Reklama

Rodzina

Niech Tatuś w niebie działa

Oli i Marcinowi w lipcu rodzi się dziewiąte dziecko – Benedykt. Przyjmują je z ogromną radością i wdzięcznością. Ale ich mieszkanie we Wrocławiu z przyjściem na świat kolejnej osoby znowu się kurczy

2019-11-13 08:09

Niedziela Ogólnopolska 46/2019, str. 24-27

[ TEMATY ]

rodzina

Agnieszka Bugała

Ogromnym wsparciem dla nich jest 500+, jednak z oczywistych względów na całą rodzinę pracuje jedna osoba – Marcin. Nie stać ich na wynajęcie czegoś odpowiedniego. Do tej pory zajmowali mieszkanie przyznane im przez miasto. Od dwóch lat, bezskutecznie, starali się o nowe. Dziesiątki pism wysłanych do rzecznika ds. rodziny przy prezydencie Wrocławia oraz próba spotkania z prezydentem nie przynosiły rezultatu.

„My już się poddaliśmy, bo byliśmy wszędzie, gdzie to możliwe, jeśli chodzi o drogę urzędową. Więc teraz niech działa Tato. Zrobiliśmy, co było w ludzkiej mocy. Teraz niech to będzie cud od Taty w niebie”.

Dociera do mnie taka wiadomość. I choć nie znam osobiście Oli i Marcina, postanawiam do nich jechać. Może uda mi się jakoś pomóc? Mam czwórkę dzieci, mieszkam w Danii, a to przecież moja siostra z tej samej wspólnoty – z Drogi Neokatechumenalnej. Wydaje mi się, że jestem szczęściarą, bo mam spory dom i wystarczająco dużo pieniędzy. Potrafię sobie wyobrazić, jak może być zmęczona kobieta, która na niewielkiej przestrzeni opiekuje się dziewięciorgiem dzieci. Ruszam w drogę.

Reklama

Nim docieram do Wrocławia, okazuje się, że Tatuś w niebie już wszystko załatwił, a moja chęć pomocy wydaje się śmieszna w porównaniu ze wsparciem duchowym, które otrzymuję od tych niewiarygodnie oddanych Bogu ludzi. Kiedy wchodzę do ich domu, od progu uderza mnie prostota, w której żyją. Ale też radość dzieci, ich otwartość. Ze wzruszeniem patrzę, jak pięknie potrafią się dzielić tym, co otrzymują.

Życie w obfitości

Oczekuję narzekania na warunki mieszkaniowe, tymczasem wysłuchuję słów wdzięczności za to, co otrzymali od Boga. W tym skromnym mieszkaniu spotykam szczęśliwe dzieci, radosnych ludzi, którzy dziękują za wszystko, co mają, z niekłamanym blaskiem w oczach. – Tekst do gazety? O nas? – dziwi się Ola. – Ależ ja nie mam żadnych zasług! Zgadzają się jednak opowiedzieć o sobie – na chwałę Boga, nie swoją.

– Najpierw byliśmy siostrą i bratem we wspólnocie. Dużo o sobie wiedzieliśmy i nie pałaliśmy do siebie żadną miłością – zaczyna swoją opowieść Ola.

Poszła na katechezy, bo jako dziecko widziała, jak rozsypywało się małżeństwo jej rodziców. Było coraz gorzej. I wtedy zostali zaproszeni na katechezy, które otwierają wejście na Drogę. – I wówczas to małżeństwo się odnowiło, przyszły na świat nowe dzieci, moi bracia. Na co dzień widziałam owoce tego, że rodzice byli we wspólnocie. Dla mnie więc naturalne było pójście na katechezy, kiedy miałam 15 lat, bo też chciałam takiego szczęścia, życia w obfitości. Wiedziałam, że wówczas będę syta życiem. I tak się stało. Pan Bóg – Ola uśmiecha się serdecznie – teraz rzadko mówię: Pan Bóg, raczej mój Tata, Tatuś, bo wówczas zaczęłam Go poznawać jako ukochanego Tatę, który do niczego mnie nie zmusza – dał mi to życie w obfitości. I do niczego nie zmuszał. Na przykład żeby mieć kolejne dzieci! On zawsze czekał na moje „tak”, na ten moment, kiedy będę gotowa. Zapraszał mnie do czegoś, ale ja zawsze mogłam powiedzieć „nie”. Wiele łask od Niego przyjęłam, ale wiele też zmarnowałam. Mimo to jestem pewna, że Jezus mnie kocha, taką właśnie – słabą. Zawsze mi też pokazywał, że jest Panem życia. Czworo naszych dzieci jest w niebie.

Z ciemności do Światła

Historia Marcina była zgoła inna. Jego rodzina się rozpadła, kiedy był małym chłopcem. – Nie miałem dobrych wzorców, rodzina kojarzyła mi się z cierpieniem. Z Kościołem nie mieliśmy nic wspólnego. Jedynie babcia modliła się za mnie Różańcem. Gorąco, mocno. I ta jej modlitwa mnie uratowała.

W młodości dotknął ciemnej rzeczywistości. Obracał się w środowisku zespołów heavymetalowych, grał w jednym z nich, muzykę z mocno antychrześcijańskim przesłaniem. – Na jednym z koncertów kolega na scenie zaczął wzywać szatana. Gdzieś głęboko w sercu poczułem, że to przegięcie. Zrozumiałem, że dłużej nie można tak żyć. Od imprezy do imprezy, od koncertu do koncertu. I w tym momencie życia zastały mnie katechezy. Wszystko zaczęło się zmieniać na lepsze.

Marcin wie, że gdyby nie Kościół, nie wspólnota, ta rodzina by nie zaistniała. Był zbyt poraniony, odrzucony. Chciał żyć tylko dla siebie. – Czasem, gdy jest mi trudno, bo życie z dziewiątką dzieci nie jest sielanką, wspominam czasy młodości. Ale szybko się z tego otrząsam, bo teraz życie jest trudne, ale prawdziwe. Tamto było oszustwem. Relacje z młodości były oparte na zainteresowaniach, muzyce. To nie może przetrwać. Teraz moje relacje w rodzinie są oparte na Chrystusie.

– Nie mieliśmy wspólnych zainteresowań – śmieje się Ola. – Ja – muzyka barokowa, Marcin – mocny rock. Ja – studentka germanistyki, on – wykształcenie zawodowe. Ale gwarancją dla mnie, że mamy być małżeństwem, były pewne fakty i słowo Boże. Ono zawsze jest dla mnie gwarancją prawdy.

Zaakceptowała miłość do Marcina i przyjęła jego miłość.

Bez Boga – bez szans

Rodzi się Ela. Chora. Jako dziecko musi przejść wiele operacji, zabiegów. Ola rezygnuje ze studiów, żeby zająć się córką. Potem na świat przychodzi Adam. Szef Marcina dziwi się, że decydują się na kolejne dziecko, kiedy pierwsze jest chore. Jego sugestia idzie dalej – dlaczego w ogóle się na nie zdecydowali zamiast dokonać aborcji. Następnie na świat przychodzi Rafał, który też musi przejść operację. Później rodzą się Dorotka, Ewa, Kasia z wadą serca i Agnieszka.

– Z jednej strony otworzyliśmy się na życie, z drugiej – zaczęłam narzekać, utyskiwać, jak mi ciężko – wspomnina Ola. – Nie akceptowałam wówczas swojego krzyża. Te narzekania przeniosły się na wspólnotę. Przestałam chodzić na Liturgię Słowa, sobotnią Eucharystię. Nie dlatego, że nie miałam czasu i siły, tylko z premedytacją. Nie lubiłam jednej osoby i tę nienawiść w sobie podsycałam. I wtedy zaczął się w naszym życiu poważny kryzys.

W tym czasie Marcin podupadł na zdrowiu, odezwały się w nim demony przeszłości i zaburzenia depresyjno-lękowe. – Mamy takie doświadczenie, że jak Bóg odejmie swoją rękę – nie dlatego, że się na nas gniewa, ale dlatego, że my tej Jego pomocy nie wzywamy – to wszystko zaczyna się walić. A zaczyna się od niezgody na to, co przychodzi. Na trudy, na choroby dzieci – zdradza Marcin. – Jeden z zakonników powiedział mi wówczas, że jestem atakowany przez diabła, bo on nienawidzi życia i rodziny: „Bez Boga będziesz bez szans”. A ja w swojej naiwności myślałem, że wszystko wezmę w swoje ręce. Tak wziąłem, że sprowadziłem na rodzinę okropne cierpienie. Myślałem, że będę twardzielem. Śmieszne. Teraz wiem, że jak Bóg nie pobłogosławi, to nie będę żadnym twardzielem. Niczego nie dokonam o własych siłach.

Nic się nie stało

– Ten stan beznadziei, kryzysu trwał pół roku – wspomina Ola. – Kiedy Marcin leżał pod choinką bożonarodzeniową, wijąc się w swoich depresyjnych cierpieniach, a ja czułam się samotna we wszystkim, co robiłam, wyszłam z domu z zamiarem, że do niego nie wrócę. Agusia, nasze siódme dziecko, miała wówczas pół roczku. Nagle pomyślałam sobie: Ja jestem z tym człowiekiem? To jest jakaś bzdura! Do tego mam z nim dzieci? To chrześcijaństwo to jakaś mistyfikacja!

Zastanawiała się: Do rodziców nie wróci, bo bez męża jej nie przyjmą. Dawno powiedzieli, że gdyby mieli jakieś rodzinne kłopoty, to może przyjść tylko z mężem, sama nie. Pieniędzy nie miała, żeby gdzieś wyjechać.

– I w ten zimowy wieczór „coś” zaprowadziło mnie do paulinów. To jest nasza rodzima parafia. Weszłam do kościoła wściekła na cały świat. Opierałam się bardzo, ale stanęłam w kolejce do konfesjonału, żeby ksiądz mi coś powiedział, rzucił jakieś światło na moje życie. Bo to moja ostatnia deska ratunku. Bo nie mam do kogo pójść. W konfesjonale siedział ks. Maksymilian, który jest egzorcystą. Wysłuchał mojego płaczu, jęku i powiedział: Teraz dam ci rozgrzeszenie i się nad tobą pomodlę. A ja byłam rozczarowana w sercu: Przecież przyszłam po jakieś słowo! Żeby mi ksiądz wyjaśnił sens tego życia, które mam. Ale ks. Maksymilian się za mnie modlił, egzorcyzmował, modlił się o Ducha dla mnie, bo stwierdził, że byłam nękana. Miał rację. Po tym wszystkim doświadczyłam obecności Chrystusa, przytulił mnie do serca i powiedział: „Nic się nie stało. Ja cię kocham. Nie pamiętam, co zrobiłaś. Ja ci wszystko przebaczam”. To był Jezus Miłosierny.

Wróciła do domu całkiem odmieniona. Marcin powiedział, że jej twarz była inna. – Warunki w domu były te same, a nawet gorsze, bo był jeszcze większy bałagan, dzieci marudziły jeszcze bardziej, bo były bardziej głodne niż wtedy, kiedy wychodziłam – wspomina Ola. – Ale wszystko mnie zachwycało! Dostałam siłę bawołu, wszystko mogłam robić, sprzątać, gotować, wynosić śmieci. To było namacalne dotknięcie Jezusa. Po tej niezwykłej spowiedzi powiedziałm Jezusowi: „Chcę Ci się cała oddać”.

Ola przyznaje, że wraca czasem do swoich bożków, bywa zdenerwowana na dzieci, ale jak słucha słowa Bożego, to jej serce pała. – Świat mnie wcale nie pociąga, jego błyskotki. Śmierć nie jest dla mnie czymś strasznym. Mogę żyć, mogę umrzeć, tylko żeby być z Jezusem. Doznanie miłości od męża, od dzieci jest piękne, ale ta miłość, z którą Jezus wtedy do mnie przyszedł, tej miłości nie da się niczym zastąpić... Jestem słaba. To nie jest tak, że jak coś kroję w kuchni, to zawsze wyśpiewuję psalmy. Nadal jestem grzeszna, brak mi pokory.

Tata się pod tym podpisuje

Po tym doświadczeniu wrócili do wspólnoty. – Ja muszę słuchać słowa Bożego. Ono mnie ratuje – oznajmiła Ola. – Jak go nie słyszę, umieram, i wszyscy wokół. – Wtedy, w tym kryzysie myślałam, że niedzielna Msza św. mi wystarczy. Ale bez słowa Bożego na co dzień jestem biedakiem.

– Wierzymy, że są ludzie, którym niedzielna Eucharystia wystarczy, żeby się uświęcać – dodaje Marcin. – Ale nam jest potrzeba więcej.

– Z przyjęciem każdego dziecka Pan Bóg nam pomagał. Cierpienie często nam towarzyszy, chociażby wtedy, kiedy dzieci chorują, ale zupełnie inaczej się je przyjmuje, jak Tata prowadzi – mówi Ola. – On zawsze nas zaskakiwał. Marcin stracił pracę w dniu ślubu, ja byłam wówczas studentką, a weselicho mieliśmy na 100 osób. Agape! Niesamowite, że od początku widzimy troskę Boga o nas. Że On się pod tym podpisuje! W ciągu siedmiu lat mieliśmy osiem przeprowadzek, rodziły się dzieci, z Dorotką niemal nie zdążyłam dojechać do szpitala...

Kiedy w lipcu tego roku rodził się Benedykt, Ola myślała: Dziewiąte dziecko, urodzę bez problemu. Ale pojawiły się komplikacje. Rozeszło się jej spojenie łonowe. Straszny ból, nie mogła chodzić przez dwa miesiące. Modliła się: Panie Boże, dziewiąte dziecko, a ja nie mogę chodzić! Pomóż! – I pomoc przyszła – opowiada. – Mój mąż wszystko wówczas ogarnął! To jest komandos! Mnie zawsze się wydawało, że pomoc od Boga nie przychodzi w odpowiednim momencie. Ale to dobrze, bo gdyby pomoc przychodziła precyzyjnie w tym momencie, w którym o nią proszę, mogłabym powiedzieć: To moja zasługa. Ja tego dokonałam, jestem tak wielka, że Bóg spełnia moje prośby. Ale jak już dotrę do przepaści i spadam, to wtedy On mnie łapie. Kiedy już nic nie mogę z siebie wykrzesać, wtedy przychodzi z pomocą.

Po narodzinach Benedykta rozmawiała z Bogiem: „Ja się tak otwieram na życie, na Twoją wolę i muszę tak cierpieć! Nie dam rady”. Z bólu przez pięć dni i pięć nocy nie spała. – To była moja granica. I wówczas przyszedł do szpitala brat ze wspólnoty, ksiądz, który jest na misji w USA, i udzielił mi sakramentów: spowiedzi, Komunii św., namaszczenia chorych. Wszystkie położne w szpitalu były cudowne, kobiety leżące ze mną na sali niesamowicie o mnie dbały. Pan Bóg przysyłał mi po prostu aniołów... Spotkało mnie coś niezwykłego. Przyszła do mnie rehabilitantka. Byłam w takim stanie, że 15 minut siadałam, a 25 kładłam się z powotem. I ta rehabilitantka powiedziała do mnie: Proszę wdychać wolno powietrze i wydychać, licząc: raz, dwa, trzy. Albo wdychać powietrze i wydychać, mówąc: Jezum, ufam Tobie!

Ta kobieta nawet nie wiedziała, że ja jestem wierząca! I znowu przez te wydarzenia Bóg mi powiedział: „Ja się pod tym twoim życiem podpisuję”.

Cudów ciąg dalszy

Ola i Marcin są przekonani o tym, że Pan Bóg ciągle się nimi opiekuje, daje wszystko, czego im potrzeba.

Oto dwa przykłady: Od pewnego czasu szukali jakiejś siostry ze wspólnoty lub kogokolwiek, kto mógłby czasem pomóc w domu. Nie za darmo, za pieniądze. – Bo ja albo jestem w ciąży, albo karmię, a tu codziennie trzeba wstawiać cztery dziesięciokilogramowe pralki, potem to poprasować, o zakupach, gotowaniu nie mówiąc – z uśmiechem opowiada Ola. – Modlę się: Maryjo, Ty przyszłaś do Elżbiety, pomagałaś jej! Pomóż i mi! Zadzwoniłam do przeora, naszego paulina – kościół Paulinów zwany jest Małą Jasną Górą. I za tydzień przyszła pani z kościoła – wspaniała, kochana! Przychodzi dwa razy w tygodniu i pomaga w sprzątaniu.

Drugi przykład z mieszkaniem: To, które teraz zajmują, 67-metrowe, dostali w 2011 r., gdy Dorotka miała 10 miesięcy. To były wówczas metry! Ale gdy rodziły się kolejne dzieci i trzeba było wstawiać kolejne meble, wówczas robiło się ciaśniej i ciaśniej. Rodzice nie mieli już kąta dla siebie. Pokój dzienny pełnił funkcje salonu, jadalni, ich sypialni, pokoju dziecięcego, gabinetu do pracy i w ogóle wszystkiego. Gdy oczekiwali Józefa, zaczęli już bardzo odczuwać te niewygody, dziewczyny się buntowały, że muszą we cztery dzielić pokój. Bezskutecznie walczyli też z wilgocią i grzybem w mieszkaniu.

– Korespondowaliśmy z rzecznikiem ds. rodziny przy prezydencie Wrocławia, długo nie dawało to żadnego efektu – mówi Ola. – Przed wakacjami próbowaliśmy się spotkać z prezydentem Wrocławia, ale nas do niego nie dopuszczono. Zaproponowano nam spotkanie z kierowniczką działu lokali mieszkaniowych. Poszliśmy tam całą rodziną, a ona stwierdziła, że się wszyscy nie zmieścimy do gabinetu – śmieje się. – Ale wtedy coś się ruszyło, bo właśnie dostaliśmy propozycję mieszkania 130-metrowego! Przez cały czas tych starań odmawialiśmy nowennę do św. Józefa.

Udzielają mi się radość i szczęście, które są w tej rodzinie. Nie chce mi się stamtąd wychodzić: „Jeszcze trochę posiedzę” – myślę sobie i przeciągam chwilę rozstania. Dzieci przynoszą swoje rysunki, wiersze, opowiadają o sobie nawzajem dobre rzeczy, śmieszne anegdotki...

Po wyjściu od nich piękny Wrocław nie wydaje mi się już taki pociągający. To u nich jest prawdziwe życie, pokój, który może dać tylko Chrystus.

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Nagana za prawdę

2020-01-21 09:37

Niedziela Ogólnopolska 4/2020, str. 10

[ TEMATY ]

rodzina

małżeństwo

profesor

socjologia

Brian Jackson/fotolia.com

Profesor socjologii rezygnuje z pracy, aby bronić prawdy o rodzinie i wolności nauki.

Nie może powrócić cenzurowanie zajęć, ograniczanie wolności prowadzenia badań, interpretacji badań. Wkrótce odejdę z uczelni. Ale zostaną moi młodzi koledzy i koleżanki. Walczę o to, aby nikogo z nich nikt nigdy nie chciał karać za poglądy, za interpretację, za badania” – deklaruje prof. Ewa Budzyńska z Uniwersytetu Śląskiego, która w proteście przeciwko cenzurze ideologicznej, której doświadczyła, zdecydowała się po prawie 29 latach odejść z pracy i w mediach upomnieć się o wolność nauki.

CZYTAJ DALEJ

Watykan: Nowy dziekan Kolegium Kardynalskiego

2020-01-25 12:49

[ TEMATY ]

Watykan

kard. Giovanni Battista Re

YouTube.com

kard. Giovanni Battista Re

18 stycznia 2020 r. Ojciec Święty zatwierdził wybór - dokonany przez kardynałów-biskupów - dziekana Kolegium Kardynalskiego w osobie jego eminencji kardynała Giovanniego Battisty Re – poinformowało Biuro Prasowe Stolicy Apostolskiej. Jednocześnie poinformowano, że wicedziekanem Kolegium Kardynalskiego wybrano, a papież zatwierdził, Argentyńczyka, prefekta Kongregacji ds. Kościołów Wschodnich, 76-cio letniego kard. Leonarda Sandriego.

Giovanni Battista Re urodził się 30 stycznia 1934, w Borno w diecezji Brescia na północy Włoch. Po nauce w niższym seminarium duchownym, do którego wstąpił w 1945 r. oraz studiach w wyższym seminarium duchownym święcenia kapłańskie przyjął 3 marca 1957 r. W październiku 1958 roku został wysłany na studia do Rzymu, gdzie w 1962 r. uzyskał doktorat z prawa kanonicznego na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim. Równocześnie studiował w Papieskiej Akademii Kościelnej.

W 1963 r. podjął pracę w służbach dyplomatycznych Stolicy Apostolskiej, m.in. w Panamie i Iranie. Od 1971 r. pracował w watykańskim Sekretariacie Stanu, gdzie 12 grudnia 1979 r. asesorem. 9 października 1987 Jan Paweł II mianował go sekretarzem Kongregacji ds. Biskupów i arcybiskupem tytularnym Vescovio. Jednocześnie był też sekretarzem Kolegium Kardynalskiego. Ojciec Święty osobiście udzielił mu sakry 7 listopada tegoż roku. W latach 1989-2000 abp Re był substytutem (zastępcą) sekretarza stanu Stolicy Apostolskiej do spraw ogólnych.

16 września 2000 papież mianował go prefektem Kongregacji Biskupów i przewodniczącym Papieskiej Komisji ds. Ameryki Łacińskiej. 21 lutego następnego roku Jan Paweł II włączył go w skład Kolegium Kardynalskiego. Od 1 października 2002 r. należy do grona kardynałów-biskupów.

Był przewodniczącym delegowanym 10 Zgromadzenia Ogólnego Synodu Biskupów w październiku 2001. W maju 2007 przewodniczył V Konferencji Ogólnej Episkopatów Ameryki Łacińskiej (CELAM) w Aparecidzie. 30 czerwca 2010 r. przeszedł na emeryturę. Jako najstarszy rangą kardynał-elekt w 2013 roku przewodniczył konklawe, które 13 marca ub. roku wybrało papieża Franciszka.

Wielokrotnie reprezentował Ojca Świętego na ważnych uroczystościach kościelnych w różnych krajach, m.in. w październiku 2003 był głównym gościem z Watykanu na obchodach Dnia Papieskiego w Polsce.

Należał do najbliższych współpracowników Jana Pawła II, który często go przyjmuje na audiencjach dla wyższych urzędników kurialnych. W lipcu 1998 wykorzystał letni wypoczynek Ojca Świętego w Lorenzago di Cadore i zaprosił go do swego rodzinnego miasta Borno - było to wielkie święto dla całej okolicy. Po raz pierwszy i jedyny zdarzyło się, że Papież w ramach swego lipcowego wypoczynku letniego zrobił wycieczkę "po kumotersku" w rodzinne strony dostojnika kurialnego. Komentatorzy odebrali to jako szczególny wyraz uznania i zaufania Ojca Świętego dla jednego ze swych najbliższych współpracowników.

W kwietniu 2010 roku kard. Giovanni Battista Re otrzymał Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej. To wysokie odznaczenie przyznał mu prezydent Lech Kaczyński 1 kwietnia 2010 r. za wybitne zasługi dla rozwoju współpracy między Rzeczpospolitą Polską i Stolicą Apostolską oraz za działalność na rzecz Kościoła katolickiego w naszym kraju.

Kard. Leonardo Sandri urodził się 18 listopada 1943 w Buenos Aires w rodzinie włoskich imigrantów. Święcenia kapłańskie otrzymał 2 grudnia 1967 r. Od 1974 r. pracował w służbie dyplomatycznej Stolicy Apostolskiej, początkowo na Madagaskarze, w latach 1977-89 w Sekretariacie Stanu w Watykanie, a następnie do 1991 w nuncjaturze w Waszyngtonie. W latach 1991-97 był asesorem w sekcji ds. ogólnych Sekretariatu Stanu.

22 lipca 1997 Jan Paweł II mianował go arcybiskupem tytularnym Aemona i nuncjuszem apostolskim w Wenezueli. Sakrę biskupią przyjął 11 października tegoż roku z rąk kard. Angelo Sodano. W marcu 2000 został nuncjuszem w Meksyku, ale już we wrześniu tego roku papież mianował go substytutem w Sekcji Spraw Ogólnych Sekretariatu Stanu. W tym charakterze hierarcha wielokrotnie odczytywał za Jana Pawła II teksty jego przemówień, gdy papież miał coraz większe trudności z mówieniem. To on 2 kwietnia 2005 r. ogłosił na Placu św. Piotra w Watykanie wiadomość o śmierci Jana Pawła II. 9 czerwca 2007 Benedykt XVI mianował go prefektem Kongregacji dla Kościołów Wschodnich, a na konsystorzu 24 listopada tegoż roku włączył go do Kolegium Kardynalskiego. W 2013 Franciszek potwierdził jego osobę w funkcji prefekta Kongregacji dla Kościołów Wschodnich. 26 czerwca 2018 ten sam papież włączył go grona kardynałów-biskupów.

Dziekan Kolegium Kardynalskiego przewodniczy temu gremium, nie ma jednak żadnych uprawnień wobec innych purpuratów będąc pierwszym pośród równych. Jest zawsze w randze kardynała -biskupa. Do jego zwyczajowych zadań należy m.in. przewodniczenie uroczystościom pogrzebowym po śmierci papieża, odprawianie Mszy św. na rozpoczęcie konklawe i przewodniczenie obradom konklawe. Zgodnie z paragrafem 4 kanonu 352 Kodeksu Prawa Kanonicznego z 1983 dziekan Kolegium Kardynalskiego zobowiązany jest do stałego zamieszkania w Rzymie.

CZYTAJ DALEJ

Abp Neary: przyjąć objawienie z Knock to otworzyć się na Słowo

2020-01-25 17:41

[ TEMATY ]

objawienia

Knock

wikipedia.org

Dla Irlandczyków zaproszenie do Watykanu wizerunku Maryi z ich narodowego sanktuarium w Knock jest ważnym gestem ze strony Ojca Świętego. Przypomina im bowiem papieską wizytę w Irlandii w 2018 r. Zwraca na to uwagę abp Michael Neary. To właśnie na terenie jego archidiecezji Tuam w 1879 r. miało miejsce objawienie w Knock.

Jak zauważa abp Neary zdumiewającą rzeczą jest to, że kiedy dziś Irlandczycy powracają pamięcią do papieskiej podróży, to najczęściej wspominają właśnie jego wizytę w maryjnym sanktuarium i ciszę, która zapanowała pośród tłumu wiernych w czasie adoracji eucharystycznej z Papieżem.

26 stycznia, w pierwszą Niedzielę Słowa Bożego, do Watykanu zostanie przywieziona figura Matki Bożej właśnie z tego sanktuarium. Zostanie wystawiona przy głównym ołtarzu bazyliki św. Piotra podczas papieskiej Eucharystii. Jak podkreśla abp Neary, nie jest to przypadkowe. Podczas objawienia w Knock, Maryja nie powiedziała bowiem ani słowa. Wraz z Nią był natomiast obecny Jan Ewangelista, który trzymał w ręku księgę Pisma Świętego. To oczywista zachęta do słuchania Słowa Bożego.

„Knock ma wielki potencjał komunikacji, głoszenia Słowa Bożego. Objawienia w Knock zawierają w sobie wielkie przesłanie. Widzimy w nich Matkę Bożą, św. Józefa oraz Baranka Bożego i krzyż nad ołtarzem. Postacią, o której niekiedy się zapomina, a która również uczestniczyła w tych objawieniach, jest św. Jan Ewangelista z księgą Pisma Świętego. A skoro Maryja podczas objawień nie przemówiła, to wydaje się, że ukazała w ten sposób znaczenie Słowa Bożego. Lecz aby Słowo Boże mogło się w nas zakorzenić, niezbędne jest odpowiednie przyjęcie, potrzeba ciszy. W dzisiejszym świecie pada tak wiele słów, pomyślmy jedynie o różnego rodzaju czatach. Dlatego tym bardziej potrzebujemy ciszy, aby przyjąć Słowo, aby słuchać tego, co rzeczywiście się dzieje“ - powiedział Radiu Watykańskiemu abp Michael Neary.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję