Reklama

Uwierzyłem w retorykę polityków

2018-10-31 08:28

Rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 44/2018, str. 36-37

Grzegorz Boguszewski
Karol Zarajczyk

O mechanizmach blokujących odbudowę polskiego przemysłu i polskich malinach na Wołyniu z Karolem Zarajczykiem – prezesem zarządu Ursus S.A. – rozmawia Wiesława Lewandowska

Wiesława Lewandowska: – Na wielką ironię zakrawa fakt, że historycznej polskiej marce Ursus, będącej rówieśniczką polskiej niepodległości, właśnie w czasie, gdy obchodzimy stulecie odzyskania niepodległości, grozi upadłość. I nikogo nie obchodzi jej los, mimo szumnych deklaracji – nawiązujących do tradycji gospodarczych niepodległej II RP – o odbudowie polskiego przemysłu, o wspieraniu polskich firm, o promowaniu tego, co polskie, w świecie. Pozostają już tylko zdziwienie i bezradność?

Karol Zarajczyk: – Niestety, chyba tak. Obecna sytuacja Ursusa to wynik decyzji zarządu i właściciela podjętych w ciągu ostatnich kilku lat, a zmierzających do odbudowania marki przez jak największą liczbę nowych produktów. Staraliśmy się to wszystko robić własnymi siłami, ale mając też na uwadze zapewnienia czołowych polskich polityków, że obraliśmy słuszną drogę. Z takim błogosławieństwem, wierząc, że jako polskie przedsiębiorstwo działamy dla dobra kraju, śmiało rozwijaliśmy tę naszą rodzinną firmę i produkowaliśmy różne modele traktorów. Staraliśmy się też zdywersyfikować eksport poza rynki europejskie i zatrudniać coraz więcej ludzi... Bardzo przejęliśmy się hasłem: „Polska w ruinie” z 2015 r., chcieliśmy więc podnieść z ruiny polskiego Ursusa...

– Naiwnie?

– Bardzo naiwnie! Poza deklaracjami i pozowaniem różnych polityków przy nośnej wizerunkowo marce Ursus na jakiekolwiek rzeczywiste wsparcie naszego przedsięwzięcia właściwie nigdy nie mogliśmy liczyć. A tak naprawdę to chyba tylko my sami uwierzyliśmy, że wskrzeszenie Ursusa może być symbolem odbudowy polskiego przemysłu. Bo przecież marka Ursus, w moim odczuciu, to do dziś nie tylko zwykła własność prywatna... Zarządzając tym przedsiębiorstwem, czuję oddech historii i jakiś szczególny rodzaj odpowiedzialności.

– To bardzo niedzisiejsze podejście, Panie Prezesie!

– Niestety, coraz boleśniej zdaję sobie z tego sprawę. Walcząc z nieustannymi kłopotami naszej firmy, bezradnie obserwuję też, jak Polska wciąż niezmiennie pełni rolę „kołchozu”, taniej siły roboczej i raju dla zagranicznych firm, które pełnymi garściami czerpią z polskich dotacji państwowych, ostatnio np. fabryka Mercedesa, fabryka baterii LG czy CAF itd.

– Twierdzi Pan Prezes, że polskie firmy są wciąż traktowane po macoszemu?

– Jakoś tak się dziwnie składa... Ostatnio największym zdziwieniem było dla mnie to, że mogło dojść do sprzedaży Hiszpanom polskiej firmy produkującej autobusy Solaris. Oczywiście, prywatny właściciel ma do tego prawo... Kuriozalne jest jednak to, że Polski Fundusz Rozwoju, który z założenia powinien wspierać polskie firmy, z niezrozumiałych dla mnie powodów chce odkupić od Hiszpanów za bardzo dużą kwotę, prawdopodobnie za 300 mln zł, 35 proc. udziałów Solarisa, co nie daje przecież państwu polskiemu żadnego wpływu na zarządzanie tą firmą. Ani Autosan, ani Ursus, które są w 100 proc. polskimi firmami, nie mogą liczyć na takie względy. Nie wiadomo więc, dlaczego dofinansowuje się firmę będącą w obcych rękach...

– Dlaczego Ursus nie może liczyć na wsparcie PFR?

– Zapewne dlatego, że wszedł w tzw. produkcję automotive i stanowi konkurencję dla hiszpańskiego Solarisa... Gdy Ursus prosił o wsparcie kontynuacji ekspansji w Afryce, bo ta jest źródłem rozwoju naszej firmy, to okazuje się, że nie może liczyć na żadną pomoc. Ale jak trzeba polecieć z ministrem do Sudanu w Afryce, żeby mógł się pokazać przy polskich osiągnięciach Ursusa, to wtedy jesteśmy mile widziani...

– Jest Pan Prezes bardzo rozgoryczony...

– Coraz bardziej. Jestem bardzo zawiedziony tym, co się wydarzyło w ostatnich latach. Dziś muszę przyznać, że jako prezes zarządu firmy popełniłem kilka błędów inwestycyjnych, bo uwierzyłem w retorykę polityków, w zapewnienia, że polski przemysł ma być naprawdę odbudowany... Pocieszające jest to, że jestem jeszcze młodym człowiekiem i ta bolesna lekcja pozostanie mi na całe życie.

– Zwątpił Pan w dobrą zmianę?

– Z doświadczeń Ursusa wynika, że dobra zmiana w przypadku branży rolniczej, w której my działamy, to czysta fikcja. Jestem bardzo zawiedziony sytuacją na rynku maszyn rolniczych i w ogóle w polskim rolnictwie. Nie zrobiono nic, aby takim firmom jak Ursus czy innym produkującym maszyny rolnicze zapewnić stabilny, organiczny rozwój. Do dziś w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa nie ma systemu rozliczania dopłat na działania inwestycyjne! Świadczą o tym twarde dane: do września 2018 r. z dopłat na cele inwestycyjne, przewidzianych w perspektywie unijnej na lata 2014-20, zrealizowano zaledwie 10 proc. A to znaczy, że tym samym z jakichś niejasnych powodów wyhamowano nie tylko zakup maszyn rolniczych, ale także np. budowę silosów do przechowywania płodów rolnych, chłodni, małych przetwórni itp. Moim zdaniem, w żaden sposób nie wspiera się konkurencyjności polskiego rolnictwa w UE!

– Można zatem powiedzieć, że trudny los Ursusa jest dziś podobny do sytuacji w polskim rolnictwie?

– Tak, ale nie tylko dlatego, że produkujemy maszyny rolnicze, których polscy rolnicy nie mogą kupić... Podobieństwo polega na tym, że zarówno polski przemysł, reprezentowany przez naszą firmę, jak i polskie rolnictwo samo z siebie są dziś w stanie osiągać superwydajność, zaś państwo polskie nie tylko nie potrafi tego docenić, ale wręcz przeciwnie – dopuszcza do zapaści, bo jest wciąż zbyt łaskawe dla wszelkiej obcej konkurencji. Dopiero w sytuacji widocznie krytycznej wszyscy się budzą i starają się na oślep łatać dziury...

– I dopiero gdy polskie jabłka – którymi tak bardzo się chwalili polscy politycy, podobnie zresztą jak Ursusem – zaczynają gnić, poszukuje się na oślep jakiegoś doraźnego remedium na uratowanie polskiego sadownictwa...

– Naprawdę wciąż nie mogę tego zrozumieć! Nie wiem, czy Ursus ma wejść w stan upadłości, żeby zauważono naszą trudną sytuację? Poza tym, że nikt nie chce nas ratować, to wszystko dzieje się według scenariusza realizowanego od lat w sektorze rolnictwa. Powstał program Go Africa, który ma wspierać ekspansję polskich przedsiębiorców na rynki afrykańskie, ale zadeklarowane przez rząd tzw. kredyty afrykańskie zostały zatrzymane. Ursus ma więc problemy z otrzymaniem pieniędzy ze swoich inwestycji np. w Tanzanii. Wielokrotnie zwracaliśmy się do Ministerstwa Finansów z prośbą o udrożnienie przepływu pieniędzy. Niestety, nasze konkretne propozycje rozwiązania problemu zostały bez wyjaśnień odrzucone. Staraliśmy się na ten temat rozmawiać ze „wszystkimi świętymi”, niestety, regułą jest, że wszystkie niedawno umówione spotkania były w ostatniej chwili anulowane... A z rozmów kuluarowych dociera do nas tylko święte oburzenie: jak można było oskarżyć urzędnika państwowego o manipulowanie danymi?!

– Złożył Pan w tej sprawie zawiadomienie do prokuratury?

– Tak. Wskazujemy w nim na to, że była próba wpłynięcia na ocenę naszych projektów w Afryce, a także na to, że urzędnik ministerstwa Finansów bez stosowania obowiązujących przepisów, nie uwzględniając zapisów umowy między państwami, bankami i między Ursusem a jego kontrahentami w Afryce, ukarał naszą firmę za opóźnienia w płatności odsetek przez państwo-biorcę. My jesteśmy cały czas karani!

– Jak jest tłumaczone to blokowanie Ursusa przez MSZ?

– Mówią nam, że to dlatego, iż nie było ewaluacji naszych afrykańskich projektów. W takim razie pytam: Co robił prezydent RP w Etiopii w maju tego roku? Przyjechał, żeby pokazać polski sukces Ursusa, czy żeby wizytować fabrykę traktorów, która według MSZ nie działa? Organizacja pomocowa OECD ocenia projekt na samym wstępie przed jego rozpoczęciem, a jakiś urzędnik dwa lata po jego zakończeniu uzurpuje sobie prawo do jego oceny bez żadnej wykładni prawnej i uprawnień. Podkreślam: pojedyncza osoba, a nie resort na podstawie przepisów prawa.

– Urzędowi krytycy Ursusa stawiają zarzut, że nie radzicie sobie na rynkach afrykańskich, bo nie prowadzicie tam działalności komercyjnej, a tylko tę związaną z dotacjami państwowymi. Na czym polega problem?

– Takie oskarżenie pod naszym adresem wysunął urzędnik MSZ. Oczywiste jest, że działalność komercyjna na tamtym rynku nie jest łatwa, bo siła nabywcza tamtejszych rolników jest bardzo słaba i dopiero się tam rodzi. Trzeba by więc już dziś myśleć w bardzo długiej perspektywie o przyszłości polskich firm, które chciałyby tam kiedyś zająć znaczącą pozycję. Symptomatyczne jest to, że Chiny dają 60 mld dol. na rozwój rolnictwa w tym regionie świata, czym przygotowują grunt dla chińskich firm, ale dopiero w odległej przyszłości. Tak więc postawiony mi dziś zarzut nieprowadzenia działalności komercyjnej w Tanzanii i Etiopii uważam za niemądry i chybiony. Zwłaszcza że przecież nie mogę prowadzić działalności komercyjnej, jeśli mam tam aktywny kontrakt rządowy. To byłoby nieetyczne wobec państwowego podmiotu, z którym jestem związany. Polskie MSZ próbowało zrobić ze mnie nieuczciwego kontrahenta...

– ...wpuścić Pana w maliny?

– Trafnie powiedziane! Bo maliny są specjalnością szefostwa dokładnie tego departamentu MSZ, który utrudnia życie Ursusowi.

– Jak to?

– To nie jest wcale złośliwa przenośnia! Tenże departament dotował sadzonki malin na Wołyniu. Na szczęście tego rodzaju wsparcie dla Ukrainy zostało sprawnie przecięte przez związki zawodowe rolników, bo przecież polscy plantatorzy malin mają nie od dziś wielkie problemy.

– Nie można chyba podejrzewać zacnych urzędników o tak wielką, że aż symboliczną, bezrozumność...?

– Najdelikatniej mówiąc, brakuje tu logiki i koordynacji. A może mamy do czynienia z chorą prawidłowością czy, mówiąc wprost – z antypolskimi działaniami? Bo jak rozumieć to, że ci sami urzędnicy nie pozwalają Ursusowi się rozwijać w Afryce, a jednocześnie z pieniędzy polskich podatników dotują zakładanie plantacji malin na Wołyniu? W mojej ocenie to jawna ojkofobia. Aż się ciśnie pytanie o znaczenie i wymowę tego „gestu” w kontekście rzezi wołyńskiej... Oraz o przyszłą konkurencję dla polskich plantatorów malin, których sytuacja może być jeszcze trudniejsza niż obecnie. Niestety, polski Ursus jest dziś w takim stanie, jak producenci polskich jabłek i malin...

– Jak więc wygląda sytuacja Ursusa pod koniec 2018 r.?

– W zakresie produkcji dla rolnictwa jesteśmy w takim samym stanie jak polskie rolnictwo; rozważamy bardzo mocne ograniczenie produkcji. Staniemy się prawdopodobnie małą firemką, która będzie próbowała się restrukturyzować, zmniejszać skalę działalności, a więc i zatrudnienie. Cel MSZ zostanie osiągnięty. Mam nadzieję, że uchronimy się przed upadłością i będziemy mogli jakoś przetrwać na rynku. Nie obejdzie się jednak bez krwawych cięć, bez zamykania zakładów i przedefiniowania produkcji.

– Nie będzie więc np. elektromobilnych autobusów Ursusa?

– Tu jeszcze jest jakieś światełko w tunelu. Nasze autobusy nieźle się sprzedają, mimo wszystko rozwijamy ich produkcję. Mamy wprawdzie zachęcający do tego rodzaju produkcji rządowy program e-bus, ale Ursus na pewno nie będzie mógł skorzystać z jego dobrodziejstw... Niestety, pojawia się bardzo wiele różnych dziwnych zdarzeń, które zaprzeczają deklarowanej przez rząd polityce w tym zakresie.

– Jak Pan tłumaczy te „dziwne zdarzenia”?

– Nie chciałbym tu używać mocnych oskarżeń, ale po prostu nie wierzę w to, że ktoś może ot, tak sobie wydać 300 mln zł państwowych pieniędzy i wpłacić je na rachunki hiszpańskiej firmy, żeby dostać nic nieznaczący papierek o 35-procentowym udziale w tej firmie. Pytam: Dlaczego PFR nie zainteresował się innymi producentami i nie chce zainwestować w Ursusa 30 mln zł za 35 proc. udziałów w naszej lubelskiej firmie, która chciałaby zacząć produkcję elektromobilnego samochodu dostawczego?

– Zadawał Pan to pytanie prezesom PFR?

– Chciałbym, ale nikt stamtąd nie chce się ze mną spotkać oficjalnie i rozmawiać na ten temat. Tłumaczą, że mają z Hiszpanami podpisane listy o poufności i – ich zdaniem – nieetyczne byłoby spotykanie się z prezesem polskiej rodzinnej firmy notowanej na Warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych, która produkuje ciągniki, maszyny oraz autobusy. Uważam, że to zasłanianie się etyką i lojalnością wobec hiszpańskiego producenta jest w tym przypadku co najmniej nie na miejscu.

– Ma Pan Prezes jeszcze siły, by walczyć ze wszystkimi o wszystko?

– Nie rezygnuję, walczymy o życie, o utrzymanie Ursusa przy życiu. Mam trochę żalu do siebie samego, że nabrałem się jak dziecko na deklaracje polityków, na to sadzanie mnie przy najważniejszych osobach w państwie, na zachwyty nad naszymi pomysłami i nad prężnym zdobywaniem rynków pozaeuropejskich, nad zaangażowaniem w elektromobilność... Teraz moją siłą napędową jest jeszcze walka o tysiąc pracowników Grupy Ursus, którzy pracują z pasją i zupełnie nie rozumieją, dlaczego ich firma – z którą naprawdę się identyfikują – jest tak bezrozumnie niszczona przez urzędników i przez jeden z państwowych banków.

– Wierzy Pan Prezes, że uda się przetrwać bez tego wsparcia, które hojną ręką dostają inni?

– Robię wszystko, by tak było. Ale obawiam się, że nie będzie to już dumna polska marka... Prowadzimy teraz rozmowy z zagranicznymi gigantami w sprawie wsparcia firmy, a to znaczy, że staniemy się po prostu tanimi podwykonawcami. Za wszelką cenę chciałbym tego uniknąć, ale chyba nie mamy już innego wyjścia. Mam wielki żal do polityków – nie tylko osobisty i firmowy, ale także obywatelski – o to, że nie potrafią naprawdę i uczciwie zadbać o rzeczywistą odbudowę rodzimego przemysłu maszyn rolniczych i przede wszystkim rolnictwa.

Karol Zarajczyk
Polski przedsiębiorca i menedżer. Absolwent Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości i Zarządzania im. L. Koźmińskiego w Warszawie oraz podyplomowych studiów specjalistycznych na uczelniach zagranicznych, m.in. w SDA Bocconi School of Management w Mediolanie, The School of Oriental and African Studies University of London, na Uniwersytecie Waseda w Tokio oraz w IESE Business School (Uniwersytet Nawarry). Od 2013 r. jest prezesem zarządu polskiej rodzinnej firmy Ursus S.A.

Tagi:
wywiad

W Futomie zapachniało pielgrzymką!

2019-05-15 09:02

Ks. Zbigniew Suchy
Edycja przemyska 20/2019, str. 6

Jest już tradycją, że w okresie Bożego Narodzenia i Wielkanocy odbywają się spotkania świąteczne pielgrzymów z poszczególnych grup Pieszej Przemyskiej Pielgrzymki na Jasną Górę. 3 maja takie spotkanie przeżywała grupa św. Wojciecha w Futomie. Za rok będą obchodzić jako grupa srebrny jubileusz pielgrzymowania. Skorzystałem z tej okazji, by zamienić parę słów o pielgrzymowaniu ze Stanisławem Kruczkiem, marszałkiem województwa podkarpackiego

Archiwum rodzinne
Stanisław Kruczek, marszałek województwa podkarpackiego

KS. ZBIGNIEW SUCHY: – Panie Marszałku! Nie jest codziennością pielgrzymkową spotkać na szlaku wysoko postawionych notabli. Pan poświęca całe dwa tygodnie, by dzielić z pielgrzymami trudy wędrowania. Dlaczego?

STANISŁAW KRUCZEK: – Pewnie nie byłoby marszałka, gdyby nie pielgrzymka. Doskonale pamiętam pierwszą, na którą wybrałem się z całą moją rodziną, żoną Wiolą i dziećmi.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Seminarium otwarło drzwi

2019-05-18 18:16

Ks. Mariusz Frukacz

Kl. Tomasz Nowak

Blisko 180 młodych ludzi, w większości ministrantów i lektorów z archidiecezji częstochowskiej i diecezji sosnowieckiej, m.in. z Częstochowy, Jaworzna, Rozprzy, Zawiercia, Olsztyna, Łaz, Wielunia, Bukowna, Siewierza, Aleksandrii. przybyło do budynku Wyższego Seminarium Duchownego w Częstochowie. 18 maja seminarium zorganizowało po raz kolejny tzw. „Dzień Otwartych Drzwi”. W tym roku wydarzenie to połączyło się z 99. rocznicą urodzin Karola Wojtyły – św. Jana Pawła II.

Zobacz zdjęcia: Dni otwarte seminarium

Mszy św. w kościele seminaryjnym pw. Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana przewodniczył wicerektor seminarium ks. Konrad Kościk. Natomiast homilię wygłosił ks. dr Adam Fogelman, wicerektor seminarium. W homilii wskazał młodym ludziom na znaczenie przyjaźni z Jezusem.

„Bardzo się cieszymy z każdego, kto przyjechał do naszego seminarium. Życzymy tym wszystkim, którzy rozeznają swoje powołanie, by dobrze je odkryli” – powiedział „Niedzieli” kl. Paweł Wilk z III roku Wyższego Seminarium Duchownego Archidiecezji Częstochowskiej.

„Ciszę się mogę dzisiaj być tutaj w seminarium. Myślę, że „Dzień Otwartych Drzwi” to dobra inicjatywa. Mam nadzieję, że w przyszłości zaowocuje powołaniami. Dzisiaj przeżywamy 99. rocznicę urodzin Karola Wojtyły – św. Jana Pawła II. To właśnie nasz święty papież jest wielkim autorytetem nie tylko dla Polaków. Sam bardzo lubię czytać i słuchać kazań św. Jana Pawła II” – mówił w rozmowie z „Niedzielą” Paweł Woźniak, lektor z parafii pw. św. Melchiora Grodzieckiego w Częstochowie.

W ramach „Dnia Otwartych Drzwi” odbyło się również spotkanie integracyjno-artystyczne z klerykami. Uczestnicy wydarzenia mogli zapoznać się z życiem seminaryjnym i zwiedzić budynek seminarium.

Dwadzieścia osiem lat temu, 15 sierpnia 1991 r., św. Jan Paweł II dokonał poświęcenia nowego gmachu Wyższego Seminarium Duchownego w Częstochowie.

Przybywającego do seminarium Ojca Świętego witał napis „Salve in Domino” (Witaj w Panu). Taki napis wita dzisiaj wchodzących do budynku seminarium. 15 sierpnia 1991 r. o godz. 17 na placu seminaryjny czekało na papieża kilka tysięcy osób. Obecni byli także wszyscy klerycy, bardzo licznie zgromadzili się kapłani i siostry zakonne oraz wielka rzesza wiernych. Przy wejściu do seminarium Ojca Świętego powitali serdecznie ówczesny biskup ordynariusz diecezji częstochowskiej Stanisław Nowak i biskup pomocniczy Miłosław Kołodziejczyk – przewodniczący Komitetu Budowy Seminarium, przedstawiciele duchowieństwa oraz przełożeni i profesorowie seminarium z rektorem seminarium ks. prof. Janem Związkiem.

„W szkole Maryi, która przewodniczy w wierze Ludowi Bożemu, winni wzrastać kapłani na miarę zbliżającego się XXI wieku. Z całym radykalizmem właściwym postawie Maryi stojącej pod krzyżem winni oni głosić Ewangelię Jej Syna i świadczyć o niej życiem, wielkodusznie, bez najmniejszego kompromisu z duchem tego świata, czy też jakiegoś lęku” – podkreślił wówczas w przemówieniu św. Jan Paweł II.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Papież pozdrowił Polaków w 75. rocznicę bitwy pod Monte Cassino

2019-05-19 15:41

pb, st (KAI) / Watykan

Papież Franciszek pozdrowił Polaków w 75. rocznicę bitwy pod Monte Cassino. Po odmówieniu z wiernymi obecnymi na modlitwie „Regina caeli” na placu św. Piotra, Ojciec Święty pozdrowił polskich harcerzy, którzy przybyli w towarzystwie biskupa polowego Józefa Guzdka. Wczoraj uczestniczyli oni w uroczystościach rocznicowych na Polskim Cmentarzu Wojennym na Monte Cassino.

Grzegorz Gałązka

- Pozdrawiam (...) pielgrzymów polskich, w szczególności harcerzy, w towarzystwie Ordynariusza Polowego, którzy przybyli w 75. rocznicę bitwy pod Monte Cassino - powiedział papież.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem