Reklama

Czy ktoś nas przeprosi?

O pamięci KL Auschwitz, politycznych manipulacjach i pieniądzach z byłą więźniarką obozu Barbarą Wojnarowską rozmawia Wiesława Lewandowska

Niedziela Ogólnopolska 29/2018, str. 36-37

Grzegorz Boguszewski

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Była Pani jednym z najmłodszych więźniów KL Auschwitz i zapewne niewiele Pani pamięta z tego okresu dzieciństwa. Kiedy dotarła do Pani świadomość „oświęcimskiej przeszłości”?

BARBARA WOJNAROWSKA: – Gdy mama odnalazła mnie dwa lata po wojnie w jakimś sierocińcu, zaczęłam już co nieco kojarzyć, że wokół mnie działo się coś dziwnego. Ale wówczas nie miałam jeszcze sześciu lat i nie mogłam zrozumieć nawet tego, że mama jest moją mamą. Mama nie lubiła mówić o obozowych przejściach, ale świadectwem naszego pobytu w Auschwitz były listy wymieniane między moją babcią a rodzicami (po latach oddałam je do oświęcimskiego muzeum). Dopiero znacznie później zaczęłam się powoli i z różnych źródeł dowiadywać, jak to było.

– Jak to było?

– Z powstańczej Warszawy wywieziono mnie z rodzicami do obozu, tam rodziców rozdzielono, ja zostałam przy mamie. Przetrwałyśmy do wyzwolenia obozu i na skutek panującego tam wówczas chaosu trafiłam do sierocińca. Mama – jak mi po wielu latach dość niechętnie opowiadała – była świadkiem wyzwalania obozu, gwałtów na więźniarkach... Mama nie lubiła wspominać, a ja mam w pamięci ledwie jakieś wrażenia, jakieś uczucia, jak leżałam chora na pryczy... Pamiętam, że jadłam placek ziemniaczany, który upadł na podłogę, i że bardzo mi smakował. Ten wyjątkowy rarytas mieliśmy na wigilijną wieczerzę w 1944 r. Całkiem dobrze pamiętam natomiast to, że lata powojenne były dla mnie jako dziecka niezwykle trudne, buntowałam się, sama nie wiem przeciwko czemu, było mi jakoś wyjątkowo przykro...

– Ale w końcu przecież udało się Pani dokładniej poznać i zrozumieć swoją osobistą historię...?

– Historię mojej rodziny poznałam właściwie dopiero z książki „Moja wojna” („Mein Krieg”) Joego J. Heydeckera, która ukazała się w 2009 r. Dowiedziałam się np., że moją matką chrzestną nie była, jak to utrzymywali rodzice, pochodząca z Krakowa i mieszkająca z nami w czasie wojny ciocia Genia. Ciocia Genia Byczkowska była Żydówką, wchodziła w skład Rady Pomocy Żydom „Żegota”. Była więc „moją chrzestną”, bo rodzice w ten sposób ją ukrywali...

– I z tego powodu znaleźli się w Auschwitz?

– Tego nie wiem. Do dziś nie zdołałam ustalić, w jaki sposób i dlaczego trafiliśmy do obozu koncentracyjnego. Autor wspomnianej książki nic o tym nie mówi, bo choć bardzo był związany z moimi rodzicami, to jednak o tym, co robili, niewiele wiedział. W ubiegłym roku udało mi się nawiązać kontakt z panią Marą Kraus, przyjaciółką nieżyjącego Joego J. Heydeckera, która twierdzi, że moi rodzice w czasie wojny pomagali wielu Żydom i zostali wydani Gestapo przez konfidentów, których w środowisku aktorskim Warszawy było bardzo wielu... A może dlatego, że w restauracji „Gospoda Włóczęgów”, którą prowadzili w czasie okupacji, był zakonspirowany magazyn broni...? Ja do dziś naprawdę nie wiem, dlaczego jako 3-letnie dziecko znalazłam się w KL Auschwitz.

– Niedawno po dziesięcioleciach pobytu na emigracji powróciła Pani na stałe do Polski. Jak przyjmuje Pani tę dyskusję, która niedawno rozgorzała właśnie wokół spraw oświęcimskich, a zwłaszcza oskarżanie Polaków przez międzynarodową opinię o udział w Holokauście?

– Jestem tym do głębi oburzona, ale chyba rozumiem, że musiało dojść do takiego stanu rzeczy. Moim zdaniem, jedna z przyczyn tego opluwania Polski tkwi w dzisiejszym Izraelu, w którym dominujący wpływ mają Żydzi pochodzący z Rosji, tradycyjnie wrogo nastawieni do Polaków, bo np. francuski Żyd nigdy nie będzie pluł na Polskę...

– A amerykański Żyd?

– Tu bywa różnie, a przeważnie chodzi o pieniądze. Bywałam często w Stanach Zjednoczonych – mam tam wielu kolegów prawników – i bardzo otwarcie rozmawiałam o polsko-żydowskich zaszłościach, także o biznesie związanym z Holokaustem. Oni nie lubią odpowiadać na pytania dotyczące tego tematu, nie tolerują sprzeciwu, natomiast bardzo dbają o swoje sprawy. Gdy w latach 80. XX wieku Amerykański Kongres Żydowski wytoczył bankom szwajcarskim proces w celu przejęcia pieniędzy z kont Żydów, którzy zginęli bezpotomnie w Holokauście, mieliśmy niemal globalne polityczne trzęsienie ziemi. Wtedy Szwajcarzy zdecydowali się pójść na ugodę, a ja się tu muszę przyznać, że na tym skorzystałam.

– W jaki sposób?

– Banki szwajcarskie zgodziły się wypłacić Amerykańskiemu Kongresowi Żydowskiemu pewną część pieniędzy zdeponowanych na „martwych kontach’” – to były miliardy franków szwajcarskich – jednakże pod warunkiem, że 25 proc. tej sumy zostanie wypłacone więźniom nieżydowskim, którzy mieli konta w Szwajcarii. Oczywiście, nie dostałam się na tę listę „nieżydowskich” wybrańców losu – nigdy wcześniej nie starałam się o jakiekolwiek odszkodowania z tytułu pobytu w KL Auschwitz – ale nieco okrężną drogą obiecano mi jednak wypłacić jakieś pieniądze. Niezbędne formalności musiałam załatwiać przez gminę żydowską w Genewie. Denerwowało mnie, że ja, Polka, muszę korzystać z łaskawego pośrednictwa gminy żydowskiej! Tam mi powiedziano, że to dlatego, iż Polacy sami nie potrafią się zorganizować, że nie dbają o własne sprawy. Złożyłam odpowiednie formularze, a urzędniczka odebrała je z ironicznym komentarzem: Nie wstyd pani starać się o odszkodowanie z takimi zarobkami, z takim stanowiskiem...? Czułam, że wymierzyła mi ten policzek tylko dlatego, iż byłam zamożną Polką, a nie bogatą Żydówką...

– Dostała Pani to odszkodowanie?

– Po ponad 15 latach, gdy już na emeryturze zamieszkaliśmy z mężem w Hiszpanii, dostałam korespondencję z Nowego Jorku – czek na 15 tys. dolarów do wypłaty w ratach. Wielkość tego „odszkodowania” mnie nie rozczarowała, chodziło mi tylko o wyegzekwowanie choćby minimum sprawiedliwości dla „nieżydowskich” ofiar wojny... Przy czym to wcale nie było odszkodowanie za obóz, lecz drobna rekompensata za to, że moi rodzice mieli kiedyś pieniądze w banku szwajcarskim. Moim zdaniem, nie-Żydzi nigdy nie mieli większych szans na godziwe odszkodowania wojenne.

– Wydaje się, że zwłaszcza Polacy nie mogą w tej sprawie liczyć na sprawiedliwość...

– Najbardziej boli to, że Polacy, którzy w czasie tej wojny cierpieli najwięcej, dostali najmniej odszkodowań, a teraz mówi się jeszcze, że Polsce nie należą się żadne reparacje wojenne...

– Rzeczywiście, są ogromne dysproporcje w traktowaniu ofiar niemieckich obozów zagłady – w krajach zachodnich, w Niemczech, w Izraelu Niemcy wypłacają im comiesięczne wsparcie, natomiast w Polsce 15-20 lat temu wypłacono jedynie jednorazowe mikroskopijne świadczenia, czyniąc przy tym wiele szumu o polsko-niemieckim pojednaniu.

– Po powrocie do Polski postanowiłam się przyjrzeć bliżej tym sprawom, wcale nie we własnym interesie; chciałam po prostu wyjaśnić to, czego nie potrafiłam zrozumieć... W Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie już na pierwszy rzut oka widać było, że jest martwa. Poinformowano mnie tam, że już dawno skończyły się pieniądze, które nie pochodziły ze stałego źródła, czyli z budżetu państwa niemieckiego, lecz z prywatnych darowizn, które już nie napływają. Zdziwiło mnie to, bo przecież obowiązek wypłacania odszkodowań wojennych nie ulega przedawnieniu, roszczenia poszkodowanych mogą się pojawiać bardzo długo po wojnie. Dziwne, że inni to wykorzystują, a Polacy nie!

– Często odwiedzała Pani Oświęcim po wojnie?

– Jak mówiłam, naznaczeni ogromną traumą moi rodzice – zwłaszcza mama – nie lubili wracać do obozowych wspomnień i chyba robili wszystko, abym ja też niczego nie pamiętała... Sama więc dość późno zaczęłam wracać do tej niepamiętanej przeszłości. Od 2005 r. dostawałam zaproszenia na uroczystości związane z wyzwoleniem KL Auschwitz.

– Jak do tego doszło, że organizatorzy przypomnieli sobie o więźniarce nr 83638?

– Sama o sobie nikomu nie przypominałam... Pierwsze zaproszenie przyszło do mnie dość okrężną drogą – przez moją dobrą znajomą panią Simone Veil. I to ona, dobrze znając moją przeszłość, zaproponowała mi wyjazd z delegacją francuską na obchody 60. rocznicy wyzwolenia obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. A ja postanowiłam pojechać, ale jako Polka. Bo choć miałam inne obywatelstwo, to zawsze bardzo dbałam o swoje polskie papiery. Simone Veil napisała – nie wiem, czy do dyrekcji obozu, czy do Władysława Bartoszewskiego – aby przysłano mi zaproszenie. Dostałam je na mój hiszpański adres. Potem dostawałam już zaproszenia co roku, ale nie zawsze jeździłam.

– Jakie były Pani pierwsze wrażenia, czy próbowała Pani odnaleźć ślady swojego dzieciństwa?

– Moim celem było odnaleźć obozowe dzieci – czyli dziś panie ok. osiemdziesiątki. Szukałam więźniarek w moim wieku, wypytywałam. Takiego tłumu na terenie obozu nigdy później już nie widziałam. Środkowa, największa trybuna – w całości zarezerwowana wyłącznie dla delegacji izraelskiej. Tam, dzięki specjalnej przepustce „gościa honorowego”, która umożliwiała mi swobodne poruszanie się po odizolowanych od siebie sektorach, starałam się zaleźć osoby, które jako dzieci były w tym samym bloku, co ja. Niestety, kiedy osoba z sektora izraelskiego, z którą nawiązałam kontakt, dowiedziała się, że nie jestem Żydówką, zręcznie znalazła pretekst, aby nie kontynuować naszej rozmowy. Osobę, która była krótko w tym samym bloku (w październiku 1944 r.) – znalazłam nie podczas uroczystości w Oświęcimiu, lecz dopiero później, w Paryżu. Kontakt dostałam od kustosza Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau – pani Heleny Kubicy. A wtedy, w Oświęcimiu, odniosłam wrażenie, że nikt nic nie wiedział albo może nie chciał wiedzieć...

– Zdziwiło to Panią?

– Nie od razu. Dopiero gdy podobnie zachował się dziennikarz z BBC, który dowiedziawszy się, że jestem polską więźniarką, wyłączył kamerę... Wtedy zrozumiałam, że więźniowie KL Auschwitz zostali podzieleni lub dali się podzielić na lepszych i gorszych. O co chodzi? – pytałam sama siebie. Przecież kiedyś wszyscy razem, zziębnięci, staliśmy tu co rano na tym samym apelu, piliśmy tę samą wstrętną kawę, tak samo nas bito i maltretowano, a teraz nagle dzielimy się na Żydów i nie-Żydów?! W tymże 2005 r., podczas hucznych rocznicowych uroczystości w Oświęcimiu – na które przybyli wielcy politycy i głowy państw z całego świata – uświadomiłam sobie, że my, Polacy, tu nie istniejemy! Że nas tu nie ma i nie było! Wtedy postanowiłam działać, i to od razu.

– Jak?

– Gdy na uroczystym przyjęciu dla VIP-ów – do których dzięki Simone Veil zostałam zaliczona – usłyszałam, jak amerykański wiceprezydent Dick Cheney mówi do kogoś z wielkim ubolewaniem, że ten „żydowski obóz tak bardzo ucierpiał”, natychmiast do niego podeszłam i grzecznie się przedstawiwszy, zadałam pytanie: dlaczego mówi się wyłącznie o więźniach żydowskich? – przecież byli także inni, a pierwsi trafili tu Polacy, skazana na zagładę polska inteligencja? Odpowiedział zdawkowo: Być może, być może... I na tym rozmowa się skończyła. Byłam zaszokowana.

– Chyba nie bardziej niż podczas uroczystości oświęcimskich w 2018 roku...

– To prawda. I nadal nie potrafię przejść do porządku dziennego nad tym, co się tam wtedy stało. Trudno mi dziś ocenić, jakie będą skutki politycznego kompromisu i deklaracji podpisanej po kilku miesiącach przez premierów Polski i Izraela, ale pytam: dlaczego do tej pory nikt nas, więźniów, nie przeprosił za to, że tę podniosłą uroczystość wykorzystano tak niegodziwie, dla politycznego interesu?! KL Auschwitz nie powinien być areną politycznych rozgrywek i mam nadzieję, że to, co się tam zdarzyło 27 stycznia 2018 r., już się nie powtórzy.

2018-07-17 13:10

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Sąd oddala oskarżenia wobec Kai Godek

2020-05-27 20:06

[ TEMATY ]

Kaja Godek

Artur Stelmasiak

Mówienie prawdy o związku homoseksualizmu z pedofilią – dozwolone. Sąd oddala oskarżenia wobec Kai Godek.

Już po pierwszym posiedzeniu sąd umorzył sprawę przeciwko Kai Godek z Fundacji Życie i Rodzina. To sprawiedliwa odpowiedź na absurdalne zarzuty ze strony Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych. Umorzenie sprawy potwierdza, że prawdę o związku homoseksualizmu z pedofilią można i trzeba mówić.

Siedem osób, wspieranych przez OMZRiK oskarżyło Kaję Godek za słowa, wypowiedziane w telewizji Polsat News podczas dyskusji o filmie braci Sekielskich i o pedofilii w Kościele Katolickim. Politycy lewicy prześcigali się w oburzeniu, że pośród księży znajdują się osoby wykorzystujące seksualnie dzieci. Kaja Godek zwracała uwagę na fakt, że niezależnie od tego, czym zajmują się na co dzień sprawcy pedofilii, większość przestępstw z tego obszaru ma charakter homoseksualny.

27 maja 2020 sąd umorzył postępowanie, stwierdzając o bezzasadności oskarżeń kierowanych pod adresem Kai Godek.

„Cieszę, że że prawda zwyciężyła. Nie możemy pozwolić, aby homoseksualne lobby zamykało nam usta w sprawach tak ważnych. Trzeba mówić głośno o tym, jak środowiska homoseksualne podchodzą do dzieci. Tylko twardy opór społeczny wobec pomysłów lobby LGBT może zagwarantować bezpieczeństwo tym dzieciom w przyszłości.” - powiedziała Kaja Godek.

W międzyczasie życie dopisało do sprawy swoją puentę. Najnowszy film Braci Sekielskich „Zabawa w chowanego” tylko potwierdza tezę o związku pedofilii z homoseksualizmem. Jest ona nawet wyartykułowana wprost.

Lobby LGBT zareagowało oczywiście oburzeniem, a niektórzy homoseksualni influencerzy wezwali nawet do usunięcia z reportażu niewygodnych dla nich fragmentów. Ciekawe, czy reżysera filmu także oskarżą o znieważanie homoseksualistów…?

Środowisko Ośrodka znane jest z nękania osób o konserwatywnych poglądach. Posługuje się przy tym słynnym artykułem 212 par. 2 Kodeksu Karnego, czyli tzw. „zniesławieniem”. Jest to też dla Ośrodka źródło dochodów – na profilach w mediach społecznościowych chwali się pisaniem pozwów i aktów oskarżenia i zbiera pieniądze na kolejne sprawy.

Tym razem było podobnie. Osoby, które podpisały się pod aktem oskarżenia nie zebrały się spontanicznie. Ośrodek ogłaszał nabór chętnych m.in. na portalach społecznościowych. Tak naprawdę nie wiadomo nawet, czy oskarżyciele to homoseksualiści…

Warto wspomnieć, że Rafał Gaweł, założyciel OMZRiK ukrywa się przed polskim wymiarem sprawiedliwości w Norwegii. Został prawomocnie skazany za oszustwa finansowe.

CZYTAJ DALEJ

Czy Tarcze rzeczywiście chronią przedsiębiorstwa?

2020-05-28 10:19

pixabay

Przedsiębiorcy o Tarczy Antykryzysowej i Tarczy finansowej: 54 proc. nie otrzymało jeszcze żadnej pomocy.

Business Centre Club przeprowadził w trzeciej dekadzie maja internetowe badanie ankietowe. Dotyczyło 1166 pracodawców, indywidualnych członków BCC. Wyniki badania zebrano w sześciu punktach:

- Mniej niż połowa firm (46 proc.) otrzymała pomoc w ramach Tarczy Antykryzysowej, a 30 proc. – z Tarczy Finansowej Polskiego Funduszu Rozwoju.

- Niemal 48 proc. przedsiębiorców, którzy złożyli wnioski o wsparcie – nie otrzymało jeszcze decyzji. Ci, którzy ją dostali najczęściej czekali od tygodnia (20,5 proc.) do dwóch tygodni (15,9 proc.).

- Największą barierą jest niejasność przepisów, zbyt długi czas oczekiwania na rozpatrzenie wniosku, trudności z uzyskaniem szczegółowych informacji.

- Dla 68% firm zastosowane instrumenty w ramach Tarcz Antykryzysowej i Finansowej nie są wystarczającym wsparciem.

- Działania jakie podjęły firmy aby poradzić sobie w tej trudnej sytuacji to zaangażowanie rezerw kapitałowych (74 proc.), rezygnacja lub ograniczenie usług obcych (ok. 64 proc.), wysłanie pracowników na zaległe urlopy (nieco ponad 60%).

- Brak jasnej strategii odmrażania działalności firm ma negatywne konsekwencje gospodarcze i społeczne (twierdzi tak 2/3 ankietowanych przedsiębiorców), a odmrażanie gospodarki powinno postępować szybciej (54 proc.)

– Czas staje się po ponad dwóch miesiącach lockdownu naczelną kategorią ekonomiczną, decyduje o rynkowym być albo nie być wielu przedsiębiorców. Fakt bowiem, że aż 54 proc. z nich nie otrzymało jeszcze żadnej pomocy w ramach Tarczy Antykryzysowej, a duża część jedynie zwolnienie ze składek ZUS świadczy, że państwo wręcz igra z ich losem – mówi Marek Goliszewski, prezes Business Centre Club. – Trzeba wreszcie to zmienić, szybciej i precyzyjniej adresując oraz przekazując pomoc, a także maksymalnie upraszczając formalności i likwidując uznaniowość jej przyznawania – podkreśla szef BCC.

– Szybciej i – pomimo również zgłaszanych przez firmy pewnych trudności – łatwiej o pomoc z Tarczy Finansowej Polskiego Funduszu Rozwoju, choć do tej pory mogły na nią liczyć jedynie mikro, małe i średnie firmy. Dopiero 26 maja pojawiła się informacja, że będzie mógł ruszyć pierwszy element Tarczy Finansowej dla dużych firm w postaci pożyczek płynnościowych na 10 mld zł. BCC wielokrotnie podkreślał, iż funkcjonowanie dużych przedsiębiorstw warunkuje przetrwanie średnich i małych. Tymczasem, niemal dwie trzecie ankietowanych przez nas przedsiębiorców nie wystąpiło jeszcze o pomoc w ramach Tarczy Finansowej, co może świadczyć o tym, że albo nie spełniają kryteriów, albo nie była ona jeszcze dostępna – podsumowuje Marek Goliszewski.

W porównaniu do okresu sprzed pandemii koronawirusa, sytuacja 1/3 badanych firm zdecydowanie pogorszyła się, w przypadku kolejnej 1/3 – jest trudna ale „do wytrzymania”. Skutki lockdownu i pandemii dotknęły w niedużym zakresie co czwartą firmę. Jednocześnie, 44 proc. przedsiębiorstw deklaruje, że przetrwa ile będzie trzeba, a co czwarta firma – że wytrzyma do pół roku. Nieco ponad 30 proc. twierdzi, że jest w stanie wytrzymać jeszcze 3-4 miesiące. Problemy z jakimi zmagają się obecnie przedsiębiorcy to znaczne zmniejszenie liczby zamówień oraz brak jednoznacznej informacji o wielkości zapotrzebowania na produkowane wyroby od klientów/kontrahentów; brak dostępu do surowców oraz ich bardzo wysokie ceny; zatory płatnicze i wzrost kosztów finansowych; zamknięte urzędy oraz zawieszenie działalności sądów.

W odniesieniu do rządowej pomocy antykryzysowej, problematyczny jest nadmiar regulacji, ich niespójność i chaos z tym związany. Także kryteria wykluczające możliwość skorzystania ze wsparcia, np. nie objęcie nim firm będących w trakcie postępowań restrukturyzacyjnych, czy nieuwzględnienie specyfiki branż i podmiotów w przypadku, których spadek obrotów nie jest widoczny od razu, w pierwszym czy drugim miesiącu, ale pojawia się, z opóźnieniem i uderzy w nie dopiero np. pod koniec drugiego kwartału.

Głos przedstawicieli biznesu:

– Brakuje jakiejkolwiek pomocy dla firm żyjących z kontraktów, gdzie kryterium spadku dochodów nie jest widoczne od razu, w pierwszym czy drugim miesiącu, ale uderzy w nas w drugim kwartale.

– Ograniczenia w ruchu międzynarodowym – konieczność wstrzymania określonych spotkań, wizyt technicznych, a nawet promocji i działań marketingowych (wstrzymanie sympozjów, targów i innych o podobnym charakterze).

– Brakuje sensownych przepisów o ochronie epidemicznej: formalnie nie możemy mierzyć nawet temperatury pracownikom, ani zbierać informacji czy któryś z nich źle się czuje i ma objawy (kupiliśmy testy przesiewowe i moglibyśmy badać wszystkich pracowników nawet raz w tygodniu, ale przepisy i zachowawcze podejście Sanepidu to uniemożliwiają.

– Na pierwszym planie jest ciągłe szkolenie się z przepisów kolejnych tarcz – jest ich zbyt dużo i są chaotyczne, jedne wykluczają drugie. Całe siły w firmie kierujemy na pomoc naszym klientom – przedsiębiorcom, przez co nie jesteśmy w stanie wywiązywać się na bieżąco ze swoich zwykłych, stałych obowiązków.

– Zbyt krótkie przesunięcie terminów na typowe obowiązki – bardzo ważne jest NIE wprowadzanie już w tym roku nowych JPK VAT – to nas zrujnuje, ponieważ nie będziemy w stanie wywiązać się z nowych obowiązków, a zaległości wciąż narastają.

– Pomysły z Tarczy 1.0 (wymagające interpretacji, bo nie są oczywiste) zostały poprawione m.in. w Tarczy 3.0 – czy nie można od razu pisać ich przejrzyście? Minęło bardzo dużo czasu, a my wciąż tkwimy w przepisach różnych tarczy.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję