koła PZW nr 5 Jaź w Kotli, Wójt Gminy Kotla Łukasz Horbatowski, założyciel koła Sławomir Majewski - dyrektor Urzędu Pracy w Głogowie, który odczytał Modlitwę wiernych. Nna zakończenie Eucharystii na ręce prezesa zostało przekazane błogosławieństwo od bp. Tadeusza Lityńskiego z okazji jubileuszu. We Mszy uczestniczyła także szkółka wędkarska dzieci, którą prowadzą członkowie koła.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem