Reklama

Jak zaleczyć rany po takim strajku?

2019-04-30 09:13

Michał Karnowski
Niedziela Ogólnopolska 18/2019, str. 35

Jednak stało się! Traktująca zwykle słowa „naród” i „narodowy” jak zadżumione i groźne gazeta Adama Michnika tak bardzo rozochociła się wizją obalenia rządu za pomocą paraliżu systemu szkolnego, że napisała o „narodowym buncie szkolnym”. Był to szczytowy element trzytygodniowej kampanii, która miała wytworzyć wokół protestu nauczycieli moment przełomowy w polskiej polityce. Taki, zaryzykuję to porównanie, kolejny pucz antyrządowy. Ze stałym już zdobnictwem: autorytety popierają, Jurek Owsiak wzywa do mobilizacji, artyści grają koncerty, a inni wrzucają pieniądze.

Nic z tego nie wyszło – im dłużej strajk trwał, tym bardziej narastał dystans opinii publicznej. Bo choć poparła ona zasadniczo postulat polepszenia losu nauczycieli (tak jak zdecydowanie niżej podpisany!), to przeraziły ją skrajne upartyjnienie protestu i pokazana przez część protestujących bezwzględność. W większości protestujących szkół odmówiono dzieciom nawet opieki świetlicowej, próbowano odmówić prawa do egzaminu i matury. Tak nie można!

Organizatorzy protestu przegrali, rozminęli się z ocenami większości Polaków, ale to w sumie najmniejszy problem. Mogliśmy się przez ostatnie cztery lata dobrze przyzwyczaić do sytuacji, w których medialny obraz całkowicie odstaje od emocji i doświadczeń Polaków. Co ma wspólnego telewizyjny wizerunek Kościoła z wielkim codziennym poświęceniem dla naszej wspólnoty tysięcy kapłanów i zakonnic? Jak się ma histeria w związku z rzekomym „reżimem” do codziennego doświadczenia żywego wreszcie krajobrazu medialnego, w którym każdy może odnaleźć bliski mu pogląd? Jak się mają jęki o złych rządach, kiedy wystarczy trochę dociekliwości, by odnaleźć dane mówiące o setkach miliardów złotych odzyskanych do budżetu i przeznaczonych na programy prorodzinne?

Reklama

Prawdziwym kłopotem jest spustoszenie moralne i społeczne, które w taki sposób przeprowadzony protest pozostawił. Przerażają doniesienia o podzielonych kolegiach nauczycielskich, gdyż ci, którzy uczniów porzucić nie chcieli i mieli inną wizję protestu, zetknęli się z brutalnymi nagonkami. Zasmucają żenujące, prymitywne popisy „artystyczne” części kadry nauczycielskiej, która chyba zapomniała, że są zawody zobowiązujące do minimalnej powagi. Bolą sytuacje, kiedy uczniowie proszący o dopuszczenie do matur słyszeli: „Idźcie do premiera”. Odbudowanie autorytetu środowiska nauczycielskiego będzie po tych ekscesach – zapewne na tle skali strajku rzadkich, ale jednak zapadających w społeczną pamięć – niezwykle trudne.

Jak to zrobić? Warto zacząć od analizy, jak do tego doszło. Sławomir Broniarz winien jest nauczycielom, rodzicom i uczniom szczere wyjaśnienie, dlaczego zdecydował się na taki tryb protestu. Czy naprawdę, jak twierdzą niektóre media, chciał się wpisać w kampanię wyborczą Koalicji Europejskiej? Czy Grzegorz Schetyna, snujący rozważania o tym, jak strajk szkolny wpłynie na wynik majowych wyborów, konsultował się z nim? A potem warto by wyłonić nową, mającą autorytet, reprezentację nauczycieli, która na serio zmierzyłaby się z wyzwaniami, przed którymi stoi edukacja. Bez politykowania (bo szkoły są dla wszystkich!), z odwagą spojrzenia na zawód nauczyciela z miłością, ale i krytycznie.

Jest czego bronić, jest co ratować. Większość moich znajomych i bliskich, zapytana przeze mnie, z jakimi nauczycielami spotyka się na co dzień w szkołach, do których chodzą ich dzieci (placówki publiczne), wystawiła oceny dobre i bardzo dobre. I była zdania, że musimy tę grupę zawodową podnieść w naszym społecznym rankingu, że zasługują na więcej za swoją pracę. Jak więc doszło do tego, że stoimy na takich edukacyjnych zgliszczach? Że ten protest poszedł w taką stronę?

Wiele zależy od rządu, wiele od pieniędzy, sporo od nas, rodziców. Ale najważniejsze zadanie stoi przez samym środowiskiem nauczycielskim. Tak ponury spektakl nie powinien się powtórzyć.

Michał Karnowski
Publicysta tygodnika „Sieci” oraz portalu internetowego wPolityce.pl

Tagi:
szkoła strajk

Reklama

Krajobraz po strajku

2019-05-08 08:12

Czesław Ryszka
Niedziela Ogólnopolska 19/2019, str. 40

Polska szkoła musi być patriotyczna, powinna przekazywać wiedzę oraz wartości moralne i patriotyczne. Polakiem się jest, a nie bywa przy okazji

candy1812/fotolia.com
Rodzice mają prawo do informacji dotyczącej tego, co się dzieje na terenie szkoły, do której uczęszczają ich dzieci, a także tego, co propagują organizacje pozarządowe

Ustawa nazwana maturalną, zgłoszona przez premiera Mateusza Morawieckiego, uratowała 15 tys. uczniów w 199 szkołach. Gdyby nie ta ustawa, tylu uczniów klas maturalnych nie zostałoby sklasyfikowanych z powodu strajku nauczycieli. Przypomnę – od 8 kwietnia br. trwał ogólnopolski strajk nauczycieli zorganizowany przez ZNP i FZZ. Przystąpiła też do niego część nauczycieli z oświatowej Solidarności. Strajk został zawieszony 27 kwietnia, ma być kontynuowany we wrześniu.

Początkowo chodziło wyłącznie o wzrost wynagrodzeń o 1000 zł dla każdego pracownika oświaty. Żadne argumenty, że rządu na to nie stać, nie przekonały nauczycieli, a właściwie szefa ZNP. Tłumaczenia, że program podwyżek dla nauczycieli rząd realizuje od 2017 r. – kiedy to nastąpiło odmrożenie pensji nauczycielskich, zamrożonych w 2012 r. przez ekipę PO-PSL – to rzucanie grochem o ścianę. W porównaniu z grudniem 2017 r. wzrost wynagrodzeń wyniósł w 2018 r. średnio 21 proc.

Z czasem spór o pieniądze jakby przygasł, najważniejsza stała się sprawa egzaminów gimnazjalnych, potem maturalnych, aby młodzież mogła 6 maja br. w spokoju przystąpić do zdawania matur. Niestety, szefowie związkowi usztywnili swoje stanowisko, dlatego pojawiła się wspomniana ustawa maturalna, procedowana bardzo szybko, chodziło bowiem o to, aby nie doszło do skrzywdzenia tegorocznych maturzystów. A mogło do tego dojść, skoro szef ZNP wypowiedział się zdecydowanie, że „strajkują, nie klasyfikują”. Trudno było też zrozumieć szykany wobec tych nauczycieli, którzy nie strajkowali.

Wrześniowy termin kontynuowania strajku zdradza, że chodzi nie o oświatę, ale o politykę. Znowu nauczyciele staną się zakładnikami polityków podczas kampanii wyborczej do Sejmu i Senatu. Chyba nikt nie zaprzeczy, że strajk został wykorzystany przez opozycję do uderzenia w rząd. Dowodem na to jest np. brak udziału ZNP i polityków PO w oświatowym okrągłym stole. Dobrze, że taki się odbywa.

Niezależnie od podwyżek wynagrodzeń należy się zastanowić nad reformą oświaty. Powodem są m.in. alarmujące wyniki badań poziomu czytelnictwa w Polsce, znajomości kanonu literatury ojczystej, która przestała być podstawą systemu wychowania. Zapomniano, że szkoła powinna uczyć kultu wielkich pisarzy, których twórczość umacniała wspólnotę narodową w trudnych czasach. Wykształcenie literackie i posiadanie domowej biblioteki były dawniej znakiem statusu społecznego, zaś elementarna wiedza o polskich poetach i pisarzach (o Mickiewiczu, Sienkiewiczu i innych) stała się w XX wieku nieodłączną częścią świadomości narodowej ogółu. Język polski był najważniejszy wśród szkolnych przedmiotów. Czy tak jest nadal?

Mamy wielu wspaniałych nauczycieli, ale od pewnego czasu jakby przestali oni realizować swoje ideały. Myślę tu właśnie o szkolnej humanistyce, o uczeniu historii literatury, o praktycznym ćwiczeniu trudniejszych form wypowiedzi, takich jak rozprawka i esej. Usunięcie historii literatury ze szkół, ogłoszone 20 lat temu, zakończyło się spektakularną klęską.

Niedobrze się stało, że ten strajk niejako wrzucił wszystkich nauczycieli do – przepraszam za określenie – jednego worka. Większość z nich, jak mniemam, to wspaniali wychowawcy, mistrzowie, jednak ten strajk przyniósł wielką szkodę całemu środowisku. Z tej sytuacji należy wyciągnąć jeden ważny wniosek: nauczyciele nie mogą brać udziału w walce politycznej. Polska szkoła musi być patriotyczna, powinna przekazywać wiedzę oraz wartości moralne i patriotyczne. Polakiem się jest, a nie bywa przy okazji.

* * *

Czesław Ryszka
Pisarz i publicysta, senator RP w latach 2005-11 i od 2015 r.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Zagłodzony w imię prawa: rozpoczęła się eutanazja Vincenta Lamberta

2019-05-20 15:35

vaticannews.va / Reims (KAI)

Dziś rano francuscy lekarze zaprzestali podawania pożywienia i wody 42-letniemu Vincentowi Lambertowi. Od 2008 r., po wypadku na motorze, jest on sparaliżowany i żyje w stanie minimalnej świadomości lub, jak mówią inni, w stanie wegetatywnym. Nie jest jednak podłączony do respiratora ani innych urządzeń podtrzymujących go przy życiu. „Vincent czuje wszystko. Płakał, gdy poinformowaliśmy go o decyzji lekarzy” – mówią rodzice mężczyzny, którzy do końca sprzeciwiali się jego eutanazji.

Batalia o prawo do życia Vincenta Lamberta trwa od 2013 r., kiedy to po raz pierwszy lekarze chcieli zaprzestać go karmić i poić. Zdecydowanie sprzeciwili się temu jego rodzice, którzy cały czas walczą o prawo do życia dla swego syna. Za eutanazją opowiada się jego żona Rachela, twierdząc, że wobec mężczyzny stosowana jest uporczywa terapia.

Tej opinii sprzeciwiło się m.in. 77-francuskich lekarzy, specjalizujących się w opiece nad chorymi z uszkodzeniem mózgu, przypominając, że Lambert samodzielnie oddycha i nie jest podłączony do respiratora ani do żadnej innej maszyny podtrzymującej życie. Nie znajduje się też w fazie terminalnej, nie jest w śpiączce, tylko w stanie minimalnej świadomości, zachował zdolność przełykania, reaguje na bodźce, rusza oczami, płacze, odczuwa ból. Jedyne co otrzymuje to pożywienie za pomocą sondy żołądkowej i płyny w kroplówkach.

Te zabiegi z punktu widzenia klinicznego i etycznego nie mogą być uznane za uporczywą terapię. Potwierdza to dokument watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary z 1 sierpnia 2007 r., podkreślając, że „podawanie pokarmu i wody, także metodami sztucznymi, jest zasadniczo zwyczajnym i proporcjonalnym sposobem podtrzymania życia. Jest ono więc obowiązkowe w takiej mierze i przez taki czas, w jakich służy właściwym sobie celom, czyli nawadnianiu i odżywianiu pacjenta. W ten sposób zapobiega się cierpieniom i śmierci, które byłyby spowodowane wycieńczeniem i odwodnieniem”.

Wczoraj przed kliniką w Reims, gdzie przebywa mężczyzna manifestowało kilkaset osób, domagając się odstąpienia lekarzy od decyzji o jego zagłodzeniu. Z podobnym apelem jego rodzice wystąpili do prezydenta Francji, ten jednak nawet nie odpowiedział na ich list. Także francuscy biskupi zdecydowanie potępili decyzję lekarzy o zakończeniu dalszej terapii, wskazując, że „wytacza to drogę do legalizacji eutanazji”. W tej sprawie głos zabrał także Papież Franciszek przypominając, że do każdego życia trzeba podchodzić z szacunkiem. Apelował zarazem, by „każdy chory był zawsze szanowany w swej godności i leczony w sposób odpowiedni do jego stanu zdrowia, przy zgodnym wsparciu rodziny, lekarzy i innych pracowników służby zdrowia, z wielkim szacunkiem do życia”. Na Twitterze apelował dziś: „Módlmy się za tych, którzy są ciężko chorzy. Strzeżmy zawsze życia, daru Boga, od początku do naturalnego kresu. Nie ulegajmy kulturze odrzucenia”.

– Rano Vincenta odłączono od sondy żywieniowej i kroplówek, zaczęto podawać mu leki uśmierzające. Skandalem jest to, że rodzicom nie pozwolono dziś pożegnać się z synem – mówi Jean Paillot, adwokat rodziców Lamberta. Wskazuje, że na oczach świata dokonuje się właśnie pierwsza legalna eutanazja w historii Francji. Jedno z ostatnich nagrań z sali szpitalnej pokazuje matkę, która mówi do Vincenta „nie płacz, jestem przy tobie, jest też tato” i głaszcze syna na pożegnanie, bo zakazano jej go przytulić.

Z kolei arcybiskup Reims przypomina, że mimo usilnych próśb rodziców nie zgodzono się na przeniesienie pacjenta do placówki specjalizującej się w tego typu przypadkach. W podobnym stanie w całej Francji jest obecnie ok. 1500 pacjentów. „Gra toczy się o honor ludzkości, która nie może pozwolić na to, by jeden z jej członków umarł z głodu i pragnienia – mówi abp Eric de Moulins-Beaufort. - Przyzwolenie na jego śmierć, ponieważ terapia zbyt dużo kosztuje czy też jego życie ma mniejszą wartość, oznacza koniec naszej cywilizacji”.

Vincent Sanchez, który jako lekarz prowadzący zdecydował o zakończeniu terapii Lamberta poinformował, że nie wiadomo, jak długo mężczyzna będzie konał. Organizacje pro-life biją na alarm, że coraz mocniej przepycha się mentalność eutanazyjną i śmierć głodowa Lamberta staje się kolejnym alarmującym znakiem dla konieczności obrony życia. Przed 14 laty w Stanach Zjednoczonych w podobny sposób została zagłodzona Terry Schiavo. Po odłączeniu od sondy żywieniowej kobieta umierała przez 13 dni.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Bp. Jarecki polemizuje z red. Chrabotą: chrześcijaństwo rozumiane tylko jako system moralny to nie chrześcijaństwo

2019-05-22 14:52

bp. Piotr Jarecki, maj / Warszawa (KAI)

- Chrześcijaństwo to nie „piękna opowieść o tym, wedle jakich wartości i zasad trzeba żyć, by nasz świat był normalny”. Chrześcijaństwo to nie wiara w wartości i zasady, ale relacja z Osobą. Chrześcijaństwo bez Chrystusa, sprowadzone tylko do systemu moralnego, bez transcendencji, bez wymiaru metafizycznego – to już nie jest chrześcijaństwo. – przekonuje bp Piotr Jarecki w odpowiedzi na tekst Bogusława Chraboty, zamieszczony w dodatku „Plus-Minus” (18-19 V 2019). Bp. Jarecki podkreśla, że tym, co pozostało przeżywającemu kryzys Kościołowi nie jest „trudny depozyt moralny” ale depozyt autentycznej wiary, która pozwala na zjednoczenie z Chrystusem, Bogiem, który zbawia.

ARTUR STELMASIAK

Publikujemy polemikę autorstwa bp. Piotra Jareckiego

Chrześcijański depozyt wiary

Lektura tekstu Bogusława Chraboty, zamieszczonego w ostatnim "Plus Minus" (18-19 V. 2019), zatytułowanego "Trudny depozyt moralny" wywołała we mnie zaskoczenie, zdziwienie a nawet wewnętrzny smutek. Podczas lektury przypomniałem sobie przesłanie książki Jeana Gittona "Przemilczanie istoty", w której słynny filozof francuski, przyjaciel św. Pawła VI, ekspert na II Soborze Watykańskim scharakteryzował współczesną kulturę jako tę, która stawia w centrum zainteresowania sprawy drugorzędne, istotne zaś pomija, lub przesuwa na margines życia. W swym krótkim tekście redaktor naczelny "Rzeczpospolitej" podejmuje temat sytuacji "polskiego Kościoła katolickiego" (napisałbym: Kościoła katolickiego, który jest w Polsce) po obejrzeniu filmu Sekielskich. Stwierdza, że panaceum na trudną sytuację kościoła i społeczeństwa w Polsce jest nie tyle powrót do przesłania metafizycznego czy transcendencji wiary, ile obrona trudnego depozytu moralnego. Sądzę, że jest to przemilczanie a może wypaczanie istoty chrześcijaństwa.

W tekście jest wiele ogólnych stwierdzeń typu: "naprawdę trudno jest bronić polskiego Kościoła katolickiego w sprawie pedofilii księży"; film "może spowodować największy kryzys w historii polskiego katolicyzmu"; autor wierzy, "że to nic innego, jak powtórka z dziejów"; sądzi też, że "trwanie na przestrzeni dwóch mileniów, przynajmniej w głowach części przedstawicieli Kościoła hierarchicznego - utwierdziło przekonanie, że Kościół instytucjonalny jest ponadczasowy... historia pokazuje, że upadały największe imperia i umierały w agonii najtrwalsze na pozór porządki religijne"; stwierdza też, że "Kościół strukturalny jest słaby jak nigdy w swoich dziejach". Jak widać poruszonych jest wiele wątków, które może warto by przedyskutować, gdyż każdy z poruszonych problemów nie ma przecież jednozdaniowego rozwiązania. Lektura tekstu wywołała we mnie myślowy chaos. Lecz nie on był głównym powodem wewnętrznego smutnego zdziwienia i niepokoju.

Punktem kulminacyjnym tych wewnętrznych doznań była końcowa część tekstu Bogusława Chraboty. Autor pyta: "Cóż więc zostało? Przesłanie Metafizyczne? Transcendencja?" I odpowiada: "Niestety, te otchłanie z natury są dostępne dla nikłego procentu wybranych. Najważniejszy jest moim zdaniem depozyt moralny. Piękna opowieść o tym, wedle jakich wartości i zasad trzeba żyć, by nasz świat był normalny". Zapewnia też, że "świetnie to rozumie papież Franciszek", nie rozumieją zaś tego polscy biskupi. Redaktor naczelny zastrzega się jednocześnie, że nie jest wrogiem biskupów, może nie obecnych, ale przyszłych, którzy "będą musieli obronić chrześcijański depozyt moralny". Autor stawia końcowe pytanie - licząc na polemiki: "jeśli nie chrześcijański depozyt moralny, to jaki?".

Otóż odpowiadam: Nie "trudny depozyt moralny", ale "chrześcijański depozyt wiary". Można to ująć inaczej: Nie "trudny depozyt moralny", ale "wyzwalający depozyt wiary". Co przez to rozumiem. Nie tyle ja - osoba prywatna, która od z górą 25 lat jest biskupem - ale jak to rozumie Kościół nauczający, którego naukę podzielam.

Tekst redaktora Chraboty zrozumiałem jako propagowanie chrześcijańskiego modelu życia - bez Chrystusa, chrześcijaństwa sprowadzonego do systemu moralnego, bez transcendencji, bez wymiaru metafizycznego. To już nie jest chrześcijaństwo! Gdyż przy takim ujęciu pozbawiamy go głównego źródła, trwałego fundamentu.

Chrześcijaństwo nie jest przede wszystkim wiarą w wartości i zasady. One są czymś wtórnym. Chrześcijaństwo jest wiarą w osobową relację: człowiek - zbawiający Bóg. Chrześcijaństwo nie jest przede wszystkim wiarą w wartości i zasady. One są czymś wtórnym. Chrześcijaństwo jest wiarą w osobową relację: człowiek - zbawiający Bóg. I ta relacja jest w chrześcijaństwie najważniejsza. My wierzymy w Osobę, która konkretnymi wartościami i zasadami się w życiu kierowała i uzdalnia swoich wyznawców, by byli Jej naśladowcami. Chrześcijaństwo nie jest religią Księgi, gdzie zawarte są wartości i zasady życia. Jest religią Osoby - Boga Człowieka - który jest jedynym Zbawicielem człowieka i świata. I tym co najważniejsze w wierze, religijności a zatem moralności chrześcijańskiej jest wejście w intymną relację z tą Osobą, przebywanie i życie z Nią. Z tego związku wypływa cały system etyczny, którym kieruje się człowiek wierzący w życiu. Jeśli tego nie będzie, to "piękna opowieść o tym, wedle jakich wartości i zasad trzeba żyć, by nasz świat był normalny" będzie tylko "miedzią brzęczącą i cymbałem brzmiącym" - wedle słów św. Pawła. Nawet jeśli ta piękna opowieść zrobi na kimś wrażenie, to nie będzie on miał siły, aby wprowadzić ją w codzienność życia. I to jest może nasz dzisiejszy, największy problem. Powiedzmy sobie szczerze: czy ludzie popełniający haniebne czyny, np przestępstwa pedofilskie, zarówno duchowni jak i świeccy, nie słyszeli po wielokroć "pięknych opowieści o wartościach i zasadach"? Niektórzy z nich nawet te "piękne opowieści" głosili. I dlaczego dopuszczali się tych karygodnych czynów? Bo zabrakło fundamentu. Wyschło źródło. Zerwali kontakt z Tym, który uzdalnia do godnego życia. Przyczyną jest kryzys duchowości, wewnętrznego życia w łasce Bożej, życia w komunii z Bogiem. Ale czy współczesna kultura, cywilizacja, czy współczesne media tworzą klimat sprzyjający trosce o tę sferę życia ludzkiego? Mam nieraz wrażenie, że w mediach coraz bardziej "trendy" jest deklaracja ateizmu czy agnostycyzmu. Wyznanie wiary, troska o duchowość, o łączność z Bogiem przestały być interesujące. Wymowne jest jak szybko zapomnieliśmy esej Benedykta XVI poświęcony tym kwestiom! Nie spotkałem się z poważnym omówieniem tego tekstu ani z pogłębionymi nad nim dyskusjami.

Rozumiem, że redaktor Chrabota łączy autentycznie rozumiane chrześcijaństwo z przesłaniem metafizycznym, transcendencją. Mówi, że "te otchłanie" dostępne są tylko dla szczupłego grona wybranych, dlatego powinniśmy je pominąć i zająć się tylko depozytem moralnym. Otóż nie zgadzam się z tym. Kryterium ilościowego nie powinniśmy przedkładać nad kryterium prawdy! Prawdy dotyczącej samej istoty wiary, religijności i stylu chrześcijańskiego życia. To nie ludzie są autorami wiary i religii chrześcijańskiej. Zostały nam one objawione przez Boga. Nie są zmieniającą się teorią. Są faktem, wydarzeniem, który ma swoje także moralne konsekwencje.

Z komentowanego przeze mnie tekstu wynika, że za pierwszeństwem depozytu moralnego opowiada się papież Franciszek i powinni tego pierwszeństwa bronić i je promować polscy biskupi, jeśli nie obecni to ich następcy. Gdyby to była prawda, byłbym bliski załamania. Powiem wprost! W żadnej wypowiedzi Franciszka nie znalazłem wyrażenia takiej koncepcji chrześcijańskiego życia. Taka koncepcja nie jest prawdziwa! Wielokrotnie papież mówi: bardziej mistycy niż asceci! W swym ważnym wystąpieniu do Kościoła Katolickiego we Włoszech, podczas V Narodowego Zjazdu Kościoła Włoskiego, które wygłosił 10 listopada 2015 r. we Florencji, zatytułowanym "Nowy humanizm w Chrystusie Jezusie", Franciszek za dwa największe niebezpieczeństwa, dwie pokusy współczesnego chrześcijaństwa uznał neognozę i neopelagianizm. Ciągle do tego powraca. Polecał ten tekst do ponownego rozważenia biskupom włoskim, podczas 73 Zgromadzenia Generalnego Konferencji Episkopatu Włoch - 20 maja br. W wystąpieniu skierowanym do Papieskiego Instytutu Misji Zagranicznych (Watykan, 20 maja br.) Franciszek mówił: "Ewangelizacja jest głoszeniem Jezusa Chrystusa, świadectwem o Nim - zabitym i zmartwychwstałym. To On człowieka przyciąga (attrae)". I dalej: "Chodzi o to, by Jezus był widoczny w mojej osobie, w moim zachowaniu. Chodzi o to, by otworzyć przestrzeń mojego życia dla Jezusa". Zacytował słowa św. Pawła VI z adhortacji "Evangelii nuntiandi": "Nie ma prawdziwej ewangelizacji jeśli nie jest proklamowane Imię, nauczanie, życie, obietnice, Królestwo, tajemnica Jezusa z Nazaretu - Syna Bożego" (n. 22). Taki wymiar życia powinniśmy rozwijać, jeśli chcemy rozwiązywać nasze polskie - osobiste i społeczne - problemy a nie tylko wsłuchiwać się w "piękną opowieść o wartościach i zasadach".

Kiedy czytałem tekścik redaktora Chraboty przypomniał mi się mój niedawny pobyt na Uniwersytecie w Oxfordzie - Campion Hall. Wpadła mi wtedy w ręce książeczka autorstwa długoletniego kapelana Uniwersytetu Oxfordzkiego Briana Mountforda zatytułowana: "Christian Atheist. Belonging without Believing". Chodzi o ludzi, których pociąga język, etyka, sztuka, wspólnota, ale nie chcą, czy nie potrafią przyjąć i zaakceptować metafizyki i dogmatów. Jest to niestety dzisiaj rozpowszechniona tendencja tzw. chrześcijaństwa bez Chrystusa, czy chrześcijaństwa kulturowego, szczególnie modnego wśród elit. Niewątpliwie ma ono jakąś wartość. Ale rozmija się z istotą. Jestem przekonany, że bez Chrystusa pozostaje ono tylko jakimś surogatem, który z "sercem" chrześcijaństwa niewiele ma wspólnego. Coraz częściej dostrzegalną formą takiego przeżywania chrześcijaństwa jest postawa człowieka "praktykującego, ale nie wierzącego".

Przed ponad stu laty przestrzegał przed tymi redukcjonistycznymi tendencjami w chrześcijaństwie filozof i mistyk prawosławny Włodzimierz Sołowjow w broszurce "Krótka opowieść o Antychryście". Chodzi o niebezpieczeństwo zredukowania chrześcijaństwa tylko do doczesności, do etyki, z pominięciem wymiaru nadprzyrodzonego. Nawiązał do tego Benedykt XVI w książce "Jezus z Nazaretu" oraz kard. Giacomo Biffi, w rekolekcjach głoszonych dla Benedykta XVI i Kurii Rzymskiej w 2007 roku. Warto z tymi publikacjami się zapoznać.

Ale żeby zakończyć pozytywnie. Jest wielu ludzi, którzy rozumieją, co należy do istoty chrześcijaństwa. Oczywiście powinni rozumieć to przede wszystkim duchowni i tego nauczać. Jest wielu ludzi świeckich - także ludzi kultury - rozumiejących, co jest sercem chrześcijaństwa. Przed laty - podczas kilkumiesięcznego pobytu w Vichy - napotkałem książeczkę znanego aktora Michaela Lonsdalea zatytułowaną "Jesus, J y crois". Ten popularny, sympatyczny aktor francuski opisuje jak Jezus "doucement" wchodził do jego życia. Opisuje radość płynącą z odkrywania i kochania Jezusa. Pisze: "Ludzki wymiar życia powinniśmy czynić Ciałem i Krwią Pana. Hostia - to jest człowiek, ponieważ Pan Jezus nie przebywa z nami, by być tylko w tabernakulum. Jest wśród nas, by być dla nas zaczynem, który nas przebóstwia i przekształca w Niego. Prawdziwym tabernakulum jest człowiek". Zaiste Michael Lonsdale rozumie istotę chrześcijaństwa.

Odpowiadam więc na pytanie redaktora Chraboty: Nie tyle trudny depozyt moralny ile chrześcijański - wyzwalający depozyt autentycznej wiary. Bo tylko taka wiara działa przez miłość, nie jakąkolwiek - ale Chrystusową. Mandatum novum. I końcowe pytanie: czy możemy ostać się chrześcijanami pomijając nauczanie Chrystusa? A On naucza: "Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie - jeśli nie trwa w winnym krzewie - tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie. Ja jestem krzewem winnym, wy - latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić" (J 15, 4-5). Krzewem winnym jest Pan Jezus, my jesteśmy zwykłymi latoroślami, które przynoszą owoc tylko wtedy, gdy są zjednoczone z winnym krzewem i kiedy - w postawie permanentnej wdzięczności - pozwalają na napełnianie się nowym życiem Chrystusa Zmartwychwstałego.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem