Reklama

Zdążyć przed Panem Bogiem

2018-03-14 11:03

Artur Stelmasiak
Niedziela Ogólnopolska 11/2018, str. 9

Bożena Sztajner/Niedziela

Na Jasnej Górze odbyła się pierwsza pielgrzymka bohaterów podziemia antykomunistycznego. Podczas uroczystości abp Sławoj Leszek Głódź poświęcił tablicę upamiętniającą Żołnierzy Niezłomnych

To było wyjątkowe święto w Sanktuarium Jasnogórskim. Bohaterowie, którzy mieli być wymazani z polskiej historii, doczekali się miejsca pamięci w duchowej stolicy Polski. – Walczyłem z wrogiem niemieckim, walczyłem z wrogiem sowieckim, a w komunistycznej Polsce dostałem dożywocie. Nasze losy wahały się między grobem i życiem. Dziękujemy, że możemy w tym wyjątkowym miejscu być na pielgrzymce – powiedział 95-letni kawaler Orderu Virtuti Militari płk Tadeusz Bieńkowicz ps. Rączy. – My odchodzimy, a każdy pomnik i tablica pozostaną po nas. Dziś czuję, że Matka Boża upomniała się o nas – wyznał.

Na początku Mszy św., której w Kaplicy Cudownego Obrazu Matki Bożej przewodniczył metropolita gdański abp Sławoj Leszek Głódź, podprzeor Jasnej Góry o. Jan Poteralski w słowach powitania wyraził wdzięczność inicjatorom pielgrzymki. Powiedział m.in.: – Dziękujemy Zarządowi PGNiG, Instytutowi Pamięci Narodowej, red. Lidii Dudkiewicz i całej Redakcji Tygodnika Katolickiego „Niedziela” za zorganizowanie dzisiejszych uroczystości. To wielka radość, że po raz pierwszy tak wielu Żołnierzy Niezłomnych przybyło na Jasną Górę. Słowa: „Bóg, Honor, Ojczyzna” oraz: „Cześć i chwała bohaterom” niech zawsze płyną z Jasnej Góry.

W wygłoszonej homilii abp Głódź przypomniał bolesną historię antykomunistycznego zrywu. Powiedział, że Żołnierze Niezłomni ochronili duszę Polski, którą chciano odrzeć z wiary i tradycji. – Żołnierze antykomunistycznego podziemia są tymi, którzy doznawali nie tylko mroku przesłuchań, tortur, więziennej izolacji, ale przede wszystkim mroków zacierania śladów także po ich śmierci – podkreślił abp Głódź i dodał: – Wy jesteście kolejnym ogniwem polskich zrywów niepodległościowych, podejmowanych w celu ratowania wiary i wolności. Dziękujemy wam, drodzy bracia, żeście w tej godzinie próby nie oziębili wiary i podjęliście walkę z jastrzębiem komunizmu.

Reklama

Podczas Eucharystii kombatanci siedzieli na honorowych miejscach w prezbiterium, tuż przed wizerunkiem Królowej Polski. Wielu sędziwych bohaterów nie kryło łez i wzruszenia. – Pamiętam, jak modliłem się, gdy maszerowałem ze swoim oddziałem. Jestem przekonany, że to Matce Najświętszej zawdzięczam swoje ocalone życie, to Ona ratowała mnie wielokrotnie z opresji – powiedział „Niedzieli” płk Marian Pawełczak ps. Morwa, który walczył w oddziale mjr. Hieronima Dekutowskiego ps. Zapora. Na zakończenie Mszy św. abp Głódź ogłosił, że Kapituła „Pierścienia Inki” Danuty Siedzikówny – „Wierni Polsce, wierni do końca” przyznała Pierścień generałowi Zakonu Paulinów o. Arnoldowi Chrapkowskiemu w „uznaniu za postawę patriotyczną i krzewienie idei pamięci o Żołnierzach Wyklętych”.

Po Eucharystii w Kaplicy Pamięci Narodu prezes PGNiG Piotr Woźniak odsłonił, a abp Głódź poświęcił tablicę upamiętniającą Żołnierzy Niezłomnych. – Kłaniamy się wam, którzy przybyliście w 100-lecie odzyskania niepodległości w pielgrzymce do Matki, Królowej Polski. Dzięki wam jesteśmy świadkami poświęcenia kolejnego paciorka z różańca chwalebnej historii Polski – powiedział Antoni Trzmiel, dziennikarz TVP, który prowadził uroczystość. List od prezydenta RP Andrzeja Dudy odczytał prof. Andrzej Waśko. Okolicznościowe słowo przesłał również prezes PiS Jarosław Kaczyński. W uroczystości uczestniczyli m.in. posłanka Lidia Burzyńska oraz wojewoda śląski Jarosław Wieczorek.

Na tablicy upamiętniającej bohaterów podziemia antykomunistycznego widnieją słowa: „Żołnierzom Niezłomnym, którzy stanęli do walki o wolną Polskę przeciwko komunistycznemu zniewoleniu, poległym w walkach, zakatowanym podczas śledztw, zamordowanym w wyniku zbrodni sądowych, długoletnim więźniom i represjonowanym”.

Pielgrzymka i odsłonięcie tablicy są związane z programem patriotycznym Fundacji PGNiG „Rozgrzewamy Polskie Serca”. – Wydawało się, że mogliśmy zaczekać z uroczystościami do przyszłego roku, ale baliśmy się, że część naszych wiekowych już Żołnierzy Niezłomnych nie doczeka tego dnia – powiedział „Niedzieli” prezes PGNiG. – Musimy się spieszyć z honorowaniem naszych bohaterów, by zdążyć przed Panem Bogiem – dodał.

Tagi:
pielgrzymka niezłomni

Reklama

Patrzyliśmy jak zahipnotyzowani na opustoszały dziedziniec

2019-03-06 10:18

Mateusz Wyrwich
Niedziela Ogólnopolska 10/2019, str. 38-39

Kiedy usłyszał wyrok śmierci, nawet go to nie zdziwiło. Miał 27 lat. Ów brak zdziwienia zaniepokoił natomiast przewodniczącego komunistycznego sądu Edwarda Hollera, który zapytał skazanego, czy zrozumiał wyrok. Ten ze spokojem odpowiedział: Tak

Mateusz Wyrwich
Mieczysław Chojnacki „Młodzik”

W marcu kapitan Mieczysław Chojnacki ps. Młodzik kończy 95 lat i nieco narzeka na swoją pamięć. Kiedy więc czegoś nie jest pewien, każe sięgnąć do wydanej przed 16 laty swojej książki „Opowiadanie «Młodzika»”, w której, jak mówi, „na gorąco” zawarł swoje wrażenia z lat 40. i 50. ubiegłego wieku.

Walka z okupantem niemieckim

Gdy wybuchła wojna, Mieczysław Chojnacki mieszkał z rodzicami i bratem w podwarszawskim Radzyminie. Jako 16-latek został łącznikiem Korpusu Ochrony Polski, później Związku Walki Zbrojnej, który z czasem przemianowano na Armię Krajową. Kiedy skończył 16 lat, został słuchaczem konspiracyjnej szkoły podchorążych. Pierwszą akcją, w której uczestniczył, był udany atak na pociąg wiozący niemieckich żołnierzy z frontu wschodniego w kwietniu 1943 r. Niedługo po tym Chojnacki został dowódcą 2. drużyny strzelców II plutonu 5. placówki obwodu „Rajski ptak”. Brał udział m.in. w akcji „Burza”, która miała na celu wyzwolenie od Niemców pobliskiej miejscowości Tłuszcz. Następnie został wraz z kilkudziesięcioma młodymi ludźmi aresztowany i wywieziony przez Niemców do obozu w Eichen. W kwietniu 1945 r. wyzwolili ich Amerykanie.

Nowa okupacja i aresztowania

„Młodzik” wrócił do rodzinnego Sierpca, gdzie mieszkali rodzice. Miał wówczas 21 lat i przekonanie, że jakkolwiek zakończy się jego walka, musi się przeciwstawić nowej okupacji. Wkrótce nawiązał kontakt ze swoim dowódcą z partyzantki Józefem Marcinkowskim ps. Wybój. Ten zaprzysiągł go w Ruchu Oporu Armii Krajowej. Na początku było ich kilku, później kilkunastu. Pracowali na co dzień w różnych zawodach, a co kilka dni zbierali się z bronią w ręku i uczestniczyli w akcjach zlecanych przez dowództwo ROAK, m.in. likwidowali posterunki UB i MO, wykonywali wyroki na sowieckich kolaborantach czy wyjątkowo okrutnych ubekach. Po kilku potyczkach już w lipcu 1946 r. nastąpiło pierwsze aresztowanie jednego z członków oddziału. Zaczął sypać, więc 15-osobowy oddział musiał zejść do lasu. Od tego czasu przez blisko 3 lata ukrywali się po lasach bądź wsiach, nadal jednak zbrojnie walczyli z komunistami. Wreszcie, w 1948 r., Marcinkowski rozwiązał oddział.

– Pojechałem z kolegą do Szczecina, jego wuj był tam inspektorem w Inspektoracie Szkolnym. Obaj mieliśmy matury, więc skierował nas do pracy w szkołach podstawowych – opowiada Chojnacki.

– Dostałem jednak sygnał od rodziny, że UB mnie poszukuje. Postanowiłem więc zgubić ślad i pojechałem na Śląsk. Tam przez jakiś czas pracowałem jako geodeta. Aż 11 marca 1950 r. zostałem zatrzymany przez Informację Wojskową. Wcześniej aresztowano mojego brata, który studiował w oficerskiej szkole artylerii.

Mieczysława Chojnackiego zawieziono do budynku Informacji Wojskowej we Wrocławiu. Pytano przede wszystkim o to, gdzie ukrył broń. Kiedy odpowiedział, że wyrzucił, funkcjonariusze zaczęli go katować. Już pierwszego dnia przesłuchania kilkakrotnie stracił przytomność.

– Kiedy pytali o naszą działalność, odpowiadałem, że nie pamiętam. No to mnie katowali. Traciłem przytomność, odzyskiwałem... i tak przez kilka dni i nocy. Niestety, wiedzieli niemal wszystko o naszych akcjach. Znaczyło to, że mieliśmy w naszym oddziale kapusia albo że ktoś „pękł” w trakcie przesłuchania – wspomina „Młodzik”. – Po kilkunastu dniach tego katowania wywieźli mnie do Informacji Wojskowej w Warszawie. Później na rozprawę do Sierpca.

Wyrok

Proces odbył się 20 grudnia 1950 r. Mieczysławowi Chojnackiemu postawiono 9 zarzutów, wśród nich posiadanie broni i zastrzelenie kilku milicjantów. Prokurator żądał trzykrotnej kary śmierci, obrońca z urzędu starał się bronić „młodego człowieka, który miał przed sobą długie życie, ale zbłądził, występując przeciwko prawowitej władzy ludowej”. Sąd „przychylił się” i wymierzył oskarżonemu jedną karę śmierci.

– Wyrok nie zrobił na mnie wrażenia. Może poczułem lekki chłód, ale to wszystko – mówi Chojnacki. – Kiedy po odczytaniu wyroku zapytano mnie, czy mam coś do powiedzenia, wstałem i powiedziałem, że od 16. roku życia walczyłem z okupantem o wolną Polskę, o to, by była wolna i sprawiedliwa dla wszystkich obywateli. Tak się jednak nie stało, bo przyszedł nowy okupant, więc walczyłem nadal. Po czym usiadłem i usłyszałem jakieś okrzyki przeciwko mnie ze strony ubeków czy ormowców. Ale nie interesowało mnie to.

Po co wam ślub...

Następnego dnia Mieczysław Chojnacki został przewieziony do warszawskiego więzienia na Rakowieckiej. Trafił do stuosobowej celi, w której siedzieli zarówno polscy patrioci, jak i niemieccy zbrodniarze wojenni. Pocieszono go, że z jednym wyrokiem śmierci najpewniej przeżyje, bo są wśród nich skazani na... dwudziestokrotną karę śmierci. Kiedy jednak po napisaniu odwołania od wyroku przez jednego z kolegów współwięźniów kary nie zamieniono na inną, „Młodzik” poczuł się nieswojo. Tym bardziej że już w lutym wyprowadzono z jego celi na wykonanie wyroku kary śmierci bohaterów polskiego podziemia. Jednakże starał się nie popaść w otępienie. Czas spędzał na grze w szachy, czytał, co było do czytania, słuchał opowieści starszych żołnierzy, oficerów – legend polskiego podziemia, m.in. słynnego pilota Stanisława Skalskiego, a także legendarnych oficerów: Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” czy Łukasza Cieplińskiego.

– Wtedy rządzili na Rakowieckiej nieludzcy kaci. Znęcali się nad więźniami z wyraźną przyjemnością, np. wchodzili z nagła z eskortą, tak jakby mieli wyprowadzić na wykonanie wyroku – mówi Mieczysław Chojnacki. – Podobnie było w moim przypadku. Któregoś dnia w celi pojawił się naczelnik więzienia Alojzy Grabicki ze strażą. Powiedział, że mój wyrok śmierci został zatwierdzony, i – tu zawiesił głos gdzieś na pół minuty – dodał: „Towarzysz Bierut udzielił wam prawa łaski, obniżając wam wyrok na 15 lat”. To było okrutne, podobnie jak odmówienie ślubu „Łupaszce” z siedzącą w tym samym więzieniu narzeczoną Lidią Lwow. Grabicki odpowiedział mu przy nas: „A po co wam ślub, przecież za kilka dni zostaniecie rozstrzelani?”. I rzeczywiście, upłynął tydzień, może dwa... 8 lutego 1951 r., kilka minut po 19, najpierw wezwali na korytarz ppłk. Antoniego Olechnowicza z WiN, a zaraz potem „Łupaszkę”, który powiedział do nas głośno i dobitnie: „Z Bogiem, panowie”. Następnie zabrali Henryka Borowskiego i Lucjana Minkiewicza. Przez szparę w oknie niektórzy z nas widzieli na dziedzińcu Grabickiego i słyszeli strzały. Po latach dowiedziałem się, że strzelał do nich pijany kat Aleksander Drej. Jeden z naszych kolegów, Maciej Jeleń, dla oddania im honorów rzucił komendę: Baczność! I w ten sposób minutą ciszy oddaliśmy im hołd.

Mordują! Mordują! Mordują!

Bodaj tydzień później wyprowadzili ludzi z IV Komendy WiN, m.in. Łukasza Cieplińskiego, Adama Lazarowicza, Józefa Batorego, Franciszka Błażeja, Józefa Rzepkę i Karola Chmiela. Ten wyrwał im się na dziedzińcu i kilkakrotnie zakrzyknął: Mordują! Mordują! Mordują! Do końca życia będzie mi to tkwić w uszach. Te „wykonania” trwały ok. godziny. Patrzyliśmy jak zahipnotyzowani na opustoszały dziedziniec... – opowiada Chojnacki. Inny przykład perfidnego okrucieństwa: Też w lutym, może w marcu wyprowadzono kolejnych ośmiu na wykonanie „kaesa”. Już nie pamiętam, kogo wtedy rozstrzelano. Wykonywano wyroki na pięciu, a trzech trzymano w prowizorycznej celi. Po wykonaniu wyroków na tamtych kat przyszedł z plutonem egzekucyjnym do celi, gdzie siedzieli ci trzej. Wyczytał struchlałym ich nazwiska i byli przekonani, że zaraz ich rozstrzelają... po czym powiedział im: „Dobranoc, możecie spać spokojnie”.

Po zamianie wyroku z kary śmierci na 15 lat więzienia Mieczysław Chojnacki trafił do okrutnych więzień w Rawiczu, we Wronkach, w Strzelcach Opolskich. Wyszedł na wolność nie w 1956 czy 1957, jak utrzymywała propaganda komunistyczna, która zapewniała, że z więzień zostali zwolnieni wszyscy skazani za działalność polityczną, ale dopiero w lutym 1960 r. Skończył technikum geodezyjne, ożenił się. W latach 70. ubiegłego wieku opublikował kilka książek opowiadających o czasach okupacji niemieckiej i sowieckiej. Dziś, jeśli pozwala mu na to zdrowie, przybliża młodzieży czas walki o wolną Polskę.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kraków: ks. Franciszek Ślusarczyk nie jest już kustoszem Sanktuarium Bożego Miłosierdzia

2019-06-19 14:28

md / Kraków (KAI)

Ks. prałat Franciszek Ślusarczyk został zwolniony z funkcji rektora Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach i mianowany proboszczem w parafii NMP Matki Kościoła na Prądniku Białym w Krakowie. Listę zmian personalnych duchowieństwa opublikowano dziś na stronie internetowej Archidiecezji Krakowskiej.

diecezja.pl
ks. Franciszek Ślusarczyk

Dotychczasowego kustosza zastąpi go ks. kanonik dr Zbigniew Bielas, proboszcz parafii Matki Bożej Dobrej Rady w Krakowie-Prokocimiu.

Z łagiewnickim sanktuarium ks. F. Ślusarczyk był związany od 2002 r. Posługę kustosza i rektora pełnił pięć lat. Rektorem świątyni został w 2014 r. po tym, jak dotychczasowy kustosz - bp Jan Zając - przeszedł na emeryturę.

W Roku Miłosierdzia znalazł się w gronie powołanych przez papieża Franciszka misjonarzy miłosierdzia. Jako gospodarz sanktuarium Bożego Miłosierdzia przyjmował podczas Światowych Dni Młodzieży Ojca Świętego, który w łagiewnickiej bazylice wyspowiadał grupę młodzieży i na krótko spotkał się z chorymi. Był również odpowiedzialny za przygotowanie przyjęcia w Łagiewnikach młodych pielgrzymów z całego świata, którzy w trakcie ŚDM odbywali tam Pielgrzymkę Miłosierdzia.

Ksiądz Ślusarczyk jest również autorem Drogi Miłosierdzia - nabożeństwa, które po raz pierwszy zostało odprawione wieczorem 2 kwietnia 2016 r., w wigilię Niedzieli Miłosierdzia.

Franciszek Ślusarczyk urodził się 26 lipca 1958 r. w Dobczycach. Święcenia kapłańskie przyjął 20 maja 1984 roku z rąk kard. Franciszka Macharskiego. Przez pierwsze lata kapłaństwa posługiwał jako wikariusz najpierw w Żywcu-Zabłociu (1984-1988), a następnie w Wieliczce (1988-1989). Rok później zamieszkał w parafii w Gaju. Od 1990 r. pełnił funkcję prefekta w krakowskim Seminarium Duchownym, a w latach 1997-2002 był jego wicerektorem.

Był pracownikiem Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II, wieloletnim adiunktem w Katedrze Homiletyki, jest doktorem teologii.

W grudniu ub. roku został mianowany biskupem pomocniczym Archidiecezji Krakowskiej. Kilka dni później "po refleksji i modlitwie zdecydował o nieprzyjmowaniu święceń biskupich i złożył na ręce Ojca Świętego dymisję z tego urzędu", jak poinformował w swoim komunikacie abp Marek Jędraszewski.

Ks. dr kanonik Zbigniew Bielas przyjął święcenia kapłańskie w 1992 r. Od 2012 r. do dnia nominacji na kustosza łagiewnickiego sanktuarium pełnił posługę proboszcza parafii Matki Bożej Dobrej Rady w Krakowie-Prokocimiu Starym. Jest członkiem Rady Duszpasterskiej Archidiecezji Krakowskiej oraz Komisji Nadzorującej Centrum Jana Pawła II „Nie lękajcie się!”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kard. Kazimierz Nycz odprawił Mszę św. dla członków Zakonu Maltańskiego

2019-06-24 19:57

kos / Warszawa (KAI)

Mszą św. w katedrze polowej damy i kawalerowie Zakonu Maltańskiego uczcili w poniedziałek święto swego patrona – św. Jana Chrzciciela. Eucharystii przewodniczył kard. Kazimierz Nycz, metropolita warszawski. W czasie Eucharystii dziękowano m.in. za piętnaście lat służby ambasadorskiej Vincenzo Manno, ambasadora Zakonu Maltańskiego w Polsce, który kończy misję dyplomatyczną w naszym kraju.

Piotr Drzewiecki

– Gromadzimy się na modlitwie w intencji całego zakonu, w intencji realizacji wszystkich dzieł, którym damy i kawalerowie służą w swej odpowiedzialności, ale równocześnie modlimy się w intencji ambasadora Vincenzo Manno w 15 rocznicę jego posługi ambasadorskiej – powiedział kard. Nycz na początku Mszy św.

Homilię wygłosił bp Andrzej Dziuba, ordynariusz diecezji łowickiej. Hierarcha nawiązując do czytań z dnia mówił o powołaniu proroków Izajasza i św. Jana Chrzciciela oraz o charytatywnej działalności Zakonu Maltańskiego w Polsce oraz osobistej misji wieloletniego ambasadora Zakonu Vincenzo Manno. – Spoglądamy na cztery piękne powołania. Powołanie Izajasza, Jana Chrzciciela, Zakonu Maltańskiego i jednego z członków tego zakonu. To były piękne i owocne lata dla Zakonu Maltańskiego w Polsce – podkreślał.

Hierarcha życzył damom i kawalerom Zakonu Maltańskiego w Polsce, aby pamiętali o swej dewizie: Tuitio Fidei et obsequium pauperum (Obrona wiary i służba ubogim).

Eucharystię koncelebrowali ks. Aleksander Seniuk, rektor kościoła Sióstr Wizytek oraz ks. Jan Dohnalik, kanclerz Kurii Ordynariatu Polowego w Polsce. We Mszy św. uczestniczyło liczne grono dam i kawalerów maltańskich.

Po Komunii świętej Jerzy Baehr, prezydent Związku Polskich Kawalerów Maltańskich podziękował ambasadorowi Vincenzo Manno za jego działalność na rzecz rozwoju Zakonu w Polsce i dobrą współpracę z damami i kawalerami zakonu.

Biskup polowy uhonorował ambasadora Manno medalem „W służbie Bogu i Ojczyźnie”, ustanowionymi z okazji setnej rocznicy powołania Biskupstwa Polowego w Polsce.

Głos zabrał także ambasador Vincenzo Manno, który ze wzruszeniem mówił o pracy w naszym kraju. Jak podkreślił jest jedynym przedstawicielem korpusu dyplomatycznego w Polsce, którego służba trwa nieprzerwanie od czasów przywrócenia w Polsce urzędu prezydenta w 1989 r. Powiedział, że szczególne więzi łączyły go z prezydentem Lechem Kaczyńskim, podziękował też swoim współpracownikom, biskupowi polowemu za możliwość sprawowania w katedrze polowej Mszy św. w święto patronalne Zakonu oraz swojej małżonce Elżbiecie. Manno przywołał też kilka inicjatyw, które podjął jako ambasador Zakonu Maltańskiego m.in. wizytę prezydenta Kaczyńskiego na Malcie i zorganizowanie wystawy na Zamku Królewskim w Warszawie, poświęconej historii zakonu.

Zakon Maltański jest najstarszym zakonem rycerskim wywodzącym się ze wspólnoty mniszej, która w poł. XI wieku utworzyła w Jerozolimie szpital i przytułek dla pielgrzymów przybywających do Ziemi Świętej.

Pierwotnie wspólnotę rycerzy nazywano Rycerzami Św. Jana od imienia patrona - Św. Jana Jerozolimskiego (stąd joannici). Następne nazwy - Zakon Rodyjski, a potem Maltański - brały się od terytoriów, jakimi dysponowali w swojej historii. Pełna nazwa jest następująca: Suwerenny Wojskowy Zakon Szpitalników św. Jana z Jerozolimy, Rodos i Malty. Powszechnie używa się nazwy Zakon Maltański. Na czele Zakonu stoi książę i wielki mistrz. Obecnie władzę tymczasową pełni Giacomo Dalla Torre del Tempio di Sanguinetto.

Działalność szpitalnicza i dobroczynna na rzecz chorych wyróżnia działania Zakonu od początku jego istnienia, aż do czasów współczesnych. Tradycja szpitalnicza i rycerska ukształtowały charakter posługi Zakonu, której dewizą stały się słowa Tuitio fidei et obsequium pauperum (z łac. Obrona Wiary i Służba Ubogim). Realizowana jest ona przez charytatywną pracę kawalerów i dam zakonu w ramach pomocy humanitarnej, medycznej i innych działań społecznych. Zakon utrzymuje stosunki dyplomatyczne z państwami – obecnie jest ich ok. 110 i ma status stałego obserwatora przy 12 organizacjach międzynarodowych, m.in. ONZ, UNESCO, FAO.

Polska wznowiła po kilkudziesięciu latach przerwy stosunki dyplomatyczne z Zakonem 6 lipca 1990 r.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem