Reklama

Na Krawędzi

Po owocach

2018-09-12 10:44

Przemysław Fenrych
Edycja szczecińsko-kamieńska 37/2018, str. VIII

Zbigniew Skibniewski
Uczestnicy spotkania absolwentów poznańskiego duszpasterstwa akademickiego

Nie widzieliśmy się niemal pół wieku. Przedtem, na przełomie lat 60. i 70. widywaliśmy się niemal codziennie. Były poranne „siódemki”, czyli Msze św. o 7.00 rano (dla studentów! ), były potem wspólne śniadania, były wieczorne spotkania z głęboką treścią, ale i luźną zabawą, były rajdy, obozy, zimowiska. Niejeden i niejedna znalazł (znalazła) sobie tutaj towarzystwo na całe życie, dla wszystkich był to niezwykle ważny element budowania własnej tożsamości. Fundament na całe życie. To było duszpasterstwo akademickie prowadzone w Poznaniu przez ojców dominikanów. Teraz, z okazji tego półwiecza spotkaliśmy się znowu i... wydało nam się, że tych dziesiątków lat nie było. Fundament okazał się mocny, przyjaźń nie zwietrzała mimo lat niewidzenia się. Skąd się to wzięło?

Dominikańskie duszpasterstwo w głębokim PRL-u dawało nam wolność. To nie oznacza, że nie doskwierała nam totalitarna rzeczywistość. Czuliśmy ją aż nadto. Zrozumieliśmy jednak bardzo mocno, że prawdziwa wolność nie zależy od czynników zewnętrznych, ona jest w nas. Świat zewnętrzny kusi i straszy, stwarza złudne możliwości kariery pod warunkiem podporządkowania się systemowi, straszy konsekwencjami, gdy się nie podporządkujemy. Ale wyboru dokonujemy sami płacąc za wybór, ale też wzrastając po dobrym wyborze. W praktyce dowiadywaliśmy się w duszpasterstwie, że przestrzeń wolności musimy sami sobie budować. Wolność to nie wzniosłe uczucie, to nie swoboda robienia co dusza zapragnie. Wolność to konkret, to dobrowolne branie na siebie odpowiedzialności za choćby odrobinę dobra. Szukaliśmy więc w tamtych czasach, pod spokojnym i nie krępującym okiem duszpasterzy, tych konkretów, w których mogliśmy spowodować, że dobra będzie w świecie ociupinkę więcej. Czasem posprzątaliśmy staruszce mieszkanie, czasem wzięliśmy na wakacje lub święta dziecko z domu dziecka, czasem wysłaliśmy paczkę z mlekiem w proszku do Indonezji, czasem zorganizowaliśmy grupę pielgrzymkową i zaprosiliśmy do niej obcokrajowców (byliśmy w tym pierwsi w Polsce! ). Okazało się, że wolność to konkret – bardzo się to potem w życiu przydało...

Reklama

Dało nam też dominikańskie duszpasterstwo poczucie odpowiedzialności za sumienie, za własny świat wartości. Dało, ale w specyficzny sposób – mieliśmy homilie, rekolekcje, wykłady, trybuny duszpasterskie, długie rozmowy z duszpasterzami i spowiednikami. Tylko, że także w tej sferze wszystko w wolności i przekonaniu, że niczego nie wolno narzucać, że każdy musi jako człowiek wolny w konkretnych sytuacjach samodzielnie kształtować sumienie, sam wybrać swoją drogę życiową. Okazuje się, że tamten czas nieźle nas do dobrych wyborów przygotował.

Zawsze byłem dumny z naszego okresu w DA, zawsze byłem wdzięczny duszpasterzom, koleżankom i kolegom. Opowiadałem, jak owocny to był okres w powołania zakonne (pięciu mnichów i dwie mniszki), w zaangażowanych katolików świeckich (kilku założycieli i prezesów klubów inteligencji katolickiej i innych stowarzyszeń), w aktywności społecznej w „Solidarności” i najrozmaitszych grupach charytatywnych. Podczas spotkania absolwentów zobaczyłem coś, co jest co najmniej równie ważne. Zobaczyłem ludzi, moich przyjaciół, którzy uczciwie i owocnie przeszli przez życie. Zobaczyłem kochające się małżeństwa w okolicach złotych godów, zobaczyłem rodziny wielodzietne (największa z dziesiątką dzieci) i wielopokoleniowe (największa czteropokoleniowa żyjąca blisko siebie z dwudziestką wnuków), zobaczyłem pogodnych ludzi samotnych, którzy z uwagi na kłopoty zdrowotne i nieszczęścia, które ich spotkały teoretycznie powinni być przygięci do ziemi. Zobaczyłem ludzi z sukcesami w pracy zawodowej w najróżniejszych dziedzinach. Zobaczyłem owoce kilku lat duszpasterstwa, które utworzyli dla nas dominikanie i które myśmy – na ich zaproszenie – tworzyli wspólnie z nimi. Jest za co dziękować – i szukać jak póki życia można dobro przekazywać dalej.

Historyk, felietonista, ekspert i trener Centrum Szkoleniowego Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej w Szczecinie

Tagi:
duszpasterstwo akademickie

Reklama

Akademicki Tydzień Pytań o wolność

2019-03-20 09:26

Dominika Szymańska
Edycja łódzka 12/2019, str. III

Studenci pytają, a cieszący się autorytetem księża odpowiadają. Wszystkie łódzkie duszpasterstwa akademickie: działające przy archikatedrze DA „5”, salezjański „Węzeł”, dominikańska „Kamienica” i jezuickie JDA połączyły siły, by zorganizować pierwszy Akademicki Tydzień Pytań

Ks. Paweł Kłys
Wykłady gromadziły liczne audytorium

Chcieliśmy znaleźć przestrzeń do spotkania duchownych i studentów w kontekście akademickim” – mówił ks. Przemysław Góra z DA „5”. Przez cały tydzień, od 11 do 15 marca, studenci wraz z duszpasterzami gromadzili się na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Łódzkiego, by dyskutować na temat wolności.

11.03 – Czy w Kościele można być wolnym?

Odpowiedzi na to pytanie podjął się abp Grzegorz Ryś, który przedstawił temat wolności w optyce historycznej. Wychodząc od początków chrześcijaństwa i działalności św. Pawła, który, nawet uwięziony w Rzymie, miał w sobie doświadczenie wolności, Arcybiskup zwrócił uwagę na doświadczenie wolności, jakie przynosi spotkanie z Jezusem. Jako drugi wyznacznik wolności w Kościele katolickim Metropolita Łódzki wskazał encyklikę „Pacem in terris” św. Jana XXIII, której pierwsza część poświęcona jest prawom człowieka.

Swój wykład abp Ryś poświęcił jednak temu, co działo się w Kościele pomiędzy tymi dwoma wydarzeniami, przyglądając się godzącym w wolność Indeksowi Ksiąg Zakazanych, Inkwizycji czy Syllabus Errorum i analizując powstanie struktur grzechu w Kościel katolickim.

– My nieraz na takie pytanie, czy można być wolnym w Kościele, odpowiadamy bardzo na skróty, bo nam ten skrót odpowiada. Bardzo sympatyczny jest Kościół odnowiony w epoce Soboru Watykańskiego II. Co nie oznacza, że jest bezgrzeszny, bo nieraz strasznie grzeszy, ale na poziomie tego, czego naucza, jest zapewne bardzo atrakcyjny. Atrakcyjne są początki Kościoła do początku wieku IV, ale gdyby te dwie klamry miały wystarczyć za całą odpowiedź, to byśmy zrobili dość nieprzyzwoity skok nad tym, co jest w środku, między tymi dwoma epokami – zauważył. Sumienie stanowi granicę wolności, a naszym obowiązkiem jest podążać za nim i odpowiednio to sumienie kształtować.

12.03 – Co nam wolno, a co przynosi korzyść?

W swojej prelekcji o. Piotr Aszyk SJ – filozof i jezuita – skupił się na rozważaniu wielorakiego znaczenia słowa wolność. Podkreślał, że znaczenie wolności często uświadamiamy sobie dopiero wtedy, gdy jej zabraknie, a także to, że jest wartością, która wymaga wysiłku, wyjścia poza to, co bezpieczne i zawalczenia o nią.

Odwołując się do mądrości starożytnych: Horacego, Cycerona czy św. Augustyna, wskazywał na różnicę między wolnością, a samowolą, między wolnością wewnętrzną i zewnętrzną. – Wolność to nie tylko przesuwanie granic państw, ale coś, co można nazwać wolnością ekonomiczną. Systemy niewolnicze – miejmy nadzieję – należą do przeszłości, ale czy żyją w wolności ludzie, którzy pracują za dolara dziennie, budując dobrobyt międzynarodowych korporacji? Czy nie jest więźniem bez kajdan ten, kogo więzi bieda? – pytał, zastanawiając się nad współczesnym wymiarem wolności.

Nawiązując do myśli o. Józefa Kozłowskiego, zauważył, że „wielkie katastrofy są skutkiem drobnych usterek. Utrata wolności zaczyna się zwykle od drobnych kompromisów. I bywa, że początki utraty naszej wolności są niewinne. Dajemy się zwieść jakimś pozorem dobra”. Jezuita podkreślał też, że wolność staje się wyborem. – Pieniądze same z siebie nie są nic warte – porównywał za ks. Markiem Dziewieckim. – Staje się właścicielem moich pieniędzy dopiero wtedy, gdy wydaję je na faktyczne dobro. Tak samo jest z wolnością. Dopiero wtedy, gdy podejmuję decyzje, gdy podejmuję zobowiązania, zaczynam być wolnym człowiekiem, uruchamiam potencjał, który drzemie we mnie – dopowiedział.

13.03 – Dlaczego uciekamy od wolności?

O tym z punktu widzenia psychologii opowiadał o. Jacek Prusak SJ – psycholog i psychoterapeuta. Wolność zdefiniował on jako – z jednej strony – wybór pomiędzy przynajmniej dwiema możliwościami, a z drugiej – jako działanie zgodne z intencjami. – O wolności możemy mówić, gdy upatrujemy przyczyn swojego działania w sobie, a nie w czynnikach zewnętrznych. Czyli nie: ktoś mi coś kazał zrobić – tego nie nazwiemy wolnością. Ja chcę to zrobić – podkreślał jezuita.

Stwierdził też, że wolność jest troską egzystencjalną, że łączy się z poszukiwaniem sensu, bez względu na to, czy uważamy, że jest on wpisany w jakiś większy od nas samych schemat, czy upatrujemy go w tym, co sami tworzymy, czemu nadajemy sens.

Wskazał też, że ludzie uciekają przed wolnością, gdy nie mają pewności co do podejmowanych decyzji i gdy podejmują decyzje pod naciskiem grupy. – Jeśli stajemy przed decyzją dokonania wyboru, wybór dotyczy ważnej kwestii, to większość z nas nie kalkuluje zysku związanego z podjęciem ryzyka, tylko konsekwencje porażki. Problem wolności związany z problem zmiany jest połączony z ambiwalencją. My kochamy status quo. Lepszy diabeł czy piekło, które znamy, niż niebo, do którego możemy się dostać – zauważył i dodał, że odpowiedzialnością za negatywne konsekwencje naszego działania chętnie obarczamy innych. – Żeby być człowiekiem wolnym, trzeba być człowiekiem dojrzałym – podsumował.

14.03 – Czy Bogu wszystko wolno?

– Jak pytamy, co Bogu wolno, to tak naprawdę zastanawiamy się, co Bóg może zrobić w stosunku do mnie. Bardziej jeszcze autokrytycznie można postawić problem tak: my pytamy, na co ja jestem skłonny Bogu zezwolić – rozwijał temat ks. Grzegorz Strzelczyk – teolog i dogmatyk z Uniwersytetu Śląskiego. Wyjaśnił też, że prócz pewnej dozy bezczelności zawartej w tym pytaniu, kryje się w nim również pragnienie bycia jak Bóg, czyli zjednoczenia z Nim. – Zatem z jednej strony prawdopodobnie powinniśmy się wstydzić tego rodzaju bezczelności, a z drugiej nie możemy się go wyrzec, nie opędzimy się od tego pytania. Ono być może jest przełamywalne tam, gdzie się pojawia miłość. Jeżeli człowiek wchodzi w doświadczenie Boga na tyle głęboko, że doświadcza tam miłości i doświadcza tam bycia u siebie; prawdopodobnie w tym doświadczeniu mistyki my jesteśmy skłonni pozwolić Bogu na wszystko – wyjaśniał.

W dalszej części swojego wykładu ks. Strzelczyk wolność Boga ujął w dość przewrotny sposób: opowiadał o Bogu, któremu wolno się uniżyć, Bogu, któremu wolno cierpieć i umrzeć, czy Bogu, któremu wolno być „sprawiedliwym inaczej”. – To idzie dalej w przestrzenie nie do końca jeszcze dla nas wygodne. Mianowicie Bogu wolno utożsamić się z pogardzanymi i wolno Mu nie rozliczać ze stosunku do siebie – zauważył, przywołując scenę sądu z Ewangelii według św. Mateusza, w której nie pada ani jedno pytanie dotyczące sfery religijnej. – To są pytania o stosunek do bliźniego i to takiego jeszcze nie do końca fajnego – podsumował.

15.03 – Jesteśmy wolni i co dalej?

Ostatnim zagadnieniem, wolnością w wymiarze praktycznym i społecznym, zajął się o. Maciej Zięba OP – fizyk i doktor filozofii, specjalista od nauki społecznej kościoła. W swoich rozważaniach skoncentrował się na zależności między wolnością a demokracją. Podkreślał jednak za Janem Pawłem II, że „demokracja bez wartości łatwo zamienia się w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm”.

Dominikanin mówił też o podziale na wolność pozytywną i negatywną. – Wolność pozytywna to jest wolność, którą się zdobywa przez poznanie. Wszystkie nieliberalne wizje, również niechrześcijańskie, wszystkie religijne wizje mają wolność pozytywną. Tylko, że ta wolność jest zawsze wolnością według tego, jak my ją pojmujemy, jak my ją rozumiemy i ona jest zawsze strukturalnie nietolerancyjna wobec innych – wyjaśniał prelegent.

– Koncept wolności negatywnej – dopóki nie zagrażam wolności innych ludzi, mogę robić co mi się podoba – jest to koncept wolności politycznej i na tym poziomie jest bardzo sensowny. W XX wieku wolność negatywna z poziomu politycznego przechodzi na poziom etyczny. Każdy ma swoją moralność. I nie wolno oceniać żadnego systemu moralnego, nie wolno już oceniać moralności. A w XXI wieku, na naszych oczach, zaczyna przesuwać się to na poziom metafizyczny: nie można orzekać o żadnej prawdzie. Jedyną prawdą, taką obiektywną, jest to, że nie ma żadnej prawdy. Żyjemy w erze, w której każdy ma swoją prawdę, więc nie ma żadnej prawdy – opisywał przemiany w dzisiejszym świecie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Bł. ks. Michał Sopoćko
Wierzę, że on do mnie mówi

2019-04-10 10:24

Z aktorem Maciejem Małysą rozmawia Maria Fortuna-Sudor
Niedziela Ogólnopolska 15/2019, str. 20-21

Mogę powiedzieć, że błogosławiony, którego zagrałem, w pewnym sensie stanął na mojej drodze życia i od tego czasu go poznaję – mówi „Niedzieli” Maciej Małysa aktor filmowy i teatralny – odtwórca roli bł. ks. Michała Sopoćki w filmie „Miłość i Miłosierdzie”

Kadr z filmu „Miłość i Miłosierdzie”
Maciej Małys, Janusz Chabior i Kamila Kamińska – odtwórcy postaci ks. Michała Sopoćki, malarza Eugeniusza Kazimirowskiego i s. Faustyny Kowalskiej

MARIA FORTUNA-SUDOR: – Proszę powiedzieć, w jaki sposób został Pan zaangażowany do roli ks. Sopoćki w filmie „Miłość i Miłosierdzie”?

MACIEJ MAŁYSA: – Mojego bohatera miał zagrać inny aktor, ale z jakiegoś powodu zrezygnował. Okazało się, że trzeba dosyć szybko znaleźć odtwórcę ks. Sopoćki. To zadanie otrzymała moja koleżanka, która zastanawiała się, kogo do tej roli polecić. Przyznała, że szukała aktora, jak to nazwała, z wnętrzem. I jakoś tak się stało, że pomyślała o mnie. Późnym wieczorem napisała na messengerze, że ma dla mnie propozycję. Oddzwoniłem. Gdy przeczytałem scenariusz, stwierdziłem, że jestem zainteresowany rolą. Pojechałem na spotkanie z reżyserem. To był dzień imienin Michała – a więc i ks. Sopoćki, i reżysera Michała Kondrata. A na dodatek w tym dniu mijała 10. rocznica ogłoszenia spowiednika s. Faustyny błogosławionym...

– Znał Pan wcześniej historię jego życia?

– Na początku wiedziałem, że był spowiednikiem s. Faustyny. Zresztą odnoszę wrażenie, że większość osób wie na temat ks. Sopoćki niewiele. Znają św. Faustynę, św. Jana Pawła II, ale o bł. ks. Michale Sopoćce wiedzą mniej. Tymczasem to postać niesamowita. Dużo tracimy, nie znając jego życia, w które zostało wpisanych wiele niezwykłych, wręcz cudownych wydarzeń...

– Z Pana słów i gestów łatwo odczytać, że teraz może Pan długo i barwnie mówić o swym bohaterze. Jak się Pan przygotowywał do zagrania tej roli?

– Gdy już wiedziałem, że zagram spowiednika s. Faustyny, to kupiłem „Dziennik” ks. Michała Sopoćki. Zresztą nadal do niego wracam. Tam są takie myśli, których nie sposób przeczytać na raz. Sięgnąłem także po „Dzienniczek” św. Faustyny. Oczywiście, wcześniej o nim wiedziałem, ale znałem tylko fragmenty, zwłaszcza te zasłyszane przy różnych okazjach. W „Dzienniczku” odszukałem wszystkie zapiski odnoszące się do ks. Sopoćki. Poznałem, co pisała o nim św. Faustyna i co mówił jej na temat spowiednika Pan Jezus. Czytałem to wszystko z wypiekami na twarzy. Myślałem: – To o mnie! (śmiech). Wracałem do tych fragmentów i krok po kroku poznawałem niezwykłego człowieka. I powoli budowałem rolę. Pomogły także rozmowy z reżyserem, ale też z moim bratem, dla którego bł. ks. Sopoćko jest osobą bliską. Dziś mogę powiedzieć, że błogosławiony, którego zagrałem, w pewnym sensie stanął na mojej drodze życia i od tego czasu go poznaję.

– Jaki obraz człowieka, kapłana wyłania się z „Dziennika” ks. Sopoćki?

– To poważny kapłan – chociaż osoba pracująca przy filmie przekonywała mnie, że był człowiekiem pogodnym, radosnym. Z moich spostrzeżeń wynika, że miał dystans do siebie, że dużo od siebie wymagał. Przykładem mogą być uwagi zapisane, gdy skończył 79 lat i stwierdził: „...drżę na myśl, że mogę stanąć przed sądem Bożym z pustymi rękami...”. A przecież tyle zrobił! Proszę zobaczyć, jaka pokora. My z reguły jesteśmy surowi, ale dla innych, a sobie raczej pobłażamy. U niego było na odwrót – siebie widział w bardzo krytycznym świetle. Poza tym, aby zrealizować zamierzenie, nie ustawał w działaniu. Był niezwykle pracowity. Z notatek wynika, że bardzo mu zależało na ludziach. W tym, co robił, był bardzo uczciwy. Nigdy nie stwarzał wokół siebie jakiejś otoczki niezwykłości, jakiegoś szczególnego powołania. Wiemy np., że s. Faustyna pisała „Dzienniczek” na polecenie ks. Sopoćki. Już po jej śmierci ks. Michał przyznał, że polecił jej robić notatki, ponieważ był bardzo zajęty i nie zawsze miał czas, aby jej słuchać. Łatwiej mu było w wolnej chwili czytać to, co napisała. Ale ks. Sopoćko nigdy nie przypisał sobie szczególnej roli w powstaniu „Dzienniczka”. Warto przypomnieć, że wiedział, iż kult nie od razu zostanie wprowadzony, ale konsekwentnie realizował powierzone mu dzieło. Nie zrażał się przeciwnościami. Miał świadomość, że im jest trudniej, tym bardziej jego misja ma sens. Myślę, że mieć zaprzyjaźnionego takiego świętego – to supersprawa. Zresztą Jan Paweł II mówił, że warto się przyjaźnić ze świętymi, bo to jest przyjaźń na zawsze. Dlatego cieszę się, że się zaprzyjaźniłem z bł. Michałem Sopoćką. Wierzę, że on do mnie mówi.

– Jak?

– Dam przykład. Ks. Sopoćko pyta Faustynę o pewną sprawę i ona zapewnia go, że zapyta o to Pana Jezusa. Ale podczas Eucharystii, którą ks. Sopoćko odprawia, przychodzi odpowiedź. Jednak ks. Michał nie odbiera tego jako słów Jezusa, wraca do tematu w rozmowie z Faustyną, która stwierdza, że przecież Pan Jezus już mu na to pytanie odpowiedział... I stąd refleksja, że my jesteśmy tak blisko Pana Jezusa, przyjmujemy Go w czasie Eucharystii, a wciąż o Nim zapominamy. On jest, a my Go nie widzimy, nie uświadamiamy sobie Jego obecności.

– Uczestniczył Pan w watykańskiej premierze filmu. Jakie wrażenia?

– Była ekscytacja. W Watykanie widziałem film po raz pierwszy. To była wersja angielska z włoskimi napisami. Pokaz zorganizowano w sali kinowej Filmoteki Watykańskiej w Palazzo San Carlo za Spiżową Bramą. Myślałem, że to będzie większa sala, ale siedzący obok mnie dziennikarz wyjaśnił, iż od pewnego czasu premiery odbywają się właśnie w tym miejscu, które jest bardziej kameralne. Zauważyłem tam wizerunek Matki Bożej Częstochowskiej i od razu pomyślałem, że to zapewne ślad po Janie Pawle II. A w premierze uczestniczyli m.in. dostojnicy Kurii Rzymskiej, a także wikariusz generalny Zgromadzenia Księży Marianów Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny Joseph G. Roesch i były arcybiskup Palermo kard. Salvatore De Giorgi, który bardzo starannie przygotował wprowadzenie do filmu – widać było, że włożył w to wystąpienie wiele energii. Niesamowite było to, że watykańska premiera filmu odbyła się w przeddzień 60. rocznicy wprowadzenia przez Stolicę Apostolską zakazu szerzenia kultu Bożego Miłosierdzia według wizji s. Faustyny. Był to więc symboliczny moment, takie domknięcie tematu. W każdym razie dla nas, twórców filmu, ta premiera to wielkie szczęście i radość, że odbyła się właśnie w Watykanie. Bardzo chciałem tam być.

– A reakcje?

– Było dużo emocji. Zapamiętałem m.in. reakcję siedzącego obok mnie dziennikarza, który zaśmiał się głośno, gdy zobaczył, jak malarz reaguje na ciągłe uwagi Faustyny na temat powstającego obrazu. Dla mnie to było potwierdzenie, że film pokazuje w sposób naturalny to, co się wydarzyło, że nie ma w nim patosu, że wyeksponowano w nim ludzką naturę.

– Komu poleciłby Pan prawdziwą historię Miłości i Miłosierdzia?

– Jako pierwsze przychodzą mi do głowy osoby, które tej historii nie znają. Marzeniem by było, żeby ten film stał się przyczynkiem do nawrócenia. By Miłosierdzie „zadziałało” w taki sposób, że po obejrzeniu filmu jego poruszony odbiorca zaczyna na własną rękę szukać kolejnych informacji o Miłosierdziu i jego apostołach. Kolejną grupę mogą stanowić osoby, o których wspominaliśmy na początku rozmowy. To ludzie, którzy wiedzą, że ks. Sopoćko był spowiednikiem Faustyny. Być może po obejrzeniu filmu tacy widzowie zechcą bliżej poznać ks. Michała. Myślę, że na pewno ich ubogaci, jeśli wejdą w duchowość błogosławionego kapłana. Film ukazuje wiele wątków, wydarzeń, faktów, które warto poznać. Przykładem może być historia powstania pierwszego obrazu, jego niezwykłe losy. Ale warto pamiętać, co Pan Jezus powiedział na ten temat Faustynie: „Nie w piękności farby ani pędzla jest wielkość tego obrazu, ale w łasce mojej” (Dz. 313). Myślę, że o tym trzeba pamiętać, kiedy modlimy się przed obrazem Jezusa Miłosiernego czy to w Wilnie, czy w Łagiewnikach, czy w wielu innych zakątkach świata. Upowszechnieniu tej prawdy o Bożej łasce służy ten film.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Odpowiedź Naczelnego Rabina Polski na oświadczenie Kościoła ws. Pruchnika

2019-04-24 18:45

BP KEP / Warszawa (KAI)

Dziękujemy Konferencji Biskupiej za ich jasną, jednoznaczną oraz błyskawiczną odpowiedź na antysemickie pobicie oraz spalenie podobizny Żyda w miejscowości Pruchnik – napisał Michael Schudrich, Naczelny Rabin Polski, do Przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski abp. Stanisława Gądeckiego oraz do Prymasa Polski abp. Wojciecha Polaka w odpowiedzi na oświadczenie bp. Rafała Markowskiego ws. Pruchnika.

pl.wikipedia.org
Michael Schudrich

Publikujemy pełną treść odpowiedzi:

Warszawa, 24 kwietnia 2019 r.

Dziękujemy Konferencji Biskupiej za ich jasną, jednoznaczną oraz błyskawiczną odpowiedź na antysemickie pobicie oraz spalenie podobizny Żyda w miejscowości Pruchnik.

Będziemy nadal ściśle współpracować z naszymi braćmi z Konferencji Biskupów w walce z nienawiścią, czy to na Sri Lance, czy w naszej ukochanej Polsce.

Michael Schudrich

Naczelny Rabin Polski

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem