Reklama

okiem felietonisty

Kradzież zuchwała w majestacie prawa

2018-11-21 10:42

Stanisław Michalkiewicz
Niedziela Ogólnopolska 47/2018, str. VIII

Ubezpieczenia społeczne są rodzajem zakładu. Obywatel zakłada się z ubezpieczalnią, że będzie żył długo, a ubezpieczalnia z nim – że będzie żył krótko

W kodeksie karnym jest przepis przewidujący kary dla każdego, kto w celu osiągnięcia korzyści majątkowej doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem, za pomocą wprowadzenia jej w błąd... i tak dalej. Oczywiście, karze nie podlega „każdy” – bo np. władze państwowe nie są karane, chociaż popełniają bardzo wiele czynów opisanych w kodeksach karnych jako przestępstwa. Nazywa się to immunitetem państwa suwerennego, który oznacza tyle, że jednego państwa nie można pozwać przed sąd innego państwa, chyba że – jak w przypadku Traktatu Lizbońskiego – poddało się ono jurysdykcji innych sądów, np. europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu. Ciekawa byłaby ocena postępku, który wprawdzie polega na doprowadzeniu innej osoby, a nawet milionów osób, do niekorzystnego rozporządzenia własnym mieniem, ale nie przysparza tym korzyści majątkowej. Bardzo możliwe, że i w takim przypadku byłoby to przestępstwo, bo przepis kodeksu mówi, że sprawca działa „w takim celu”, ale nie oznacza to, że na pewno taki cel osiągnie.

Gdybym chciał znaleźć przykład takiego działania, to wskazałbym na przymus ubezpieczeń, zwłaszcza ubezpieczeń społecznych. Jak wiadomo, ubezpieczenia w ogóle są rodzajem hazardu; jeśli bowiem zawieram umowę ubezpieczenia następstw nieszczęśliwych wypadków, to w istocie zakładam się z ubezpieczalnią, że np. złamię sobie rękę, a ubezpieczalnia ze mną – że sobie ręki nie złamię. Jeśli złamałem rękę, to wygrałem, a jak nie – to wygrała ubezpieczalnia, bo wzięła ode mnie pieniądze, ale nic mi nie dała. Nie ma w takim hazardzie nic złego – chyba że ktoś jest do takiego zakładu zmuszany. Ubezpieczenia społeczne też są rodzajem zakładu. Obywatel zakłada się z ubezpieczalnią, że będzie żył długo, a ubezpieczalnia z nim – że będzie żył krótko. Jeśli żyje długo, to wygrał, chociaż z różnych względów – o których za chwilę – nie jest to wcale takie pewne, a jeśli żyje krótko – to wygrała ubezpieczalnia. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę, że większość takich ubezpieczalni to są agendy państwowe. Są one żywotnie zainteresowane tym, by obywatele żyli możliwie krótko, a państwo ma możliwości, żeby taki cel osiągnąć, ale wcale o tym obywateli nie informuje.

Ubezpieczenia społeczne są przeważnie przymusowe, co jest o tyle osobliwe, że uważane są za wielkie dobrodziejstwo. Po cóż przymuszać ludzi do tego, by wyświadczyć im dobro? Trudno to na pierwszy rzut oka zrozumieć, ale pewne światło na tę sprawę rzuca eksperyment polegający na tym, by wyobrazić sobie, że przymusu nie ma i że te ubezpieczenia są umowne. Jak wyglądałyby negocjacje? Ubezpieczalnia żąda od obywatela, żeby przekazywał jej duży procent swego dochodu, a co w zamian za to może zaoferować obywatelowi? „Kiedyś coś panu damy” – tak musiałaby brzmieć uczciwa obietnica. Każdy, kto by taką ofertę usłyszał, z oburzeniem by ją odrzucił – i dlatego ubezpieczenia społeczne są przymusowe.

Reklama

Wprawdzie działalność ubezpieczeniowa uchodzi za dochodową, ale tylko dla ubezpieczalni, i to niektórych, bo np. Zakład Ubezpieczeń Społecznych w Polsce został wprawdzie wyposażony w prawo emitowania własnych obligacji, ale ich gwarantem jest budżet państwa. Zatem obywatele – zmuszeni do opłacania tzw. składki na ubezpieczenie społeczne – najpierw muszą przekazać ubezpieczalni prawie duży procent swoich miesięcznych dochodów, a potem – jako podatnicy – muszą jeszcze raz zapłacić za wykup tych obligacji, żeby ZUS miał gotówkę, bo przecież obligacjami emerytur wypłacać się nie da. Wygląda to na „niekorzystne rozporządzenie własnym mieniem”, i to na skutek wprowadzenia w błąd, bo władze utrzymują ludzi w przekonaniu, że ubezpieczenia społeczne są wielkim dobrodziejstwem. Mamy zatem do czynienia ze zjawiskiem, które nosiłoby znamiona kradzieży zuchwałej, ale ze względu na wspomniany immunitet państwa suwerennego nikt z tego tytułu ukarany być nie może.

Tymczasem na skutek wprowadzania coraz większej liczby przymusów, które pociągają za sobą konsekwencje finansowe, coraz więcej kapitału finansowego trafia do rąk stosunkowo nielicznych ludzi. Muszą oni ten kapitał korzystnie inwestować, więc nic dziwnego, że wkładają go w przedsięwzięcia rokujące największy zysk. Dlatego też ubezpieczalnie bardzo często transferują ogromne sumy kapitału finansowego nawet z kontynentu na kontynent, co przy dzisiejszych technikach komunikacyjnych nie przedstawia żadnych trudności. Jednak takie transfery powodują ogołocenie jakichś obszarów z kapitału finansowego, co odbija się niekorzystnie na gałęziach gospodarki związanych terytorialnie: na rolnictwie, przemyśle, transporcie i usługach, zaś z tymi paroksyzmami muszą sobie radzić lokalne rządy. Oczywiście, próbują sobie radzić, jednak posługując się pieniędzmi podatników, którzy w ten sposób zmuszeni są do trzykrotnego płacenia z powodu przymusu ubezpieczeń społecznych. Na tym tle narastają napięcia między zwolennikami globalizacji, którzy uważają, że zmniejszenie roli politycznych granic w wymianie gospodarczej sprzyja równomiernemu nasyceniu bogactwem wszystkich zakątków świata, chociaż oczywiście tego nie gwarantuje, a przeciwnikami globalizacji, czyli tzw. antyglobalistami, którzy uważają, że należy zwiększyć znaczenie granic politycznych w wymianie gospodarczej, a wtedy rządom byłoby łatwiej radzić sobie z paroksyzmami choćby w taki sposób, że do żadnych transferów kapitałowych by nie dopuściły. Ten pomysł zdobywa coraz więcej zwolenników, ale szkoda, że nikomu nie przychodzi do głowy inny pomysł – by mianowicie polikwidować większość przymusów pociągających za sobą konsekwencje finansowe. Słowem – żeby nie odbierać obywatelom pieniędzy pod pretekstem rozmaitych dobrodziejstw. Obywatele bowiem, bez najmniejszego przymusu ze strony rządu, nie ogołacaliby z kapitału finansowego obszaru, na którym żyją, gdzie pracują i gdzie zarabiają. Zauważył to kiedyś prezydent USA Ronald Reagan, mówiąc, że rząd nie jest w stanie rozwiązać żadnego problemu, natomiast nieustannie stwarza nowe.

Stanisław Michalkiewicz
Prawnik, eseista, publicysta, polityk. Działacz opozycji w PRL. Wykładowca w Wyższej Szkole Stosunków Międzynarodowych i Amerykanistyki w Warszawie oraz w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu

Zwyczaje ważniejsze od Boga

2019-11-19 12:16

Bp Andrzej Przybylski
Niedziela Ogólnopolska 47/2019, str. 20

Przyjęliśmy pobożne tradycje i zwyczaje, a zgubiliśmy w nich żywego Boga

Agnieszka Bugała
To Bóg wymyślił małżeństwo i tylko On może je naprawić

Mamy dużo kościelnych zwyczajów. Największe rzesze przychodzą do kościoła wtedy, gdy coś się dzieje, i to takiego, z czym wzrastaliśmy niemal od dziecka. Jeszcze lepiej, kiedy to pobożne wydarzenie przedłużone jest biesiadowaniem. Bo jak tu nie iść do kościoła w Wielką Sobotę, kiedy święcą pokarmy? Jak nie pojawić się na Pasterce, kiedy tak nostalgicznie brzmią kolędy, i jak nie podzielić się opłatkiem, bez którego trudno sobie wyobrazić Wigilię? Lubimy, kiedy na Mszy św. sypią popiół na głowę, święcą palmy albo przykładają dwie świece do szyi, żeby leczyć choroby gardła. Podobnie jest z I Komunią św., chrztem czy sakramentem małżeństwa. Pierwszeństwo w przygotowaniu do tych najważniejszych spotkań z Bogiem mają rzeczy, które... z Bogiem niewiele mają wspólnego. Chyba każdy duszpasterz marzy dziś o tym, żeby zamiast o sukienkach i garniturach móc poważnie i wyczerpująco porozmawiać z rodzicami i dziećmi o prawdziwej obecności Boga w Eucharystii; żeby zamiast ustalać kwestię dekoracji kościoła móc z młodymi szczerze porozmawiać o małżeństwie i o tym, jak żyć, żeby działanie tego sakramentu nie skończyło się po kilku miesiącach. Nawet nie zauważyliśmy, jak zaczęło nam być wszystko jedno, czy mówimy o chrzcie czy o chrzcinach – a może nawet to drugie stało się ważniejsze niż sam sakrament? I pomyśleć, że wszystkie te zwyczaje powstały dzięki Bogu, dla Boga i ze względu na Niego. W Bogu są ich moc, skuteczność działania i całe piękno. Bóg był potrzebny, żeby zaistniały i nabrały rangi – a teraz można już Panu Bogu podziękować, bo my postanowiliśmy je sobie przywłaszczyć i zorganizować po swojemu. Przyjęliśmy pobożne tradycje i zwyczaje, a zgubiliśmy w nich żywego Boga.

W pewnej parafii podczas całodziennego wystawienia Najświętszego Sakramentu ktoś wykradł monstrancję z Panem Jezusem. Kiedy proboszcz z ogromnym bólem w sercu i ze łzami w oczach wzywał swoich parafian do modlitwy przebłagalnej za tę profanację, usłyszał dziwne pocieszenie jednej z parafianek: „Niech ksiądz tak nie rozpacza, wprawdzie monstrancja była ładna i bardzo droga, ale szybko złożymy się na nową!”. Zwyczaje stają się ważniejsze od samego Boga, a przecież one mają znaczenie tylko wtedy, kiedy dzięki nim spotykamy się z żywym Bogiem.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najświętsza Maryja Panna z Guadalupe

2019-12-11 20:58

O. Gabriel Garcia

Aztecy zaczęli się tam osiedlać w roku 1325. Tenochtitlan (obecnie miasto Mexico) było wyspą na jeziorze Texcoco. W listopadzie 1519 r. wraz ze swoim wojskiem zdobył je Hiszpan Hernan Cortes.

Graziako/Niedziela

Musiał jednak toczyć boje aż do 13 sierpnia 1521 r., nim zwyciężył ostatniego króla Azteków - Guatemoca. Azteccy mieszkańcy byli przerażeni tą klęską i zachłannością Hiszpanów. Między tymi dwoma narodami istniały olbrzymie różnice w kulturze, mowie, religii i zwyczajach. Trudno było znaleźć wspólny język. Zwycięzcy siłą zmuszali Azteków do przyjęcia wiary katolickiej. Byli jednak również i tacy misjonarze, którzy próbowali wprowadzić nową religię w sposób pokojowy i przy pomocy dialogu. 10 lat po hiszpańskim podboju miały miejsce objawienia Matki Bożej w Guadelupe. Przytaczamy tekst tubylca Nicana Mopohuna, przypisany Antoniemu Valeriane, jako najbardziej wiarygodny i dokładny oraz posiadający historyczną wartość.

Objawienie

9 grudnia 1531 r., w sobotni poranek, Dziewica ukazała się Juanowi Diego, tubylcowi z Cuauhtitlan, świeżemu konwertycie, ochrzczonemu krótko przed tym zdarzeniem. Juan Diego był w drodze na lekcję religii i gdy znajdował się w pobliżu wzgórza Tepeyac, doszedł go przepiękny śpiew ptaków. Nagle ptaki przestały śpiewać, a on usłyszał ze wzgórza głos wołający go po imieniu: „Juanito, Juan Diegnite”. Ujrzałem Panią o ponadnaturalnej piękności. Jej suknia błyszczała jak słońce. Głaz, na którym stały jej stopy, wyglądał jak z kamieni szlachetnych, a ziemia błyszczała jak tęcza. W tym pierwszym objawieniu Dziewica wyraziła Juanowi swe życzenie wybudowania kościoła na wzgórzu Tepeyaca. Juan Diego udał się natychmiast do biskupa - franciszkanina Juana de Zumarraga, by mu przekazać to, co się zdarzyło, lecz tenże nie uwierzył mu. Tubylec powrócił do domu smutny i zniechęcony. Tego samego dnia Juan Diego jeszcze raz wstąpił na wzgórze i spotkał tam Panią Nieba, która na niego czekała. Poprosiła go, by ponownie dotarł w następnym dniu do biskupa, by można było mu dokładnie przekazać życzenie. Wreszcie w następnym dniu, po długim oczekiwaniu, biskup przyjął go. Aby się przekonać, czy rzeczywiście mówi prawdę, skierował do niego wiele pytań i zażądał od niego przyniesienia znaku.

Juan Diego przekazał odpowiedź biskupa Pani, która prosiła go o przyjście ponowne w następnym dniu, by mogła przekazać mu znak. Jednakże Juan Diego nie stawił się w oznaczonym terminie na rozmowę z Panią Nieba, ponieważ poważnie zachorował jego wujek, musiał więc sprowadzić lekarza.

12 grudnia, we wtorek, Juan Diego udał się w drogę do Tlatelolco, aby sprowadzić kapłana, gdyż wujek chciał się wyspowiadać. Aby zdążyć do miasta, wybrał inna drogę, gdyż nie chciał zostać zatrzymanym przez Panią. Ona jednak spotkała go i Juan Diego opowiedział, co stało się z wujkiem. W odpowiedzi usłyszał, że nie ma się martwić stanem swego wujka, gdyż on wyzdrowieje. Uspokojony tymi słowami Juan Diego wypełnił życzenie Dziewicy i wspiął się na wzgórze, aby przynieść świeże róże. Dziewica uporządkowała kwiaty własnymi rękoma i złożyła w zagłębienie jego peleryny. On sam udał się ponownie do biskupa i na kolanach przekazał mu prośbę Dziewicy, rozpościerając swą pelerynę, pozwalając wypaść z niej różom. Nagle na pelerynie ukazał się obraz Dziewicy Matki Bożej. Biskup wraz z obecnymi osobami ujrzeli ten piękny i cudowny obraz. Dla Indian była to ogromna radość, jakby wybawienie. Objawienia, które miał Indianin, oraz obraz na pelerynie były znakami, że tubylcy zostali mocno włączeni do nowej wiary. W ciągu następnych 10 lat dokonało się około 8 milionów nawróceń.

Peleryna zrobiona jest z grubego lnu i z włókien maguey, na których utrzymują się silne, błyszczące kolory. Jej pierwsze naukowe badania zostały przeprowadzone w roku 1936. Niemiecki chemik, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie chemii, Ryszard Kühn stwierdził, że farby te nie pochodzą ani z mineralnych, ani roślinnych, ani ze zwierzęcych materiałów.

W roku 1951 rysownik Carlos Salinas odkrył, że w oczach Dziewicy widać postać mężczyzny z brodą. Od tego czasu badało obraz wielu optyków i specjalistów. W roku 1956 doktor Javier Torroella, optyk i chirurg, wydał lekarskie orzeczenie, w którym potwierdził, że w oczach Dziewicy widać ludzką postać. Do dziś do dziewicy z Guadelupe pielgrzymowało ponad 20 milionów ludzi i w ten sposób Guadelupe stała się najczęściej odwiedzanym sanktuarium świata. Wszyscy: biedni i bogaci, intelektualiści i robotnicy, rolnicy i studenci, mężczyźni i matki zdążają tam z wielka miłością i wiarą, aby odwiedzić naszą Matkę Nieba w bazylice Guadelupe i powiedzieć jej głośno lub cicho: „Bądź pozdrowiona, Maryjo, pełna łaski...”.

Z niem. tł. B. Gniotowa

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem