Reklama

Gross-Rosen – miejsce poniżenia, ale i mocy ducha

2018-05-02 09:46

Ks. Piotr Nowosielski
Edycja legnicka 18/2018, str. VI

ks. Piotr Nowosielski
Gross-Rosen. Kamieniołom, miejsce ciężkiej pracy i śmierci wielu więźniów

21 kwietnia 2018 r., przypadała 35. rocznica powstania Muzeum Gross-Rosen w Rogoźnicy. Przez pierwszych 12 lat znajdowało się ono w granicach diecezji legnickiej. W tym okresie odbywały się tam zapoczątkowane już wcześniej uroczystości religijne, których kontynuację przejęto w obecnej diecezji świdnickiej

Przypomnijmy, że Muzeum znajduje się w pobliżu popularnej drogi łączącej Strzegom z Jaworem. Obejmuje ono obszar byłego hitlerowskiego obozu koncentracyjnego, który powstał w sierpniu 1940 r., jako filia obozu w Sachsenhausen.

Gross Rosen był obozem nastawionym na obsługę miejscowego kamieniołomu. Mordercza 12-godzinna praca w kamieniołomie, głodowe racje żywnościowe, brak należytej opieki lekarskiej, nieustanne maltretowanie i terroryzowanie więźniów zarówno przez załogę SS, jak i więźniów funkcyjnych, powodowały dużą śmiertelność. Stąd też był on postrzegany jako jeden z najcięższych obozów koncentracyjnych.

Zasadnicza rozbudowa obozu Gross-Rosen przypada na rok 1944. Zmienia się wtedy również jego charakter. Obok centrali w Gross-Rosen powstają liczne filie (ok. 100) zlokalizowane przede wszystkim na terenie Dolnego Śląska, Sudetów i Ziemi Lubuskiej. Ogółem przez Gross-Rosen – obóz macierzysty i jego filie – przeszło ok. 125 tys. więźniów. Do najliczniejszych grup narodowościowych należeli Żydzi (obywatele różnych państw europejskich), Polacy oraz obywatele Związku Radzieckiego. Szacunkowa liczba ofiar obozu Gross-Rosen wynosi około 40 tys.

Reklama

Obóz został wyzwolony przez Armię Czerwoną 14 lutego 1945 r.

Czas powojenny, czas zapomnienia?

– Po wojnie, przez 38 lat, obóz nie miał konkretnego właściciela, czy organu, organizacji, czy instytucji, która odpowiadałaby za ten teren. Pierwszy nadzór po wojnie pełnił Wydział Kultury Wojewódzkiej Rady Narodowej we Wrocławiu, potem np. ZBOWiD, nawet Muzeum z Auschwitz-Birkenau, potem Muzeum Okręgowe w Wałbrzychu. Otwarcie tutaj w 1983 r. Muzeum pozwoliło uratować to, co zostało – mówi dyrektor Muzeum Janusz Barszcz.

Czas działalności Muzeum

Dyrektor wymienia też podejmowane na przestrzeni lat działania. Najpierw porządkowanie i karczowanie terenu, stworzenie części muzealnej z poszerzeniem ekspozycji wystawienniczej, a z czasem jej unowocześnienie; realizacja dużego projektu konserwatorsko-remontowego pod nazwą „Kamienne piekło 1”; konserwacja 31 struktur budowlanych, zrekonstruowanie baraku mieszkalnego (było ich 36), wieży strażniczej (było ich 20), która obecnie pełni także funkcję punktu widokowego, oczyszczenie tzw. części oświęcimskiej i pozostałych części obszaru Muzeum wraz z kamieniołomem, który w międzyczasie został wykupiony z rąk prywatnych.

Cały czas jest też prowadzona praca oświatowa z młodym pokoleniem, prowadzone są badania naukowe wraz z gromadzeniem kolejnych materiałów i relacji świadków. Ostatnio zakończone zostały prace IPN w miejscu, gdzie odkryto zbiorową mogiłę. – Prowadzimy te wszystkie prace po to, aby to zabezpieczyć dla przyszłych pokoleń i liczymy na zwiedzających – dodaje dyrektor Barszcz.

Zwiedzanie

A skoro o zwiedzaniu mowa, warto docenić to, że w naszym regionie mamy miejsce, w którym dorośli mogą sobie przypomnieć, a młodsi poznawać bolesną część historii naszej Ojczyzny, Europy czy nawet świata. Pomocą w tym spotkaniu z historią służą muzealni przewodnicy. Jednym z nich jest Wojciech Skibiński, który rzeczowo opowiada o tym, co można w Muzeum zobaczyć.

Charakterystycznym obrazem tego miejsca jest dobrze zachowana Brama Obozowa oraz dwa przylegające do niej pomieszczenia.

– Dziś znajdują się w nich dwie wystawy: „Zaginione człowieczeństwo” mówi o tym, co stało się po dojściu Hitlera do władzy; druga dotyczy Kompleksu Riese w Górach Sowich, gdzie zgromadzeni w 13 podobozach więźniowie pracowali katorżniczo przy drążęniu sztolni – mówi p. Skibiński.

Baraki i place

Przekraczając bramę, widać pozostałości po drewnianych barakach, oraz części murowane, np. z łaźnią, piwnicami budynku tkalni, warsztatów szewskich. Po przeciwnej stronie znajduje się plac apelowy, z częścią kuchni obozowej. Jest też ściana śmierci oraz zrekonstruowany barak. – To dawny Blok nr 7. W nim mieszkali więźniowie, którzy pracowali na dwie 12- godzinne zmiany, po 300 osób na każdej zmianie – mówi p. Wojciech.

Kamieniołom

Miejscem katorżniczej pracy był niedaleki kamieniołom. – Roczne wydobycie granitu sięgało ok. 180 tys. ton. A metr sześcienny granitu waży ok. 3,5 tony. Dlatego gdybyśmy chcieli to roczne wydobycie załadować na wagony kolejowe, byłoby ich kilka tysięcy – wyjaśnia p. Skibiński. – Więźniowie pracowali razem z pracownikami cywilnymi, ale oczywiście wykonywali te najcięższe prace. Do obiadu, każdy z nich musiał z tego głębokiego wyrobiska wyjść 5,6 razy z ciężkim odłamkiem kamienia.

Każde z pokazywanych tu miejsc ma swoją szczególną historię, stąd też na jego zwiedzanie trzeba poświęcić ok. 2,5-3 godz.

Więcej informacji na ten temat znajdziemy pod adresem: www.gross-rosen.eu .

Modlitewna pamięć o Gross-Rosen

„Dobrze, że pamiętacie o tym miejscu wielkiego poniżenia człowieka, ale i miejscu, gdzie się okazywała moc ducha ludzkiego” – mówił 2 czerwca 1997 r. do więźniów tego obozu Jan Paweł II podczas niezapomnianego spotkania w Legnicy.

Wartość tego miejsca kaźni doceniał też pierwszy biskup legnicki Tadeusz Rybak, który znał je już wcześniej, jako miejsce modlitwy za pomordowanych. Zwyczaj ten został zapoczątkowany w listopadzie 1980 r. przez ojców dominkanów z harcerzami z Wrocławia. Od tej pory miejscowy proboszcz podjął się organizacji 2 listopada procesji żałobnej i modlitwy za zmarłych. W roku 1981, w dniach 25-27 września, odbył się Zlot Drużyn ZHP, noszących imiona bohaterów Szarych Szeregów. Podczas tego spotkania miała miejsce uroczystość odsłonięcia i poświęcenia tablicy upamiętniającej zamordowanego w tym obozie hm. Floriana Marciniaka, twórcę i pierwszego naczelnika Szarych Szeregów. Temu wydarzeniu przewodniczył bp Rybak, jako ówczesny wrocławski biskup pomocniczy. Kiedy został pierwszym biskupem utworzonej w 1992 r. diecezji legnickiej zarządził, aby co roku w pierwszą niedzielę września na terenie dawnego obozu spotykać się na wspólnej modlitwie za pomordowanych i ocalałych więźniów obozu. Zwyczaj ten jest kontynuowany do dzisiaj.

W krajobraz obozowy wpisał się także granitowy krzyż, który powstał z inicjatywy kapłanów i wiernych dekanatu Strzegom (ze śp. ks. dziekanem Stanisławem Siwcem na czele) w 1995 r. W roku 1999, po ogłoszeniu 13 czerwca przez Jana Pawła II 108 Męczenników, wśród których znalazł się więzień tego obozu, michalita ks. Władysław Błądziński, krzyż w dniu 5 września został uzupełniony o płaskorzeźbę, koronę z ciernia i tablicę pamiątkową, przypominającą tego błogosławionego.

Zapraszamy więc do odwiedzenia tego miejsca, może w jeden z wolniejszych weekendowych dni. Od 1 maja do 30 września Muzeum jest czynne od godz. 8.00 do 18.00.

Relacja dźwiękowa ze spotkania w Muzeum na stronach Radia Plus Legnica: www.legnica.fm, a fotogaleria na www.niedziela.diecezja.legnica.pl .

Tagi:
obóz koncentracyjny Gross‑Rosen Rogoźnica

Reklama

Pomnik ofiar obozu pracy przymusowej Gräben

2019-12-04 07:37

Krystyna Smerd
Edycja świdnicka 49/2019, str. I

O istnieniu Arbeistlager Gräben długo nie wiedziano. Nie jest nigdzie wymieniany na liście niemieckich obozów pracy przymusowej i miejsc zagłady utworzonych przez Niemców w samych Niemczech oraz na terenie okupowanej Polski w czasie II wojny światowej

Krystyna Smerd
Na pamiątkowej tablicy informacje o filii obozu w Gross-Rosen w Gräben zamieszczono w języku polskim, hebrajskim, angielskim i niemieckim

Nieznani byli jego więźniowie. A jednak historia nie dała o tym miejscu zapomnieć. W poniedziałek 25 listopada br. w strzegomskiej dzielnicy Grabina miała miejsce wzruszająca uroczystość odsłonięcia Pomnika Ofiar Niemieckiego Reżimu Nazistowskiego w Gräben – przygotowana przez Oddział Instytutu Pamięci Narodowej we Wrocławiu, Urząd Miejski oraz Muzeum KL „Gross-Rosen” w Rogoźnicy. W uroczystości uczestniczyli: Kompania Honorowa Wojska Polskiego, poczty sztandarowe miasta Strzegomia, szkół, straży pożarnych – wystawione przez gminne jednostki OSP, przedstawiciele władz państwowych, samorządowych – województwa dolnośląskiego, powiatu świdnickiego, miasta i gminy Strzegom, Instytutu Pamięci Narodowej oraz żyjące dwie byłe więźniarki Arbeistlager Gräben – polskie Żydówki ze Śląska: Lea Gleitman – mieszkająca obecnie w Szwecji i Sonia Abiri – w Izraelu. Jednym z gości honorowych był m.in. Stanisław Gebhardt z Wrocławia – były więzień Niemieckiego Nazistowskiego Obozu Koncentracyjnego Gross-Rosen w Rogoźnicy – obozu, który miał aż 100 filii, przez który przeszło ponad 125 tysięcy więźniów, a przybliżona liczba zmarłych, zamęczonych i zamordowanych w nim szacowana jest na ok. 40 tysięcy.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Skąd się wziął św. Mikołaj

Milena Kindziuk
Niedziela Ogólnopolska 49/2006, str. 22-23

Najczęściej widać go 6 grudnia. To dzień, który ma w sobie coś tajemniczego. Wtedy bowiem przychodzi do ludzi św. Mikołaj.

pl.wikipedia.org

Gdy zbliża się 6 grudnia, sklepy prześcigają się w ofertach. Właśnie wtedy jest mnóstwo promocji, a supermarkety zwiększają swoje zyski o sto procent albo więcej. Mikołajki obrastają coraz bardziej komercją i mało kto pamięta, skąd wzięła się tradycja wręczania upominków w tym dniu, i kim tak naprawdę był św. Mikołaj.
Zdaniem prof. Edmunda Wnuka-Lipińskiego, socjologa, wiąże się to przede wszystkim z rozwojem społeczeństwa konsumpcyjnego. Choć trzeba przyznać, że paradoksalnie, w niektórych regionach protestanckich aspekt religijny mikołajek jest bardziej widoczny. Zgodnie z tradycją, 6 grudnia ludzie zapalają tam w domach świecę, która jest znakiem adwentowego oczekiwania. Świeca ta pozostaje w domach do Wigilii Bożego Narodzenia.

Przeczytaj także: Litania do św. Mikołaja

Nie można jednak zaprzeczyć, że także w naszym kraju, chociaż narasta proces komercjalizacji mikołajek, obchody te mają aspekty pozytywne. Są świętem, które przypomina o najbliższych, prezenty są przecież dowodem pamięci o tych, którym chcemy sprawić przyjemność. Czy prezent musi być wielki? Wiemy, że nie w cenie tkwi jego wartość, ale w „trafieniu” i w szczerości, z jaką go wręczamy. Tani drobiazg dany ochoczo może nieraz bardziej ucieszyć niż drogocenny podarek. Bo jest dowodem miłości, świadczy o tym, że ktoś kogoś kocha, że o nim pamięta. I to właśnie jest istota podarunku. - Aby mieć tego świadomość, trzeba wrócić do źródeł i przypomnieć sobie, kim był św. Mikołaj. I pamiętać, że liturgiczne wspomnienie św. Mikołaja jest początkiem oczekiwania na najważniejsze wydarzenie, które przypada 24 grudnia - uważa prof. Wnuk-Lipiński.

Bardzo popularny święty

Choć o Mikołaju świadectwa są skąpe, nie ulega wątpliwości, że jest to postać historyczna. - Wiadomo, że był w IV wieku biskupem w Azji Mniejszej, w miasteczku Myra - wyjaśnia ks. prof. Józef Naumowicz z UKSW, znawca pierwszych wieków chrześcijaństwa.

Najstarszy przekaz o Mikołaju głosi, że uratował on trzech niewinnie skazanych na śmierć rycerzy. Innym razem ocalił tonących żeglarzy. Zasłynął też z pomocy, jakiej udzielił ubogiemu mieszkańcowi miasta, którego córki nie mogły wyjść za mąż, gdyż nie było go stać na posag. Mikołaj podrzucił im wówczas ukradkiem większą sumę pieniędzy. - Stąd święty ten jawi się jako przykład chrześcijańskiej dobroci. Pozostała po nim pamięć, że czynił dobro bez rozgłosu, dyskretnie, bez afiszowania się i szukania własnej chwały - mówi ks. prof. Naumowicz. - Bezinteresowna miłość tego świętego pozostaje niezmiennie ponadczasowym i powszechnym symbolem chrześcijańskiej kultury. Warto o tym pamiętać, by nie skomercjalizować św. Mikołaja i nie zatrzymać się tylko na tym, co zewnętrzne, a co ma niewiele wspólnego z wielowiekową tradycją tego święta.

Wiara w św. Mikołaja zatem to wiara w ludzką dobroć i ludzką miłość. Także w Bożą dobroć i Bożą miłość. Dlatego św. Mikołaj trafia w dziesiątkę: w samą istotę chrześcijaństwa.
Zgodnie z tradycją, 6 grudnia to dzień śmierci św. Mikołaja. Najpierw jego kult rozwinął się w kręgu chrześcijaństwa wschodniego. Czczono go tam jako cudotwórcę i orędownika. Na Zachodzie był popularny od momentu, gdy w 1087 r. przeniesiono z Myry jego relikwie do Bari w Italii i gdy w XIII wieku pojawił się w szkołach zwyczaj rozdawania zapomóg i stypendiów pod patronatem św. Mikołaja.

W Polsce ślady kultu św. Mikołaja sięgają „Kazań |więtokrzyskich”. Najstarsza zachowana modlitwa do tego świętego pochodzi z modlitewnika króla Zygmunta I. Dziś na terenie Polski znajduje się 327 kościołów pod wezwaniem św. Mikołaja - zajmuje on jedno z głównych miejsc na liście świętych patronujących polskim parafiom. Św. Mikołaj jest czczony nie tylko w kościele katolickim - prawosławie oddaje mu jeszcze większy kult, niemal na równi z Matką Bożą i Apostołami.
Cześć dla tej postaci wykracza nawet poza granice świata chrześcijańskiego. Znają ją niektóre plemiona muzułmańskie Bliskiego Wschodu, jak też ludność buddyjska zamieszkująca Syberię.

Mikołaj niejedno ma imię

Szerzący się tak powszechnie kult św. Mikołaja pokazuje, że Mikołaj niejedno ma imię. Postać ta bowiem jest inspiracją do działalności charytatywnej, jaką podejmują organizacje dobroczynne, na przykład fundacje - a wśród nich „Pro Bono”, działająca przy warszawskim kościele akademickim św. Anny. Jej członkowie przebierają się 6 grudnia za św. Mikołaja, by rozdawać w tym dniu prezenty dzieciom z kilku domów dziecka. Jest do tego potrzebna cała procedura. Najpierw ks. Bogdan Bartołd, prezes Fundacji, prosi maluchy z domów dziecka w Białołęce, Olecku, Międzylesiu i Brwinowie, aby napisały w listach, co chciałyby otrzymać na święta. Dzieci czynią to chętnie. Proszą o różne rzeczy: maskotki, farby, słodycze czy ubranka. Adresatem listów zawsze jest św. Mikołaj, czyli... ten, kto w akademickim kościele św. Anny przyjdzie po Mszy św. do zakrystii i zobowiąże się do spełnienia jakiegoś jednego życzenia, a więc do przygotowania paczki. W kolejne niedziele księża przypominają w ogłoszeniach, że w zakrystii czekają listy od dzieci. I Mikołajów zgłasza się zwykle dwa razy więcej, niż zebrano listów. A listów jest kilkaset. A potem zakrystia powoli zapełnia się pięknymi pakunkami.

Mikołaj ma w swoje święto dużo pracy, gdyż obdarowuje nie tylko dzieci. Kolejka dorosłych, doświadczonych życiem ludzi, z utęsknieniem czeka na niego co dzień w jadłodajniach Caritas w całej Polsce. Także w innych punktach Caritas: świetlicach, domach opieki, hospicjach. Tam Mikołajów nie brakuje, choć trudno ich zauważyć. Działają skrycie, po cichu, nie reklamują się w gazetach, telewizji czy na billboardach. - Bo Mikołaj niejedno ma imię - komentuje ks. prał. Krzysztof Ukleja, dyrektor Caritas Diecezji Warszawsko-Praskiej. - Mieć w sobie coś ze św. Mikołaja to prawdziwe powołanie człowieka. Bo w życiu chodzi przecież o to, aby po prostu być dobrym.
Współczesnym Mikołajom nie brakuje też oryginalnych pomysłów. Proboszcz na warszawskich Bielanach np., znany ks. Wojciech Drozdowicz, przed dwoma lata wymyślił niezwykły prezent na św. Mikołaja dla rodziny Mrzygłodów z Lubelszczyzny, która ma jedenaścioro dzieci. Postanowił kupić im... krowę. I zorganizował zbiórkę pieniędzy w jedną z niedziel. Ludzie okazali się tak hojni, że zebrane środki wystarczyły nie tylko na kupno krowy, ale też na zbudowanie obórki dla tego pożytecznego zwierzęcia. Teraz, dzięki jednorazowej akcji, dzieci z tej rodziny mogą pić mleko na śniadanie każdego dnia. Do ks. Drozdowicza zaś przyszedł list z podziękowaniami: „Dzieci bardzo się cieszą z krowy, za co bardzo gorąco dziękujemy...”.

Przy okazji mikołajek warto też pamiętać, że Mikołaj jest świętym, do którego od początku modlono się o pomoc w różnych sprawach. W średniowieczu zaliczano go nawet do rzędu tzw. czternastu orędowników, niosących szczególną pomoc. Był opiekunem ludzi igrających z niepewnością: żeglarzy, myśliwych. Jego kapliczki stawiano nad brzegami morza, przy drogach, przy wejściach do lasu. Kościół św. Mikołaja w Myrze natomiast, w którym są relikwie i grób Mikołaja, był jednym z najbardziej znaczących sanktuariów w cesarstwie bizantyńskim.
Teraz relikwie św. Mikołaja znajdują się w Bari, na południu Włoch.

Ks. Józef Naumowicz - profesor UKSW, znawca pierwszych wieków chrześcijaństwa

Znaczące jest, dlaczego Mikołaj zdobył tak wielką sławę. W jego żywotach nie ma bowiem jakiegoś momentu heroicznego: nie był bohaterem bitew czy też obrońcą miasta. Nie słyszymy o jego surowej ascezie i umartwieniach. Nie poniósł męczeństwa (chociaż cierpiał w czasie prześladowań na początku IV wieku, za Dioklecjana), nie założył żadnego zakonu, który przetrwałby wieki. Również liczne cuda, obecne też u tylu innych świętych, nie były decydujące w rozwoju jego kultu. W jego żywotach podkreślano przede wszystkim fakt, że świadczył dobro innym ludziom. Zasłynął po prostu z dobroci. I to dobro czynił w specjalny sposób. Pozostała po nim pamięć, że czynił je bez rozgłosu, dyskretnie, bez afiszowania się i szukania własnej chwały. Starał się działać anonimowo, nie pokazując, że to on świadczy dobro. Z pewnością pamiętał o słowach Jezusa, który mówiąc o jałmużnie, podkreślał, iż ważne jest to, aby nie oczekiwać wdzięczności na ziemi i nie czynić dobra jedynie po to, by być podziwianym. Jest to istotna ewangeliczna zasada: „Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie” (Mt 6, 3-4). Stąd właśnie naśladujemy św. Mikołaja, podsuwając anonimowo podarki swoim najbliższym, zwłaszcza dzieciom.

Przez wieki Mikołaj był nie tylko patronem dobrych czynów, ale wielkim świętym, otaczanym czcią. Do niego modlono się w różnych potrzebach i w różnych niebezpieczeństwach. Ponadto jego grób w Myrze w Azji Mniejszej, gdzie wcześniej Mikołaj był biskupem i potem został tam pochowany, był jednym z najbardziej znaczących sanktuariów na Wschodzie. Przychodzono tam, by się modlić, prosić o pomoc, a także by wziąć ze sobą niezwykły płyn, jaki zbierał się przy grobie świętego. Płyn ten, zwany też „manną św. Mikołaja”, zabierano do domu jako środek leczniczy.

W XI wieku, gdy Myra była już pod panowaniem tureckim i trudno było tam pielgrzymować, żeglarze z włoskiego Bari wykradli relikwie Mikołaja - odtąd to miasteczko na południu Italii stało się wielkim sanktuarium, do którego ciągnęły pielgrzymki. Bo święci są dla nas wzorem miłości, ale też wstawiają się za nami w niebie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Gwatemala: beatyfikacja brata szkolnego Jakuba A. Millera – męczennika

2019-12-06 19:13

kg (KAI) / Huehuetenango

W sobotę 7 grudnia w mieście Huehuetenango w zachodniej Gwatemali biskup diecezji David w Panamie kard. José Luis Lacunza Maestrojuán ogłosi błogosławionym brata Jakuba Alfreda Millera, który poniósł tam śmierć męczeńską w wieku 37 lat. Był on amerykańskim bratem szkolnym, który ponad 10 lat swego życia zakonnego spędził w Ameryce Środkowej, głównie w Nikaragui, potem w Gwatemali i tam zginął z rąk niewykrytych do dzisiaj sprawców.


Brat Santiago czyli Jakub Alfred Miller

Oto krótki życiorys nowego błogosławionego.

Jakub (James) Alfred Miller urodził się 21 września 1944 w miasteczku Stevens Point w amerykańskim stanie Wisconsin. Był wcześniakiem i zaraz po urodzeniu ważył zaledwie nieco ponad 1,8 kg, później jednak szybko się rozwijał i jako dorosły mierzył prawie 2 metry i ważył 100 kg. W dzieciństwie i wczesnej młodości był bardzo porywczy, a nawet niesforny i rubaszny, co nieraz budziło lęk w jego otoczeniu.

Wielki wpływ na zmianę jego zachowania i na całe późniejsze jego życie wywarła nauka w szkole średniej, prowadzonej przez braci szkolnych w mieście Winona w sąsiednim stanie Minnesota. W 1959, mając 15 lat, rozpoczął juniorat w tym zgromadzeniu zakonnym, w 3 lata potem został postulantem, a następnie nowicjuszem. Przyjął wówczas imiona zakonne Leo William, później jednak powrócił do swych imion chrzestnych i tylko ich używał.

Jeszcze przed złożeniem ślubów wieczystych w sierpniu 1969 zaczął pracować jako nauczyciel języków angielskiego i hiszpańskiego i jako katecheta w szkole średniej Cretin w St. Paul – stolicy Minnesoty; uprawiał też amerykański futbol i trenował drużynę szkolną.

Po ślubach władze zgromadzenia wysłały go do pracy w mieście Bluefields w południowo-wschodniej Nikaragui, skąd w 1974 przeniesiono go do Puerto Cabezas na północny wschód kraju. Pracował tam nie tylko jako nauczyciel, ale również przy rozbudowie miejscowego kompleksu przemysłowo-kościelnego, a szkoła na jego terenie pod jego kierunkiem rozrosła się z 300 do 800 uczniów. Aby bardziej zbliżyć się do miejscowej ludności, zaczął używać hiszpańskiej wersji swego imienia – Santiago (Jakub) i pod nim był powszechnie znany.

Tę pomyślnie rozwijającą się działalność przerwało w lipcu 1979 polecenie władz zakonnych, aby opuścił Nikaraguę, gdy zwyciężyło tam lewicowe ugrupowanie sandinistów. Brat Santiago pozostawał bowiem w dobrych i bliskich kontaktach z dotychczasowym dyktatorem Anastasio Somozą, widząc w tym szanse na wypełnienie przez rząd zobowiązań co do rozbudowy szkolnictwa w tym regionie, złożonych jego poprzednikowi i współbratu zakonnemu Francisowi Carrowi. Ale niektórzy miejscowi mieszkańcy uważali te więzi za zbyt bliskie i to zaniepokoiło przełożonych zakonnika, tym bardziej że nowe władze umieściły jego nazwisko na liście tych, których należy „sprzątnąć”.

Brat Santiago wrócił więc bardzo niechętnie do Stanów Zjednoczonych, gdzie znów zaczął uczyć w swej pierwszej szkole w St. Paul, nie przestając jednak marzyć o powrocie do Ameryki Środkowej. Robił tak wiele dla tej placówki, że uczniowie nazwali go „Bratem Złotą Rączką”.

W styczniu 1981 znów znalazł się w Ameryce Środkowej, tym razem w Gwatemali – w Huehuetenango na zachodzie kraju i tam od pierwszej chwili zaangażował się jako nauczyciel zawodu w poprawę położenia ludności tubylczej, uciskanej przez panujący w tym kraju reżym. Działania te z jednej strony zyskały mu wielką sympatię miejscowych mieszkańców, z drugiej ściągnęły nań nie mniejszą wrogość rządzących wojskowych i bardzo szybko zaczął otrzymywać ostrzeżenia i pogróżki, których jednak nie uląkł się i nadal prowadził swą działalność na rzecz najuboższych.

Już w rok później – wieczorem 13 lutego 1983 do prowadzonej przez braci szkolnych Szkoły Indiańskiej im. De La Salle wdarło się trzech zamaskowanych i uzbrojonych mężczyzn, oddając serię strzałów do brata Millera, zajętego pracami budowlanymi. Zakonnik zginął na miejscu, zabójcy natomiast od razu odjechali, a wszelki ślad po nich zaginął. Do dziś pozostali niewykryci i nieukarani.

Amerykańska diecezja La Crosse, na której terenie urodził się przyszły błogosławiony, ustanowiła nagrodę jego imienia za działalność na rzecz sprawiedliwości społecznej, a po jego śmierci powstała także fundacja, również nosząca jego imię, w celu kontynuowania jego dzieła na rzecz biednych i uciskanych. Brat Santiago nazywany jest „męczennikiem edukacji”.

Jego proces beatyfikacyjny toczył się w Huehuetenango w latach 2009-10, a w Watykanie zakończył się podpisaniem przez Franciszka dekretu o męczeństwie 7 listopada 2018.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem