Reklama

Antoni Kępiński wygrał z czasem

2018-11-28 11:01

Z Krystyną Rożnowską – autorką książki „Antoni Kępiński. Gra z czasem”? – rozmawia Anna Wyszyńska
Niedziela Ogólnopolska 48/2018, str. 24-25

ANNA CICHOBŁAZIŃKSA

Anna Wyszyńska: – Trudno o większą pokusę dla dziennikarki zajmującej się problematyką medyczną i autorki książek o pacjentach szpitala psychiatrycznego niż zmierzenie się z biografią prof. Antoniego Kępińskiego – legendarnego lekarza, wybitnego psychiatry, naukowca, humanisty i filozofa. Czy decyzja o napisaniu tej książki była u Pani impulsem, czy dłuższym zmaganiem?

Krystyna Rożnowska: – Długo się nad tym zastanawiałam, propozycja wyszła od wydawnictwa, w którym wcześniej opublikowałam książki „Zwyciężona” oraz „Można oszaleć”, opowieść o pacjentach szpitala psychiatrycznego. Z początku odmówiłam, chociaż o profesorze wiedziałam dużo, znałam jego dzieła, zachwycałam się nimi. Jednak wydawało mi się, że jest on postacią tak wielką, znaczącą, iż ujęcie jego życia i dorobku w książce będzie trudne.

– Książki Kępińskiego: „Melancholia”, „Lęk”, „Rytm życia” „Schizofrenia”, „Poznanie chorego”, „Psychopatologia nerwic”, kiedyś rozchwytywane, przetrwały próbę czasu i nadal są czytane.

– To były książki, o których się mówiło i dyskutowało, które trzeba było przeczytać, jeżeli się miało ambicje, by być na bieżąco. Chociaż są napisane łatwym, przystępnym językiem, to przyswojenie ich głębokiego sensu wymaga dużego wysiłku intelektualnego. Dlatego zarówno na starcie, jak i później miałam obawy, czy podołam. Prof. Bogdan de Barbaro we wstępie do mojej książki „Antoni Kępiński. Gra z czasem” także wyznał, że gdy pisał posłowia lub słowa wstępne do publikacji książkowych, nigdy nie odczuwał tego rodzaju tremy i onieśmielenia, jak w czasie, gdy przystąpił do dzielenia się refleksjami nad pracą o prof. Antonim Kępińskim.

– Mija właśnie 100 lat od narodzin prof. Kępińskiego. Chociaż on sam stronił od polityki, to wydarzenia polityczne na różnych etapach jego życia miały znaczący wpływ na jego biografię. Jako niemowlę był wzięty do niewoli, a jego imię upamiętnia czas, kiedy oddano go rodzicom.

– Jego życie zaczęło się burzliwie. Urodził się 16 listopada 1918 r. w miasteczku Dolina, 60 km od Stanisławowa, gdzie wówczas trwały walki narodowościowe. Panowała atmosfera zagrożenia. Rodzice Kępińskiego, którzy mieli dość wysoką pozycję społeczną – ojciec był starostą – postanowili wraz z innymi Polakami uciec na Węgry. Zapewne byli targani wątpliwościami, ale obawiali się, że kilkutygodniowe niemowlę może nie przeżyć podróży saniami przez góry w czasie mroźnej zimy. Zabrali czteroletnią córkę Łucję, a syna zostawili w domu z oddaną nianią, Ukrainką. Oboje – chłopczyk i niania trafili do niewoli Ukraińców i po kilku miesiącach zostali wymienieni na dwóch jeńców, ukraińskich oficerów. Niania odnalazła państwa Kępińskich w Bielsku, a ponieważ było to w czerwcu, w czasie kiedy przypada wspomnienie św. Antoniego, chłopca ochrzczono tym imieniem. Potem państwo Kępińscy zamieszkali w Nowym Sączu, a w 1928 r. przenieśli się do Krakowa i posłali syna do znanego z wysokiego poziomu kształcenia Gimnazjum im. Bartłomieja Nowodworskiego. Antoni Kępiński jako nastolatek poznał Karola Wojtyłę – ucznia wadowickiego gimnazjum. Spotkali się w pociągu, gdy jechali na zjazd Sodalicji Mariańskiej do Poznania, i w podróży rozmawiali całą noc, o czym wspominał kard. Wojtyła.

– Antoni Kępiński był w szkole prymusem, po świetnie zdanej maturze w 1936 r. podjął studia na wydziale medycyny Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jak bardzo wybuch wojny zmienił jego życie?

– Już 1 września 1939 r., jako student medycyny, zgłosił się na ochotnika do obrony kraju. Gdy żegnał się z rodzicami, nikt nie przypuszczał, że rozpoczyna się okres jego ośmioletniej tułaczki. Wraz z wojskiem znalazł się na Węgrzech, po półrocznym pobycie w obozie uciekł do Francji, gdzie gen. Sikorski formował wojsko polskie. Po kapitulacji Francji postanowił dotrzeć do Wielkiej Brytanii. Kępiński i jego koledzy wybrali drogę przez Hiszpanię. Przebrnęli Pireneje, ale na terenie Hiszpanii zostali schwytani i osadzeni w obozie Miranda de Ebro. Był to ciężki obóz, w którym Antoni przeżył głód, tęsknotę, okrucieństwo frankistowskiego reżimu, dwa razy został pobity. Po wielu dramatycznych sytuacjach przez Madryt i Gibraltar dostał się w końcu do Anglii. Wstąpił do RAF-u, bo chciał zostać lotnikiem, ale jego pierwszy lot omal nie skończył się tragicznie, bo okazało się, że nie ma orientacji w przestrzeni powietrznej. Po tym wydarzeniu pojechał do Edynburga, gdzie na uniwersytecie był Polski Wydział Lekarski. Tu skończył studia medyczne.

– Pani książka to portret profesora. Jaki rys do jego portretu wniosły wojenna tułaczka i pobyty w obozach?

– Osiem lat przeżytych w tak ciężkich warunkach, przeszkody, które musiał pokonać, były dla niego szkołą życia, trudną, ale znaczącą, to go ukształtowało. Cały czas się uczył. W czasie pobytu w obozach na Węgrzech i w Hiszpanii sprowadzał książki medyczne, uczył się języków. Zresztą przez całe życie dużo czasu poświęcał na zdobywanie wiedzy. Był mocno związany z rodziną, utrzymywał korespondencję z rodzicami, a po śmierci ojca – z matką. Te listy się zachowały, a dzięki jego uczniowi – prof. Zdzisławowi Janowi Rynowi zostały po śmierci prof. Kępińskiego opublikowane. To, że zdecydował się na powrót do kraju, świadczy o jego patriotyzmie, wielu absolwentów Polskiego Wydziału Lekarskiego w Edynburgu zostało bowiem na Zachodzie. Ukończył studia w 1946 r., ale jeszcze przez rok pozostawał w Anglii, by praktykować w tamtejszych szpitalach – bez zapłaty, tylko za mieszkanie i wyżywienie. Przywiózł więc do zniszczonej wojną Polski, odgrodzonej przez lata od zachodniego świata, dużą wiedzę i doświadczenie i tu je wykorzystał.

– Jak doszło do wyboru przez niego psychiatrii jako specjalizacji? Czy nastąpiło to w Edynburgu, czy w Krakowie?

– Gdy wybierał kierunek studiów, przez pewien czas brał pod uwagę studiowanie teologii na UJ, ale dość szybko zdecydował się na medycynę. W szkole interesowały go biologia, psychika człowieka, psychosocjologia, był humanistą o szerokich zainteresowaniach i horyzontach. o psychiatrii prawdopodobnie myślał już, gdy decydował się na studia medyczne.

– Jego humanizm znalazł odbicie w relacjach z pacjentami, uważał, że ogromnie ważna jest w nich empatia, cierpliwe wysłuchanie chorego. Jak to wyglądało w codziennej praktyce?

– W jego pracy pacjent był najważniejszy, chory i relacje z nim stanowiły też treść jego książek – zwłaszcza pt. „Poznanie chorego”, która dotąd jest bardzo istotna dla kształtowania etyki studentów medycyny. W poprzednich wiekach chorzy byli traktowani bardzo źle, wręcz okrutnie. Kiedy prof. Kępiński zaczął pracę w Krakowie, sytuacja już się znacznie poprawiła. Prof. Władysław Stryjeński i inni psychiatrzy określali nowy, bardziej humanitarny stosunek do chorych psychicznie. Początkowo prof. Kępiński znalazł pracę w Klinice Neurologiczno-Psychiatrycznej przy ul. Botanicznej, a w 1950 r. został zaangażowany w Klinice Psychiatrycznej przy ul. Kopernika i w niej pozostał do końca, tam zmarł w 1972 r. Wracając do jego relacji z pacjentami – można powiedzieć, że profesor miał pewnego rodzaju obsesję na punkcie chorych, był im całkowicie oddany, zaangażowany w pracę z nimi bez reszty, dla nich rezygnował z udziału w konferencjach i z wyjazdów, dla chorych miał zawsze czas i poświęcał im się z umiłowaniem.

– Skąd taka popularność książek prof. Kępińskiego, i to nie tylko w kręgach medycznych?

– Prof. Kępiński przedstawił świat ludzi chorych psychicznie w bardzo interesujący sposób, jako ważne uzupełnienie wiedzy o psychice człowieka w ogóle. Odsłonił te obszary ludzkiego umysłu, które nie były wcześniej poznane. Uważał, że granica między zdrowiem a chorobą jest dość płynna, bo każdy może mieć takie chwile, które można nazwać psychiczną niedyspozycją czy chorobą. Przy tym unikał języka naukowego, pisał pięknie i zrozumiale. To właśnie z powodu tego „nienaukowego” stylu wydawnictwa naukowe długo nie chciały publikować jego prac, zwłaszcza że nie był zaangażowany politycznie, co wtedy ułatwiało karierę. Najwidoczniej zależało mu na tym, by jego książki były czytane nie tylko w kręgach naukowych, chciał dotrzeć do każdego, kto po nie sięgnie, przecież zdawał sobie sprawę, że jest to wiedza potrzebna ludziom chorym i zdrowym. Toteż dokonał przełomu w świadomości społecznej na temat chorób psychicznych i psychiatrii, miał wielki wkład w edukację na temat psychiki ludzkiej.

– Czy tytuł Pani książki: „Gra z czasem” odnosi się do faktu, że profesor nawet gdy był śmiertelnie chory, pracował intensywnie, by jego przemyślenia ujrzały światło dzienne?

– Fascynowała mnie determinacja, z jaką profesor pracował u schyłku życia, dziwiłam się, jak można napisać sześć książek w dwa i pół roku, gdy przebywało się w szpitalu i bardzo cierpiało. Gdy poznałam jego biografię, zrozumiałam, że kiedy zachorował, zresztą dość nagle, to materiał do książek miał praktycznie zebrany. Musiał go jednak uporządkować i napisać te książki, jedna po drugiej. Pracował z nieprawdopodobnym wysiłkiem, bardzo szybko. A co wzruszające, zdążył zobaczyć tylko jedną swoją książkę – „Psychopatologię nerwic”, reszta ukazała się po jego śmierci. Zapragnęłam uświadomić ludziom, do jakich wysiłków i poświęceń profesor był zdolny, by przekazać im swoją wiedzę, tak przecież przydatną, i jak dalece można darowany nam czas dobrze wykorzystać. Tytuł ma jeszcze jedno odniesienie – prof. Kępiński wygrywa z czasem nadal, zza grobu, dzieląc się z nami swoją wiedzą o człowieku, jego psychice, chorobie. Chociaż dzisiaj mamy ogromne możliwości diagnostyczne i medycyna, także psychiatria, znacznie się rozwinęła, wiedza prof. Kępińskiego o ludzkiej psychice jest ciągle aktualna. Bo przecież człowiek w swej istocie tak dalece się nie zmienił.

– Prof. Kępiński był człowiekiem wierzącym, w kręgu jego znajomych pojawiają się nazwiska wielu księży, w tym ks. Karola Wojtyły. Czy wiemy coś o ich dalszych kontaktach?

– Nie znalazłam informacji o ich częstych kontaktach, z pewnością nie mieli czasu, by przegadać kolejne noce jak w młodości. Ale oddziaływali na siebie, byli podobni w humanistycznym postrzeganiu człowieka. Kard. Wojtyła żegnał prof. Kępińskiego na cmentarzu Salwatorskim w Krakowie. Na pewno doceniał jego wielkość. Nawiązywał do jego dzieł i odwoływał się do nurtu psychiatrii, który stworzył prof. Kępiński. Chodzi o psychiatrię aksjologiczną, w której pewne zaburzenia psychiczne traktowane są jako skutek zaburzenia porządku moralnego, porządku wartości. Są też inne podobieństwa między nimi – urodzili się w tych samych czasach, mieli odciśnięte w psychice ciężkie przeżycia wojenne, a potem, pod koniec życia, podejmowali trudne zadania mimo choroby i wielkiego cierpienia. Cierpieniu i poszukiwaniu jego sensu i prof. Kępiński, i Jan Paweł II poświęcili wiele miejsca w swoich pracach. Mam świadomość, że moja książka nie ogarnia w pełni biografii i dorobku prof. Antoniego Kępińskiego, starałam się jednak napisać ją tak, by znów, z pozycji dnia dzisiejszego, przypomnieć tego niezwykłego uczonego i żeby jego myśli dotarły do szerokiego kręgu odbiorców. Uczą przecież o sprawach najważniejszych – o psychice człowieka i relacjach między ludźmi.

Tagi:
ludzie Antoni Kępiński

Wojtyła i Kępiński o cierpieniu

Zdzisław Jan Ryn
Niedziela Ogólnopolska 16/2012, str. 20-21

Warto spojrzeć na problem cierpienia z perspektywy zdawałoby się odległych od siebie dyscyplin, jakie uprawiali Karol Wojtyła i Antoni Kępiński

ARCHIWUM AUTORA
Abp. Karol Wojtyła nad grobem przyjaciela Antoniego Kępińskiego, czerwiec 1972

Karol Wojtyła - kapłan, teolog, filozof, poeta, mistyk, papież. Antoni Kępiński - lekarz psychiatra, profesor, szef Katedry Psychiatrii w krakowskiej Akademii Medycznej, humanista, twórca psychiatrii aksjologicznej, samarytanin naszych czasów.
Biografie obu przypadły na okres dwudziestowiecznej apokalipsy - drugiej wojny światowej, z niemieckimi obozami koncentracyjnymi i sowieckimi gułagami. Karol Wojtyła po maturze podjął studia na Uniwersytecie Jagiellońskim. W czasie okupacji pracował fizycznie w kamieniołomie, był świadkiem tragedii wielu polskich i żydowskich rodzin, sam cudem uniknął obozu i śmierci.
Antoniemu Kępińskiemu wojna przerwała studia medyczne po III roku. Ochotniczo wstąpił do wojska. Dostał się do niewoli, tułał się po obozach jenieckich, aby w końcu trafić do obozu koncentracyjnego w Miranda de Ebro w Hiszpanii. Po uwolnieniu ukończył studia medyczne na Polskim Wydziale Uniwersytetu w Edynburgu. Po wojnie wrócił do Krakowa i podjął pracę w Klinice Neurologiczno-Psychiatrycznej UJ.
Warto wspomnieć, że Wojtyła i Kępiński poznali się w latach licealnych, jako prezesi Sodalicji Mariańskiej: Wojtyła w Liceum Wadowickim, Kępiński w Liceum Nowodworskiego w Krakowie. Przypomniał ten epizod abp Wojtyła podczas sympozjum, jakie w kilka lat po śmierci Kępińskiego zorganizował w Pałacu Biskupim w Krakowie. Młodzieńcza przyjaźń przetrwała do śmierci Kępińskiego w 1972 r. Bp Wojtyła był celebransem na jego pogrzebie na cmentarzu Salwatorskim.
Fenomen ludzkiego cierpienia był jednym z głównych wątków zarówno w refleksji Karola Wojtyły, jak i Antoniego Kępińskiego. Karol Wojtyła pozostawił nam swoistą katechezę cierpienia z perspektywy teologicznej i filozoficznej, a Kępiński w oparciu o kliniczne doświadczenie zbudował podstawy pod psychiatrię humanistyczną i aksjologiczną. Z perspektywy 40 lat od śmierci Kępińskiego i 7 lat od śmierci Jana Pawła II widać wyraźnie, że te różne perspektywy łączy wspólny nurt: poszukiwanie sensu i nadanie sensu ludzkiemu cierpieniu.
Z rozważań Karola Wojtyły wynika, że ból i cierpienie nie są daremne, ich wymiar wykracza poza osobiste doświadczenie człowieka, a sens staje się zrozumiały niekiedy dopiero w perspektywie transcendentnej. Słowo „cierpienie” posiada szerszy zasięg i dotyczy nie tylko fenomenu choroby, fizycznej czy psychicznej. Można bowiem cierpieć zarówno w chorobie, jak i w zdrowiu. Źródłem cierpienia mogą być ogólniejsze przyczyny, jak głód, pragnienie, klęski żywiołowe, pozbawienie wolności, oraz czynniki subiektywne, jak lęk, zagrożenie, nieszczęśliwa miłość, zdrada, poniżenie godności, doświadczanie zła itp. Pojęcie bólu odnosimy najczęściej do bólu cielesnego, a pojęcie cierpienia moralnego do bólu duszy. Pierwszym zajmuje się lekarz, natomiast drugi jest bliższy kompetencjom kapłana.
Jan Paweł II zwrócił uwagę, że cierpienie ma również wymiar społeczny, a nawet ogólnoludzki. Cierpienie może ogarniać całe narody lub grupy etniczne, np. podczas wojen, powstań, zaborów czy naruszania praw człowieka. Wyznawcy różnych religii cierpią za swoją wiarę, w jej obronie są gotowi oddać życie. Heroiczne postawy męczenników za wiarę stały się podstawą wyniesienia ich na ołtarze.
Użycie przez Jana Pawła II słów Chrystusa: „Nie lękajcie się!” zapoczątkowało swoistą psychoterapię uniwersalną, jaką roztoczył Papież nad zalęknionym i poniżonym człowiekiem w różnych częściach świata. Nie bez powodu mówi się, że wybór Karola Wojtyły na papieża był znakiem czasu.
XX wiek był bezprzykładny w wyrafinowaniu i masowości zadawania cierpienia - niezawinionego! Poczucie sprawiedliwości przybrało paradoksalny kształt w doznaniach byłych więźniów obozów koncentracyjnych. Niektórzy z nich czują się winni, że przeżyli, podczas gdy inni, może lepsi od nich - zginęli. To, że żyją, odczuwają paradoksalnie jako akt niesprawiedliwości - to tamci powinni przeżyć, bo bardziej na to zasłużyli.
W poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie o sens cierpienia warto przekształcić pytanie: dlaczego cierpię? w pytanie: dla kogo lub w jakiej intencji cierpię? W kontakcie z chorym, zwłaszcza w stanie terminalnym, pozwala to przejść z płaszczyzny przyczynowej na płaszczyznę intencjonalności, a to pomaga w odnalezieniu sensu w każdym cierpieniu. W tym zapewne kryje się jeden z paradoksów cierpienia, polegający na tym, że osoby bardzo cierpiące mogą się czuć szczęśliwe.
Choroba i cierpienie nie zawsze wiążą się z przeżywaniem nieszczęścia. Mówi się, że wielkie dzieła rodzą się w cierpieniu. Wiele mogą o tym powiedzieć twórcy, artyści, wiele przykładów dają żołnierze oddający życie w obronie wyższych wartości, a także męczennicy czy święci. Przykładem może być postać Adama Chmielowskiego - św. Brata Alberta. Doświadczał cierpienia we wszystkich wymiarach: fizycznym, psychicznym i duchowym. Przebyta melancholia z urojeniami depresyjnymi była zapewne kulminacją i wymiarem psychicznym bólu jego duszy czy bólu egzystencjalnego („dolor existentiae”). W tym skrajnym wymiarze cierpienia dokonywała się filozoficzna transformacja osobowości Adama Chmielowskiego. W jej zrozumieniu pomocna jest jedna z koncepcji Antoniego Kępińskiego, w której traktuje on pewne zaburzenia psychiczne jako skutek zakłócenia porządku wartościującego (aksjologicznego), a więc przede wszystkim porządku moralnego. Kępiński w „Melancholii” pisze: „Ludzie dotknięci tymi zaburzeniami znoszą piekło życia za przekroczenie tkwiącego w przyrodzie prawa moralnego. Wydaje się, że człowiek nie może się wyzwolić z ludzkiego porządku moralnego; jest skazany na własne sumienie. Ono jest często przyczyną nerwicowego obniżenia nastroju czy nastawienia hipochondrycznego; poczucie choroby staje się wówczas swoistą karą”.
Życie i postawa Brata Alberta po przebyciu melancholii zaświadcza o twórczym charakterze cierpienia. Nie sposób oderwać się od myśli, że Jan Paweł II w liście apostolskim „Salvifici doloris” stał blisko Brata Alberta. Jak niewielu poznał tajemnice jego duchowości i poświęcił mu sztukę teatralną. To właśnie do tej postaci możemy odnieść stwierdzenie, że człowiek w cierpieniu i poprzez cierpienie „znajduje jakby nową miarę całego swojego życia i powołania. Odkrycie to jest szczególnym potwierdzeniem wielkości duchowej, która w człowieku całkiem niewspółmiernie przerasta ciało” („Salvifici doloris”, s. 47)
Bezpośrednio po kanonizacji Brata Alberta Ojciec Święty powiedział do nas, że choroba psychiczna nie musi być przeszkodą do świętości, lecz może być też drogą do świętości. Myśl ta zakiełkowała w praktyce psychiatrycznej nie tylko w środowisku krakowskim. Kiedy w psychoterapii cierpiących z powodu melancholii brakowało argumentów racjonalnych, sięgano nieraz do owej papieskiej refleksji: „Choroba psychiczna może być drogą do świętości”. Jan Paweł II podzielił się wówczas przejmującym wspomnieniem, że kiedy jako młody ksiądz pisał sztukę „Brat naszego Boga”, nie wyobrażał sobie, że kilkadziesiąt lat później będzie wynosił na ołtarze bohatera swej sztuki. Jakże bliska jest ta refleksja temu, co powiedział później w Krakowie-Łagiewnikach, poświęcając sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Nawiązał do swej pracy w pobliskim kamieniołomie na Zakrzówku. Wówczas także nie mógł sobie wyobrazić, że po latach ten sam robotnik w drewniakach będzie poświęcał to sanktuarium i mówił o potrzebie wyobraźni Bożego Miłosierdzia.
Zgodnie ze współczesną wiedzą psychologiczną Jan Paweł II wskazywał chorym trzy etapy przeżywania cierpienia: uświadomienie cierpienia, jego twórczą akceptację i etap ofiary, etap dedykacji. W tym duchu przeżywał własne cierpienie po zamachu na swoje życie: „doświadczyłem wielkiej łaski, cierpieniem i zagrożeniem własnego życia i zdrowia mogłem dać świadectwo...”.
Nie bez powodu Jan Paweł II sięgał do myśli swego licealnego kolegi w przygotowywaniu homilii i listów apostolskich do chorych na całym świecie oraz w redagowaniu katechezy o ludzkim cierpieniu. Lekarz koncentruje się na ogół na pierwszych dwóch etapach: diagnozy i adaptacji do cierpienia w poszukiwaniu skutecznego leczenia. Kępiński rozszerzył tradycyjne zasady deontologiczne lekarza o istotną powinność, jaką jest zwiększanie poczucia wartości samego chorego, także jego godności, co w odniesieniu do chorych psychicznie ma szczególne znaczenie, gdyż często na tym zasadza się źródło cierpienia psychicznego. Wyrazem tego może być jedna z sentencji Kępińskiego, którą zawarł w zdaniu: „Pacjent zawsze ma rację”. Z przykazania miłości wywodzi się nakaz afirmacji wartości osoby i afirmacji życia: w zdrowiu i w chorobie. Według Kępińskiego, tylko związek lekarza i chorego oparty na miłości ma walor terapeutyczny. Głosząc apoteozę miłości, Kępiński nie dopuszczał żadnej formy władzy nad drugim człowiekiem. Uważał to bowiem za sprzeczne z naturalnym porządkiem moralnym i istotą człowieczeństwa. Wyraził to może najdobitniej w eseju oświęcimskim, zatytułowanym „Refleksje oświęcimskie. Psychopatologia władzy”. Z doświadczenia obozowego zrodziły się Kępińskiego rozważania nad patologią wojny, obozów koncentracyjnych i gułagów XX wieku, uznanych za współczesną apokalipsę.
Osiowym stwierdzeniem psychiatrii aksjologicznej jest przekonanie, że człowiek nie może się wyzwolić z ludzkiego porządku moralnego; jest skazany na własne sumienie. Człowiek jest w sposób nieuchronny istotą moralną. Jego zdaniem, warstwa konstytucyjna, a więc wrodzona, obejmuje naturalny porządek moralny, niezależny od kręgu kulturowego czy uwarunkowań społecznych. Dlatego tak ważną rolę w życiu człowieka odgrywa wiara: chroni przed chaosem aksjologiczno-moralnym, porządkuje życie wewnętrzne, nadaje życiu sens, wreszcie - jak widzimy to w praktyce lekarskiej - mobilizuje fizycznie i psychicznie.
W życiu Wojtyły i Kępińskiego ukazał się nurt cierpienia w skrajnym wymiarze. W życiu Ojca Świętego kulminacyjnym momentem był zapewne zamach na jego życie, a w życiu Kępińskiego - pobyt w obozie koncentracyjnym. Kępiński umarł z Biblią w ręku, o której mówił nieraz, iż jest najlepszym podręcznikiem psychiatrii. Nie bez powodu w biografii Kępińskiego użyto określenia „homo religiosus”. Ci, którzy go dobrze znali - napisał jeden z uczniów - pamiętają, że był przepojony pierwiastkiem religijności, czyli posiadał coś w rodzaju immanentnej potrzeby wiary.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Dzieją się cuda

2019-06-12 09:02

Jolanta Marszałek
Niedziela Ogólnopolska 24/2019, str. 20-21

Od kilku miesięcy w parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu znajdują się relikwie św. Szarbela z Libanu. I dzieją się cuda. Ludzie doznają wielu łask, także uzdrowienia. Jedną z uzdrowionych jest Barbara Koral – żona Józefa, potentata w branży produkcji lodów, i matka trójki dzieci. Cierpiała na raka trzustki, po którym nie ma śladu. 17 maja br. publicznie podzieliła się swoim świadectwem

Wikipedia

W październiku ub.r. wykryto u mnie nowotwór złośliwy trzustki – opowiada Barbara Koral. – Przeżyłam szok. Ale głęboka wiara i ufność w łaskawość Boga wyjednały mi pokój w sercu. Leżałam w szpitalu w Krakowie przy ul. Kopernika, nieopodal kościoła Jezuitów. Dzieci i mąż byli ze mną codziennie. Modliliśmy się do Jezusa Przemienionego za wstawiennictwem św. Jana Pawła II oraz św. Szarbela. Zięć Piotr przywiózł od znajomego księdza płatek nasączony olejem św. Szarbela. Codziennie odmawialiśmy nowennę i podczas modlitwy pocierałam się tym olejem. Czułam, że mając św. Szarbela za orędownika, nie zginę – wyznaje.

Przypadek beznadziejny

Operacja trwała ponad 6 godzin. Po otwarciu jamy brzusznej większość lekarzy odłożyła narzędzia i odeszła od stołu, stwierdziwszy, że przypadek jest beznadziejny. Jednak profesor po kilku minutach głębokiego namysłu wznowił operację. Usunął raka. Operacja się udała.

– Byłam bardzo osłabiona – opowiada p. Barbara – tym bardziej że 3 tygodnie wcześniej przeszłam inny zabieg, również w pełnej narkozie. Nic nie jadłam i czułam się coraz słabsza.

W trzeciej dobie po operacji chora dostała wysokiej gorączki, dreszczy. Leżała półprzytomna i bardzo cierpiała. – Momentami zdawało mi się, że ktoś przecina mnie piłą na pół. Zwijałam się wtedy w kłębek i modliłam cichutko do Pana Boga z prośbą o pomoc w cierpieniu i ulgę w niesieniu tego krzyża.

Lekarze robili, co mogli. Podawali leki w zastrzykach, kroplówkach, by wzmocnić chorą. Nic nie działało. Pobrano krew na badanie bakteryjne. Okazało się, że jest zakażenie bakterią szpitalną, bardzo groźną dla organizmu. Zdrowe osoby zakażone tą bakterią mają 50-procentową szansę na przeżycie. Chorzy w stanie skrajnego wycieńczenia są praktycznie bez szans.

Zawierzenie Bogu

– Rozmawiałam z Bogiem – opowiada p. Barbara. – Pytałam Go, czy po tym, jak wyrwał mnie ze szponów śmierci w czasie operacji, teraz przyjdzie mi umrzeć. Prosiłam z pokorą i ufnością: „Panie Jezu, nie wypuszczaj mnie ze swoich objęć. Uzdrów mnie, kochany Zbawicielu”. Całym sercem wołałam w duchu: „Jezu, zawierzam się Tobie, Ty się tym zajmij!”.

W tym czasie parafia pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu, do której należy rodzina Koralów, czekała na relikwie św. Szarbela (relikwie pierwszego stopnia – fragment kości). Przywiózł je z Libanu poprzedni proboszcz – ks. Andrzej Baran, jezuita, który był tam na pielgrzymce wraz z kilkoma parafianami. Zawieźli też spontanicznie zebraną przez ludzi ofiarę dla tamtejszych chrześcijan. Wiadomo bowiem, że św. Szarbel jest szczególnie łaskawy dla tych, którzy modlą się za Liban. Relikwie, zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem, miały trafić do ks. Józefa Maja SJ w Krakowie. On zgodził się przekazać je do Nowego Sącza i osobiście je tam w styczniu br. zainstalował.

Interwencja św. Szarbela

– W dniu, w którym pojechałem po relikwie do Krakowa – opowiada ks. Józef Polak, jezuita, proboszcz parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu – wstąpiłem do naszej WAM-owskiej księgarni, żeby nabyć jakąś pozycję o św. Szarbelu, bo przyznam, że sam niewiele o nim wiedziałem. Wychodząc z księgarni, spotkałem Józefa Korala z córką. Wiedziałem, że p. Barbara jest bardzo chora. Opowiedzieli mi, że wracają ze szpitala i że sytuacja jest bardzo poważna. Relikwie miałem ze sobą od dwóch godzin. Niewiele się zastanawiając, poszliśmy na oddział.

– W pewnym momencie usłyszałam głos męża – opowiada p. Barbara. – Bardzo mnie to zdziwiło, bo przecież był u mnie przed chwilą i razem z córką poszli do kościoła obok szpitala na Mszę św. Po chwili zobaczyłam męża i córkę. Już nie byli przygnębieni i smutni. Twarze rozjaśniał im szeroki uśmiech. Razem z nimi był ksiądz proboszcz Józef Polak. Przyniósł ze sobą do szpitala relikwie św. Szarbela...

Ksiądz wraz z obecnymi odmówił modlitwę do św. Szarbela. Następnie podał chorej do ucałowania relikwiarz. – Już w trakcie modlitwy nie czułam bólu – wyznaje p. Barbara. – Stałam się bardziej przytomna. Kiedy ucałowałam kości św. Szarbela, nie myślałam, czy to będzie uzdrowienie – ja byłam tego pewna. Nie mam pojęcia, skąd się wzięła ta pewność.

Święty kontra bakterie

– Gdy wchodziłem do szpitala – opowiada ks. Polak – wiedziałem, że na oddziale jest jakieś zakażenie. Podałem p. Barbarze relikwiarz do ucałowania. Zobaczyła to pielęgniarka. Wyjęła mi relikwiarz z ręki, spryskała go jakimś środkiem i włożyła pod wodę. „Co pani robi?” – zapytałem. „Muszę to zdezynfekować”. „Ale on nie jest wodoszczelny” – wyjaśniłem, nie wiedząc, że chodzi jej o to, by zewnętrzne bakterie się nie rozprzestrzeniały. To był koniec wizyty.

Następnego dnia rano okazało się, że na oddziale bakterii już nie było. To był kolejny „cud” św. Szarbela. Badania z krwi potwierdziły, że również chora nie ma w sobie bakterii. Lekarze w zdumieniu patrzyli na wyniki. Dla pewności powtórzyli badania.

– Byłam zdrowa – opowiada p. Barbara. – Powoli zaczęłam nabierać siły i radości życia. Cała moja rodzina i przyjaciele, którzy byli ze mną w czasie choroby, którzy wspierali mnie modlitwą i dobrym słowem, są wdzięczni św. Szarbelowi. Błogosławimy go za to, że się mną zajął, że uprosił dla mnie u Boga Wszechmogącego łaskę uzdrowienia. Bogu niech będą dzięki i św. Szarbelowi!

Wiara w orędownictwo

W parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu w trzecie piątki miesiąca o godz. 18 odprawiana jest Msza św. z modlitwą o uzdrowienie, następnie mają miejsce: adoracja, błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem, namaszczenie olejem św. Szarbela i ucałowanie relikwii świętego. Wielu ludzi przychodzi i prosi o jego wstawiennictwo. Św. Szarbel jest niezwykle skutecznym świętym, wyprasza wiele łask, pokazuje, że pomoc Boga dla ludzi, którzy się do Niego uciekają, może być realna. – Nie ma jednak żadnej gwarancji, że ten, kto przyjdzie do św. Szarbela, będzie natychmiast uzdrowiony – przyznaje ks. Józef Polak. – Czasami to działanie jest inne. Łaska Boża działa według Bożej optyki, a nie naszych ludzkich życzeń. Święci swoim orędownictwem mogą ludzi do Kościoła przyciągać i to czynią, także przez cuda. Wystarczy popatrzeć, jak wiele osób uczestniczy w Mszach św. z modlitwą o uzdrowienie.

* * *

Ojciec Szarbel Makhlouf

maronicki pustelnik i święty Kościoła katolickiego. Żył w XIX wieku w Libanie

23 lata swojego życia spędził w pustelni w Annaja. Tam też zmarł.

Po pogrzebie o. Szarbela miało miejsce zadziwiające zjawisko. Nad jego grobem pojawiła się niezwykła, jasna poświata, która utrzymywała się przez wiele tygodni. Łuna ta spowodowała, że do grobu pustelnika zaczęły przybywać co noc rzesze wiernych i ciekawskich. Gdy po kilku miesiącach zaintrygowane wydarzeniami władze klasztoru dokonały ekshumacji ciała o. Szarbela, okazało się, że jest ono w doskonałym stanie, zachowało elastyczność i temperaturę osoby żyjącej i wydzielało ciecz, którą świadkowie określali jako pot i krew. Po umyciu i przebraniu ciało o. Szarbela zostało złożone w drewnianej trumnie i umieszczone w klasztornej kaplicy. Mimo usunięcia wnętrzności i osuszenia ciała zmarłego dalej sączyła się z niego substancja, która została uznana za relikwię. Różnymi sposobami próbowano powstrzymać wydzielanie płynu, ale bezskutecznie.

W ciągu 17 lat ciało pustelnika było 34 razy badane przez naukowców. Stwierdzili oni, że zachowuje się w nienaruszonym stanie i wydziela tajemniczy płyn dzięki interwencji samego Boga.

W 1965 r., pod koniec Soboru Watykańskiego II, o. Szarbel został beatyfikowany przez papieża Pawła VI, a 9 października 1977 r. – kanonizowany na Placu św. Piotra w Rzymie. Kilka miesięcy przed kanonizacją jego ciało zaczęło się wysuszać.

Od tej pory miliony pielgrzymów przybywają do grobu świętego, przy którym dokonują się cudowne uzdrowienia duszy i ciała oraz nawrócenia liczone w tysiącach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kard. Cordes na ewangelizacji Bieszczadów: opowiadajcie o Bogu, poświęćcie Mu czas

2019-07-19 11:56

pab / Polańczyk (KAI)

– Opowiadajcie o Bogu, poświęćcie czas Panu Bogu. Czas to najcenniejsza rzecz, jaką mamy – mówił kard. Paul Josef Cordes do uczestników Wakacyjnej Ewangelizacji Bieszczadów „Bieszczady dla Jezusa 2019” (WEB). Były przewodniczący Papieskiej Rady Cor Unum odwiedził ewangelizatorów wraz z abp. Józefem Michalikiem. Obaj sprawowali Mszę św. w czwartek wieczorem w Sanktuarium Matki Bożej Pięknej Miłości w Polańczyku.

Karl-Michael Soemer/pl.wikipedia.org

Hierarchowie spotkali się z ewangelizatorami przed Eucharystią. Kard. Paul Josef Cordes uznał, że za rzecz bardzo ważną promowanie tego rodzaju wydarzeń, które głoszą Ewangelię również poza kościołem na ulicach.

Opowiedział o czasach z lat 80., kiedy kierował Międzynarodowym Ośrodkiem Młodzieżowym San Lorenzo w Rzymie. Mówił, że zawsze był zwolennikiem ewangelizacji ulicznej i zachęcał do niej młodzież. – Ale to nie wystarczy, że ja do tego zachęcam. Muszę pójść z nimi, żeby to potwierdzić i ich utwierdzić. Bardzo się bałem, było tam pełno ludzi – mówił.

Kard. Cordes przyznał, że początkowo się bał, że rozpozna go ktoś znajomy i powie: „on również trafił do tej sekty”. – Potem jednak byłem bardzo szczęśliwy, że mogłem dać takie świadectwo. Później kontynuowaliśmy tę samą misję z krzyżem Roku Świętego – opowiadał.

Były przewodniczący Papieskiej Rady Cor Unum podkreślił, że ewangelizacja jest bardzo ważnym dziełem, bo przypomina ludziom, że Bóg istnieje, żyje i działa. – Baliśmy się bardzo, ale to ważne, żeby się przełamać i dać świadectwo. Nie tylko wobec tych, których spotkaliśmy, dla nas samych to jest bardzo ważne. Dać świadectwo to znaczy potwierdź swoją wiarę. Czynisz coś dobrego dla Boga, dla ludzi, ale także żebyś swoją wiarę utwierdził – powiedział purpurat. Kardynał przypomniał słowa Benedykta XVI, który przestrzegał, że człowiek jest w ciągłym niebezpieczeństwie zapomnieć o Bogu. – Tutaj jeszcze widzę Pana Boga w kulturze, w relacjach międzyludzkich – powiedział odnosząc się do swoich wrażeń z Polski. – Zachowajcie to! Mówcie, opowiadajcie o Bogu, poświęćcie czas Panu Bogu. Czas to najcenniejsza rzecz, jaką mamy. Kiedy mamy wykreślić czas przeznaczony na jakiś cel, zawsze wykreślamy czas poświęcony Panu Bogu – zwrócił uwagę.

Kard. Cordes zaapelował, aby modlić się wspólnie w domu, bo jest to ogromnie ważne świadectwo wobec dzieci, zwłaszcza młodszych. – Biskupi afrykańscy mówili, że dziecko przyjmuje więcej wiadomości widząc rodziców, niż ich słysząc – wskazał.

Po spotkaniu abp Józef Michalik przewodniczył Mszy św. posłania, na zakończenie której ewangelizatorzy otrzymali krzyże. Eucharystię koncelebrował również kard. Cordes.

W homilii abp Michalik zachęcał obecnych, aby otaczali się właściwymi osobami, ponieważ otoczenie wpływa na nasze zachowania i możemy się zmienić na gorsze lub na lepsze. Zaznaczył przy tym, że w tym doborze nie wolno nikim gardzić.

Emerytowany metropolita przemyski zwracał uwagę, że świadectwo świeckich często mocniej przemawia do ludzi, ponieważ niektórzy na słowa księdza lub biskupa się zamykają.

– Nie trzeba narzucać, ale trzeba dać świadectwo z radości z tego, że jesteśmy blisko Pana i On jest blisko nas – powiedział.

Zaznaczył, żeby nie zrażać się upokorzeniami, ponieważ są one „zasługą na niebo”.

Wakacyjna Ewangelizacja Bieszczadów trwa od poniedziałku, jednak główne wydarzenia rozpoczynają się dzisiaj. Pierwsze dni ewangelizatorzy spędzili na rekolekcjach. Natomiast w piątek i sobotę ze specjalnym programem będą obecni na koronie Zapory Solińskiej. Z kolei w niedzielę zaplanowano projekt „Niebiańska plaża” na Cyplu w Polańczyku.

W piątek wieczorem ulicami Polańczyka przejdzie Droga krzyżowa, którą przygotowuje teatr uliczny działający przy Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży w Besku. Natomiast w sobotę w amfiteatrze odbędzie się Christo Dancing, który poprowadzi Dj Cristo.

W niedzielę o 13.00 Mszy św. w Sanktuarium Matki Bożej Pięknej Miłości w Polańczyku będzie przewodniczył metropolita przemyski abp Adam Szal. Będzie ona transmitowana przez TV Polonia.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem