Reklama

Audiencja generalna, 23 lutego 2011 r.

Św. Robert Bellarmin

Święty Robert Bellarmin, o którym pragnę dzisiaj wam opowiedzieć, przywołuje nam na pamięć czas bolesnej schizmy w chrześcijaństwie zachodnim, gdy wielki kryzys polityczny i religijny spowodował oderwanie się całych narodów od Stolicy Apostolskiej.
Urodzony 4 października 1542 w Montepulciano koło Sieny był wnukiem ze strony matki papieża Marcelego II. Zanim 20 września 1560 wstąpił do Towarzystwa Jezusowego, miał już świetną formację humanistyczną. Studia filozoficzne i teologiczne, które odbył w Kolegium Rzymskim, w Padwie i Lowanium, skupione wokół św. Tomasza i Ojców Kościoła, okazały się rozstrzygające dla jego ukierunkowania teologicznego. Wyświęcony na kapłana 25 marca 1570 był przez kilka lat profesorem teologii w Lowanium. Następnie został wezwany do Rzymu jako profesor w Kolegium Rzymskim, gdzie powierzono mu katedrę „Apologetyki”; w ciągu 10 lat pełnienia tego urzędu (1576-86) opracował kurs wykładów, które trafiły później do „Kontrowersji” (Controversiae) - dzieła, które wkrótce stało się sławne dzięki jasności i bogactwu treści oraz ze względu na swój wymiar przeważnie historyczny. Niedawno zakończył się Sobór Trydencki i Kościół katolicki potrzebował umocnienia i potwierdzenia własnej tożsamości także w stosunku do reformacji protestanckiej. Działalność Bellarmina wpisała się w ten kontekst. Od 1588 do 1594 był najpierw ojcem duchowym studentów jezuickich Kolegium Rzymskiego, wśród których spotkał św. Alojzego Gonzagę i był jego kierownikiem, a następnie jego przełożonym zakonnym. Papież Klemens VIII mianował go teologiem papieskim, konsultorem Świętego Oficjum i rektorem Kolegium Penitencjarzy Bazyliki św. Piotra. W dwuleciu 1597-98 ukazał się jego katechizm - Krótka nauka chrześcijańska, który był najpopularniejszą jego pracą.
3 marca 1599 papież Klemens VIII mianował go kardynałem, a 18 marca 1602 - arcybiskupem Kapui. Sakrę biskupią przyjął 21 kwietnia tegoż roku. W ciągu trzech lat sprawowania urzędu biskupa diecezjalnego wyróżnił się gorliwością kaznodziejską w swej katedrze, cotygodniowymi odwiedzinami parafii, trzema synodami diecezjalnymi i zwołanym przez siebie Synodem Prowincjalnym. Po udziale w konklawach, które wybrały papieży Leona XI i Pawła V, odwołano go do Rzymu, gdzie został członkiem Kongregacji: Świętego Oficjum, Indeksu, Obrzędów, Biskupów i Propagandy Wiary. Pełnił również zadania dyplomatyczne - w Republice Weneckiej i w Anglii - w obronie praw Stolicy Apostolskiej. W ostatnich latach życia napisał różne książki z zakresu duchowości, w których zawarł owoce swych dorocznych ćwiczeń duchowych. Z ich lektury lud chrześcijański jeszcze dziś czerpie wiele ku swemu zbudowaniu. Zmarł w Rzymie 17 września 1621 r. Papież Pius XI beatyfikował go w 1923, kanonizował w 1930 i ogłosił go doktorem Kościoła w 1931.
Święty Robert Bellarmin odegrał ważną rolę w ostatnich dziesięcioleciach XVI wieku i w pierwszych następnego stulecia. Jego „Controversiae” stanowiły punkt odniesienia, ciągle jeszcze cenny dla eklezjologii katolickiej w sprawach dotyczących Objawienia, istoty Kościoła, sakramentów i antropologii teologicznej. Jest w nich zaakcentowany instytucjonalny aspekt Kościoła, w związku z błędami, jakie krążyły wówczas wokół tych zagadnień. A jednak Bellarmin wyjaśnił nawet niewidzialne aspekty Kościoła jako Ciała Mistycznego i zilustrował je analogią do ciała i duszy w celu opisania związku między wewnętrznymi bogactwami Kościoła a aspektami zewnętrznymi, które czynią je widzialnymi. W tym monumentalnym dziele, próbującym usystematyzować różne kontrowersje teologiczne tamtych czasów, unika on wszelkiego podejścia polemicznego i agresywnego wobec idei reformacji, ale - stosując argumenty rozumu i Tradycji Kościoła - obrazuje w sposób jasny i skuteczny naukę katolicką.
Niemniej jednak wartość jego dziedzictwa tkwi w sposobie, w jakim pojmował swoją pracę. Uciążliwe urzędy kierownicze nie przeszkadzały mu bowiem w codziennym dążeniu do świętości dochowując wierności wymogom jego stanu zakonnego, kapłańskiego i biskupiego. Z owej wierności płynie jego zaangażowanie w kaznodziejstwo. Będąc jako kapłan i biskup przede wszystkim duszpasterzem, poczuwał się do obowiązku gorliwego głoszenia kazań. Zachowały się setki „sermones” - homilii - głoszonych we Flandrii, w Rzymie, Neapolu i w Kapui przy okazji uroczystości liturgicznych. Nie mniej obfite są „expositiones” i „explanationes” skierowane do proboszczów, sióstr zakonnych, słuchaczy Kolegium Rzymskiego, których przedmiotem często jest Pismo Święte, zwłaszcza Listy Pawłowe. Jego kaznodziejstwo i jego katechezy reprezentują ten sam charakter istotności, który zaczerpnął z wychowania ignacjańskiego i która w całości dążyła do skupienia sił duszy na Panu Jezusie, intensywnie poznawanym, kochanym i naśladowanym.
W pismach tego męża władzy czuje się bardzo jasno, mimo powściągliwości, za którą ukrywa swe uczucia, prymat, jaki przyznaje on nauczaniu Chrystusa. Święty Bellarmin proponuje w ten sposób wzór modlitwy, będącej duszą wszelkiej działalności: modlitwy, która słucha Słowa Pańskiego, która syci się rozważaniem Jego wielkości, która nie polega na samej sobie, ale cieszy się, że może zdać się na Boga. Wyróżniającym znakiem duchowości Bellarmina jest żywe i osobiste przyjmowanie niezmiernej dobroci Boga, którego nasz Święty czuł się prawdziwie synem umiłowanym przez Niego, toteż źródłem wielkiej radości było przyjmować Go, z pogodą i prostotą, w modlitwie i w rozpamiętywaniu Boga. W swej książce „De ascensione mentis in Deum” - O wznoszeniu się umysłu do Boga - napisanym według schematu „Wędrówki” św. Bonawentury, woła: „Duszo, przykładem dla ciebie jest Bóg, nieskończone piękno, światło bez cienia, blask, który przewyższa blask Księżyca i Słońca. Wznieś oczy do Boga, w którym znajdują się pierwowzory wszystkich rzeczy i z którego, niczym ze źródła nieskończonej obfitości, wypływa owa niemal nieskończona różnorodność rzeczy. Dlatego winnaś dojść do wniosku: ten, kto znajduje Boga, znajduje wszystko, ten, kto traci Boga, traci wszystko”.
W tekście tym czuje się echo słynnej contemplatio ad amorem obtineundum - kontemplacji w celu zdobycia miłości - Ćwiczeń duchowych św. Ignacego. Bellarmin, który żył w wystawnym i często niezdrowym społeczeństwie końca XVI i początków XVII wieku, z kontemplacji tej robił praktyczny użytek i rzutował ją na sytuację Kościoła swoich czasów z żywym tchnieniem duszpasterskim. W „De arte bene moriendi” - Sztuce dobrego umierania - ukazuje np. jako niezawodną normę dobrego życia, jak również dobrej śmierci, częste i poważne rozważanie, że trzeba będzie zdać rachunek przed Bogiem ze swych działań oraz ze swego sposobu życia i próbować nie gromadzić bogactwa na tej ziemi, ale żyć w prostocie i miłości tak, aby gromadzić dobra w Niebie. W „De gemitu columbae” - Jękach gołębicy, gdzie gołębica reprezentuje Kościół - wzywa z mocą duchowieństwo i wszystkich wiernych do osobistej i konkretnej reformy własnego życia zgodnie z tym, czego uczą Pismo i święci, spośród których cytuje zwłaszcza św. Grzegorza z Nazjanzu, św. Jana Chryzostoma (Złotoustego), św. Hieronima i św. Augutyna, jak również wielkich założycieli zakonnych, jak św. Benedykt, św. Dominik i św. Franciszek. Bellarmin uczy z wielką jasnością i przykładem swego życia, że nie możemy dokonać prawdziwej reformy Kościoła, jeśli najpierw nie przeprowadzimy reformy osobistej i nawrócenia swego serca.
Z Ćwiczeń duchowych św. Ignacego Bellarmin czerpał rady, jak głosić w sposób pogłębiony nawet najprostszym ludziom piękno tajemnic wiary: „Jeśli jesteś mądry, rozumiesz, że zostałeś stworzony ku chwale Boga i dla swego wiecznego zbawienia. Jest to twój cel, środek twej duszy, skarb twego serca. Dlatego oceniaj jako prawdziwe dobro dla siebie to, co prowadzi cię do twego celu a jako prawdziwe zło to, co sprawia, że ci tego brakuje. Zdarzenia pomyślne lub wrogie, bogactwa i ubóstwo, zdrowie i choroba, zaszczyty i zniewagi, życie i śmierć - mądry nie powinien ani ich szukać, ani uciekać od nich dla samego siebie. Ale rzeczami dobrymi i pożądanymi są tylko te, które przyczyniają się do chwały Boga i do twego szczęścia wiecznego, a złe i należy przed nimi uciekać, jeśli są w tym przeszkodą” (De ascensione mentis in Deum, stopień 1).
Oczywiście, nie są to przemijające słowa mody, ale słowa wymagające dziś od nas na długo rozmyślań, aby ukierunkować naszą drogę na tej ziemi. Przypominają nam one, że celem naszego życia jest Pan, Bóg, który objawił się w Jezusie Chrystusie, w którym nadal wzywa On nas i obiecuje nam wspólnotę z Nim. Przypominają nam ważność zawierzenia Panu, trwania w życiu wiernym Ewangelii, akceptowania i rozświetlania wiarą i modlitwą wszelkich okoliczności i wszelkich działań naszego życia, zawsze trwając w jedności z Nim. Dziękuję.

kg (KAI)/Watykan

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Świat nienawidzi chrześcijan

2020-09-16 11:30

Niedziela Ogólnopolska 38/2020, str. 16-18

[ TEMATY ]

prześladowania

chrześcijanin

Adobe.Stock.pl

„Jeżeli Mnie prześladowali, to i was będą prześladować” (J 15, 20). Te Jezusowe słowa zapowiadają i wyjaśniają występujące na przestrzeni wieków zjawisko prześladowania chrześcijan. Dziś technicznie nazywa się to fobią antychrześcijańską, chrystianofobią. Gdzieniegdzie, np. w Wielkiej Brytanii, sugeruje się, aby – ze względu na skalę zjawiska – karać przejawy chrystianofobii na równi z aktami antysemityzmu czy islamofobii.

Przy okazji Wielkiego Jubileuszu Roku 2000 podkreślano, że liczba ofiar prześladowań z czasów rzymskich jest nieporównywalna z liczbą chrześcijan eksterminowanych w XX wieku. To prawdziwy „wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków” (Ap 7, 9), co podkreślił w swojej książce Stulecie męczenników. Świadkowie wiary XX wieku prof. Andrea Riccardi. Wyczulony był na to św. Jan Paweł II, świadek dwóch systemów, które w XX wieku miały najwięcej krwi chrześcijan na rękach: niemieckiego nazizmu i sowieckiego komunizmu. Od 2000 r. minęło już 20 lat. Nic nie wskazuje, żeby gehenna chrześcijan miała się skończyć. Globalne „polowanie” na wyznawców Chrystusa trwa w najlepsze, a ponieważ w zglobalizowanym świecie terytorium jakby się skurczyło, naganiacze są coraz bliżej nas. Także w starych chrześcijańskich krajach, w tym w Polsce, narasta zjawisko chrystianofobii. Przybiera ono różne formy, a o większości zdarzeń w ogóle się nie dowiadujemy. Może nawet nie dlatego, że są skrywane, ale że jest ich tak wiele. Po prostu spowszedniały.

Pełzająca nienawiść

Na stronie Obserwatorium Nietolerancji i Dyskryminacji Chrześcijan w Europie – niezależnej austriackiej organizacji zajmującej się monitorowaniem nietolerancji wobec chrześcijan w Europie – czytamy o najświeższych przypadkach chrystianofobii na Starym Kontynencie. W niemieckim Durlangen w Badenii-Wirtembergii ktoś, raczej nie dla żartu, obciął głowę Jezusa z pasyjki. W nadreńskim miasteczku Velbert, znanym z produkcji zamków i okuć, inny sprawca pomalował czerwonym sprayem znajdującą się na frontonie kościoła św. Józefa figurę Chrystusa. We włoskim Pavignano złoczyńca napadł na plebanię. Zdemolował, co tylko się dało, i skradł wartościowe rzeczy, w tym obraz Matki Bożej. W leżącej przy granicy z Portugalią hiszpańskiej Plasencji ktoś podpalił najstarszy w mieście kościół. Ogień był duży, ale na szczęście szybka interwencja strażaków ograniczyła straty. W nadmorskim włoskim Baia Verde komuś przeszkadzały z kolei kropielnice przy ołtarzu polowym. W tym samym dniu „zapalił się” kościół w Wülfrath w Niemczech. Jako przykład nietolerancji austriackie obserwatorium wymienia również wywieszenie tęczowej flagi na figurze Chrystusa w Warszawie.

W ostatnim z raportów wspomnianej organizacji, podsumowującym 2018 r. w Europie, wymienia się ponad 325 udokumentowanych przypadków nienawiści do chrześcijan w ich codziennym życiu. Przypadki te są różne: od łamania wolności wyznania i sumienia (czym jest choćby zmuszanie chrześcijańskich lekarzy oraz pielęgniarek do wykonywania aborcji), przez barbarzyńskie ataki na kościoły czy cmentarze, aż po fizyczną napaść na duchownych i świeckich chrześcijan. Raport zastrzega, że to tylko wycinek, który w 100% nie przedstawia całej opresji wobec chrześcijaństwa na Starym Kontynencie. Nie opisuje, bo trudno to uchwycić w faktach, wydarzeń mających charakter systematyczny, swego rodzaju procesu, np.: że chrześcijanom przeszkadza się w działalności gospodarczej właśnie dlatego, iż są chrześcijanami; że przez stosowanie różnych zakazów nie pozwala się publicznie manifestować swoich przekonań moralnych, bo klasyfikuje się je jako tzw. mowę nienawiści, że w różny sposób sekuje się przyznających się do tradycyjnych wartości profesorów na uniwersytetach, a nawet, w niby tak wrażliwym na imigrantów świecie zachodnim, odmawia się azylu uciekinierom właśnie dlatego, iż są chrześcijanami. Paradoksalnie, w rzekomo chrześcijańskim świecie chrześcijańscy uciekinierzy z Syrii, Iraku czy z innych miejsc już na starcie mają „pod górkę”. O nastawieniu świata wobec tego, co kościelne i chrześcijańskie mówi morze antychrześcijańskiego hejtu, którym wypełniony jest internet.

Obudźmy się!

Przypadków nietolerancji wobec chrześcijan, antychrześcijańskiego uprzedzenia i chrystianofobii jest dziś na Starym Kontynencie oraz w świecie zachodnim znacznie więcej niż było 20 czy 30 lat temu. Raport niemieckiej policji za 2017 r. wzbudził niepokój konserwatywnych polityków. Wskazał bowiem na blisko 100 przestępstw motywowanych niechęcią wobec chrześcijaństwa i chrześcijan. W Szkocji, według wspomnianej austriackiej organizacji non-profit, już na początku XXI wieku 95% wszystkich przestępstw motywowanych niechęcią do religii było wymierzonych w chrześcijan. We Francji aż 85 aktów wandalizmu wymierzonych zostało w miejsca kultu chrześcijańskiego, choć samych chrześcijan jest już nad Sekwaną nieco ponad 50%. Zresztą na terytorium „najstarszej córy Kościoła” liczba przestępstw godzących w katolików wzrasta. Według danych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, w 2019 r. zanotowano 1052 przypadki antychrześcijańskich przestępstw. Czynów karalnych motywowanych antysemityzmem było 2 razy mniej, a przypadków islamofobii aż 10 razy mniej. To pokazuje, kto jest najbardziej prześladowaną grupą religijną nad Sekwaną, i tłumaczy, dlaczego francuscy katolicy nie czują się we Francji jak u siebie w domu, a milczenie opinii publicznej na dotykającą ich krzywdę budzi prawdziwy niepokój. Najświeższe ostrzeżenie o wzrastającej agresji wobec chrześcijan pochodzi z Irlandii Północnej. Według policyjnych statystyk, w ciągu ostatnich 5 lat w tym niewielkim kraju odnotowano aż 601 aktów napaści na budynki sakralne i parafialne oraz cmentarze. Najczęściej na kościoły katolickie.

Porównanie twardych, oficjalnych danych z badaniem opinii na ten sam temat pokazuje, że opinia publiczna nie dostrzega problemu pełzającej chrystianofobii. Według danych ze Stanów Zjednoczonych za 2018 r., przestępstwa motywowane niechęcią do chrześcijaństwa były na podobnym poziomie do tych popełnionych przeciw muzułmanom, podczas gdy opinia publiczna (badanie Pew Research Center z 2019 r.) jest przekonana, że to muzułmanie są najbardziej dyskryminowaną grupą religijną. Społeczeństwa zachodu żyją w oparach złudzeń i częściej traktują chrześcijan jako opresorów niż ofiary. Fakty jednak pokazują, że jest odwrotnie. Sytuacja jest zła na całym świecie, a w niektórych częściach już bardzo zła.

Milczenie świata

Według oficjalnego raportu zleconego przez brytyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych w 2019 r., w niektórych częściach globu (szczególnie często wymienia się tam Bliski Wschód), prześladowanie chrześcijan wypełnia międzynarodową definicję ludobójstwa. I co? I nic! Politycy oraz sądy ignorują problem chrystianofobii. Winę za to ponosi kanon politycznej poprawności, swoisty kodeks postępowania, który sugeruje, aby nie widzieć, że czarne jest czarne, a białe jest białe. – To, o czym zapomnieliśmy w atmosferze politycznej poprawności, to fakt, że prześladowani chrześcijanie należą do najbiedniejszych ludzi na ziemi – przyznał szczerze, poruszony wynikami raportu, brytyjski minister spraw zagranicznych Jeremy Hunt. – Następny Holokaust będzie chrześcijański – powiedział rok temu podczas jednej z konferencji filipiński odpowiednik Teodoro Lopez Locsin, a gehennę wyznawców Chrystusa na Bliskim Wschodzie nazwał obrazowo ofiarą wotywną złożoną przez Zachód na ołtarzu bogatego w ropę regionu. Szef węgierskiego MSZ Péter Szijjártó stwierdził wprost, że chrystianofobia jest dziś jedyną akceptowalną formą dyskryminacji, i to globalnie. W mainstreamie panuje na to ciche przyzwolenie. Międzynarodowa wspólnota nie jest wrażliwa na prześladowania chrześcijan. Dlaczego? Jednym z wytłumaczeń jest to, że dzieje się tak, bo żyjemy w społeczeństwach postchrześcijańskich, w których chrześcijaństwo z natury nie jest respektowane. Eksperci są zgodni. Tylko zdecydowana i silna odpowiedź większości podmiotów oraz osób indywidualnych jest w stanie postawić tamę nasilającej się agresji wobec chrześcijaństwa w Europie i na świecie.

Nasza chata nie jest z kraja

Podobną sytuację obserwujemy w Polsce. Kościół, ludzie Kościoła, szczególnie duchowni, ale także własność kościelna padały ofiarą przestępstw od dawna. Wcześniej jednak, to znaczy przed 15, 20 laty, przestępstwa były motywowane rabunkowo. Kościół był przedstawiany przez niechętne mu media jako instytucja majętna, co wprost zachęcało pospolitych rabusiów do napadów na plebanie czy kościelne puszki. Nie pamiętam jednak jakiegoś skoku stulecia, w którym złodzieje „obłowiliby się”, bo dużych pieniędzy Kościół, wbrew opinii, nie miał i nie ma. Łupem padały niewielkie sumy pieniędzy, ale zdarzało się, że przy okazji bito i torturowano księży. Dziś te napady praktycznie zniknęły. Pojawiły się natomiast motywowane nienawiścią do Kościoła i katolików akty wandalizmu, napaści fizyczne czy bluźniercze ataki na symbole religijne. Tylko w ostatnich dniach byliśmy świadkami ataku na kościół w Przemyślu, na pomnik św. Jana Pawła II w Gdańsku czy zbezczeszczenia ołtarza w Tyńcu. Kolejna obraza Matki Bożej przez rozpowszechnianą w internecie grafikę czy niedawny atak na figurę Chrystusa na Krakowskim Przedmieściu... Ataki fizyczne? Przypomnijmy tylko wydarzenia z ostatnich 2 lat: zaatakowani zostali księża we Wrocławiu, Szczecinie, Łodzi czy w wielkopolskim Turku. W Berlinie 61-letni ksiądz odprawiał niedzielną Mszę św., gdy nagle jeden z wiernych wstał z ławki, splunął na podłogę kościoła, podszedł do księdza i zadał mu potężny cios. Czarno na białym widać, że fizyczne ataki na obrońców życia mają już charakter zorganizowanej działalności, podobnie jak zorganizowane jest nękanie abp. Marka Jędraszewskiego. Milczenie w tych sprawach jest zachętą do kolejnych ataków.

CZYTAJ DALEJ

Niebo daje znak! Małe cuda Ojca Pio

2020-09-23 08:20

Archiwum Karoliny Szybiak

Ojciec Pio to nie tylko surowy zakonnik. To pomocnik i święty z poczuciem humoru.

Ojciec Pio to święty bliski mojej rodzinie. Już w czasach mojego dzieciństwa obraz włoskiego zakonnika z groźnym spojrzeniem wisiał na ścianie. Patrzył złowrogo, ale nie bałam się go. Mama powtarzała, że był to ciepły człowiek, a pod jego szorstkim sposobem bycia miało się ukrywać dużo miłości i czułości. Wtedy do końca to do mnie nie docierało.

Pierwszą znaczną pomoc od Ojca Pio otrzymał mój młodszy brat, Mateusz. Podczas jego pobytu na misjach w Brazylii Mateusz musiał dostarczyć do urzędu dokument, którego nie wystawiała strona polska. Brat zaczął modlić się do świętego zakonnika, aby ten wstawiał się w tej sprawie. Kontynuowanie misji i pomocy najuboższym mieszkańcom Brazylii stało pod znakiem zapytania. Zbliżał się termin wręczenia dokumentów – a Mateusz dalej miał puste ręce. W końcu w wyznaczonym dniu brat wstawił się w odpowiednim okienku i przedstawił jedynie to, co miał. Urzędnik odpowiedział: „Dziękuję, mam już wszystko”. Niebo dało znak!

Moja relacja ze świętym rozpoczęła się podczas narodowej kwarantanny spowodowanej koronawirusem. Zamknięta na wszystkie spusty w moim mieszkaniu, trafiłam na stronę z żartami Ojca Pio. W tych trudnych, mrocznych dniach epidemii, to było jak promyk jasnego światła. Pomyślałam – ale przeuroczy człowiek! Pomodliłam się. Zapytałam, czy zostanie moim przyjacielem, szczególnym orędownikiem, opiekunem.

Następnego dnia – pomimo nowych rygorów i limitów w kościołach – postanowiłam pójść na Mszę św. i przypieczętować naszą przyjaźń. W drodze na Eucharystię zatrzymała mnie kobieta i zaproponowała zakup kwiatów. Odpowiedziałam, że nie mam pieniędzy, a wtedy ona... wręczyła mi 13 białych róż. Później przeczytałam, że 13 róż jest symbolem i zaproszeniem do… dozgonnej przyjaźni.

Dziś idziemy przez życie razem. Często powierzam mu moje radości i kłopoty. Towarzyszy mi na co dzień. Mój nowy przyjaciel. Ojciec Pio.

Karolina Szybiak

Róże od Ojca Pio

Róże od Ojca Pio
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję