Reklama

Kościół

Zapragnęliśmy więcej

“Wystarczy zapał, chęci, wiara w możliwość odwiedzenia kawałka świata i przeżycia chwil rodem z książek przygodowych.” – mówi w rozmowie z “Niedzielą” Karol Lewandowski, podróżnik i twórca projektu “Busem przez świat”.

2019-03-20 09:25

Niedziela Ogólnopolska 12/2019, str. 22-25

[ TEMATY ]

podróże

Ania Głogowska

W podróży oprócz nieba, gór i morza nie ma niczego pewnego – twierdzi Ola Lewandowska

W samym podróżowaniu łatwo się zakochać, jednak niektórzy w jego trakcie odnajdują także miłość swojego życia. Tak jak Ty z Olą…

Karol Lewandowski: Z Olą poznaliśmy się już prawie 10 lat temu, kiedy obydwoje dopiero zaczynaliśmy podróżować. Okazało się, że połączyła nas miłość do podróży, natury i starych samochodów. I to, że obydwoje nie boimy się spartańskich warunków i uwielbiamy taki prosty styl podróżowania i życia. Myślę, że tylko dzięki temu, że dzielimy tę pasję, jesteśmy w stanie tak funkcjonować, a podróże mogły się stać naszą pracą i sposobem na życie. Nie wyobrażam sobie podróżować 6-8 miesięcy w roku i na ten czas zostawiać żonę w Polsce. Od kiedy podróżujemy razem i dzielimy wszystkie doświadczenia, to podróże zyskały zupełnie inny wymiar.

Co jest najpiękniejszego w podróżowaniu? Uczucie wolności i to, że podróże kształcą, bo człowiek poznaje ciekawych ludzi i odmienne kultury? Czy ta możliwość, by spojrzeć na świat z zupełnie innej perspektywy?

Karol Lewandowski: Podróż cenimy sobie najbardziej za niezliczoną ilość życiowych lekcji. Podróżujemy niskobudżetowo i najczęściej śpimy albo w naszym busie, ale w namiotach, dlatego nauczyliśmy się doceniać rzeczy z pozoru małe, takie jak bieżąca woda w kranie. Podróże nauczyły nas minimalizmu - dopiero podróżując przekonaliśmy się, jak niewiele nam potrzeba do szczęścia. W podróży wciąż dzieje się coś nieprzewidywalnego, co wymaga od ciebie umiejętności dostosowania się, dlatego jak wracamy z podróży, to nie mamy problemu z nowymi wyzwaniami, z kłopotliwymi sytuacjami, czy z ciężkimi ludźmi :)

Ola Lewandowska (żona): W podróży oprócz nieba, gór i morza, nie ma niczego pewnego, co wciąż uczy nas nieprzywiązywania się do rzeczy, sytuacji, ludzi, więc jak ktoś nas zawodzi, długo nie płaczemy, bo tą ulotność jakoś już mocno zaakceptowaliśmy. Tych lekcji można wymieniać bez końca :)

Jak zaczęła się ta cała przygoda z projektem “Busem przez Świat”? To była spontaniczna decyzja, czy długo szykowany plan, marzenie, które od dawna chodziło Wam po głowie?

Karol: Podróże biorą się z potrzeby podróżowania, z niczego więcej. Chcieliśmy zacząć podróżować ale jako studenci nie mieliśmy wielkich pieniędzy na wycieczki z biurami podróży. Dlatego postanowiliśmy, że sami zorganizujemy swoją podróż. A żeby było taniej postanowiliśmy zrobić to własnym samochodem, który będzie także naszym domem. Zanim zaczęliśmy podróżować obejrzałem film “Into The Wild” (w polskiej wersji “Wszystko za życie”) opowiadający o młodym chłopaku ze Stanów, który po studiach rzucił wszystko, oszczędności oddał na cele charytatywne i wyruszył w podróż. Chris “Supertramp” McCandless przejechał autostopem całe Stany, Kanadę, kawałek Meksyku i przeżył niesamowite przygody. Na końcu dotarł na Alaskę, gdzie zamieszkał w dziczy, w starym opuszczonym autobusie. Jego historia, oparta na faktach, sprawiła, że uwierzyłem, że można żyć inaczej i podróżować nie mając wielkich pieniędzy. Naszego busa nazwaliśmy nawet Supertramp.
Nasza pierwsza wyprawa dookoła Europy miała być tą jedyną.
Planowaliśmy, że po powrocie sprzedamy busa i dzięki temu pomniejszymy koszty tego miesięcznego wyjazdu – wynosiłyby wtedy mniej niż dwa tysiące złotych na osobę. Przecież to były tylko wakacje! Może trochę niestandardowe, zwariowane nawet, ale nic wielkiego. Po prostu, pojechaliśmy z Polski na Gibraltar. Jednak rozmach wyprawy przeszedł najśmielsze oczekiwania. Uwierzyliśmy, wbrew sądom naszych znajomych i po części też naszym własnym, że do podróżowania nie potrzeba ani wielkich pieniędzy, ani specjalnego doświadczenia. Wystarczy zapał, chęci, wiara w możliwość odwiedzenia kawałka świata i przeżycia chwil rodem z książek przygodowych. Można spać na dziko pod gwiazdami, żywić się jedzeniem z puszek z Polski i doświadczyć niesamowitych przygód z przypadkowo poznanymi ludźmi. Zapragnęliśmy więcej. Postanowiliśmy, że nie sprzedamy busa i będziemy kontynuować nasze przygody, a za cel obraliśmy sobie objechanie całego świata.

Objechanie całego świata bez wydawania na to fortuny? Jak to się robi?

Karol: Po pierwsze bardzo dużo oszczędzamy na noclegach bo śpimy w starym busie przerobionym na minikampera. Za 2000 zł kupiliśmy ponad 20 letniego VW T3. Znaleźliśmy go na jakiejś wiosce niedaleko Świdnicy na Dolnym Śląsku. Był w opłakanym stanie, ale kosztował bardzo niewiele, a my się w nim zakochaliśmy i postanowiliśmy dać mu drugie życie. W naszym busie mamy rozkładaną kanapę, gniazdka 220V, bagażnik dachowy, a nawet elektryczny prysznic. Śpimy na dziko, na przykład na dzikich plażach, albo na darmowych czy bardzo tanich kempingach. Nasz bus to istny dom na kółkach – mamy w nim lodówkę i kuchenkę, więc gotujemy sobie sami, dzięki czemu oszczędzamy bardzo dużo na jedzeniu. Praktycznie zawsze podróżujemy dużą grupą, więc rozkładamy koszty paliwa.

Ola: Ludzie często mówią, że poznają jakiś kraj przez pryzmat lokalnego jedzenia. My też sobie na nie pozwalamy, ale w zrównoważony sposób. W Australii zajadaliśmy się mięsem z kangura, bo było tańsze od kurczaka. W Maroku próbowaliśmy owczego mózgu. Ale nie stołujemy się w restauracjach na co dzień. Najczęściej kupujemy lokalny przysmak w markecie, albo od przypadkowo spotkanych ludzi i sami sobie przyrządzamy. W Australii np. kupiliśmy na stacji benzynowej mrożony ogon z kangura i sami sobie go oporządziliśmy na ognisku, bo od Aborygenów dowiedzieliśmy się, że przyrządza się go jak ziemniaki z ogniska. Z tą różnicą, że w przypadku ogona najpierw trzeba było przypalić sierść.

Wasze wyprawy mają sponsorów, a patronatem medialnym objęło Was m.in. “National Geographic”. Spodziewaliście się takiego sukcesu? Dzisiaj przecież podróżowanie nie jest już tylko Waszą pasją, ale także sposobem na życie...

Karol: Szczerze mówić, nigdy nie planowaliśmy, że podróże będą naszym sposobem na życie i że będziemy na nich zarabiać. Przez pierwsze 5 lat nic na nich nie zarabialiśmy i kontynuowaliśmy to tylko dlatego, że była to nasza pasja. Potem zaczęły pojawiać się propozycje współpracy, zaczęliśmy zarabiać na książkach i wystąpieniach. Od 4 lat mamy własną firmę, rzuciliśmy dotychczasowe prace i w 100% utrzymujemy się z bloga i podróżowania. W sumie łączymy kilkanaście źródeł dochodu. Poza wydawaniem książek i wystąpieniami, zarabiamy jeszcze na YouTube, na sprzedaży zdjęć, doradztwie podróżniczym, produkcji wideo, pisaniu tekstów, a nawet mamy swoją markę odzieżową.

Ola: Robimy to, co kochamy, a dodatkowo zarabiamy na tym dużo więcej niż w poprzednich pracach. Można powiedzieć, że mamy pracę marzeń. Ale nigdy się tego nie spodziewaliśmy. Myślę nawet, że nie da się czegoś takiego zaplanować. Życie zaplanowało za nas, a my wciąż szliśmy za ciosem.

Jak pogodziliście pracę, studia i podróżowanie?

Nie było łatwo. Za dnia chodziliśmy na studia dzienne, wieczorem pracowaliśmy a po nocach i weekendami prowadziliśmy bloga i pisaliśmy książki. Prowadzenie bloga było jak praca na dodatkowy etat, bo zajmuje to bardzo dużo czasu. Niektórym wydaje się, że to po prostu napisanie kilku zdań i wrzucenie zdjęcia, a pieniądze same lecą na konto. Ale profesjonalne blogi działają dziś jak redakcje gazet czy portali. Research, obróbka zdjęć, redakcja, korekta, regularne publikacje. Do tego trzeba jeszcze dołożyć naszą działalność przy produkcji ponad 100 filmów rocznie, własne wydawnictwo, prowadzenie sklepu internetowego, wystąpienia, księgowość, rozmowy z markami.

Razem z Olą zwiedziliście już kawał świata m.in. Europę, Australię i Amerykę Północną: od Alaski przez Kanadę i południe USA. Przejechaliście słynną Route 66. Kolejne etapy to m.in Meksyk i Ameryka Południowa. Podróż śladami Tony’ego Halika trwa?

Karol: Po przejechaniu Drogi 66, naszego busa zostawiliśmy u znajomego Rafała z Los Angeles, który zaproponował, że zaopiekuje się autem pod naszą nieobecność. My wróciliśmy do Polski, żeby zarobić na dalszą podróż. Obecnie piszemy kolejną książkę, jeździmy z wystąpieniami i szykujemy się do dalszych podróży. Jeszcze nie wiemy kiedy będziemy kontynuować podróż przez 3 Ameryki, ale na pewno wiemy już, że przed ruszeniem do Meksyku chcemy jeszcze odwiedzić Oregon i inne zachodnio-północne stany.

Czyli wciąż jesteście głodni odkrywania Ameryki. Co Was najbardziej zaskoczyło w tym kraju? Co przypadło do gustu?

Kiedy po raz pierwszy jechaliśmy do Stanów, chcieliśmy zobaczyć miasta i miejsca znane nam z filmów - Manhattan, Hollywood, Mount Rushmore. Po kilku tygodniach podróży okazało się jednak, że to co najbardziej zachwyciło nas w USA to przyroda. Jest niesamowicie piękna i bardzo zróżnicowana. W jednym kraju mamy pełen przekrój - od lodowców, przez tropikalne plaże, po pustynie, kaniony i gorące źródła. Każdy stan kryje kolejne wspaniałe parki narodowe i nieziemskie widoki. Do tego przestrzenie są olbrzymie, przez co natura pozostaje w wielu miejscach nieskalana cywilizacją.

Nie podróżujecie sami. Oprócz krewnych i przyjaciół zabieracie także przypadkowych ludzi, którzy zgłoszą się do Waszego projektu. Kto może dołączyć do ekipy “Busem przez świat” i ruszyć w podróż życia? Są jakieś specjalne wymagania?

Karol: Właściwie to już od drugiej wyprawy, zabieramy ze sobą czytelników naszego bloga, czyli od jakichś 8 lat. Zabraliśmy ze sobą już łącznie ponad 100 obcych nam osób z Internetu. Kiedyś faktycznie szukaliśmy ludzi o pewnych umiejętnościach, których sami nie posiadaliśmy, a wiedzieliśmy, że mogą się te umiejętności przydać podczas wyprawy, ale dziś zmieniliśmy formę rekrutacji. Okazało się, że jadąc na miesiąc czy czasem na kilka miesięcy w podróż, najważniejsze jest to, żeby być fajnym człowiekiem, z którym się nie pozabijamy przebywając ze sobą tak dużo czasu, na tak małej przestrzeni. Dlatego teraz już nie oczekujemy od ludzi żadnych konkretnych umiejętności. Najważniejsze jest dla nas, żeby osoba, która się z nami wybiera w podróż była człowiekiem otwartym, miłym, niewymagającym codziennego prysznica, empatycznym, uczynnym i nie leniwym. I to nam wystarcza.

Przemierzając USA spotkaliście się z pomocą ze strony naszej Polonii. Był Hiob, który jeździ po Ameryce ciężarówką, był pomocny mechanik z Polski, polski szeryf z Newady, a w “amerykańskiej Częstochowie” polski ksiądz. Podróżnik może liczyć na miejscowych?

Zawsze powtarzam, że mamy szczęście do dobrych ludzi i gdyby nie oni, nasze podróże nie doszłyby do skutku. Za każdym razem kiedy mieliśmy jakiś problem czy awarię, znajdował się ktoś kto proponował pomoc. Z taką życzliwością i pomocą ze strony Polaków nie spotkaliśmy się nigdzie na świecie. Już w samym Chicago zaczęło się najpierw od Agnieszki, która w zamian za opiekę nad psem dała nam do dyspozycji na 2 tygodnie swój dom. A potem Pan Staszek, właściciel warsztatu Stan Auto, pomógł nam w kupieniu samochodu, załatwił wszystkie formalności, przygotował auto i policzył nas tylko za części. Wcześniej się nie znaliśmy, a potraktował nas jak rodzinę. Nasza podróż przez Amerykę była pełna takich ludzi o wielkim sercu. Ludzi, których nie zapomnimy do końca życia.

Nasze podróże relacjonujemy na blogu i w social mediach. Zapraszamy do śledzenia:
Youtube – www.youtube.com/busemprzezswiat
Blog - www.busemprzezswiat.pl
Instagram – www.instagram.com/busemprzezswiat
Facebook – www.facebook.com/busemprzezswiat

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Na rybkę? Do Katanii

2019-12-19 09:41

Niedziela Ogólnopolska 51/2019, str. 72-73

[ TEMATY ]

podróże

tradycja

Margita Kotas

Jedne z większych okazów – charakterystyczne mieczniki...

Cytrusy i winogrona wyhodowane na południowych stokach Etny, ulice wyłożone bazaltową kostką, zabytkowe świątynie, stare domy o tynkach w kolorze lawy i świeże ryby. Katania zachwyca przybyszów różnorodnością.

Wiele jest powodów, by odwiedzić Katanię. To drugie co do wielkości miasto Sycylii jednych przyciąga zabytkami i swym barokowym klimatem, drugich – bliskością tajemniczej i wciąż groźnej Etny, jeszcze innych, rozmiłowanych w operze – postacią genialnego syna tego miasta, Vincenza Belliniego, który spoczywa w katedrze św. Agaty, a miłośników kuchni – słynną na okolicę pasta alla Norma, nazwaną tak na cześć jednej z oper mistrza. Cokolwiek jednak nie przywiodłoby nas do Katanii, wcześniej czy później, często nawet w sposób niezamierzony, trafimy w końcu na znajdujący się kilka kroków od katedry Mercato dei Pescatori – targ rybny i przepadniemy z kretesem. Ja przepadłam.

Scena operowa

Saaaaarde! Freschisimmi! – Sardynki! Najświeższe! Nawoływanie sprzedawcy jest tak donośne, że podskoczywszy w miejscu, niemal wypuszczam z rąk aparat. Uśmiecha się do mnie od ucha do ucha, zadowolony z wrażenia, jakie na mnie zrobił. Chociaż nie o wrażenie przecież chodzi. Najważniejsze to szybko sprzedać towar, a ten jest naprawdę najświeższy – na katańskim targu swój połów z prowizorycznych straganów sprzedają miejscowi rybacy. Bazaltowa kostka placu ocieka morską wodą, w powietrzu ogrzewanym sycylijskim słońcem unosi się intensywny zapach morza i ryb. Słońce nie sprzyja świeżości wystawionego tu towaru, dlatego liczą się czas i szybkość. Wiedzą o tym zarówno katańskie gospodynie domowe, które ze znawstwem dokonują przeglądu zawartości straganów, jak i rybacy, którzy z werwą nawołują klientów do swoich stoisk. Okrzyki są nie tylko donośne, ale i niesamowicie śpiewne. Ich melodie, choć konkurencyjne, tworzą niezwykłą harmonię. Zaskakują doskonale postawione głosy rybaków. To zabawne, ale nie w Mediolanie, a właśnie tu, na katańskim targu rybnym, uświadamiam sobie najmocniej, że Włochy to kraj słynnych oper. Jakby nad targiem unosił się duch samego mistrza Belliniego. Otoczony ciemnymi kamienicami placyk jest sceną niezwykłej, powtarzającej się od wieków opery.

Królestwo ryb

Affogaaato! – Ośmiornica! – niesie się z jednej strony. Spaaada! – Miecznik! – odkrzykuje ktoś z drugiej. Orati, dentici! – trzeci głos zachęca do kupienia krewetek. Nie mniejsze wrażenie niż kunszt wokalny rybaków robi na mnie bogactwo ich połowu. Różnorodność ryb i owoców morza jest ogromna. Od drobnych sardynek po ogromne cernie i tuńczyki, ćwiartowane na życzenie klientów tasakami wielkimi niczym topory. Wyglądające jak straszydła żabnice, morszczuki, przeplatane koralem barweny, piotrosze niczym kosmiczne stwory z fantazyjną płetwą grzbietową, różne gatunki dorady, strzępiele, charakterystyczne mieczniki i pałasze ogoniaste – ryby o długich, płaskich ciałach przypominających ostrza piły; jedne rozciągnięte w całej swej długości, inne fantazyjnie zwinięte przez rybaka w rulony srebrzą się w słońcu Sycylii. Kalmary i barwiące ciemną sepią mątwy, a tuż obok małże i omułki. Małe ślimaczki, które desperacko starają się uciec ze skrzynki. Niektórym ta sztuka się udaje, jedne więc swoim ślimaczym tempem zmierzają pod stragany, inne po ich powierzchni suną w kierunku pęczków cebuli, które ni stąd, ni zowąd rozsiadły się wśród morskich stworzeń.

Królestwo ryb wciąga tak mocno, że przestaje się kontrolować czas. Fascynują zarówno różnorodne stworzenia, jak i rybacy, którzy panują niepodzielnie na swoich straganach. Mężczyźni o ogorzałych, pociętych morskim wiatrem twarzach z wprawą ćwiartują i filetują ryby, by po chwili rozpocząć swój wokalny popis nawoływania klientów. Główni aktorzy tego targowego spektaklu bez niechęci spoglądają w obiektyw aparatu, nic sobie nie robiąc z poplamionych rybimi łuskami i wnętrznościami swetrów. W naciśniętych na głowy czapkach, z papierosami w kącikach ust, posyłają szelmowskie uśmiechy turystkom – świadomi bycia częścią składową jednej z największych katańskich atrakcji.

W cieniu wybuchowej sąsiadki

Historia Katanii położonej u południowych podnóży Etny jest z nią dramatycznie spleciona. Miasto założone przez Greków w 729 r. przed Chr. na przestrzeni wieków było wprawdzie zdobywane i przechodziło z rąk do rąk, ale największe zniszczenia zadała mu natura. W 1669 r. część miasta i szesnaście okolicznych wiosek zalała lawa Etny. Z pomocą przerażonym mieszkańcom przyszła patronka miasta – św. Agata, to jej welon wyniesiony w procesji przez ludność zagrodził bowiem drogę i zmienił bieg lawy, która skręciła przed klasztorem Benedyktynów i spłynęła do portu, po czym wdarła się 700 m w głąb morza. Dziś miasto odbudowane w 1693 r., w dużej mierze ma kolor lawy, a wiele budowli w jego starej części jest pokrytych tynkiem z krzemionki robionej z pyłu wulkanicznego. Lawą, która wpłynęła do miasta w pamiętnym 1669 r., wybrukowano część ulic. Imię Etny nosi główna ulica Katanii Via Etnea, gdzie w l`ora del gelato – tzw. porze jedzenia lodów, godzinę przed zmierzchem – mieszkańcy miasta gromadzą się na passegiatę, wieczorny spacer. I choć często spoglądają w kierunku Etny, nie czują lęku, dumni jak ich odbudowane miasto. Nie bez kozery na jednej z bram miasta wykuto napis: „Podnoszę się z popiołów jeszcze piękniejsza”.

CZYTAJ DALEJ

Katolicy i Orkiestra

Niedziela Ogólnopolska 11/2003

W Polsce od kilkunastu już lat słyszymy Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Wśród katolików akcja Jerzego Owsiaka ma swoich zwolenników i przeciwników. Stosunek do WOŚP wyraźnie pokazuje różne nurty polskiego katolicyzmu. Katolicy sympatyzujący z Wielką Orkiestrą uważają, że akcja Jerzego Owsiaka to piękna inicjatywa. Ich zdaniem, Kościół w Polsce przeszedł ewolucję w ocenie WOŚP - od negacji i dystansu po aprobatę. Natomiast katolicy dystansujący się od Wielkiej Orkiestry nazywają akcję Jerzego Owsiaka "graniem na ludzkich uczuciach" oraz "laicyzacją działalności charytatywnej". Orkiestra jest zjawiskiem bardzo złożonym, w którym dobro miesza się ze złem. Szlachetności wolontariuszy i darczyńców towarzyszy ideologia Wielkiego Dyrygenta, który promuje wizję życia obcą chrześcijaństwu.

Argumenty zwolenników

Po pierwsze - podstawowym argumentem zwolenników WOŚP jest cel akcji, tzn. zakup sprzętu medycznego do leczenia chorych dzieci. Po drugie - w opinii zwolenników akcja Jerzego Owsiaka jest dobrą zabawą. Po trzecie - Wielka Orkiestra budzi wrażliwość dzieci, młodzieży i dorosłych na ludzi potrzebujących, szczególnie na potrzebujące pomocy noworodki. Po czwarte - zwolennicy akcji Jerzego Owsiaka podkreślają, że druga niedziela stycznia integruje nasze społeczeństwo wokół wspólnego dobra.

Filantropia a miłosierdzie

Przeciwnicy WOŚP nie negują racji jej zwolenników, ale ukazują drugą stronę akcji Jerzego Owsiaka. Pierwszy argument przeciwników stanowi przekonanie, że Wielka Orkiestra jest typową oświeceniową filantropią, która dzisiaj bardzo często zastępuje miłosierdzie chrześcijańskie. Filantropia (gr. phileo - kocham, anthropos - człowiek) to idea przyjaznego odnoszenia się do każdej istoty ludzkiej z racji wspólnoty w tym samym człowieczeństwie. W filantropii przedmiotem miłości nie jest konkretna osoba, ale ludzkość jako zbiorowość. Natomiast miłość chrześcijańska, w przeciwieństwie do filantropii, ma zawsze charakter osobowy. Terminologia chrześcijańska nie zna "umiłowania ludzkości". Jej podstawową zasadą jest "miłość bliźniego". Owocem miłości chrześcijańskiej jest miłosierdzie. W postawie miłosierdzia chodzi o pomoc bliźniemu płynącą z potrzeby serca. Pomagam drugiemu, ponieważ mu współczuję i widzę w nim bliźniego, z którym mamy wspólnego Ojca w niebie. Oświeceniowa filantropia jest obca chrześcijaństwu. Dla katolików wzorem ewangelicznego miłosierdzia nie jest medialny gwiazdor Jerzy Owsiak, ale Matka Teresa z Kalkuty, osoba wewnętrznie prawa, żyjąca w przyjaźni z Bogiem, kochająca innych ludzi i świadcząca pomoc bez rozgłosu.
Cele filantropii mogą być bardzo szlachetne. To nie zmienia jednak faktu, że filantropia nie jest miłosierdziem, ale jego świecką namiastką. Wartość moralna filantropii nie jest sama w sobie pozytywna, ale zależy od okoliczności i intencji działającego. Oceniając wartość moralną akcji Jerzego Owsiaka, musimy uwzględnić nie tylko zebrane pieniądze, ale także okoliczności i intencje ludzi zaangażowanych w to przedsięwzięcie. W przypadku WOŚP mamy do czynienia z filantropią, która w sposób niezwykle mocny podkreśla wymiar zabawy. Dla wielu uczestników akcji Jerzego Owsiaka zabawa staje się celem pierwszorzędnym, a pomoc innym schodzi na drugi plan. Niektórzy wyznają szczerze: "Pomagam, bo się przy tym dobrze bawię". W ten sposób dobroczynność staje się ubocznym efektem rozrywki. Zresztą sam Wielki Dyrygent przyznał w rozmowie ze Zbigniewem Nosowskim, opublikowanej w czerwcu 2000 r. w miesięczniku Więź, że rozpoczynając Orkiestrę, myślał o "hucpie, zabawie, happeningu, a wyszło wielkie przedsięwzięcie".

"Róbta, co chceta"

Drugim argumentem przeciwników WOŚP jest kultura luzu, którą promuje w mediach Wielki Dyrygent. Najgłębiej wyraża ją powiedzenie: "Róbta, co chceta". Styl życia proponowany przez Jerzego Owsiaka to przyzwolenie na rozprzężenie moralne. Zgodnie z tą perspektywą - młodzi ludzie mogą robić, co chcą, jeśli tylko raz do roku chodzą z serduszkami.

Koszty Organizacji

Trzecim argumentem krytycznym są koszty organizacji Wielkiej Orkiestry. Sama transmisja telewizyjna kosztuje TVP kilka milionów złotych. Telewizja publiczna lansuje całą imprezę "za darmo", czyli za pieniądze podatników. Do kosztów transmisji trzeba doliczyć organizację imprez w dziesiątkach polskich miast za publiczne pieniądze. Potężne sumy wydaje się w ciągu roku na plakaty, billboardy, reklamę. Kto policzył, ile kosztują organizowane w drugą niedzielę stycznia koncerty i pokazy sztucznych ogni? Niektórzy podejrzewają, że koszty organizacji Wielkiej Orkiestry mogą przewyższać zebrane fundusze.

Co dziesiąta złotówka

Czwarty argument to tzw. działania statutowe Fundacji WOŚP. Każdego roku 10% pieniędzy zebranych w ramach akcji Jerzego Owsiaka przeznacza się m.in. na wynagrodzenia, utrzymanie biura, samochody oraz organizowanie Przystanku Woodstock. Z tego wynika, że co dziesiąta złotówka dawana w styczniu Orkiestrze idzie na cele, których być może ofiarodawca nie akceptuje.

Woodstock

Piątym argumentem krytycznym jest Przystanek Woodstock. Został on pomyślany jako podziękowanie i możliwość wspólnej zabawy dla wolontariuszy WOŚP. Przystanek jest organizowany za pieniądze Orkiestry. Z biegiem lat stał się największym koncertem rockowym w naszym kraju. Naoczni świadkowie mówią o pijanych tłumach kołyszących się w rytm ostrej muzyki, powszechnie dostępnych i używanych narkotykach, "dzikim seksie" itp. Największe wrażenie wywołują obrazy nagich ciał tarzających się w błocie. Jeden z ewangelizatorów na Przystanku Jezus opowiadał, że duchowni muszą wysłuchiwać od "pokojowej młodzieży" Woodstocku niezliczonej ilości wściekłych wyzwisk, obietnic zaszlachtowania w nocy oraz bluźnierstw rzucanych pod adresem Boga i Kościoła. Siostra zakonna, pisząca o Przystanku Woodstock w dominikańskim miesięczniku W drodze, zatytułowała swoją relację tak: Widziałyśmy przedsionek piekła.

Hare Kryszna

Szósty argument to powiązania Jerzego Owsiaka z bardzo groźną sektą Towarzystwa Świadomości Kryszny. Jest to jedna z najbardziej niebezpiecznych sekt działających w naszym kraju. Hare Kryszna jest zakazana w wielu państwach. Doktryna i etyczny charakter tej sekty są całkowicie sprzeczne z chrześcijaństwem. Na Przystanku Woodstock największy namiot, tuż przy głównej scenie koncertowej, należy do Pokojowej Wioski Kryszny. Można odnieść wrażenie, że Towarzystwo Świadomości Kryszny ma duży wpływ na oficjalną ideologię Przystanku Woodstock.

Wolontariusze

Siódmy argument odnosi się do sposobu naboru wolontariuszy. W wielu miastach w przygotowania do Wielkiej Orkiestry angażują się szkoły, przedszkola, domy kultury i inne instytucje publiczne. W niektórych szkołach odwołuje się zajęcia lekcyjne, ponieważ dzieci muszą przygotować się do akcji Jerzego Owsiaka. Co więcej, słyszałem o szkole wyższej, w której zaliczenie danego przedmiotu było uzależnione od zaangażowania w WOŚP. Nie wolno nikogo w ten sposób zmuszać i nie wolno angażować instytucji publicznych w działania tylko jednej z wielu organizacji charytatywnych.
W tym kontekście wątpliwość budzi także wiek wolontariuszy. Zgodnie z obowiązującym w Polsce prawem - w zbiórce pieniędzy mogą brać udział tylko osoby pełnoletnie. Dla WOŚP czyni się wyjątek. Czy wiek wolontariuszy i brak zabezpieczeń skarbonek nie są czasami pokusą, zachętą do nieuczciwości?

Niesprawiedliwość medialna

Ósmy argument krytyczny to nagłaśnianie przez media akcji Jerzego Owsiaka przy jednoczesnym pomijaniu innych działań charytatywnych. Po ósmym finale WOŚP w jednym z dzienników przeczytaliśmy: "Wielka Orkiestra gra raz w roku. W jej cieniu przez cały rok z mniejszym medialnym wsparciem działają inne organizacje charytatywne, których pomoc nie jest tak efektowna, ale bywa, że większa". Obowiązkiem mediów publicznych jest sprawiedliwe informowanie społeczeństwa o wszystkich działaniach dobroczynnych. Wystarczy porównać czas antenowy WOŚP z czasem przeznaczonym dla Caritas, PCK, PAH, lokalnych organizacji i wielu placówek kościelnych, aby głęboko zdumieć się absurdalnością sytuacji, w której żyjemy.

Poglądy

Dziewiąty argument dotyczy osobistych poglądów Jerzego Owsiaka. Wielki Dyrygent jest typowym luzakiem i swojakiem. O Radiu Maryja mówi, że je "spłukuje", ponieważ jest "radiem agresywnym, poniżającym ludzi" i wyzwalającym u odbiorców "najniższe instynkty". Z jednej strony Jerzy Owsiak chce pomagać noworodkom, z drugiej - jest zwolennikiem prawa do zabijania dzieci nienarodzonych. Czy katolikom wolno ratować chore dzieci pod sztandarami człowieka, który opowiada się za zabijaniem tych jeszcze nienarodzonych?

Fundament etyczny III RP

Dziesiąty argument to postrzeganie WOŚP jako dziecka kultury lewicowo-liberalnej, która zwalcza kulturę konserwatywno-religijną. W lutym 2000 r. Roman Graczyk opublikował w Gazecie Wyborczej artykuł pt. Demokratyczna asceza i jej wrogowie. W perspektywie dziennikarza Gazety święta narodowe 11 Listopada i 3 Maja są dla współczesnej młodzieży martwą tradycją. "Bo choć my autentycznie cieszymy się z odzyskanej wolności - podkreśla Roman Graczyk - nie potrafimy już tego wyrazić w kategoriach, które «kręciłyby» młodzież. A Owsiak, owszem, «kręci». (...) Jeśli chcemy odkryć etyczny fundament nowej, demokratycznej Polski, pomyślmy nad fenomenem Orkiestry".
Dla przedstawicieli kultury lewicowo-liberalnej moralnego fundamentu naszej Ojczyzny nie stanowi tradycja powstańcza, katolicyzm, dwudziestolecie międzywojenne czy mit "Solidarności". Ich zdaniem, naszym nowym fundamentem etycznym może być natomiast Orkiestra lub coś podobnego do niej. Nie ulega wątpliwości, że akcja Jerzego Owsiaka to także pewien projekt kulturowy. Wielka Orkiestra jest wyraźnym przykładem walki kultury lewicowo-liberalnej z tradycyjnym polskim etosem, zbudowanym na gruncie wartości narodowych i religijnych. W Orkiestrze chodzi nie tylko o pomoc chorym i biednym dzieciom, ale także o duchowy kształt naszego kraju.

* * *

Jednym z cieni polskiego katolicyzmu jest brak profetyzmu w sprawach społecznych. Wydaje się, że przejawem tej słabości jest także brak spójnej oceny religijno-etycznej WOŚP z perspektywy światopoglądu katolickiego. Katolicy w Polsce powinni usłyszeć od swoich duszpasterzy opinię Kościoła na temat "wielkiej młodzieżowej mszy" Jerzego Owsiaka. Nie wolno nam zapominać, że w dyskusji o Wielkiej Orkiestrze chodzi nie tylko o ocenę konkretnej akcji charytatywnej, ale także o kondycję naszego katolicyzmu i etyczny fundament III Rzeczypospolitej.

CZYTAJ DALEJ

Przewodniczący Episkopatu po śmierci bp. Stefanka: jego życie opisują słowa „We wszystkim Chrystus”

2020-01-17 19:49

[ TEMATY ]

kondolencje

abp Stanisław Gądecki

bp Stanisław Stefanek

episkopat.news

abp Stanisław Gądecki

In omnibus Christus. We wszystkim Chrystus – słowa biskupiego zawołania śp. biskupa Stanisława opisują szczególny rys nie tylko jego pasterskiej posługi, ale całego jego życia – napisał abp Stanisław Gądecki, Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski w liście kondolencyjnym po śmierci bp. Stanisława Stefanka, biskupa seniora diecezji łomżyńskiej.

Przewodniczący Episkopatu w liście kondolencyjnym przesłanym 17 stycznia 2020 r. na ręce bp. Janusza Stepnowskiego, biskupa łomżyńskiego wyraził smutek z powodu śmierci bp. Stanisława Stefanka, biskupa seniora diecezji łomżyńskiej.

„W imieniu Konferencji Episkopatu Polski składam wyrazy współczucia wszystkim, których dotknęła ta śmierć – rodzinie, znajomym, kapłanom oraz diecezjanom, którym zmarły biskup Stanisław służył najpierw jako biskup pomocniczy diecezji szczecińsko-kamieńskiej, a później jako biskup i biskup senior diecezji łomżyńskiej” – czytamy w liście.

Abp Gądecki nawiązał do słów zawołania biskupiego Zmarłego Biskupa „In omnibus Christus. We wszystkim Chrystus”. Podkreślił, że opisują one szczególny rys nie tylko jego pasterskiej posługi, ale całego jego życia. Wspomniał tu drogę jego posługi od alumna Niższego Seminarium Duchownego Księży Chrystusowców w Ziębicach, poprzez studenta Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i doktoranta Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie, wykładowcę i dyrektora Instytutu Studiów nad Rodziną aż po biskupa pomocniczego diecezji szczecińsko-kamieńskiej oraz biskupa i biskupa seniora diecezji łomżyńskiej.

„Słowa zawołania śp. biskupa Stanisława charakteryzowały również styl jego służby w ramach Konferencji Episkopatu Polski jako członka, a następnie przewodniczącego Komisji ds. Rodziny, członka Komisji ds. Misji, członka Komisji ds. Zakonnych, Komisji ds. Liturgii oraz – w wymiarze Kościoła powszechnego – członka Papieskiej Rady ds. Rodziny” – napisał abp Gądecki.

Podkreślił też, że słowa „We wszystkim Chrystus” przede wszystkim wyrażały charakterystyczny rys człowieczeństwa bp. Stefanka, „o czym mógł przekonać się każdy, kto zwrócił się do niego z prośbą o radę lub pomoc”.

Na zakończenie listu Przewodniczący Episkopatu przywołał Słowa z Ewangelii wg św. Mateusza: „Rzekł mu pan jego: +Dobrze, sługo dobry i wierny! W małej rzeczy byłeś wierny, nad wieloma cię postawię. Wejdź do radości twojego pana+” (Mt 25, 21).

Bp Stanisław Stefanek TChr, biskup senior diecezji łomżyńskiej, zmarł 17 stycznia, ok. godz. 17.30 w Szpitalu w Lublinie. Miał 84 lata, w tym 60 lat kapłaństwa i prawie 40 lat biskupstwa.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję