Reklama

Niedziela Łódzka

Chronił ich mój różaniec

Z bp. Edwardem Kawą, biskupem pomocniczym lwowskim, który w parafii Najświętszego Zbawiciela w Łodzi głosił rekolekcje wielkopostne i uroczyście wprowadził tam relikwie bł. Jakuba Strzemię, o wartościach, którymi żył bł. Jakub, ukraińskim Kościele, wojnie i marzeniach rozmawia Anna Skopińska

Niedziela łódzka 15/2019, str. VI

[ TEMATY ]

bł. Jakub Strzemię

Maria Niedziela

Bp Edward Kawa w parafii Najświętszego Zbawiciela

Anna Skopińska: – Bł. Jakub Strzemię to tak, jak Ksiądz Biskup, biskup Lwowa, franciszkanin. Coś jeszcze sprawia, że ten święty jest Księdzu Biskupowi bliski?

Bp Edward Kawa: – Historia bł. Jakuba Strzemię jest bardzo ciekawa. Pochodził z dzisiejszej Małopolski, ale skierowany na wschodnią Galicję został przełożonym we Lwowie w klasztorze pw. Świętego Krzyża. W samym centrum, niedaleko katedry, jest miejsce, w którym znajdował się ten klasztor. Jako franciszkanin bardzo mocno krzewił kult Eucharystii i kult Najświętszej Marii Panny. I z tego powodu był już wtedy bardzo znany. Przez swoją gorliwość i to, że był misjonarzem. Źródła historyczne mówią, że on w bardzo wielu ludziach, nawet takich, którzy byli ateistami, czy też wtedy jeszcze poganami albo prawosławnymi, potrafił zapalić ten kult, którego w Kościele wschodnim nie ma. I jako gwardian został wezwany ze Lwowa do Halicza, stolicy diecezji, gdzie także był klasztor franciszkański, i powołany na arcybiskupa halicko-lwowskiego. A potem przeniósł stolicę do Lwowa. To tu okazał się człowiekiem dialogu. Kościół był skonfliktowany z ówczesnymi władzami Lwowa. On dał radę to wszystko pojednać i pogodzić. Tak, że ten konflikt z jego przyjściem do Lwowa się skończył. Dlatego, gdy często modlę się za jego wstawiennictwem czy są różne sytuacje, to widzę, że ta cała praktyka, którą stosował Jakub, jest dzisiaj bardzo aktualna. I dlatego w swojej posłudze jako biskup, a wcześniej jako franciszkanin – też byłem gwardianem we Lwowie, tylko już w innym klasztorze – św. Antoniego, bardzo mocny akcent kładę na Eucharystię, sakrament pokuty i na kult Najświętszej Maryi Panny.
Nasz kościół franciszkanów we Lwowie to kościół, który jest otwarty dla każdego. Na Mszach św. większość ludzi to nie są katolicy. I kościół zawsze jest pełen. Obliczaliśmy kiedyś, że w ciągu tygodnia przewija się przez niego ok. 5 tys. osób. To też jest misja, którą zaczął Jakub i my – franciszkanie – ją kontynuujemy. Właśnie tam, na terenach dzisiejszej Ukrainy zachodniej. I wydawało się, że Jakub jest już taki trochę zapomniany, bo nie mamy za dużo o nim informacji – jednak 600 lat zrobiło już swoje; był też czas komunizmu, gdzie bardzo dużo zostało zniszczone, ale on w cudowny sposób się odnalazł. Szaty, które są teraz restaurowane w Polsce, były w sarkofagu w jednym z kościółków pod Lwowem. Dla mnie to znak, że Jakub pokazał, jak wciąż jest aktualny i że nadal jest arcybiskupem – tym pasterzem swego ludu.

– Ksiądz Biskup przyjechał przywieźć go tu symbolicznie, bo relikwie były przecież wcześniej.

– Można powiedzieć, że Jakub znalazł też ks. Grzegorza. W taki sposób cudowny. Właściwie jestem tylko narzędziem w ręku Boga, by go tutaj zainstalować. I dla mnie to zaszczyt, że jako biskup lwowski – choć pomocniczy, ale lwowski – przyjeżdżam i swego współbrata, ale i arcybiskupa lwowskiego, tu przyprowadzam. By był tutaj apostołem i swoją obecnością w relikwiach mógł też dużo nowego zdziałać.

– Powiedział Ksiądz Biskup, że wtedy były podobne czasy. W czym podobne?

– Wtedy był czas bardzo niespokojny, bo było dużo napięć. Nie tylko między Kościołem a urzędnikami państwowymi, ale też dużo różnych napięć narodowościowych. Przeżywamy teraz bardzo podobne czasy. Ciągle są jakieś napięcia wewnątrz państwa. Jest wojna na wschodzie Ukrainy, która tak długo trwa. Ciągle też są jakieś napięcia narodowościowe, które rodzą się bez żadnych podstaw. To wszystko bardzo utrudnia nam życie. I widzę, że tym, co łączy ludzi, tym, co leczy te poróżnienia czy rany, jest wspólna modlitwa. I to, do czego Jakub prowadził – kult Eucharystii, kult Najświętszej Maryi Panny – jest tym, co dzisiaj rzeczywiście uzdrawia i przynosi owoce. Bo mimo tego, że dużo ludzi wyjeżdża w tej chwili z Ukrainy, to we Lwowie i w większych miastach nasze parafie rosną. I jest w nich coraz więcej ludzi.

– Można zaobserwować taką odnowę wiary, Kościoła?

– Relikwie bł. Jakuba w katedrze lwowskiej znajdują się w bardzo ciekawym układzie – sarkofag stoi pomiędzy Najświętszym Sakramentem a obrazem Matki Bożej Łaskawej. Czyli to, co robił całe życie, dalej robi. Łączy. Jest pośrodku – między Matką Bożą a Najświętszym Sakramentem. I to jego takie ciche działanie też przynosi owoce. Ludzie przychodzą, choć czasami nawet nie do końca rozumieją. Kiedyś przyjmowałem do Kościoła katolickiego dwie dziewczyny, które przyszły ze wspólnoty protestanckiej i były tam liderkami. Pytam: Dziewczyny, ale jaka jest motywacja, co się stało, dlaczego przyszłyście do nas? A one odpowiadają, że to, co je, właśnie w katedrze, dotknęło to Eucharystia. Będąc na Eucharystii, doświadczyły takiego działania Boga, że już później nic się nie liczyło. I widzę w tym cud Jakuba. Jakub przyciągając ludzi do siebie, zwraca uwagę na to, co jest najważniejsze i kto jest najważniejszy.

– To bł. Jakub. A czym jest dla ludzi w tej chwili, właśnie w czasie tych wewnętrznych rewolucji, Kościół? W Polsce był zawsze ostoją...

– Ukraina tym różni się od Polski, że nie mamy tych kościołów dużo. Jako Kościół rzymskokatolicki jesteśmy tak naprawdę mniejszością. O wiele większą potęgą jest Kościół prawosławny, grekokatolicki czy też wspólnoty protestanckie. Ale tym, co jest takim naszym atutem jest to, że jesteśmy poza polityką, poza tymi wszystkimi ustrojami państwowymi. I bardzo często słyszę takie świadectwa, że ludzie u nas właśnie doświadczają obecności żywego Boga. I Kościół jest dla nich stabilnością. Tym, który jest, który się troszczy i który zawsze głosi Dobrą Nowinę, bo czasami w innych Kościołach za bardzo widać powiązanie z polityką. A ludzie są tym zmęczeni. Dlatego Kościół rzymskokatolicki na Ukrainie ma szczególną rolę na te trudne czasy – przez niego ma przyjść wiosna odrodzenia wiary. Dla wszystkich.

– I widzi Ksiądz Biskup, że ona się dzieje?

– Powoli zaczyna się dziać. Mimo różnych trudnych sytuacji czy negatywnych wydarzeń, które ostatnio bardzo często się zdarzają, widać oddolne ożywienie. Takie bardzo mocne odrodzenie. I ono nie jest chwilowe czy emocjonalnie przeżywane, tylko naprawdę ma swój bardzo głęboki i duchowy wymiar.

– To, że Ksiądz Biskup prowadził rekolekcje w łódzkiej parafii, dla zwykłych ludzi, to świadczy o czym? O pokorze tego Kościoła?

– Wiem, że ks. Grzegorz i tutejsi parafianie wspierają wielu naszych księży – jeden z nich jest nawet w tej chwili ze mną. I to nie jest jednorazowe wsparcie, tylko trwa latami. Jeszcze ks. Grzegorza nie znałem, a już słyszałem – przynajmniej od dwóch księży – bardzo pozytywne świadectwo o nim. Więc kiedy ks. Mikołaj do mnie zadzwonił i zapytał, czy rekolekcje byłyby możliwe, odpowiedziałem, że z chęcią pojadę. Przede wszystkim z wdzięczności za tę pomoc. Sam, kiedy byłem na wschodzie, gdy nie miałem ani kościoła, ani ludzi, kiedy potrzebowałem pomocy, to bardzo dużo dobroci doświadczyłem tutaj w Polsce. Doświadczyłem rzeczywiście wyciągniętej ręki i to było dla mnie wielkie świadectwo jedności Kościoła. Mimo tego, że są odległości, nawet czasami różnice w mentalności, to on jest jeden. Poza tym każdy wyjazd do Polski jest dla mnie ubogaceniem. Dla nas, szczególnie urodzonych tam na Ukrainie, Polska stanowi bogactwo. I bardzo dużo z niej czerpiemy. Nie tylko literaturę, mądrość czy też jest Jan Paweł II, który zostawił po sobie ogromne dziedzictwo, ale nawet aktualne materiały do duszpasterstwa. Wszystko bierzemy z Polski. Kościół w Polsce jest dla nas taką starszą siostrą, do której zawsze się można zwrócić, która zawsze daje dobrą radę, ale też wsparcie.

– A tego wsparcia ciągle potrzeba?

– Potrzebujemy go, dlatego że nasi parafianie są zazwyczaj biedni i nie są to duże parafie. To czasami kilkadziesiąt, najwyżej 150-200 osób. I choć ci ludzie są bardzo ofiarni, wszystko oddają co mają i wszystkim się dzielą, to czasami wydatki związane z funkcjonowaniem parafii, budową przewyższają możliwości. Ale zawsze Pan Bóg prowadzi to tak cudownie, że zawsze się ktoś gdzieś znajdzie i pomoże. W ciągu tych lat od rozpadu ZSRR bardzo dużo doświadczyliśmy i doświadczamy dobroci oraz serdeczności ze strony Polski.

– W tych naukach rekolekcyjnych, poza kierowaniem się wartościami bł. Jakuba, co chciał Ksiądz Biskup przekazać wiernym z parafii Najświętszego Zbawiciela?

– Hasło rekolekcji to cytat z Gal 5,1: „Ku wolności wyswobodził nas Chrystus”. I to, co jest główną myślą, to przede wszystkim, byśmy dzisiaj, mimo różnych stereotypów, w których żyjemy, czuli pragnienie wolności. I tak, jak mówi św. Augustyn: „Niespokojne jest serce moje dopóki nie spocznie w Panu” – by każdy wierny był niespokojny w tym dobrym, pozytywnym znaczeniu. Czy przeżywa Eucharystię czy cokolwiek innego robi, by wszędzie czuł obecność Boga i chciał jeszcze więcej jej doświadczać.

– Wierzy Ksiądz Biskup, że bł. Jakub będzie tu – w tym kościele, w tym parku – działał cuda?

– Wierzę. Jestem przekonany, że w tym parku, w tym kościele tak będzie. Nie chciałbym jakiś proroctw ogłaszać, ale podejrzewam, że będzie tu jeszcze sanktuarium. Miejsce jest i okolica też na to czeka. Ale niech będzie wola Boża. Dla mnie to zaszczyt, że mogłem wprowadzić tu jego relikwie. To, że on sobie wybrał miejsce w samym sercu Polski, to bardzo wymowny znak. A jeśli będą dziać się cuda, to tym bardziej będę się czuł jak narzędzie w ręku Pana. I cieszył, że się do tego przyczyniłem.

– Zanim przyjął Ksiądz Biskup sakrę, to jako franciszkanin, był kapelanem wojskowym... I to był czas tych najgorszych wojennych starć na Ukrainie...

– Pracowałem wtedy jako przełożony naszych wszystkich klasztorów na Ukrainie. Pod Kijowem. W Boryspolu. I jak był pobór pierwszych żołnierzy, to po prostu brali ludzi. I zaczęli brać też naszych parafian. Dlatego pierwsze, co zrobiliśmy, to kupowaliśmy im mundury, buty i tutaj w Polsce – kaski i kamizelki kuloodporne. Tak, by chronić ich życie. By wrócili do swoich rodzin. Ale, gdy pojechali na wschód, to zaczęli do mnie dzwonić, bym przyjechał. Chcieli się spowiadać. I zacząłem do nich jeździć i ich odwiedzać. I tak się rozpoczęła moja przygoda z wojskiem, choć nigdy nawet w nim nie byłem. Stałem się wojskowym kapelanem. Jak wyjeżdżałem tam, to musiałem mieć pozwolenia. By mieć pozwolenia, musiałem przejść szkolenie, a by być tam – musiałem mieć mundur. Więc ubierałem mundur i posługiwałem jako kapelan nie tylko swoich, ale ich wszystkich. Bo jak był ostrzał, to wszyscy się spowiadali i wszyscy prosili o modlitwę. Odprawiałem Mszę św., przewodniczyłem nabożeństwom, urządzaliśmy wieczory biblijne w namiotach. To trwało kilka lat. Jak zostałem biskupem, to było już raczej niewskazane, bym tam jako biskup jeździł, więc robili to inni kapłani.

– Bycie takim kapelanem, w czasie walki, to doświadczenie – czego? Jaki ślad pozostawia służba tam – na froncie?

– Tym nie chciałbym się dzielić, bo jest to bardzo bolesne. Przede wszystkim jest ból. Widziałem, jak giną żołnierze, jak giną cywile, jak jest obstrzał. Wtedy ma się poczucie bezradności. W tym najbardziej gorącym czasie byłem akurat niedaleko lotniska w Doniecku. Niektórzy się tym chwalą, ale ja raczej tego unikam, bo za każdym wydarzeniem kryje się czyjeś życie...

– Ale taka była wola Boża, by tam pojechać?

– Jasne, że jest na pewno jakiś dopust Boży. Ale dużo jest w tym wszystkim też niezdrowej polityki – że ta wojna trwa i trwa tak długo.

– A to posłanie do tych ludzi coś znaczyło?

– Wielu żołnierzy dawało mi świadectwo, że moja obecność, nawet jak było bardzo niebezpiecznie, to dla nich poczucie bezpieczeństwa. Oni trzymali broń, a ja trzymałem różaniec w ręku. Bałem się, czasami nie mogłem powiedzieć słowa, a oni mi potem mówili: Fajnie, że z nami byłeś, bo my się czuliśmy przy tobie bezpiecznie. Nie mogłem tego zrozumieć, bo tak naprawdę myślałem, że dobrze, że oni są: uzbrojeni, to w razie, gdyby coś się działo będziemy się bronić. Ale tak naprawdę to oni bardziej czuli potrzebę takiej duchowej ochrony. A ja chciałem się czuć bezpiecznie, ale gdy zaczyna się ostrzał jest to trudne.

– Chyba tak było od początku. Przerażające i trudne było pewnie już kupowanie kamizelek...

– Jak wojna się zaczęła, to Ukraina nie była w ogóle gotowa. Żołnierze, oprócz broni, nic nie mieli. Każda parafia swoich parafian wyposażała, nawet w jedzenie. Co kilka tygodni przygotowywaliśmy transport z żywnością i tam wysyłaliśmy. Sam woziłem te transporty. Tutaj w Polsce skompletowałem dwa gabinety medyczne i przewoziłem przez granicę – jeden pod Donieck, a drugi za Mariupol – na samą linię frontu. Wtedy nie byliśmy do niczego gotowi. Teraz już to się ustabilizowało, choć dalej są działania wojenne. W mediach nie mówi się o tym, że każdego dnia ktoś tam ginie. Ale przynajmniej ci żołnierze już są wyposażeni w to, co konieczne. Jednak na początku, te pierwsze miesiące, to nawet my jako kapelani byliśmy wolontariuszami i w ogóle nie liczyliśmy się w strukturach. Tak, jak żołnierze, niektórzy ochotnicy. Jak któryś zginął, to rodzina po dziś dzień nie otrzymała żadnego wsparcia – po prostu pojechał, to była jego decyzja i jego wybór... Kiedyś spotkałem na szkoleniu kapelanów – ludzi z NATO. Opowiadali mi o swoich doświadczeniach, o tym, że posługują jako oficerowie – mają zapewnione wszelkie warunki, mają jakieś szkolenia. I jak ja zacząłem opowiadać o swoim doświadczeniu, to jeden z nich złapał się za głowę i nie chciał tego słuchać... Bo to było przerażające.

– Potem wrócił tam Ksiądz jako biskup...

– Ale już nie do żołnierzy. Wróciłem z posługą do ludności cywilnej. W ramach akcji: „Papież dla Ukrainy” przez dwa lata pomogliśmy ponad 850 tys. osobom. Otrzymali oni różną pomoc, bo czasami domy po ostrzale trzeba było remontować.

– Jeździł Ksiądz Biskup i decydował, co ma być zrobione i w jaki sposób wesprzeć tych ludzi?

– Przyjeżdżaliśmy do miejscowości, patrzyliśmy, jakie są potrzeby, szukaliśmy, kto mógłby to zrobić, podpisywaliśmy z tą organizacją – czy to był Caritas czy lekarze czy inna organizacja – kontrakt i wtedy oni udzielali tam pomocy. Mieliśmy bardzo piękny kontrakt z protestantami. W dwóch miasteczkach przylegających do Doniecka zrobiliśmy ogrzewanie – praktycznie w każdym domu. Wcześniej miejscowości były podłączone do gazu, ale jak zaczęła się wojna, to obcięto im rurę. W ciągu pierwszej zimy ponad sto osób zamarzło w swoich domach. Zostali bez wody, bez światła i bez gazu. Wpadliśmy na pomysł, by kupować kotły z naturalną cyrkulacją, w których można wszystko spalić. Dom w dom z protestantami to robiliśmy. To było takie piękne, że oni bardzo mocno promowali Kościół. Każdy dom był oklejony naklejką papieża – tu pomógł Ojciec Święty. Potem dużo pomagaliśmy w szpitalach, gdzie zwożono rannych. Bo te też były niegotowe. Wyposażaliśmy więc sale operacyjne, zrobiliśmy cały oddział dla poparzonych, którymi najczęściej są cywile...

– To było inne doświadczenie wojny...

– Pomoc, którą otrzymaliśmy od Stolicy Apostolskiej, zebraną w parafiach na Zachodzie, przekroczyła 16 mln euro. Z jednej strony na te potrzeby to nie jest dużo, a z drugiej jesteśmy chyba jedynym Kościołem, który tak konkretnie pomógł – nie słowami a uczynkami.

– A przy okazji był ten Jakubowy dialog...

– Z protestantami najbardziej. Kiedyś jeden pastor mi powiedział, że zawsze się o to modlił, by być z katolikami razem i czynić coś dobrego. I Pan Bóg mu to dał – że razem mogliśmy pomagać. Oni mieli ludzi, my fundusze. Dotarliśmy też na teren okupowany – do Ługańska, który jest prawie całkowicie odizolowany od Ukrainy – 1 mln euro zostało tam zainwestowane, przede wszystkim w żywność.

– Ten bliski kontakt z ludźmi pomaga Księdzu Biskupowi w głoszeniu Ewangelii?

– Na Ukrainie biskupstwo nie jest oderwane od ludzi. Jesteśmy cały czas z ludźmi, pośród nich i doświadczamy tego wszystkiego, co tam się dzieje.

– Wracając jeszcze to Jakuba, to w swoich biskupich insygniach ma Ksiądz Biskup wstawione jego relikwie...

– Gdy zostałem mianowany biskupem, to prowincjał krakowski zlecił o. Rafałowi Antoszczykowi, by zaprojektował mitrę, pastorał i wszystkie insygnia biskupie. Dla Rafała, który jest zakochany w Jakubie i jest najlepszym specjalistą od błogosławionego, było to oczywiste, że w mitrze, którą szyły siostry klaryski, będą relikwie. A w pierścieniu zostały umieszczone relikwie męczenników z Peru. To przez ich historię i ich męczeństwo trafiłem do zakonu. Z kolei w metalowy pastorał wpleciony jest sznur franciszkański. Więc, gdy jestem na uroczystościach, to mam na szyi krzyż św. Damiana, przed którym Franciszek się nawrócił, pastorał, i kiedyś ktoś mi powiedział, że habitu nie muszę już ubierać, bo widać, że jestem franciszkaninem.

– To było takie spełnienie marzeń? O relikwiach Ksiądz Biskup przecież myślał wcześniej...

– Przede wszystkim chciałem, by były to relikwie Jakuba i męczenników. Ale nie wiedziałem, jak i czy będzie to możliwe. Dlatego nawet nikomu nic nie mówiłem, tylko pomyślałem, że kiedyś poproszę prowincjała, by mi te relikwie przekazano. Bym miał je do własnego użytku. Jak dostałem projekty, to nawet nic nie musiałem mówić...

2019-04-10 10:28

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Wielki apostoł Jakub Strepa w Łodzi

Niedziela łódzka 11/2019, str. VI

[ TEMATY ]

bł. Jakub Strzemię

Archiwum ks. Grzegorza Klimkiewicza

Święte szczątki błogosławionego

– To nie ja znalazłem Jakuba, to on znalazł mnie – mówi ks. Grzegorz Klimkiewicz, proboszcz łódzkiej parafii pw. Najświętszego Zbawiciela, do której właśnie trafiły relikwie bł. Jakuba Strzemię

Relikwie zupełnie nieznanego u nas świętego franciszkanina określanego mianem orędownika od bólów głowy. To była szybka akcja. Rozegrała się w ciągu ostatnich trzech miesięcy. – Dzięki osobistemu wstawiennictwu abp. Grzegorza Rysia dwa tygodnie temu odebrałem relikwie z rąk Metropolity Lwowskiego – opowiada. I pokazuje zdjęcia z uroczystości, wspomina serdeczność abp. Mieczysława Mokrzyckiego i całe to prowadzenie bł. Jakuba.

– Dlaczego mówi ksiądz, że on sobie wybrał Łódź i że to nie jest przypadek? – pytam. – Nie wiem czemu, ale wyraźnie czuję, że on chce tu być – odpowiada. – Może tu chce dokonać jakiegoś cudu, by zostać świętym? – zastanawia się. I trudno temu zaprzeczyć. Ks. Grzegorz pokazuje mi relikwie – kawałek kości – i tak jakoś spontanicznie całuję te święte cząstki, bo zarażona entuzjazmem księdza chyba wierzę, że to był i jest ktoś i że może pomóc na te moje migrenowe bóle. I zapewne swoim orędownictwem uzdrowi wielu, którzy o to poproszą. Do przyjęcia relikwii – pierwszych w blisko stuletniej historii – szykuje się cała parafia. Ucząc się błogosławionego. Na pamięć i sercem. Uroczystego wprowadzenia dokona bp Edward Kawa, biskup pomocniczy Lwowa, 3 kwietnia o godz. 18, w dniu kościoła stacyjnego.

Czy mnie znasz?

To niesamowita historia. Jest rok 2016. Ks. Grzegorz jedzie na Ukrainę do swojego przyjaciela do Czerwonogradu. Tu dowiadują się, że na terenie archidiecezji lwowskiej, w jednym z kościołów, odnaleziono relikwie bł. Jakuba Strzemię. Te relikwie to liturgiczne szaty, w których był pochowany, a które w 1910 r. – przy okazji przekładania doczesnych szczątków do nowej trumienki – umieszczono w specjalnych szafeczkach i zagubiono.

Obaj udają się do Lwowa i tu na plebanii jednego z kościołów, u ks. Jacka Waligóry, oglądają grobowe pontyfikalia złożone na stole – mitrę, ornat, rękawiczki, pas i pastorał. Dopiero co wydobyte. Jeszcze nietknięte ręką konserwatora, historyka, specjalisty. – To było dla mnie wielkie przeżycie – mówi ksiądz – czułem, że nieznany mi błogosławiony stał mi się tak bardzo bliski i wręcz słyszałem to pytanie: Czy mnie znasz? – dopowiada. Zresztą nie tylko ksiądz stał wobec szat bł. Jakuba jak zahipnotyzowany. Oglądając fotografie z tej chwili, ma się wrażenie, że to coś szczególnego, ważnego, że ten XIV-wieczny błogosławiony chce o sobie przypomnieć i zwrócić uwagę – nie, nie na siebie, ale na Boga, u którego potrafi wyprosić nam zdrowie. Bł. Jakub jest też określany przyjacielem dzieci – może więc w obliczu tylu zagrożeń współczesności chce być niejako orężem w walce ze złem? I podporą dla nas, rodziców?

Od tamtej chwili bł. Jakub zagościł na stałe w myślach i sercu łódzkiego kapłana. 21 października ubiegłego roku wybrał się na odpust ku czci błogosławionego do Halicza. To pierwsza jego stolica biskupia. I wtedy zapragnął, by do Łodzi trafiły relikwie świętego. – Pomyślałem: Skoro nie dajesz mi spokoju, zabiorę cię do siebie – uśmiecha się ks. Grzegorz.

Dzięki pomocy abp. Rysia 28 lutego ksiądz odebrał we Lwowie relikwie. To relikwie pierwszego stopnia. – Nie wiedziałem, co dostanę, a abp Mieczysław Mokrzycki dał mi coś najcenniejszego – z czego bardzo się cieszę – podkreśla. Opowiada o spotkaniu w kaplicy arcybiskupów lwowskich, o gościnności, o tym, że we lwowskiej katedrze przy ołtarzu, przed którym śluby składał król Jan Kazimierz, stoi właśnie relikwiarz – trumienka ze szczątkami bł. Jakuba. W każdą drugą sobotę września ulicami Lwowa przechodzi uroczysta procesja z tymi szczątkami.

Wszystko, jak z płatka

A w Łodzi? W Lodzi po uroczystym wprowadzeniu, które zapoczątkuje spotkanie z o. Rafałem Antoszczukiem 24 marca i rekolekcje głoszone przez bp. Edwarda Kawę (31 marca – 3 kwietnia), ludzie będą poznawali nowego na terenie naszej archidiecezji błogosławionego. Ks. Grzegorz też dopiero go odkrywa. – Jestem na etapie poznawania go – przyznaje i pokazuje swoje ostatnie znalezisko, czyli wydaną w 1909 r. książkę bp. Bandurskiego „Wielki apostoł bł. Jakób Strepa” (bo tak był nazywany na wschodzie Polski), której jedyny egzemplarz wyszperał w krakowskim antykwariacie. Dzięki niej wie już więcej. Także ta książka to działanie bł. Jakuba. Tak, jak relikwiarz – nietypowy, bo wykonany na kształt relikwiarza z Kalwarii Pacławskiej – biskupiej mitry, wyhaftowanej.

– Pojechałem do hafciarni, po cywilnemu. Spytałem, ile kosztowałby jeden egzemplarz, pani zaśmiała się i stwierdziła, że zamówienie to tysiąc sztuk, a nie jedna, bo nie opłaca się uruchamiać maszyny. I wtedy osoba, która była ze mną powiedziała: – To ksiądz, a mitra jest na relikwiarz świętego. Pani od razu zmieniła zdanie, zrobiono nam relikwiarz bez problemu – opowiada ks. Grzegorz. I kolejny raz podkreśla, że to, iż to wszystko idzie jak z płatka, jest zasługą franciszkanina ze Lwowa.

Możesz być uleczony

W łódzkiej parafii już zaplanowano, że co roku – 21 października o godz. 18 – sprawowana będzie specjalna Msza św. ku czci bł. Jakuba, podczas której na głowę wiernych nakładana będzie mitra z relikwiami. Tegorocznej uroczystości będzie przewodniczył abp Grzegorz Ryś. Tymczasem relikwiarz znajdzie swoje miejsce w gablocie ustawionej na jednym z filarów – tak, by każdy, kto tego potrzebuje, mógł dotknąć głową szczątków błogosławionego od bólu głowy, który przez wrażliwość i spotykanych ludzi dotarł do łódzkiego księdza i razem z nim przyjechał do Łodzi.

Czy ksiądz modli się już do niego? – Na razie się ze sobą oswajamy, uczymy, ale jestem zafascynowany tą postacią i wierzę, że ten powiernik króla Jagiełły i św. królowej Jadwigi chce, byśmy sobie o nim przypomnieli – przyznaje.

CZYTAJ DALEJ

Abp Depo do neoprezbiterów: wchodzicie na drogę zmagań o polskie sumienia

2020-05-30 13:54

[ TEMATY ]

Częstochowa

abp Wacław Depo

archikatedra

święcenia kapłańskie

Marian Sztajner/Niedziela

Archidiecezja częstochowska ma siedmiu nowych kapłanów

– Wchodzicie na drogę zmagań o polskie sumienia poprzez wierność łasce, którą otrzymaliście – mówił w homilii abp Wacław Depo metropolita częstochowski, który w sobotę 30 maja podczas uroczystej liturgii w archikatedrze Świętej Rodziny w Częstochowie udzielił święceń kapłańskich siedmiu diakonom Wyższego Seminarium Duchownego Archidiecezji Częstochowskiej.

Mszę św. z abp. Wacławem Depo koncelebrowali m. in. przełożeni z Wyższego Seminarium Duchownego, na czele z rektorem ks. dr Grzegorzem Szumerą oraz księża proboszczowie z rodzinnych parafii neoprezbiterów. Uroczystość transmitowana była przez Niedzielę TV oraz Radio Fiat.

Zobacz zdjęcia: Archidiecezja Częstochowska ma nowych kapłanów

Abp Depo w homilii nawiązał do trwającej epidemii. – To był i wciąż jest czas pandemii koronawirusa i sanitarnych obostrzeń, które przyniosły nam opustoszałe kościoły i swoiste rekolekcje egzystencjalne jedynie poprzez transmisje telewizyjne Wielkiego Tygodnia i czasu Wielkiej Nocy – mówił abp Depo i dodał: „Przyznajmy, że jest to zarazem czas oczyszczający dla przeżyć wiary i stawiający pytania na ile powrócimy do naszych praktyk i życia sakramentalnego po ustaniu, trudnym do określenia czasie stanu zagrożenia”.

– Stawiamy sobie bardzo otwarte pytania o głębokie poczucie wdzięczności za stulecie urodzin św. Jana Pawła II i nie spełnioną pielgrzymkę narodową do Rzymu, jak również o uroczystość daru beatyfikacji sługi Bożego kard. Stefana Wyszyńskiego – kontynuował abp Depo.

Metropolita częstochowski zaznaczył, że „ w tym szczególnym czasie pełnym wyzwań społeczno-politycznych i kościelnych przeżywamy czas nabrzmiały modlitwą o dary Ducha Świętego dla nas wszystkich, a dzisiaj zwłaszcza dla siedmiu diakonów, którzy pragną głębiej związać się na czas i na wieczność z Jezusem Chrystusem, Jedynym i Wiecznym Kapłanem i Jedynym Pośrednikiem pomiędzy Bogiem a ludźmi”.

– On nie wybiera nas według naszych kryteriów, ale jak sam mówi: „To ja was wybrałem”. Bardzo mocne i zobowiązujące słowa, bo miłość Jezusa nie zna granic i jest darem, na który nie zasłużyliśmy – podkreślił arcybiskup i zacytował słowa papieża Franciszka, który powiedział 8 marca 2020 r. : „Jezus wybiera niektórych, aby byli blisko Niego, aby mogli dawać świadectwo. Bycie świadkiem Jezusa to dar, na który nie zasłużyliśmy: czujemy się niegodni, ale nie możemy się wycofać pod pretekstem naszej niegodności”.

– Nam zostało przekazane Słowo Zbawienia i została nam dana wiara i radość spotkania z Jezusem, który mówi: „Odwagi. Nie lękajcie się!”. Słowo Boże zawiera w sobie nie tylko mądrość, ale ma w sobie moc Boga –dodał arcybiskup.

Metropolita częstochowski przypomniał również słowa Benedykta XVI wypowiedziane 26 maja 2006 r. na Jasnej Górze: „Jak ważne jest byśmy uwierzyli w moc wiary, w możliwość nawiązania dzięki niej bezpośredniej więzi z żywym Bogiem! Maryja czuwając z apostołami na modlitwie, uczyła ich wytrwałości w wierze. Jej wiara przekonywała, że Duch Święty w swojej mądrości zna dobrze drogę, którą ich prowadzi, że można zaufać Bogu, oddając Mu całkowicie do dyspozycji siebie, swoje talenty i ograniczenia oraz swoją przyszłość” – mówił wówczas Benedykt XVI.

– Potwierdzamy dzisiaj tę maryjną szkołę wiary i zjednoczenia z Chrystusem, choć zdajemy sobie sprawę z faktu, że nosimy ten skarb w naczyniach glinianych, aby to z Boga była przeogromna moc, a nie z nas. Jezus stając się naszym Bratem w człowieczeństwie, nie przystaje być naszym Panem i Zbawicielem. Cała tajemnica łaski wybrania i posłania spoczywa w Jego ręku – zaznaczył abp Depo.

Metropolita częstochowski wskazując na patrona rocznika neoprezbiterów św. Jana Bosko przypomniał, że był on „ewangelicznym świadkiem miłości bezinteresownej dla dzieci i młodzieży”. – To dziś bardzo trudny i nadzwyczaj delikatny temat współodpowiedzialności przed Bogiem za nasze rodziny, dzieci i młodzież. I to jest dzisiaj włożone w wasze ręce – mówił do neoprezbiterów abp Depo.

Arcybiskup przypomniał również, że dzisiaj w kalendarzu liturgicznym w Polsce jest wspomnienie św. Jana Sarkandra, którego św. Jan Paweł II kanonizował 21 maja 1995 r. Metropolita częstochowski zacytował słowa, które św. Jan Paweł II wypowiedział w Skoczowie 22 maja 1995 r. : „Czas próby polskich sumień trwa! Wbrew pozorom, praw sumienia trzeba bronić także dzisiaj. Pod hasłami tolerancji, w życiu publicznym i w środkach masowego przekazu szerzy się nieraz wielka, może coraz większa nietolerancja. Odczuwają to boleśnie ludzie wierzący. Zauważa się tendencje do spychania ich na margines życia społecznego, ośmiesza się i wyszydza to, co dla nich stanowi nieraz największą świętość. Te formy powracającej dyskryminacji budzą niepokój i muszą dawać wiele do myślenia” – mówił św. Jan Paweł II.

– To, co wówczas mówił papież z rodu Polaków każe nam dzisiaj zrobić dogłębny rachunek sumienia. Dokąd podążają polskie sumienia skoro na ziemi polskiej bezkarnie dziś wyszydza się świętości wiary i osobę św. Jana Pawła II. A my mamy stanowić margines życia społecznego. Wchodzicie na tę drogę zmagań o polskie sumienia poprzez wierność łasce, którą otrzymaliście – zwrócił się do nowych kapłanów abp Depo.

Na zakończenie arcybiskup zacytował słowa, które sługa Boży kard. Stefan Wyszyński powiedział na Skałce w Krakowie 11 maja 1975 r.: „ Obowiązkiem pasterza jest być mocnym w wierze. Nie wolno mu się wdziać ani na prawo ani na lewo. Nie może on ulegać najrozmaitszym pokusom świata. Nie może poddawać się mdłym doktrynom, opiniom, pogłoskom, hipotezom. Musi nauczać z mocą, tak jak Chrystus, który zapewnił swoich słuchaczy: „Niebo i ziemia przeminą, ale słowa moje nie przeminą” – cytował abp Depo.

– Przez ich przykład zawierzenia Bogu na wzór Maryi miejcie wiarę odważną, że w Maryi mamy najlepszą obronę i moc przeciwko wszelkiemu złu i zagrożeniom, które dotykają świat. Odwagi. Nie lękajcie się nikogo i niczego. Chrystus jest z nami – zakończył abp Depo.

Przed święceniami neoprezbiterzy odbyli rekolekcje, które przeprowadził ojciec duchowny Wyższego Seminarium Duchownego w Częstochowie ks. Łukasz Dyktyński. Nowi kapłani archidiecezji częstochowskiej jako patrona swojego rocznika wybrali św. Jana Bosko. Jako motto swoje posługi kapłańskiej przyjęli słowa: „Niechaj Maryja trzyma nas wszystkich w wytrwałości i prowadzi nas w drodze do nieba” (św. Jan Bosko).

W rozmowie z „Niedzielą” ks. Remigiusz Lech powiedział, że w takiej chwili trzeba wypowiedzieć słowo „dziękuję”. – Przede wszystkim dobremu Bogu i rodzicom, ale również wszystkim, którzy towarzyszyli mi na drodze do kapłaństwa – każdemu z osobna i wszystkim razem. Ks. Lech przywołał również słowa przyjaciela, które usłyszał od niego z okazji Wielkiego Czwartku. – Kończę jeden bieg, by rozpocząć drugi, ale ten bieg, tak jak dzisiaj myślałem o tym jeszcze przed święceniami, będzie trwał aż do śmierci – podkreślił.

Natomiast ks. Mateusz Golis powiedział: „Czuję, że nie dorastam do łaski, którą otrzymałem. To jest zadanie na całe życie, ale z drugiej strony czuję wielką wdzięczność za wszystkich, których spotkałem i będę spotykać”. Podkreślił, że dzień święceń kapłańskich to początek nowej drogi. – Dlatego wierzę, że nigdy nie zabraknie mi łaski Bożej i orędownictwa Najświętszej Maryi Panny i że będę mógł cieszyć się pięknym życiem, które jest darem Boga.

Święcenia prezbiteratu otrzymali: ks. Szymon Całus (parafia św. Antoniego z Padwy w Częstochowie), ks. Mateusz Golis (parafia archikatedralna Świętej Rodziny w Częstochowie), ks. Sebastian Kosecki (parafia św. Jacka w Częstochowie), ks. Dominik Kozłowski (parafia św. Stanisława Biskupa i Męczennika w Wieluniu), ks. Remigiusz Lech (parafia Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Myszkowie), ks. Piotr Sinkiewicz ( parafia św. Aleksego w Przedborzu – diecezja radomska) oraz ks. Zbigniew Wojtysek (parafia Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej w Łobodnie).

CZYTAJ DALEJ

Abp Skworc w Piekarach Śl.: Miłość społeczna jest otwarta ku wszystkim ludziom

2020-05-31 15:49

[ TEMATY ]

Pielgrzymka mężczyzn

Piekary Śląskie

www.piekary.pl

„Miłość społeczna jest otwarta ku wszystkim ludziom” – powiedział abp Wiktor Skworc podczas dorocznej pielgrzymki młodzieńców i mężczyzn do Piekar Śląskich. W przesłaniu społecznym, które jest tradycją piekarskich pielgrzymek, metropolita katowicki polecał matce Bożej sprawy chorych na koronawirusa i wszystkich, którzy doświadczają konsekwencji pandemii. Z ubolewaniem zaznaczył też, że Polacy są jedną z najbardziej spolaryzowanych społeczności w Europie.

Metropolita katowicki zwrócił uwagę, że tegoroczna pielgrzymka odbywa się w zupełnie innych niż dotychczas warunkach. Pątnicy licznie gromadzą się nie na piekarskim wzgórzu, ale przy radioodbiornikach, telewizorach i komputerach. - Ograniczenia związane ze stanem epidemicznym w niczym nie ograniczają naszego ducha, zwłaszcza dzisiaj, gdy sam Duch Święty, Paraklet, Pocieszyciel, Duch Prawdy zostaje dany Kościołowi, aby z nami był na zawsze - zapewniał abp Skworc.

W swoim przesłaniu hierarcha zwrócił się nie tylko do młodzieńców i mężczyzn, ale do całych śląskich rodzin. Przypomniał, że w przeszłości wiele razy pokolenia żyjące przed nami były doświadczane plagą zarazy. Wskazał na rok 1676, kiedy mieszkańcy sąsiednich Tarnowskich Gór przybyli do Matki Bożej w Piekarach, modląc się o uzdrowienie i wybawienie od zarazy, jaka wybuchła w ich mieście.

Z początkiem 1680 roku zaraza wybuchła w Czechach. Wtedy wierni również zwrócili się o pomoc do Matki w piekarskim wizerunku. Cudowny Obraz wyruszył w drogę do Pragi i Hradec Kralove. W stolicy Czech doszło do licznych uzdrowień.

- Maryja (...) tutaj w Piekarach czczona jako „Lekarka” – nigdy nie odmawiała swojej pomocy - podkreślał arcybiskup. - Dzisiaj my, piekarscy pielgrzymi wraz rodzinami uciekamy się do Niej z wołaniem: „Pomóż nam wygrać, Lekarko, nasz czas!” - mówił dodając, że to wołanie wybrzmiewa dzisiaj szczególnie mocno w środowiskach górniczych, w których dochodzi do wielu zakażeń.

Zwracając się do górników i ich rodzin abp Wiktor Skworc wyraził solidarność i zapewnił o modlitwie. Wyraził też wdzięczność tym, którzy niosą pomoc osobom chorym, ludziom pozostającym w ścisłej izolacji i seniorom. - Dzięki ich ogromnemu oddaniu, dzięki wyrzeczeniom i współpracy wielu, jako społeczeństwo z konfrontacji z pandemią wychodzimy zwycięsko - podkreślał metropolita katowicki.

W setną rocznicę urodzin Jana Pawła II, hierarcha odniósł się też do nauczania papieża-Polaka. Przytoczył papieskie słowa wypowiedziane w roku 1983 przed obrazem Matki Bożej Piekarskiej na lotnisku Muchowiec: „Miłość społeczna jest otwarta ku wszystkim ludziom i ku wszystkim ludom. Jeżeli ukształtuje się ona głęboko i rzetelnie w swych podstawowych kręgach – człowiek, rodzina, ojczyzna – wówczas zdaje również egzamin w kręgu najszerszym”.

Na tych trzech słowach - człowiek, rodzina, ojczyzna - metropolita katowicki oparł swoje społeczne przesłanie. Zachęcał "w duchu chrześcijańskiej miłości i odpowiedzialności" do respektowania rządowych zarządzeń i zaleceń Kościoła.

Matce Piekarskiej powierzał dzieci i młodzież "wymagających wsparcia i pomocy w zrozumieniu i przyjęciu nieraz trudnych dla nich zasad obecnego życia społecznego". Przedstawiał intencje tegorocznych ośmioklasistów, maturzystów i wszystkich zdających egzaminy zawodowe i studentów.

„Pomóż nam wygrać, Lekarko, nasz czas!” - prosił abp Skworc w imieniu seniorów, osób samotnych i chorych, doświadczających dokuczliwej izolacji, wspominając o oczekujących na wyniki testów, zagrożonych mieszkańców DPS-ów.

Modlitwą otoczył też narzeczonych, którym stan epidemiczny skomplikował plany związane z zawarciem sakramentalnego związku małżeńskiego, ze ślubem i założeniem rodziny. W oczekiwaniu na „normalność” hierarcha zachęcił ich do pogłębienia rozumienia sakramentu małżeństwa, niekiedy przyćmionego zabieganiem o weselną imprezę.

W słowie skierowanym do diecezjan metropolita katowicki przypomniał, że hasłem tegorocznego, XIII już Metropolitalnego Święta Rodziny są słowa: „Rodzina przestrzenią spotkania”. - Chociaż z oczywistych powodów konieczna była rezygnacja z bogatego programu, to przecież świętujemy rodzinę i odkrywamy istotę, i przesłanie tego święta – zarówno wewnątrz rodziny, jak i w jej wymiarze społecznym - podkreślał abp Skworc.

- Rodzina, w której – pomimo jej ograniczeń i grzechów – istnieje wzajemna miłość, staje się szkołą przebaczenia. Przebaczenie zaś jest motorem pojednania i komunikacji. W dobie pandemii dbajmy nade wszystko o życzliwe relacje i wzajemne wsparcie! - apelował abp Skworc.

Ojczyznę nazwał trzecim kręgiem miłości społecznej.

- W pierwszym rzędzie chodzi o patriotyzm - wskazał metropolita katowicki. Uwidacznia się to szczególnie w okolicznościach zagrożenia. Hierarcha ocenił, że Polacy zdali egazmin z patriotyzmu w czasie pandemii. - Test z naszego patriotyzmu trwa nadal! - podkreślał dodając za papieżem Franciszkiem, że „jedność jest ważniejsza niż konflikt”.

Mówiąc o jedności przypomniał, że "Polacy uważani są za jedną z najbardziej spolaryzowanych społeczności we współczesnej Europie". Wezwał do pracy nad jednością. - W procesie tym potrzebny jest etos respektowania godności każdego człowieka, umiejętność rozróżnienia błędu od błądzącego, prowadzenie walki szlachetnej, a nie wyniszczającej oraz przekonanie, że wobec pluralizmu poglądów tylko dialog – nieraz trudny i długi – jest drogą prowadzącą do zgody i jedności - sugerował.

Odnosząc się do organizowania wyborów w czasie pandemii metropolita przypomniał, że misją Kościoła w takiej sytuacji jest nie tylko życzliwe, ale i stanowcze przypominanie o szczególnej, moralnej i politycznej odpowiedzialności, jaka spoczywa na uczestnikach życia politycznego. - Misją Kościoła jest zachęcanie do zachowania społecznego pokoju, do udziału w wyborach i do trzeźwej oceny moralnych kwalifikacji kandydata na najważniejszy urząd naszego państwa - dodał abp Skworc.

Hierarcha wspomniał też w swoim nauczaniu o świętowaniu niedzieli. - U Matki Sprawiedliwości i Miłości Społecznej w Piekarach zawsze będziemy bronili niedzieli jako dnia Boga i człowieka – w myśl głoszonej tu zasady: „Niedziela jest Boża i nasza”. Zawsze też będziemy bronili praw pracowniczych, zagrożonych niekonieczną pracą w niedzielę - podkreślił.

Abp Skworc wskazał na dobro rodziny, poszanowanie odpoczynku i prawa do duchowego rozwoju człowieka, prawa do spotkania z naturą i kulturą. - Bracia, nie możemy się zgodzić na dyktaturę różnych organizacji, korporacji zajmujących się handlem i dystrybucją towarów, które nie biorą pod uwagę kosztów społecznych, jakie płyną z niszczenia narodowej tkanki społecznej poprzez pozbawiania jej tego spoiwa, jakim jest wspólne przeżywanie czasu wolnego (...) - apelował.

Metropolita katowicki zachęcał do wsparcia wszystkich, których miejsca pracy są zagrożone.

- Ochrona ekonomicznie najsłabszych i sprawiedliwość, równomierne rozłożenie materialnych kosztów zmagania się ze skutkami epidemii są dzisiaj szczególnym wymogiem solidarności i miłości społecznej - przypomniał metropolita katowicki.

Mówił o podejmowaniu trudu odbudowania więzi społecznych: rodzinnych, sąsiedzkich, parafialnych i stowarzyszeniowych, które zostały osłabione trybem życia czasów pandemii i przymusowej kwarantanny. - Aby zalecany „dystans społeczny” nie utrwalił się w postaci społeczeństwa zamkniętych drzwi, lęku przed bliźnim, nowych społecznych podziałów i zagubienia - wskazywał arcybiskup. - Odbudowa więzi, społeczeństwo zespolone nie wspólnym wrogiem, ale przyjaźnią, nie może zaistnieć bez modlitwy, która jest źródłem bezinteresowności i logiki daru - przypominał.

Metropolita zaznaczył, że do modlitwy wzywał Sługa Boży ks. Jan Macha, którego beatyfikacja planowana jest na 17 października w Katowicach. Cytował w nauczaniu słowa męczennika II wojny światowej: "Trzeba nam czym prędzej wylać oliwę różańcową, a ona znów uspokoi burzę".

Tegoroczna pielgrzymka świata męskiego do Matki Sprawiedliwości i Miłości Społecznej odbywa się w skromniejszej firmie. Co roku do Piekar Śląskich przybywa kilkadziesiąt, a nawet do stu tysięcy, pątników. W tym roku na Wzgórzu Piekarskim gości tylko delegacja. Całe rodziny uczestniczą w pielgrzymce za pomocą transmisji radiowych, telewizyjnych, czy internetowych.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję