Reklama

Znak nadziei

2019-05-21 13:11

Ks. Paweł Borowski
Edycja toruńska 21/2019, str. 1, 4-5

Ewa Jankowska
Nabożeństwo fatimskie na toruńskich Rybakach odbyło się po raz 40.

– Maryja nie objawiła się jako znak zagłady, ale jako znak nadziei, gdyż pokazuje drogę ocalenia – powiedział bp Wiesław Śmigiel podczas koronacji figury Matki Bożej Fatimskiej, która odbyła się w toruńskiej parafii pw. św. Michała Archanioła i bł. Bronisława Markiewicza

Nabożeństwa fatimskie, znane dziś na całym świecie, także w Toruniu mają swoją bogatą tradycję. 40 lat temu księża michalici, którzy pełnią posługę w parafii na toruńskich Rybakach, zainaugurowali nabożeństwa ku czci Pani Fatimskiej. Przez wszystkie lata gromadziły one i nadal gromadzą rzesze wiernych nie tylko z parafii, lecz także z całego Torunia i okolic.

Korona dla Matki

W uroczystość koronacji, która odbyła się w kolejną rocznicę objawień, świątynia na Rybakach wypełniła się wiernymi, którzy przybyli, by ponownie wyrazić swoje przywiązanie do Maryi i przez Jej ręce zawierzyć Chrystusowi swoje życie. Obecni byli nie tylko parafianie, ale także wierni z innych parafii, duchowni, siostry zakonne oraz przedstawiciele władz. W uroczystej procesji wejścia koronę dla Matki Bożej wniosły dzieci w strojach pastuszków z Fatimy.

Proboszcz ks. Krzysztof Winiarski CSMA, witając zgromadzonych, przedstawił historię nabożeństw fatimskich na toruńskich Rybakach. Podkreślił, że „koronacja figury Pani Fatimskiej, czczonej na Rybakach, ukazuje nam żywotność tego kultu oraz z pewnością przyczyni się do rozbudzenia w nas dziecięcego zaufania do Matki Zbawiciela i naszej Matki, której jedynym celem jest doprowadzenie każdego do zjednoczenia z Jej Synem, Jezusem Chrystusem”. – Przychodzimy, by wynagradzać za grzechy, by pokutować i modlić się, by ponownie usłyszeć wezwanie Maryi do nawrócenia, którego potrzebuje każdy z nas – powiedział bp Wiesław Śmigiel, rozpoczynając Liturgię. Zaznaczył, że jesteśmy tu, by na nowo usłyszeć orędzie z Fatimy, przyjąć je i nim żyć. Jesteśmy wdzięczni Bogu za obecność Maryi w życiu Kościoła, naszej diecezji, naszego miasta, w życiu każdego z nas. – Aktem koronacji podkreślimy, że to miejsce jest naszą toruńską Fatimą – mówił.

Reklama

Boże światło

Przesłanie Maryi, przekazane za pośrednictwem dzieci, jest wezwaniem do „realizowania woli Bożej jako jedynej gwarancji zachowania ładu i pokoju na świecie”. Ksiądz Biskup zaznaczył, że to, co daje nam świat, nie jest trwałe i często zawodzi, dlatego „Bóg posługuje się głosem maluczkich, by przypomnieć o najważniejszych sprawach dla człowieka i świata”.

Maryja przyszła po to, by uświadomić nam prawdę o Bożym świetle, które w nas mieszka i nas okrywa. – Ona przychodzi, by nas przestrzec, by nas wezwać do nawrócenia i rachunku sumienia, ale także by przypomnieć, że powinniśmy wiernie trwać pod krzyżem Chrystusa, bo jeżeli od niego odejdziemy, nie znajdziemy życia wiecznego.

Duchowa walka

Nawiązując do apokaliptycznej walki smoka z Niewiastą i Jej potomstwem, Ksiądz Biskup zaznaczył, że także dziś toczy się walka dobra ze złem. – Ze smutkiem, a czasem wstydem patrzymy na spustoszenie, jakiego dokonują grzech, zdrada, brak pokuty, a szczególnie jest to bolesne, gdy dotyczy tych, którzy winni być przewodnikami – zaznaczył i dodał, że zwycięstwo Chrystusa stanie się naszym, gdy Boga postawimy na pierwszym miejscu. Właśnie o tym przypomina nam Maryja w fatimskim objawieniu. – Maryja patrzy na każdego z nas bez względu na to, jakie powołanie realizujemy, patrzy na każdego i wzywa do nawrócenia, do przemiany naszego życia, do świętości – dodał. Jej wezwanie jest dziś bardzo aktualne, ponieważ grzech na dobre zadomowił się w świecie.

Wydarzenia, które dzieją się wokół nas, mogą napełniać lękiem, dlatego Bóg posyła do nas Matkę, by otaczała opieką swoje dzieci. – Maryja nie objawiła się jako znak zagłady, ale jako znak nadziei, gdyż pokazuje drogę ocalenia – mówił bp Wiesław, dodając, że to ocalenie nierozerwalnie wiąże się z rodziną. Podczas jednego z objawień Maryja ukazała się dzieciom w Fatimie z małym Jezusem i św. Józefem, by przypomnieć, że rodzina silna Bogiem jest ocaleniem dla świata.

U stóp krzyża

Wezwanie Maryi do nawrócenia rozbrzmiewa dziś z nową mocą i jesteśmy przynagleni do przejęcia się nim i odnowy życia przez pokutę i modlitwę. – W tak trudnym czasie dla Kościoła, który dla kapłanów jest czasem smutku z powodu grzechu, choć w większości osobiście niezawinionego, to jednak zawstydzającego wszystkich, stajemy dziś jak św. Jan pod krzyżem i jak on chcemy przy Nim stać do końca, nawet wtedy, gdy po ludzku wszystko zawodzi – powiedział bp Wiesław. Podkreślił, że jest to dobry moment, by przypomnieć, że „kiedy chcemy dojść do prawdy i oczyścić się, to potrzebujemy głębokiego nawrócenia, które nie polega na tym, że wszyscy chwycimy za kamienie i zaczniemy kamienować tych, którzy zgrzeszyli, bo jeśli rzucamy kamieniami na oślep to przeważnie giną ci, którzy w niczym nie zawinili”. Ksiądz Biskup wezwał zgromadzonych, by w tych trudnych chwilach pamiętali o słowach Jezusa: „Oto Matka Twoja” i na nowo zawierzyli Jej swoje życie, bo Ona jest samą miłością.

Po homilii bp Wiesław Śmigiel odmówił modlitwę i poświęcił koronę, którą następnie nałożył na figurę Matki Bożej. Zwieńczeniem uroczystej koronacji była wieczorna procesja fatimska.

Tagi:
koronacja Matka Boża Fatimska figura

Reklama

Ocaliliśmy figurę Pana Jezusa

2019-08-27 12:56


Edycja warszawska 35/2019, str. 6-7

Z Barbarą Gancarczyk ps. „Pająk”, sanitariuszką harcerskiego batalionu AK „Wigry”, rozmawia Magdalena Kowalewska-Wojtak

Łukasz Krzysztofka
W Muzeum Archidiecezji Warszawskiej trwają prace konserwacyjne zabytkowej rzeźby

– Podczas Powstania Warszawskiego ratowała Pani słynącą łaskami figurę Jezusa, która znajdowała się w palącej archikatedrze warszawskiej. Cudowny krucyfiks poddawany jest obecnie konserwacji. Jak wspomina Pani ten czas?

– Pamiętam, gdy 16 sierpnia 1944 r. katedra stanęła w ogniu. Mimo, że wcześniej płonęła kilkakrotnie, udawało się ugasić pożar. Tymczasem ogień, który pojawił się tego dnia, strawił ją doszczętnie. Niemcy podpalali pociskami zapalającymi domy po drugiej stronie ul. Dziekanii. Wskutek silnego wiatru ogień przenosił się szybko na boczną kaplicę, prezbiterium i nawy. Grupa mężczyzn próbowała go gasić. Ktoś przyniósł nawet wąż strażacki. Jednak znikome ilości wody unicestwiały wszelkie wysiłki. Zgromadzone książki, drewniane boazerie, ławki, obicia stopniowo zaczęły się palić.
Rano razem z Teresą Potulicką-Łatyńską zostałam odkomenderowana do drugiego plutonu por. „Andrzeja”, który zmieniał oddział broniący katedry św. Jana. Znalazłyśmy się wewnątrz katedry, dlatego że chciałyśmy prawdopodobnie przejść przez podwórko z ul. Świętojańskiej na ul. Jezuicką, jednak obrzucane ono było granatnikami i weszłyśmy do świątyni. Paliła się prawa nawa. Ogień był już widoczny w prezbiterium. W kościele było pełno dymu. Znalazłyśmy się w lewej nawie. Zobaczyłyśmy wówczas w kaplicy Baryczków kapłana, który próbował zdjąć z ołtarza znajdujący się tam krzyż z figurą Pana Jezusa. Myślałyśmy, że to jeden z ojców jezuitów. Po latach okazało się, że był to ks. Wacław Karłowicz. Stał przodem do krzyża z uniesionymi rękami i próbował zdjąć krucyfiks. Podbiegłyśmy do niego. Szklana gablota z wotami, które znajdowały się za krzyżem, była rozbita. Wota rozsypane były na podłodze, leżały sponiewierane w piachu. Wśród nich były m.in. krzyże Virtuti Militari. Ksiądz w pewnym momencie zdjął figurę Pana Jezusa, która w łatwy sposób była przymocowana. Stałyśmy przy ołtarzu, kapłan podał nam figurę. Przez korytarz znajdujący się obok zakrystii wynieśliśmy ją na ul. Jezuicką.

– Jakie były dalsze losy uratowanej przez Was cudownej figury Pana Jezusa?

– Mijaliśmy powstańczą barykadę, gdzie akurat trwał atak Niemców. Trzeba było bardzo ostrożnie przechodzić. Weszliśmy za najbliższą bramę przy ul. Jezuickiej. Ksiądz położył figurę na posadzce. Odjął ręce Jezusa od korpusu figury dlatego, że dalej musieliśmy ją nieść przez piwniczne korytarze. Pozostałą część figury niósł wspomniany kapłan z którymś z kolegów. W podwórku zaplecza kościoła ojców jezuitów weszliśmy do piwnic.
Miałam okazję przyjrzeć się tej figurze Pana Jezusa. Robiła na mnie niesamowite wrażenie. Przyglądałam się znajdującym się na niej włosom i koronie cierniowej. Od wieków rzeźba była otaczana wielką czcią. Modlili się przed nią polscy królowie, wodzowie wielu narodowych powstań: Tadeusz Kościuszko, Romuald Traugutt. Modlił się także król Jan Sobieski przed swoją wyprawą pod Wiedeń, a także po powrocie, dziękując za zwycięstwo.
W piwnicach była ciemność. Gdzieniegdzie tylko paliła się świeczka. Korytarze były zawalone ludnością cywilną. Nie można było przejść. Szłam na czele z rękoma Pana Jezusa. Prosiłam o zrobienie miejsca. Mówiłam, że niesiemy cudowną figurę Chrystusa. Przebywający tam ludzie rozstępowali się. Płakali, klękali, modlili się. Donieśliśmy figurę do jednej z kamieniczek, w której było wyjście na zewnątrz rynku Starego Miasta. Znajdowała się ona u zbiegu ul. Jezuickiej i rynku Starego Miasta. Musiałam wracać do oddziału. Przekazałam figurę jakiejś osobie cywilnej. Ksiądz szedł dalej. Dołączali się podobno inni ludzie, którzy na zmianę pomagali nieść Pana Jezusa. Następnie przeniesiono figurę do kaplicy sióstr szarytek i tam złożono. Dwa dni później bombardowano to miejsce. Figurę trzeba była przenieść w inne miejsce. Jeden z księży przeniósł ją do kościoła dominikanów. Mimo, że świątynia razem ze znajdującym się tam szpitalem została także zbombardowana, figura Pana Jezusa ocalała. Krucyfiks przeniesiono później do kościoła karmelitów bosych, dzisiejszego seminaryjnego kościoła.

– Stare Miasto podczas Powstania Warszawskiego broniło się ponad miesiąc...

– Niemcy zajęli Starówkę 2 września 1944 r. w porannych godzinach. Po południu zaczęły się straszne egzekucje, których byłam świadkiem. Ludność cywilna musiała opuścić Stare Miasto w przeciągu dziecięciu minut. Natomiast rannych Niemcy podpalali. Do godziny trzeciej po południu był względny spokój, nawet można było opatrywać rannych.
Nasze dowództwo nakazało sanitariuszkom razem z innymi powstańcami, opuścić Starówkę. Widziałyśmy z koleżankami, że pozostali ranni koledzy, których nie dalibyśmy rady transportować kanałami. Postanowiłyśmy wbrew rozkazowi zostać. Z Janką Gruszczyńską odłączyłyśmy się w ostatniej chwili od grupy i przyszłyśmy do naszych kolegów. Dzięki innym sanitariuszkom udało nam się jeszcze uratować kilkadziesiąt osób. W piwnicach przebywali ranni, którzy nie mieli żadnej opieki. Wyciągałyśmy ich z koleżanką z płonących domów. Przeniosłyśmy pięciu kolegów ze znajdującego się naszego powstańczego szpitala przy ul. Kilińskiego do szpitala przy Długiej 7. Tak nam poradził ojciec Tomasz Roztworowski, kapelan batalionów „Wigry” i „Gustaw”. Powiedział nam też o innych rannych chłopcach „Gustawa”, którzy znajdowali się w oficynie jednego z płonących budynków przy ul. Kilińskiego 3.
Razem z Janką po kolei przenosiłyśmy tych chłopców. Ojciec Roztworowski razem z przebywającym lekarzem w szpitalu przy Długiej dobrze znali język niemiecki. Mówili Niemcom, że znajduje się tam szpital cywilny i nie ma tutaj powstańców, których Niemcy traktowali jak bandytów.

– Skąd młode sanitariuszki czerpały siłę?

– Gdy opuszczaliśmy Stare Miasto pędzili nas Mariensztatem w kierunku Wisły. Zobaczyłam nagle kobietę niosącą na plecach mężczyznę. Trzymała go za ręce. Gdy obróciła się bokiem, poznałam, że to jest Janka, która przy Placu Zamkowym nie mogła mnie znaleźć. Niosła tak tego chłopca od Mariensztatu, przez Powiśle, Bednarską, Plac Piłsudskiego, Ogród Saski, Elektoralną, Chłodną aż do Woli. Siły w obliczu zagrożenia znajdywały się same. Przy Żelaznej Janka zobaczyła dwukołowy wózek, gdzie wiezieni byli ranni, wsadziła tam tego mężczyznę. Ciągnęła go aż do pociągu do Pruszkowa.

– Trafiłyście obie do obozu w Pruszkowie?

– Tak, poszłam tam za wozem konnym, gdzie byli składowani ranni i starsi ludzie. Miałam nadzieję, że dojadę do szpitala, gdzie spotkam moje koleżanki. Wóz zatrzymał się przed halą numer dwa albo jeden. To były jedyne hale skąd oficjalnie zwalniano ludzi z obozu. Tam był nasz personel, nie tylko niemiecki, ale przede wszystkim polski, który starał się o przepustki głównie dla młodzieży. Janka po wybuchu czołgu miała zabandażowaną głowę. Ja wyglądałam jak siedem nieszczęść. Polka, która była tłumaczką, powiedziała Niemcom, że mam gruźlicę. W ten sposób razem z Janką wydostałyśmy się z tego obozu, ale wkrótce podczas łapanki w prywatnym mieszkaniu w Pruszkowie, wywieźli nas do obozu we Wrocławiu. Tam byłyśmy trzy miesiące i planowałyśmy ucieczkę od samego początku. Udało się zbiec dopiero za drugim razem. Znalazłyśmy się w Sosnowcu, a potem przeszłyśmy przez zieloną granicę do Krakowa i Nowego Targu. W Nowym Targu Janka miała rodzinę. Byłyśmy tam do wejścia wojsk radzieckich. Do stolicy przybyłyśmy 10 lutego 1945 r.

– Rozmawiamy w 80. rocznicę wybuchu drugiej wojny światowej. Jakie refleksje nasuwają się Pani, gdy ponownie stają przed oczami ofiary tego dramatycznego czasu?

– Chciałabym, aby to i kolejne pokolenia nigdy nie doczekały wojny, która niesie ze sobą wielką tragedię i rozpacz. Ważne jest, aby młodzi kochali swoją ojczyznę. Ja doświadczałam szczęśliwego dzieciństwa do czasu wybuchu wojny. Miałam wspaniałą rodzinę i rodzeństwo. Nagle 1 września 1939 r., gdy miałam szesnaście lat, wszystko zmieniło się. Nasz dom na Saskiej Kępie, nieopodal Ronda Waszyngtona, już 10 września został zrównany z ziemią. Zostaliśmy bez dachu nad głową. W domu mieszkały moje ciotki, stryj i ja z rodzicami. Nagle zostaliśmy bezdomnymi nędzarzami. Ale cieszyliśmy się z tego, że nikt z nas nie zginął. Dwa dni wcześniej ojciec, abyśmy przenieśli się do znajmych w głąb Saskiej Kępy. W ten sposób ocaliliśmy.
Podczas drugiej wojny światowej udało się przeżyć mi i rodzicom. Jednak niemal prawie jak w każdej polskiej rodzinie, i w naszej nie brakowało ofiar. Jeden z wujów zginął w Starobielsku, z kolei inny wuj Włodzimierz Szaniawski, który był wicekomisarzem rządu RP w Gdyni, został rozstrzelany w Lasach Piaśnickich, koło Wejherowa.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Św. Łukasz – patron Służby Zdrowia

Oprac. Józef Rydzewski
Edycja podlaska 41/2001

Janusz Szpyt, „Św. Łukasz”/fot. Graziako

18 października Kościół katolicki obchodzi liturgiczne wspomnienie św. Łukasza Ewangelisty. W tym dniu świętuje cała Służba Zdrowia: lekarze, pielęgniarki, siostry zakonne pracujące w szpitalach i domach opieki, jednym słowem wszyscy, którzy mają coś wspólnego z pomocą chorym, ponieważ patronuje im św. Łukasz.

Według Ojców Kościoła św. Łukasz urodził się w Antiochii Syryjskiej i był poganinem. Z zawodu był lekarzem. Należał do ludzi dobrze obeznanych z ówczesną literaturą i wykształconych. Świadczy o tym jego piękny język grecki, dokładność informacji i umiejętność korzystania ze źródeł. Pewien uczony żyjący w VI wieku pisze, że św. Łukasz będąc malarzem, namalował obraz Matki Bożej, który zabrała z Jerozolimy cesarzowa Eudoksja i przesłała go w darze św. Pulcherii - siostrze cesarza. Odtąd ta legenda stała się powszechna i autorstwo wielu starożytnych obrazów jest przypisywane św. Łukaszowi.

Św. Łukasz nie należał do 72. uczniów Pana Jezusa. Św. Paweł umieszcza go wśród osób nawróconych z pogaństwa. Po przyjęciu chrześcijaństwa Łukasz stał się współpracownikiem św. Pawła i towarzyszem jego misyjnych podróży. Św. Łukasz jest autorem Ewangelii i Dziejów Apostolskich. To właśnie jemu zawdzięczamy prawie wszystkie wiadomości o: zwiastowaniu narodzin św. Jana Chrzciciela i Pana Jezusa, nawiedzeniu św. Elżbiety, narodzeniu Pana Jezusa, pokłonie pasterzy i całym dzieciństwie Jezusa. Bardzo starannie zabrał się do pisania Ewangelii. Sam to potwierdza we wstępie: "Wielu już starało się ułożyć opowiadanie o zdarzeniach, które się dokonały pośród nas, tak jak je przekazali ci, którzy od początku byli naocznymi świadkami oraz sługami słowa. Postanowiłem więc i ja zbadać dokładnie wszystko od pierwszych chwil i opisać ci po kolei, dostojny Teofilu, abyś mógł przekonać się o całkowitej pewności nauk, których ci udzielono" (Łk 1, 1-4). W swojej Ewangelii Łukasz przedstawił Chrystusa jako lekarza dusz i ciał ludzkich. Przekazał nam przypowieść o synu marnotrawnym, o odpuszczeniu grzechów jawnogrzesznicy i skruszonemu łotrowi na krzyżu. Bardzo pięknie Dante nazwał św. Łukasza, a mianowicie: historykiem łagodności Chrystusowej. Niemniej cennym dziełem są Dzieje Apostolskie. To właśnie z nich dowiadujmy się o tym, co działo się bezpośrednio po wniebowstąpieniu Pana Jezusa.

Według tradycji św. Łukasz poniósł śmierć męczeńską w Achai. Nie wiemy jednak gdzie znajduje się jego grób. Symbolem św. Łukasza i jego Ewangelii jest wół, ponieważ Autor rozpoczyna swą Ewangelię opisem ofiary Starego Testamentu. Inna interpretacja tej ikonografii mówi, że wół symbolizuje ciężką i systematyczną pracę historyka jaką wykonał św. Łukasz opisując życie Zbawiciela.

W katakumbach Kommodylli w Rzymie znajduje się fresk z VII wieku przedstawiający św. Łukasza w stroju rzymskim. W Polsce nie spotyka się kościołów ani ołtarzy św. Łukasza. Za to jego wizerunek wśród czterech Ewangelistów jest niemal wszędzie, w rzeźbie i na obrazach. Jego imię spotyka się rzadziej, choć ostatnio zaczyna być popularne. Do chwały ołtarzy zostało wyniesionych 12 świętych o imieniu Łukasz.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Abp Jędraszewski o in vitro: nie wszystko, co jest technicznie możliwe, jest moralnie dozwolone

2019-10-18 20:52

Biuro Prasowe Archidiecezji Krakowskiej / Kraków (KAI)

- Problem jest bardzo złożony z punktu widzenia etycznego i moralnego. Podejście czysto techniczne do spraw związanych z tajemnicą życia jest upraszczające, a wiąże się z naszą odpowiedzialnością za życie drugiego człowieka - mówił abp Marek Jędraszewski podczas comiesięcznych „Dialogów”, które w październiku odbyły się w krakowskiej Bazylice św. Michała Archanioła i św. Stanisława Biskupa w Krakowie. Tematem spotkania było: „In vitro – dlaczego nie wolno, skoro żyją ludzie, którzy się tak poczęli?”.

Adam Bujak/Archidiecezja Krakowska

Metropolita w wygłoszonej na początku katechezie zaznaczył, że omawiane zagadnienie jest niezwykle trudne. Księga Rodzaju mówi, że człowiek został stworzony na Boży obraz i podobieństwo, a fakt posiadania potomstwa jest błogosławieństwem i szczęściem. Nawiązał do płaszowskiego Sanktuarium Matki Bożej Błogosławionego Macierzyństwa, dodając, że powstało ono z niezwykle istotnego powodu. - Ludzie przybywają tam i modlą się o łaskę posiadania dzieci. Są przypadki, że dziecko staje się szczęściem małżonków, często po wielu latach oczekiwania – mówił abp Jędraszewski.

Hierarcha podkreślił, że metoda in vitro wiąże się z brutalną ingerencją w organizm kobiety i selekcją embrionów. - Pojawia się poważny problem etyczno-moralny. Co zrobić z tymi poczętymi dziećmi? Zamrozić? Jak długo mogą one w tym stanie istnieć? Czy po jakimś czasie będzie można ponownie z tego embrionu skorzystać, wszczepiając je w łono tej samej kobiety? – stawiał pytania abp Jędraszewski i zwracał uwagę, że zdrowie dzieci poczętych metodą in vitro jest dużo bardziej zagrożone niż poczętych naturalnie. Hierarcha wspomniał także o istnieniu syndromu „po in vitro”, gdy osoby poczęte tą metodą stawiają sobie pytania o swoje rodzeństwo, które zostało poczęte, a nie urodziło się.

Metropolita zaznaczył, że z punktu widzenia nauki Kościoła, metoda in vitro jest niezgodna z moralnością katolicką, ale człowiek, który dzięki niej się urodził zasługuje na pełny szacunek.

- Możliwości techniczne, jakie związane są z rozwojem współczesnej medycyny, pozwalają na to, żeby mogły począć się dzieci metodą in vitro, ale tutaj chciałbym wrócić do podstawowej zasady, o której wielokrotnie mówił Jan Paweł II spotykając się z naukowcami: - Nie wszystko, co jest technicznie możliwe, jest moralnie dozwolone – mówił abp Jędraszewski odwołując się do podstawowej zasady, o której wielokrotnie wspominał Jan Paweł II spotykając się z naukowcami. - Niewątpliwie, rozwój techniki i jej najrozmaitszych przejawów wskazuje na potęgę człowieka. Nie znaczy to, że mając takie możliwości, może on ze wszystkich godnie korzystać lub wykorzystywać je do swoich celów – podkreślał metropolita krakowski.

W drugiej części „Dialogów” abp Jędraszewski odpowiadał na pytania nadesłane drogą mailową. Odnosząc się do problemu niespełnionego pragnienia macierzyństwa Arcybiskup odwołał się do koncepcji człowieka kard. Karola Wojtyły, przedstawionej w książce „Osoba i czyn”, wg której człowiek spełnia się przez swoje dobre czyny. Człowieka od zwierząt odróżnia fakt, że jest istotą wolną – „mogę coś, ale nie muszę – nie jestem zdeterminowany, mogę wybierać”. - Wolność jest autentyczna, kiedy wybieram to, co jest moralnie dobre – cytował kard. Wojtyłę abp Jędraszewski podkreślając, że autentyczna wolność polega na podporządkowaniu się prawdzie, co z kolei realizuje się poprzez podporządkowanie właściwie ukształtowanemu sumieniu. - Wielkość człowieka polega na tym, że idzie za głosem swojego sumienia – zwracał uwagę metropolita krakowski.

Za kard. Wojtyłą abp Jędraszewski zwrócił uwagę na trzy ludzkie popędy – seksualny, samozachowawczy i rozrodczy. - Chodzi o to, żeby te dynamizmy nie działały w nas w sposób ślepy, czysto instynktowny, ale żeby były podporządkowane sumieniu i temu, co ono podpowiada, jak te popędy wykorzystać (…). Chodzi o to, żeby tym dynamizmom tkwiącym w naszej cielesności nadać jakąś wyższą, prawdziwie ludzką treść” – mówił hierarcha i dodawał, że naturalne pragnienie do bycia rodzicem – matką i ojcem – jest absolutnie zrozumiałe, ale można je ukierunkować np. w stronę adopcji.

- Szczęście jest darem, a nie prawem – mówiła pani Maria, która zabrała głos jako pierwsza w części pytań na żywo. Odnosząc się do sytuacji małżonków, którzy zmagają się z problemem niepłodności zwróciła uwagę, że „to, że my w czymś nie widzimy sensu, nie znaczy, że to sensu nie ma, bo każdemu zdarzeniu sensu nadaje Pan Bóg”. - To, że każdy z nas chce być szczęśliwy, to jest oczywiste. Ale prawdą jest także i to, że za wszelką ceną do szczęścia nie można dążyć. Zawsze trzeba zapytać, czy to, co jawi mi się jako szczęście, a wcale nie jest pewne, że szczęściem będzie, nie jest równocześnie powodem krzywdy dla drugiego człowieka. Na pewno nie wolno nam krzywdzić drugiego człowieka, bo to wynika z przykazania miłości – komentował abp Jędraszewski

Na pytanie o tzw. adopcję prenatalną, czyli możliwość przyjmowania zarodków przechowywanych w bankach embrionów abp Jędraszewski przyznał, że nie ma jednoznacznej odpowiedzi i że nie dają jej też współczesne dyskusje teologiczne.

Co powiedzieć ludziom, którzy zreflektowali się, że obok ich narodzonego dziecka są jeszcze inne, które zmarły w trakcie procedury in vitro, albo są jeszcze zamrożone? – pytała pani Weronika. - Otworzyć się na Boże miłosierdzie. Umieć nazwać zło, które się stało złem i za nie żałować – odpowiadał abp Jędraszewski i radził, aby tacy rodzice stawali się świadkami własnych doświadczeń, mówili o tym problemie, przestrzegali przed nim innych i bronili dla ich dobra. Metropolita apelował, aby stawać przy takich osobach, okazywać im szacunek, modlić się z nimi, ale nie mówić, że to nie jest problem. - Kłamstwo nigdy nie wyzwala.

Prawda wyzwala. I to nie prawda abstrakcyjna, ale prawda, którą jest Chrystus. On wyzwala. On mówi: nie grzesz więcej, nie wracaj do tego grzechu, pomagaj innym, bądź solidarny w dobrym – podkreślał hierarcha. Abp Jędraszewski zaznaczył także, że mówienie o tym, iż in vitro jest metodą leczenia niepłodności to kłamstwo. - To jakby bajpas – obchodzi się problem możliwości poczęcia w sposób sztuczny, techniczny (…). Niepłodność pozostaje – podkreślał hierarcha zwracając uwagę na sposób leczenia niepłodności, który jest ciągle mało popularny, a niebudzący zastrzeżeń moralnych i zgodny z naturą człowieka, czyli naprotechnologię.

Dziś medycyna nie dysponuje możliwością przygotowania w czasie procedury in vitro tylko jednego zarodka, bez „produkcji” nadliczbowych embrionów. Ale nie można wykluczyć, że kiedyś tak się stanie. Jakich argumentów używać wówczas? – padło kolejne pytanie. - Chrześcijaństwo zawsze będzie musiało mówić to, co zostało wyrażone także w encyklice Humanae vitae jako przejaw głębokiego namysłu nad prawdą o człowieku wynikającą z objawienia i z tradycji, że życie małżeńskie jest błogosławione przez Boga, a to zakłada, że Pan Bóg błogosławi ludzkiej miłości kobiety i mężczyzny i błogosławi potomstwu, które jest owocem tej miłości. Kto to przyjmie – przyjmie, kto odrzuci – odrzuci. Ale chrześcijanie muszą być gotowi, aby tej prawdy bronić jednoznacznie, do końca – odpowiadał abp Jędraszewski.

Na pytanie br. Augustyna o wskazówki dla duszpasterzy, którzy spotykają się z osobami poczętymi in vitro, albo rodzicami, którzy zdecydowali się na tę metodę abp Jędraszewski odwołał się do nauczania Jana Pawła II. Praktycznie we wszystkich papieskich dokumentach i wystąpieniach widoczny jest ten sam schemat: Pan Bóg, godność osoby ludzkiej, rodzina, naród. Metropolita krakowski zwrócił uwagę, że jeśli Pan Bóg jest fundamentem, to człowiek w Nim odnajduje fundament swojej osobistej godności i chce żyć tak, aby zasłużyć na Jego błogosławieństwo w życiu małżeńskim i rodzinnym. A dzięki temu na koniec tworzy się zdrowy naród. - Ale jeśli pęka fundament, to wszystko inne zaczyna tracić swój sens, zaczyna się chaos i nieszczęścia – mówił hierarcha i dodawał, że różnego rodzaju nakazy i zakazy stawiane przez Pana Boga nie są po to, aby pokazał swoją władzę wobec nas, ale są wyrazem Jego ojcowskiej miłości. - To wszystko jest dla naszego dobra, byśmy byli - na miarę możliwości życia w tym świecie – szczęśliwymi – zakończył abp Jędraszewski.

„Dialogi” to cykl tematycznych spotkań abp. Marka Jędraszewskiego z wiernymi, ale także ze wszystkimi zainteresowanymi. To okazja do rozwiania wątpliwości i lepszego poznania Kościoła oraz jego Pasterza. Spotkania rozpoczynają się od sondy ulicznej na wybrany w danym miesiącu temat, a następnie metropolita odpowiada na pytania – zarówno te, które zostały wcześniej nadesłane i te, które zadawane są na bieżąco. 14 listopada o godz. 20.15 w Kolegiacie św. Anny w Krakowie odbędą się kolejne „Dialogi” na temat: „Piękno seksualności. Porozmawiajmy o wielkim darze”. Szczegóły na stronie dialogi.pl.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem