Reklama

Niedziela Przemyska

Święci nie mają epilogów

2018-04-11 14:49

Niedziela przemyska 15/2018, str. IV

[ TEMATY ]

homilia

bł. Jan Balicki

Marek Łabuński

Bł. Jan Balicki to mocarz zmieniający świat poprzez miłość i pokorę

Niczego nie można zacząć od nowa. Kontynuujesz, choć inaczej. Dajesz nową szansę swojej krwi i swoim marzeniom. Rysujesz nowe linie na popękanym obrazie. Wplatasz nowe nici na rozdarte płótno. Powoli na nowo kreślisz zniszczone kontury przeszłości. Może tak jest lepiej. Malowidło, rysunek, tkanina nabiera głębi wyrazu. Z pewnością życie osądza się po intensywności barw, a nie po jego długości”.

To cytat z książki, której nie da się przeczytać. To książka Luisiera „Zapiski syna marnotrawnego”. Książka dla wszystkich, którzy chcieliby odnowić w sobie świadomość grzechu i miłosierdzia Boga, i znaleźć tę przestrzeń, gdzie rozbity kamieniem grzechu obraz, przebite strzałą namiętności płótno, trzeba na nowo restaurować. Wtedy staje się to błogosławioną winą, bo ten obraz nabiera głębi i wyrazu.

Niczego nie można zacząć od nowa. Dzisiejsze pierwsze czytanie ujawnia bardzo dobitnie tę prawdę. Oto Mojżesz, po czterdziestu dniach pobytu na górze, otrzymał wyryte przez Boga dziesięć słów. Bóg już widział, że na dole ludzie zerwali przymierze. Bo czymże jest dziesięć słów? Grzegorz z Nysy tłumaczy, że jest to umowa między człowiekiem a Bogiem, w której to Bóg jest stroną zapewniającą: jeżeli między tobą i Mną, między naszymi twarzami nie pojawi się jakaś przeszkoda, to Ja to sprawię, że nie będziesz kradł, nie będziesz zbijał itd. Jeśli między twarzą Boga i moją twarzą nie będzie owego „drewienka”, to Bóg sprawi, że nie będziemy zabijać, kraść, mówić fałszywie. I rzeczywiście niczego nie można zacząć od nowa. Mojżesz, zirytowany, rzucił tablicami, ale wcześniej wymodlił u Boga łaskę, aby nie niszczył tego narodu. Dwa rozdziały dalej możemy przeczytać, że Mojżesz znowu wyszedł na górę i przez 40 dni nie jadł i nie pił, ale to były już inne dni. Pan Bóg powtórzył mu słowa, ale jednocześnie powiedział: zapisz te słowa, gdyż na ich podstawie zawarłem przymierze z tobą i z Izraelem. I znowu był tam, poszcząc 40 dni, ale nie była to już tylko obecność wobec Boga, ale trud wyrycia na nowo dziesięciu słów.

Reklama

Nie można nawiązać relacji i jej pogłębić, jeżeli między moją twarzą, a twoją twarzą istnieje jakaś tajemnica, jeżeli ukrywasz słabość, jeżeli zamykasz się w swojej mniemanej doskonałości. To są wszystko pozory. Dlatego to jest właśnie ów obraz, który trzeba na nowo odmalować, tkanina, którą trzeba snuć.

Błogosławiony Janie, kapłanie mężny. Żyjemy w dniach, w których wspominamy mocarzy stulecia naszej wolności. Dzisiaj, kiedy czytając litanię, zobaczyłem to wezwanie, które codziennie odmawiam, przyszło mi do głowy, że można jeszcze dodać: błogosławiony Janie, Mojżeszu ludu wędrującego do nowej ziemi obiecanej. O tym mało się mówi. Mówi się o spowiedniku. To prawda. Ale jego mocarstwo polega na tym, że nie zostawiał człowieka, który rozbił kamieniem obraz swojego życia, który strzałą przeszył tkaninę życia. Tak my robimy. Odpukamy i jesteśmy zadowoleni. Penitent naiwny idzie i myśli, że wszystko się załatwiło. Nie. Niczego nie można zacząć od nowa, ale to nie jest tragiczne, jeżeli potrafimy na nowo namalować ten obraz, jeśli potrafimy na nowo wydziergać tę tkaninę. Spowiedź odbiera moc kamieniowi i strzale, ale pozostaje przed nami trud zrobienia czegoś piękniejszego niż to, co zrobił grzech. Błogosławiony Jan był tym, który nie zostawiał penitenta. On był z nim, malując obraz, dziergając tkaninę. Dlatego przychodzili do niego tacy ludzie, którzy nie umieli sobie sami odmalować obrazu życia zniszczonego przez kamień grzechu, nie umieli na nowo utkać tkaniny, która byłaby piękniejsza, bo szatan im wmówił, że się nie da. A on mówił: da się.

Kapłanie mężny, to także uwydatnienie obrazu i tkaniny doskonałej, aby stała się jeszcze doskonalsza. Oto przychodzi 24-letnia zakonnica i mówi, że chciałaby złożyć jako ekspiację dar ze swojego życia. Ileż trzeba męstwa, aby stanąć przy niej. A tak było w jego życiu. Na Jasnej Górze zdarzył się wypadek, brat Paulin zabił swojego rodzonego brata. Zanim stwierdzono, że był psychicznie chory, prasa socjalistyczna rozpowszechniła tę wiadomość. Ta zakonnica postanowiła dokonać ekspiacji za ten grzech, w dobrej wierze, przekonana, że to szatan go opętał i mówi, że chciałaby złożyć ofiarę ze swojego życia. Co byśmy zrobili? Kapłan mężny przyjął ją i pozwolił jej na to. Zdrowa, młoda dziewczyna zmarła w ciągu trzech dni.

Gdybyśmy pojechali na cmentarz na Kruhelu, znaleźlibyśmy tam pomnik i grób Gieni. Kiedy mówiono o tym, że Jan pomagał dziewczynom upadłym, to zawsze przypominała mi się Zapolska i jej syn Zbyszek, który uwodził służące. Był tu potężny garnizon wojska i, jak czytałem, niemal każdego tygodnia dochodziło do jakichś awantur, strzelaniny, także z zazdrości. To wojsko uwodziło dziewczyny. Jedną z tych, które zostały ranione kamieniem grzechu i strzałą namiętności, była 16-letnia Gienia, dziewczyna podobno nieprzeciętnej urody. On ją wyrwał, zabrał ją na Kruhel i tam ona pracowała i na nowo malowała obraz swojego młodego życia. Ale chłopcy dostrzegli jej urodę i chcieli dać upust swojej namiętności. 16-lenia Gienia przyszła do Jana i powiedziała: „Proszę ojca, ja tu nie wytrzymam, ja pójdę znowu na złą drogę. Niech mi ojciec pozwoli, abym złożyła ofiarę swojego życia”. Co byśmy zrobili? Jan się zgodził. Jest tam do dzisiaj jej grób, jej pomnik, który powinien być miejscem naszych pielgrzymek, kiedy zagraża nam zniszczenie obrazu naszego życia, kiedy wątpimy, czy to wszystko da się odnowić. Da się. Ale nie bądźmy naiwni. Niczego nie da się zacząć od nowa. Spowiedź to odebranie mocy kamieniu i szybkości strzale, ale skutki w naszym życiu pozostają.

Ukazało się niedawno postscriptum do „Mocarza Pokory”. Miałem początkowo napisać epilog, ale stwierdziłem, że święci nie mają epilogów. Epilog zamyka pewną przestrzeń, a oni dopiero zaczynają. Chciałem więc pokazać jeszcze jedno postscriptum, obraz, który został przez Jana uratowany. Znałem tego chłopca od dziecka, służył do Mszy św., znałem jego rodziców. Potem nasze drogi jakoś się rozeszły. I któregoś dnia jego rodzice nagle przyjeżdżają i mówią: „Niech ksiądz coś zrobi. Nasz syn się ożenił i jego żona wyczyściła mu konto, mieszkanie i poszła z żonatym mężczyzną. On odchodzi od zmysłów. Bardzo ją kocha. Pyta naszego drugiego syna, który pracuje w mundurówce, gdzie można kupić pistolet, bo on zastrzeli jego, a potem siebie. Niech ksiądz coś zrobi”. Zadzwoniłem do niego. Po jakimś czasie odezwał się, przyjechał i mówi: „Proszę księdza, to już jest nieaktualne. Ja nie myślałem o pistolecie. Jako kierowca wiem, jak się zabić. Byłem zdecydowany, że wsiądę w samochód, wyjadę na A4 i wjadę w tira. To pewna śmieć. Ale przyszedłem jeszcze do katedry. Rozmawiałem z kapłanem, który powiedział mi, żebym poszedł do ks. Balickiego, zanim to zrobię. I wtedy wszystko mi odeszło. Powiedziałem sobie, że nie mogę się zabić”.

Święci nie mają epilogów, oni mają postscriptum: jedno, drugie, trzecie, którym jest każdy z nas. Dlatego, ile razy patrzę na ludzi, którzy się tam modlą, to przypomina mi się ten chłopak, któremu błogosławiony Jan pozwolił odmalować obraz życia, wydziergać jeszcze piękniejsze płótno, które ma głębię jego cierpienia, ale także doświadczenia dotknięcia świętości.

Niczego nie da się zacząć od nowa, grzech robi spustoszenie wokół nas i w nas, ale da się w tym zniszczonym przez kamień i strzałę życiu, wymalować obraz o większej głębi i piękniejszą, bogatszą tkaninę na nowo. Wtedy grzech staje się błogosławioną winą. Pamiętajcie, ile razy zbudujemy cielca, ile razy między nami a Bogiem stanie jakieś „drewienko”, wtedy idźmy do Jana. On jest kapłanem mężnym, on jest Mojżeszem, który pójdzie z nami do nowej ziemi obiecanej. Amen.

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Kapłan mężny

2018-04-11 14:49

Niedziela przemyska 15/2018, str. I

[ TEMATY ]

bł. Jan Balicki

Archiwum Redakcji

Zawsze z cierpliwością i pokorą starał się zbliżyć grzesznego człowieka do tronu Bożej łaski – powiedział o ks. Balickim papież Jan Paweł II w dniu beatyfikacji

Uroczystości 70. rocznicy śmierci bł. Jana Balickiego zgromadziły w przemyskiej archikatedrze czcicieli skromnego kapłana, w którym tętnił wielki Duch Boga

Mszy św. przewodniczył abp Adam Szal. Na modlitwie trwali: abp Józef Michalik, Przemyska Kapituła Metropolitalna, księża przełożeni i profesorowie Wyższego Seminarium Duchownego, kapłani posługujący w instytucjach diecezjalnych, klerycy, siostry zakonne oraz duszpasterze i wierni przemyskich parafii. Homilię (publikujemy na str. 4-5) wygłosił ks. prał. Zbigniew Suchy, redaktor naczelny przemyskiej edycji „Niedzieli” i autor książki o bł. ks. Janie Balickim „Mocarz Pokory”.

Ks. Jan Balicki zmarł w opinii świętości 15 marca 1948 r. Jego kult już od dnia śmierci zaczął się szerzyć w diecezji przemyskiej. W pogrzebie 18 marca 1948 r. wzięły udział tłumy ludzi. Wszyscy, którzy go znali, chcieli go odprowadzić na przemyski cmentarz. 22 czerwca 1959 r. w diecezji przemyskiej obrządku łacińskiego został rozpoczęty proces beatyfikacyjny, który zakończył się 28 listopada 1963 r.

Jan Paweł II dokonał beatyfikacji ks. Balickiego w sierpniu 2002 r. podczas Mszy św. na krakowskich Błoniach. Powiedział m.in.: „Jako kapłan miał zawsze otwarte serce dla wszystkich potrzebujących.Jego posługa miłosierdzia przejawiała się w niesieniu pomocy chorym i ubogim, ale szczególnie mocno wyraziła się przez posługę w konfesjonale. Zawsze z cierpliwością i pokorą starał się zbliżyć grzesznego człowieka do tronu Bożej łaski”.

Choć w przemyskiej katedrze spoczywają doczesne szczątki bł. ks. Jana Wojciecha Balickiego, to i tak na cmentarzu przemyskim przy ul. Słowackiego przy grobie ks. Jana Balickiego składano i składa się nadal prośby i podziękowania, pojawiają się świeże kwiaty i zapalone znicze. Przychodzą tam ludzie, by prosić go o wstawiennictwo u Boga w trudnych życiowych sprawach.

Bł. ks. Jan Balicki czuwa nad nami i oręduje w naszych sprawach u Boga. Powinniśmy więc zrobić wszystko dla pogłębienia kultu Błogosławionego poprzez przekazywanie wiedzy o jego życiu i świętości.

CZYTAJ DALEJ

Dosyć obrażania papieża Franciszka przez katolików

2020-01-22 07:41

[ TEMATY ]

apel

Franciszek

Grzegorz Gałązka

„Dosyć obrażania papieża Franciszka ze strony katolików” – zaapelował w swoim wpisie internetowym ks. dr Przemysław Sawa, ewangelizator i przełożony Szkoły Ewangelizacji Cyryl i Metody w Bielsku-Białej. Misjonarz miłosierdzia wezwał jednocześnie krytyków Ojca Świętego, „aby się nawrócili i przestali czynić zamęt”.

Jak zaznaczył w swoim facebookowym tekście wykładowca na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Śląskiego, papież Franciszek jest człowiekiem Jezusa, modlitwy, Bożego Słowa i rozeznawania.

„Nie boi się stawiać trudnych spraw. Widzę w nim ewangelizatora, który szuka sposobu, aby zanieść Ewangelię współczesnemu człowiekowi. Widzę pasterza, który chce, aby wielu ludzi wróciło do sakramentów, do Pana, do Kościoła. Ojciec Święty Franciszek - skromny, naturalny, odważny” – zauważył duszpasterz i wskazał, że papież ten jest dla niego „wzorem człowieka kochającego Jezusa, bliźniego i Kościół”.

Wykładowca akademicki podkreślił, że nauczanie Franciszka wyrasta z niezgody na „ziemską wielkość Kościoła, butę wierzących, konserwowanie przestarzałych form, które już dziś życia nie dają”. „Jest natomiast zgoda na Jezusa, Ewangelię i prawdziwą miłość. Nie ma to nic wspólnego z liberalizmem, ale jest naśladowaniem gestu Chrystusa.

Nie rozumieją tego w Kościele ci, którzy widzą Ewangelię tylko przez pryzmat Tradycji i przeszłości. Oczywiście, Tradycja Kościoła jest ważna, ale tradycje, dotychczasowe rozwiązania, a nawet poglądy, niejednokrotnie także w zakresie teologii, mogą się zmieniać, a często muszą się zmieniać” – stwierdził kapłan diecezji bielsko-żywieckiej.

W opinii rekolekcjonisty, papież denerwuje tych, którzy marzą o wielkości Kościoła, żyją resentymentem przeszłości i iluzją. „Oni nie czytali Biblii, wiarę znali tylko z kazań, a mszy słuchali, choć nie rozumieli, zamiast uczestniczyć aktywnie, jak to było w starożytności i do czego na szczęście wrócił Sobór Watykański II oraz reforma liturgiczna za św. Pawła VI” – dodał i zwrócił uwagę, że drogą do odrodzenia wiary nie jest powrót do „starego Kościoła”, ale „przyjęcie Jezusa jako Pana, codzienne karmienie się Słowem Bożym, radość z celebracji Eucharystii, która nie tylko jest ofiarą, ale także ucztą, radość z ewangelizowania, doświadczenie żywej wspólnoty chrześcijan oraz wychodzenie na peryferie”.

„To jest Ewangelia. I tylko taki Kościół, widzący Piotra w biskupie Rzymu i apostoła w biskupie diecezjalnym może dać świadectwo tego, że Jezus żyje i warto z Nim być. Przy jednoczesnym otwarciu na współpracę z chrześcijanami niekatolikami, którzy też żyją z Jezusem” – wezwał, podając przykłady osób dopatrujących się zamętu w Kościele, oskarżających papieża o herezję.Ks. Sawa zachęcił do podjęcia modlitwy do Ducha Świętego za papieża oraz ofiarowania za Franciszka jednego wyrzeczenia w tygodniu.

„Dosyć obrażania papieża ze strony katolików. Wzywam tych wszystkich występujących przeciwko papieżowi, aby się nawrócili i przestali czynić zamęt” – powtórzył. Zarazem zaprosił, także chrześcijan z innych denominacji, do dania „wspólnego świadectwa miłości do Jezusa i Kościoła”.„A czytając różne teksty i oglądając nagrania, w których znieważa się Ojca Świętego oraz dokonuje się apoteozy przeszłości, dawajmy jasne świadectwo naszego przywiązania do Ewangelii, Kościoła i Franciszka. Tego Kościół potrzebuje” – zakończył ewangelizator.

CZYTAJ DALEJ

Szczera pamięć i brak odpowiedzialności - rozmowa z dr. Piotrem M.A. Cywińskim

2020-01-26 19:17

[ TEMATY ]

Auschwitz

Młody człowiek nie dojrzeje obywatelsko jeśli nie dokona „rytuału przejścia” przez Auschwitz - uważa dr Piotr M.A Cywiński. Dyrektorem Miejsca Pamięci i Muzeum Auschwitz podkreśla w rozmowie z KAI, że pamięć świata o tym, co wydarzyło się w tym miejscu jest szczera, piękna i głęboka ale kompletnie oderwana od dojrzałego poczucia odpowiedzialności. Świadczy o tym na przykład bierność wobec współczesnych masakr, takich jak ludobójstwo na Rohindżach w Mjanmie.

Tomasz Królak (KAI): Co nam mówi Auschwitz dziś, po 75 latach od wyzwolenia obozu i w świecie takim, w jakim żyjemy?

Piotr M.A. Cywiński: - W moim przekonaniu są tu dwa bardzo istotne elementy. Po pierwsze na uroczystości rocznicowe przybędzie około 200 osób. Dziś mają po dziewięćdziesiąt parę lat, i pamiętają obóz widziany oczyma nastolatków. Przyjadą z całego świata. Mamy świadomość, że takiej liczby świadków już nie zgromadzimy, stąd wielka symbolika tego wydarzenia. Program obchodów zrobiony jest absolutnie „wokół” nich.
Politycy, królowie, prezydenci nie będą przemawiać, oczywiście poza słowami powitania ze strony gospodarza kraju czyli prezydenta Polski. Wszystkie pozostałe przemówienia będą wygłaszać ocaleni i to oni, a nie politycy będą siedzieli w pierwszych rzędach. To jest ich czas. To jest moment, kiedy my, wszyscy razem, mamy słuchać tego, co mają nam do powiedzenia. To bardzo ważna sprawa, bo – powiedzmy sobie szczerze – za 10-15 lat nie będzie tej sposobności. Natura jest nieubłagana i tak dużej grupy osób, które przeżyły Auschwitz nie uda się już zgromadzić.
Drugi bardzo ważny aspekt to ten, że świat przyspiesza w kierunku zupełnie nieznanym. Zniknęły jakiekolwiek wielkie analizy. Nikt nie jest w stanie pokusić się o analityczna prognozę tego, co będzie za 5 czy 10 lat. Jeszcze w latach 80. czy 90. było czymś normalnym opracowywanie analiz z perspektywą 20-30 lat, bo w Chinach coś wzrasta, w Afryce spada, rynek ropy będzie kształtował się tak a tak itp.

- Świat był – lub wydawał się być – bardziej przewidywalny.

- Tak, a w tej chwili nic nie da się przewidzieć, począwszy od tego, jak będą wyglądały nasze telefony komórkowe, nie mówiąc o wysokości emerytur jakie będą nam wypłacane za lat 15.
Ludzie czują stres, a w tym stresie wyraźnie widać wzrost tendencji do zamykania się w sobie, apatii, bierności, izolacji od szerszej rzeczywistości. W Europie widać to bardzo wyraźnie na przykładzie Brexitu, podziałów w Hiszpanii, we Włoszech, w Belgii i w szeregu innych miejsc. Dotyczy to zresztą nie tylko Europy. Obserwujemy także wzrost ksenofobii, rasizmu czy antysemityzmu, co bardzo wyraźnie dało o sobie znać w niektórych krajach Europy a także w Stanach Zjednoczonych. Dochodzi do tego kompletna nieumiejętność dostrzegania problemów, które maja miejsce w dzisiejszym świecie. Dwa lata temu wymordowano 50 czy 60 tysięcy Rohindża [chodzi o czystkę etniczną dokonaną przez buddystów na muzułmanach z grupy etnicznej Rohindża, zamieszkujących południowe regiony Mjanmy, dawniejszej Birmy - przyp. KAI], pół miliona uciekło do Bangladeszu i... nic się nie stało. ONZ, które powołano do tego celu, nie było w stanie nazwać rzeczy po imieniu. W najostrzejszym dokumencie, z jesieni sprzed dwóch lat, wyprodukowanym przez Zgromadzenie Ogólne ONZ, najcięższe zdanie półtorastronicowego dokumentu stanowi, że Zgromadzenie jest poważnie zaniepokojone ostatnimi doniesieniami w raportach, które napływają z Mjanmy, a w których da się odczytać poważne naruszenia praw człowieka wobec Rohindża.
Wymordowanie 60 tysięcy ludzi stanowi "poważne naruszenie" ich praw... Nie padło słowo ludobójstwo, chociaż działania wobec tej grupy spełniały wszystkie jego kryteria.
Jesteśmy więc coraz bardziej bierni, apatyczni. Potrafimy się latami kłócić o to, kto miał więcej Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, podliczając ich co do jednostki, natomiast kto dzisiaj się zajmuje podobną pracą ratowania jednostek ludzkich? Mam wrażenie, że coraz mniej ludzi w ogóle o tym myśli.

- Namysł nad wydarzeniami o niepojętej kumulacji zła – jak Auschwitz właśnie – nic więc istocie nie daje?

- Nie wątpię, że pamięć o Auschwitz jest przeżywana autentycznie, szczerze i z prawdziwymi emocjami, podbudowanymi zresztą nauczaniem w szkołach. W programach nauczania wszystkich chyba państw europejskich obecny jest temat Zagłady.

- A jednak nie jesteśmy w stanie zapobiec kolejnym ludobójstwom.

- Albo pomóc tym, którzy płyną przez Morze Śródziemne. Wydaje mi się, że nasza pamięć jest szczera, piękna i głęboka ale kompletnie, oderwana od dojrzałego poczucia odpowiedzialności. Jest po prostu pamięcią dziecinną, emocjonalną.

- Trudno jednak pojąć, dlaczego po wydarzeniach XX wieku, możliwe są kolejne, zorganizowane prześladowania i masakry. Mógłby Pan odpowiedzieć: bo nie żyjemy w raju...

- No, nie. Spójrzmy na ewolucję: kiedy wybuchły rzezie w Rwandzie w 1994 roku, była cała masa głosów potępiających także nas, Europejczyków. Pytano powszechnie: dlaczego ONZ-owskie Błękitne Chełmy nie są w stanie tam nic zrobić.
Wobec sytuacji Rohindża – prawie cisza. Podejrzewam, że gdyby zebrać artykuły z 50 najważniejszych światowych gazet, to antologia tych teksów nie przekroczyłaby 100 może 150 stron.

- Dlaczego? Odzwierciedla to jakiś postępujący zanik zmysłu etycznego polityków i dyktatorów opinii?

- Myślę, że to obrazuje postępująca apatię, zamknięcie się w sobie. A dzieje się to pod wpływem stresu związanego z wielkimi zmianami. Bo zmienia się wszystko i są to zmiany nie tylko kulturowe ale cywilizacyjne. Począwszy od kultury komunikacji, rodziny, stosunku człowieka do wspólnoty, technologii, klimatu. Zmienia się dosłownie wszystko a ludzie czują nawet podskórnie tę niepewność i zaczynają zamykać się w sobie.
Weźmy sytuację Rohindżów, o których wspomniałem czy obecne położenie Ujgurów – milion osób przebywających w obozach tzw. reedukacji w Chinach. I co, nie reagujemy, bo Chiny są potężne i bogate?

- Więc może to nie apatia tylko lęk przed naruszeniem układów biznesowych?

- Według mnie, problem leży gdzie indziej, to znaczy właśnie w tym odcinaniu się od „nie swoich” problemów. I to narasta.
Sytuacja z Rohindżami była dla nas, w Muzeum Pamięci Auschwitz-Birkenau, kubłem zimnej wody. Byliśmy wtedy dumni, że przekroczyliśmy liczbę 2 mln odwiedzających rocznie. I tych dwóch milionów nie słyszeliśmy. To jednak nie jest problem antropologiczny czy filozoficzny, to jest nasz problem zawodowy. Powstaje pytanie: po co poświęcamy na to całe życie? To jest pytanie wielu moich kolegów i koleżanek, w tym przewodników. Przeżywają je bardzo boleśnie, osobiście. Zadawaliśmy sobie pytanie: co jest nie tak? Od tego czasu zastanawiamy się nad różnymi rozwiązaniami. Dyskutujemy zarówno w naszym gronie jak i w podobnych instytucjach pamięci za granicą. Sądzę, że do elementu pamięci żalu, pamięci smutku, pamięci zastanowienia się należy dołączyć element moralnego niepokoju, bo pamięć o przeszłości nie są kluczami do jej zrozumienia....
Dla mnie pewnym problemem jest to, że się zwiedza, zasmuca i nawet się szczerze zapłacze, potem w szoku przez kilka dni nie jest się w stanie opowiadać o tym, co się widziało, po czym obserwując różne rzeczy w telewizji albo się nic nie robi albo, w najlepszym wypadku, stawia się lajka na Facebooku i ma się wrażenie, że zrobiło się swoje. Przepraszam, ale gdyby tak się zachowywali Sprawiedliwi Wśród Narodów Świata to nikt by nie ocalał.

- Nie gnębi Pana fakt, że zbrodnie dotyczące Auschwitz i innych niemieckich obozów koncentracyjnych, zostały rozliczone w bardzo małym stopniu, że cała masa sprawców nie stanęła przed sądem?

- Oczywiście. W całym systemie obozów niemieckich pracowało około 70 tysięcy SS-manów, 70 tysięcy zbrodniarzy. Przez sądy przeszło 1650 osób, większość została skazana na kilka lat więzienia, nierzadko w zawieszeniu.
Norymberga itd. to były pokazówki dotyczące wierchuszki. Ale weźmy Kambodżę, w których były miliony ofiar: w tej chwili trwają pierwsze procesy czterech czy pięciu osób przed międzynarodowym trybunałem i już widać, że więcej osób przed sądem nie stanie. Wszyscy sprawcy ludobójstwa Ormian w Turcji dożyli spokojnego wieku. Nikt nie rozliczył sprawców Hołodomoru [Wielkiego Głodu; wywołanej sztucznie przez komunistyczne władze ZSRR klęski głodu na Ukrainie w latach 1932-33 - KAI], itd., itd.
Jedyny znany mi przypadek ludobójstwa, które zostało dosyć przykładnie osądzone, dotyczy wypadków w Rwandzie z 1994 r. Skazano kilkadziesiąt tysięcy osób. Dokonano tego siłą rzeczy w sposób uproszczony, bo dążono do tego aby to zrobić a nie zwlekać. Dokonywało się to jednak w procesach, w którym był i zarzut prokuratorski, i adwokacka obrona i osąd niezależnego sędziego, a więc podstawowe elementy sprawiedliwości. Europa mogłaby się przed środkową Afryką schować. Bo tam zrobiono to do bólu, do końca.
Co do próby zrozumienia czym kierowali się SS-mani, to wciąż miotamy się pomiędzy dwoma skrajnościami. Z jednej strony mamy misterium iniquitatis [tajemnica nieprawości – KAI], a z drugiej „banalność zła”. Jest ta cisza Franciszka w Auschwitz z jego wpisem w Księgi pamiątkowej, proszącym Boga o wybaczenie i jest przemówienie Benedykta XVI, w którym pytał kilkakrotnie: „Boże, gdzie Ty byłeś?” „Dlaczego milczałeś?” To są, w moim przekonaniu, zupełnie odmienne perspektywy, inne podejścia. Ta dyskusja będzie trwała bardzo długo.
Jeśli chodzi o Auschwitz, to dysponujemy bardzo nielicznymi dokumentami, które pozwalałyby stworzyć profil psychologiczny SS-mana. Owszem, mamy to w przypadku tych, którzy byli sądzeni trochę głębiej, jak Rudolf Hoess. Można też pokusić się o profil psychologiczny Josefa Mengele, bo zostało trochę więcej dokumentów, może też jeszcze kilku innych. Ale oni bardzo usilnie wszystko palili. Mamy bardzo niewiele listów SS-mańskich.

- No właśnie, jaki efekt przyniósł Pański apel wystosowany trzy lata temu do Niemców i Austriaków o przekazywanie dokumentów, zdjęć, listów od członków załogi Auschwitz?

- Dostaliśmy jeden list. A także informację od kolekcjonerów pamiątek z II wojny światowej o aukcjach czy depozytach z przedmiotami, które mogą nas interesować. I faktycznie, dzięki temu udało nam się przejąć różne rzeczy. Natomiast nie było masowego odzewu.

- Zaskoczyło to Pana?

- Spodziewałem się, że jednak odzew będzie większy, bo jednak nie wierzę, że poginęły całe albumy rodzinne. Mogą poginąć dokumenty, rozumiem, że ktoś pali książeczkę żołnierską. Ale że zginęły pocztówki wysłane do rodziny, która nie jest zagrożona albo, że zaginęły albumy? Członkowie niewielkiego komando więźniarskiego, które pracowało w obozowej ciemni i wywoływało zdjęcia wspominali, że większość to były prywatne fotografie SS-manów, a komando introligatorskie robiło z tych zdjęć całe albumy. Tych zdjęć załoga robiła sporo, muszą gdzieś być. Przez strukturę SS Auschwitz przewinęło się około 9,5 tys. ludzi. Niech co trzeci robi w ciągu tych pięciu lat kilka albumów, to daje ich w sumie tysiące. I miałyby one zniknąć? Kompletnie w to nie wierzę.

- Trudno więc o ten portret psychologiczny.

- Są materiały z sądów, ale sąd to jest teatr. Jest jednostka, która atakuje i ta, która się broni. Materiały sądowe to bardzo trudne dokumenty dla historyka.

- W protokołach z ich przesłuchań najczęstsze zdanie brzmi: Nie przyznaję się do winy.

- Tak oraz: to nie ja, to inni, ja nic nie wiedziałem. Mamy kilkadziesiąt teczek personalnych i dosłownie parę pamiętników członków obozowej załogi. To za mało, żeby stworzyć dobry, mocny profil psychologiczny i stwierdzić na przykład, czy przychodząc tam już byli zwyrodniali, czy też dokonała tego rzeczywistość obozu a może było i tak i tak? To fundamentalnie ważne pytania. Dużo bardziej rozpoznany mamy świat ofiar niż sprawców. To jest groźne, bo antropologicznie świat ofiar, niewinnych ludzi zamordowanych wcześniej czy później, nie niesie ze sobą zagadek; zagadki są po stronie oprawców.

- Dziś Miejsce Pamięci i Muzeum Auschwitz to nie tylko przestrzeń do zwiedzania ale w gruncie rzeczy centrum badawcze.

- Tak, a ponadto mamy centrum edukacyjne w nowej siedzibie, wyposażone w wiele klas i salę amfiteatralną. Jest wydawnictwo, są zbiory i archiwa, prowadzimy działalność wystawienniczą. W tej chwili realizujemy wiele dużych inwestycji, na przykład nowe centrum odwiedzających czy hostel dla wolontariuszy. Jesteśmy dużą instytucją, która na przestrzeni ostatnich lat rozwija się bardzo dynamicznie. 10-12 lat temu mieliśmy pięciu dyplomowanych konserwatorów – dziś ponad 30; w ubiegłym roku było 2,3 mln odwiedzających.
Na przełomie wieków, XX i XXI było wiele głosów, że teraz Europa się pojednała, mamy nowy wiek i nowe generacje więc historia wojny odchodzi w zamierzchłą przeszłość. Nic z tego, kompletna nieprawda. Dzięki mediom oraz bezpośrednim rozmowom, udało się uświadomić decydentom, że młody człowiek nie dojrzeje obywatelsko jeśli nie dokona „rytuału przejścia” przez Auschwitz. Dzisiejsi 16-latkowie za 10 lat będą przecież w najbardziej twórczym okresie swojego życia.

- Czy oświęcimskie Centrum Dialogu i Modlitwy założone przez niemieckiego księdza Manfreda Deselaersa stanowi znaczący punkt odniesienia dla Muzeum?

- Jak najbardziej. Istnieje zresztą sporo instytucji działających wokół Auschwitz, które traktujemy jako instytucje pomocnicze. Jest Międzynarodowy Dom Spotkań Młodzieży, Centrum Żydowskie, oddział Stowarzyszenia Romów w Polsce. To bardzo ważne instytucje.

- Wspomniał Pan o działalności wydawniczej. Nad czym obecnie pracujecie?

- Nad zupełnie nową chronologią obozu, nowym kalendarium. Opracowanie Danuty Czech wydane 30 lat temu jest zapewne w 15-20 proc. dyskusyjne a ponadto nie zawiera wielu faktów, o których wówczas po prostu nie wiedziano, a zostały odkryte i przebadane w międzyczasie.

- A o czym będzie pana kolejna książka, po tych o rampie w Birkenau czy snach więźniów?

- O wnętrzu człowieka, o tym czym żył, jakie miał emocje w środku. A więc o tym wszystkim, o czym nie stanowią daty czy liczby.
***
Piotr Cywiński (ur. 1972) od 2006 r. jest dyrektorem Miejsca Pamięci i Muzeum Auschwitz-Birkenau. Był m.in. prezesem Klubu Inteligencji Katolickiej w Warszawie, prezesem na Europę światowej federacji intelektualistów katolickich Pax Romana.
Jest członkiem Rady Fundacji na rzecz Maximilian-Kolbe-Werk, założonej przez Konferencję Episkopatu Niemiec a także zarządu Stowarzyszenia Miejsce Pamięci Maison d’Izieu we Francji oraz moskiewskiego Stowarzyszenia Memoriał. Jest autorem wielu publikacji dotyczących obozu Auschwitz-Birkenau.
Odznaczony wieloma wysokimi orderami w kraju i za granicą, m.in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski i francuskim Orderem narodowym Legii Honorowej a ostatnio papieskim krzyżem Pro Ecclesia et Pontifice (Dla Kościoła i Papieża).

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję