Reklama

Wiadomości

Dlaczego izolacja psuje nasze dzieci?

Kilkumiesięczna izolacja pozostawiła w dzieciach i młodzieży trwały ślad. Jak je zmieniła? W jaki sposób wspierać je – w obliczu kolejnych klas czy szkół kierowanych na kwarantannę – by wyszły silniejsze z tych niecodziennych sytuacji?

Niedziela Ogólnopolska 39/2020, str. 50-52

[ TEMATY ]

dzieci

Adobe Stock.pl

Czy uda się uchronić uczniów przed kolejnym lockdownem?

Czy uda się uchronić uczniów przed kolejnym lockdownem?

Zamknięcie (po angielsku lockdown) szkół na kilka miesięcy postawiło na całym świecie przed uczniami, ich rodzicami, nauczycielami, urzędnikami zarządzającymi oświatą oraz politykami odpowiedzialnymi za podejmowanie strategicznych decyzji niespotykane dotąd wyzwania. W Polsce we wrześniu uczniowie powrócili do szkół – choć nie wiadomo, czy znów wkrótce nie będą musieli przejść na nauczanie zdalne. Sytuacja jest bardzo trudna i skomplikowana pod wieloma względami, a może być jeszcze trudniejsza lub zgoła dramatyczna, jeśli szkoły ponownie zostaną zamknięte. Decyzja taka przyniosłaby bowiem wiele szkód uczniom, ogromne kłopoty ich rodzicom oraz, w dalszej perspektywie – całemu społeczeństwu.

Cztery miesiące bez realnej szkoły to duża wyrwa w krótkich jeszcze życiorysach dzieci i młodzieży. Wyrwa tym bardziej charakterystyczna i pozostawiająca trwały ślad w świadomości, że przeżywana w atmosferze lęku, presji, zamknięcia, ograniczeń oraz niepewności. Potężny i trudno sterowalny kolos, którym jest system edukacji, musiał nagle, zaledwie w ciągu kilku tygodni, przeobrazić się w system elastyczny, kreatywny i nowoczesny.

Kontakt rozwija

Reklama

Psychologowie są zgodni, że czas lockdownu, charakteryzujący się brakiem bezpośredniego kontaktu dzieci z rówieśnikami, to okres dużych strat rozwojowych. Katarzyna Fiszer, psycholog i psychoterapeuta z łódzkiej psychoporadni, podkreśla, że dzieci z klas szkoły podstawowej, które zostaną pozbawione kontaktu z rówieśnikami, nie będą miały okazji do wyrabiania w sobie nawyków pożądanych społecznie: „Kontakt z rówieśnikami daje możliwość budowania relacji, które pozwalają na budowanie poczucia przynależności do wspólnoty i własnej tożsamości, ale także własnego gustu czy preferencji. Czas spędzany poza domem – w szkole, na placu zabaw czy też w odwiedzinach u koleżanki lub kolegi – jest okazją do treningu odpowiednich zachowań, stosownych do sytuacji i akceptowanych społecznie. Chodzi tu o proste sytuacje, takie jak powiedzenie «dzień dobry» rodzicom kolegi, kiedy wchodzimy do jego domu, i «do widzenia» przy pożegnaniu albo umiejętność wspólnego bawienia się zabawkami. W domu tego typu trening nie jest możliwy”.

Brak alternatywy

Trening życia społecznego w najbardziej intensywnej formie występuje właśnie w szkole. Jest on niezbędny do prawidłowego rozwoju na każdym etapie. Nie mniejsze problemy niż uczniowie wczesnej podstawówki przeżywa młodzież ostatnich klas szkoły podstawowej i w wieku licealnym, która wchodzi w tym okresie w proces uniezależniania się od autorytetu rodziców i nauczycieli. W tym wieku młodzi ludzie szczególnie potrzebują kontaktu z rówieśnikami, by móc zweryfikować swoje na nowo kształtowane, samodzielne poglądy z alternatywnymi opiniami koleżanek i kolegów. W warunkach naturalnych młodzież może podejmować poza szkołą wiele spotkań w ramach zajęć pozalekcyjnych, hobby, wizyt u przyjaciół, wspólnej rozrywki itd. Izolacja spowodowana lockdownem u wielu młodych proces ten zahamowała, skazując ich na całodobowe przebywanie z rodzicami.

Przykład zaburzenia naturalnego rozwoju młodego człowieka przedstawia Sebastian Piątkowski, nauczyciel języka polskiego, filozofii i etyki w jednym z łódzkich liceów. Przytacza on relację ucznia, który w tym roku, stale przebywając z rodzicami w domu, przygotowywał się do matury. Uczeń ten bardzo narzekał na taki tryb przygotowań, gdyż nieustannie, bez możliwości odizolowania się choćby na kilka godzin, obciążony był presją rodziców. Mama i tata, zapewne w dobrej wierze, stale motywowali go do pracy oraz wysiłku. W sytuacji naturalnej miałby wentyl bezpieczeństwa w postaci spotkań i rozmów z rówieśnikami, a presja ze strony rodziców byłaby jedynie dobrą motywacją. Tymczasem w tej, która miała miejsce pod koniec maja, uczeń nie miał alternatywy, i zapewne przygotowanie do matury zapamięta jako niezmiernie uciążliwe i obciążające psychicznie.

Trzeba nauczyć się uczyć – samodzielnie

Reklama

Lockdown wymusił na wszystkich członkach społeczności szkolnej nowe, niestandardowe zachowania. Sebastian Piątkowski, pilnie obserwując poczynania swoich licealistów, zauważył, że generalnie nie poradzili sobie oni z nauczaniem zdalnym. Problem nie leży bowiem w czysto technicznej obsłudze urządzeń i oprogramowania do komunikacji on-line – bo z tym większość nastolatków radzi sobie doskonale – ale w tym, jak podczas edukacji zdalnej zachowywali się uczniowie. Taka nauka wymagała od nich wielkiej samodyscypliny, dojrzałości i umiejętności samokształcenia. Uczniowie pozbawieni tradycyjnego planu lekcji, gdzie wszystko było poukładane, z góry określone i przewidywalne, musieli nagle przejść na system samokontroli, automotywacji, rzetelności i uczciwości. Sami narzucali sobie ramy i wymagania, określali sposób organizacji pracy w domu tak, aby na tym nie stracić i jeszcze żyć w zgodzie z innymi członkami rodziny, z którymi musieli dzielić zasoby techniczne niezbędne do pracy on-line.

Tak wysokie wymagania, niestety, przerosły nieprzygotowanych do tego uczniów. Często nauczyciele nie mieli realnego kontaktu z tymi, którzy wprawdzie teoretycznie byli obecni na lekcji, w rzeczywistości jednak mogli tylko udawać obecność i w tym samym czasie zajmować się innymi, zazwyczaj ciekawszymi dla nich sprawami. Niejednokrotnie też w dobrej komunikacji przeszkadzały problemy i ograniczenia techniczne, które były prawdziwą lub sprowokowaną wymówką do „ucieczki” z lekcji. Polonista trafnie zauważa, że w nauczaniu zdalnym nauczyciele nie mieli de facto żadnych skutecznych możliwości egzekwowania obecności i aktywności podczas lekcji. Trudno bowiem stawiać twarde wymagania w sytuacji, gdy uczniowie mają bardzo nierówny dostęp do internetu, technologii i niezbędnego sprzętu. Sytuacja więc z góry skazywała na porażkę wysiłki nauczycieli, którzy sami także musieli stanąć wobec poważnych wyzwań i przeszli błyskawiczne praktyczne szkolenie z pracy zdalnej, nauczania on-line czy też nauczania hybrydowego (jednoczesnej pracy z uczniami w klasie i zdalnie przez łącza internetowe).

Fobia społeczna

Psychologowie i psychiatrzy zwracają uwagę na ciekawą zależność, a nauczyciele to potwierdzają, że uczniowie uczestniczący w nauczaniu zdalnym dzielą się generalnie na dwie grupy: tych, którzy nie mogą wytrzymać w domu i potrzebują żywego, realnego kontaktu z rówieśnikami, oraz tych, którym nigdy nie było po drodze do szkoły i którym czas lockdownu dobrze służył. Oczywiście, służył pozornie, gdyż wielu z nich zamknęło się w sobie jeszcze bardziej – czasami do tego stopnia, że nauczyciel w pracy zdalnej zupełnie stracił kontakt z uczniem. Katarzyna Fiszer opisuje to następująco: „Z drugiej strony mamy grupę nastolatków, dla których nawiązywanie kontaktów z innymi stanowi trudność. Oczywiście może to być wynikiem osobowości człowieka, ale zazwyczaj jest efektem jakiegoś problemu – fobia społeczna, lęki związane z izolacją i odrzuceniem czy niskie poczucie własnej wartości i wynikająca z tego nieśmiałość oraz brak pewności siebie w kontaktach z innymi. Dla takich osób izolacja społeczna może być wręcz wybawieniem, bo wreszcie mogą pozostać w strefie komfortu, ale to z kolei utrwala lęki i schematy myślenia. Po takiej kilkumiesięcznej przerwie od szkoły powrót do niej jest jeszcze bardziej stresujący, a kontakty z innymi jeszcze trudniejsze, co może doprowadzić do coraz większego wycofania się z życia społecznego i jeszcze większej izolacji. Dla osób cierpiących na fobię społeczną może wiązać się to z tak silnym lękiem i stresem, że nie będą oni w stanie normalnie funkcjonować w szkole. Nie są to efekty, których nie da się odwrócić, ale będzie to wymagało sporo pracy i wysiłku, żeby przyzwyczaić się do dawnego sposobu funkcjonowania”.

Straty do odrobienia czy nie do odrobienia?

Ciekawymi obserwacjami podzieliła się także Katarzyna Ślifierska, nauczycielka matematyki w klasach szóstych i siódmych jednej z łódzkich podstawówek. Zapytana o to, czy straty w edukacji, w realizacji programu nauczania z matematyki, które ponieśli uczniowie w czasie lockdownu, są jeszcze do nadrobienia w pozostałych semestrach do końca ósmej klasy, odpowiedziała, że jeszcze tak. Jeśli jednak zamknięcie miałoby się powtórzyć, prawdopodobnie straty będą nie do odrobienia. Oznacza to, że do końca edukacji w szkole podstawowej uczniowie nie zdążą zrealizować w pełni programu i do szkoły średniej pójdą z istotnymi brakami.

Inny rodzaj strat czy deficytów nabytych podczas lockdownu jest związany ze sferą psychiczną. Brak poczucia bezpieczeństwa, niepewność jutra, zmienność, nieprzewidywalność decyzji polityków i urzędników zarządzających oświatą sprawiają, że dzieci oraz młodzież bardzo źle znoszą czas przymusowego zamknięcia. Problem ten trzeba zauważyć i jasno postawić, a następnie odpowiednio na niego zareagować. Z dobrą radą ponownie przychodzi nam psycholog Katarzyna Fiszer, która wskazuje sposoby raczej oczywiste, ale wymagające dużej świadomości, determinacji, a także konsekwencji osób odpowiedzialnych za rozwój dzieci i młodzieży: „Wsparcie społeczne w postaci dobrych relacji z rówieśnikami i rodziną jest kluczowe w radzeniu sobie ze stresem. Również posiadanie hobby jest bardzo ważne w rozładowywaniu frustracji i napięć związanych ze stresującymi sytuacjami czy też lękiem wywołanym pandemią. Odcięcie dziecka od tych elementów może mieć dla niego bardzo przykre konsekwencje, bo pozbawiamy młodego człowieka jedynych znanych mu sposobów na poradzenie sobie z trudnymi emocjami. Dlatego też ważne jest, aby wspierać dziecko i pomagać mu w poszukiwaniu innych sposobów na radzenie sobie ze stresem i lękiem”.

Czy uda się uchronić uczniów przed kolejnym lockdownem? Niestety, wiele wskazuje na to, że nie. Jeśli nie wszystkie, to przynajmniej niektóre szkoły zostaną wkrótce, lub już zostały, zamknięte. Podczas naszej rozmowy o pracy zdalnej, a było to pewnej wrześniowej soboty, wieczorem, Sebastian Piątkowski otrzymał od dyrekcji szkoły, w której pracuje, e-mail z komunikatem, że sanepid wskazał go jako osobę kwalifikującą się do kwarantanny, oraz że cała szkoła od poniedziałku przechodzi na nauczanie zdalne...

2020-09-23 09:43

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Rekordowa liczba dzieci wzięła udział w międzynarodowej modlitwie różańcowej

2020-10-29 11:03

[ TEMATY ]

dzieci

różaniec

Magdalena Niebudek/Niedziela

W dniach 18-19 października ponad pół miliona dzieci ze 136 krajów włączyło się w modlitewną akcję Papieskiego Stowarzyszenia Pomoc Kościołowi w Potrzebie – najwięcej z Polski.

Kampania „Milion dzieci modli się na różańcu” to inicjatywa Papieskiego Stowarzyszenia Pomoc Kościołowi w Potrzebie w intencji pokoju i jedności na świecie. Licznik na stronie internetowej, na której rodziny i grupy mogły się zarejestrować, zatrzymał się na poziomie 509 771. Tysiące osób nie mogło się niestety zarejestrować z powodu cyberataku dwa dni przed datą wydarzenia.

– Trudno zrozumieć, dlaczego ktokolwiek miałby chcieć powstrzymać dzieci przed modlitwą, ale to pokazuje nam, że ktoś boi się mocy tych modlitw, które mogą zmienić świat, jak powiedział św. ojciec Pio – powiedziała Maria Lozano, szefowa międzynarodowego biura prasowego PKwP.

Według danych stowarzyszenia, najwięcej osób brało udział w kampanii w Polsce i Meksyku, a następnie na Słowacji, w Indiach i na Filipinach. PKwP informuje też, że dzieci modliły się m.in. w Maiduguri w północno-wschodniej Nigerii (regionie, który bardzo ucierpiał w wyniku ataków Boko Haram), w Armenii (kraju znajdującym się obecnie w stanie wojny), w Mińsku, stolicy Białorusi (kraju od tygodni rozdartym przemocą) czy w Dolinie Niniwy (Irak).

– Jednym z najbardziej symbolicznych momentów kampanii była modlitwa różańcowa dzieci w sanktuarium w Fatimie w Portugalii. Dzięki transmisji na żywo w różnych kanałach katolickich, tysiące wiernych na całym świecie mogło duchowo włączyć się w modlitwę – informuje papieskie stowarzyszenie.

W Polsce kampanię zainaugurowano w Sanktuarium Narodowym Matki Bożej Fatimskiej na zakopiańskich Krzeptówkach. Inicjatywie od kilku lat błogosławi metropolita krakowski abp Marek Jędraszewski.

Nad Wisłą w ramach kampanii zarejestrowano ponad 67 tys. dzieci z ponad 700 miejsc w ponad 400 miastach. Najwięcej dzieci modliło się w Salezjańskim Zespole Szkół Publicznych im. św. Dominika Savio w Zabrzu (450), Szkole Podstawowej nr 164 im. bł. Franciszki Siedliskiej w Krakowie (422), Prywatnej Szkole Podstawowej nr 6 Sióstr Niepokalanek (420) i Zespole Szkół Katolickich im. ks. Jana Twardowskiego w Zabrzu (400).

Akcja modlitewna „Milion dzieci modli się na różańcu” zrodziła się w Caracas w Wenezueli w 2005 r. Podczas modlitwy różańcowej grupy dzieci w przydrożnej kapliczce, kilka kobiet, które im wówczas towarzyszyły, doświadczyło głębokiej obecności Maryi Panny. Przypomniały sobie wtedy obietnicę św. Ojca Pio: „Kiedy milion dzieci odmawia różaniec, świat się zmienia”.

Kolejna edycja akcji „Milion dzieci modli się na różańcu” już za rok – w poniedziałek 18 października 2021 r.

Więcej o kampanii: www.modlitwamilionadzieci.pl.

CZYTAJ DALEJ

Ocalmy dzieci z Michałowskiego

W Częstochowie działa (ciągle) Zakład Pielęgnacyjno-Opiekuńczy dla dzieci (wcześniej: Interwencyjny Ośrodek Preadopcyjny), który jest jedną z nielicznych placówek medycznych w Polsce przyjmującą dzieci z obciążeniami zdrowotnymi od pierwszych dni ich życia.

Zajmuje się malcami całościowo - zapewnia diagnozę lekarską, rozpoczyna leczenie i rehabilitację. Najczęściej dzieciaczki są porzucone przez biologicznych rodziców i bez specjalistycznej pomocy i rehabilitacji nie przeżyją.

Jednak Ośrodek w Częstochowie robi dla tych dzieci jeszcze jedną arcyważną rzecz - szuka i znajduje dla nich rodziny adopcyjne. Przez ostatnich 10 lat udało się znaleźć takich rodzin ponad 500.

Dlaczego więc od prawie roku trwa walka o ocalenie tego miejsca? Zarządzenie prezesa NFZ ograniczyło od stycznia 2012 r. środki na prowadzenie tego zakładu z 95 tys. zł miesięcznie do 45 tys. zł. Bernadetta Strąk, dyrektor placówki, mówiła, że ma do wyboru - albo nie podawać malcom lekarstw, albo zacząć je głodzić.

Urzędnicy twierdzą, że działają zgodnie z przepisami. Tymczasem działanie prawne pozbawione miłosierdzia jest zwyczajnym okrucieństwem. W sytuacjach podobnych do tej w Częstochowie, powinno się brać pod uwagę dobro dzieci, mieć odrobinę zdrowego rozsądku, że o współczuciu czy miłosierdziu nie wspominam. Nie czyń bliźniemu, co tobie niemiłe, urzędniku...

Obarczone chorobą i niepełnosprawnością dzieci wywiezione z ośrodka i ulokowane w szpitalach nie mają najmniejszych szans na odmianę losu. Żaden szpital nie będzie szukał dla nich rodzin adopcyjnych, bo tym się nie zajmuje. Chyba nikt nie wierzy, że obcinanie funduszy dla tego typu zakładu odbywa się w trosce o chore maluchy... Że ktokolwiek o nich w ogóle pomyślał. Dzieci skazuje się w ten sposób na szpitalną samotność i zapomnienie, którego nie życzymy najgorszemu wrogowi.

A walczący nieustannie o przetrwanie zakład pracuje świetnie - przeprowadził przy współpracy z ośrodkami adopcyjnymi do 97 proc. adopcji, czyli w praktyce niemal każde niepełnosprawne dziecko znajdowało rodziców. Czasem udawało się nawet skłonić tych biologicznych, którzy wcześniej niemowlaka porzucili, do zaopiekowania się nim. Personel powinien dostawać za taką pracę nagrody... tych kilka dzielnych i oddanych pracy kobiet przywraca wiarę w ludzką dobroć.

Dyrektor Strąk pukała do wielu drzwi, pisała pisma, prosiła o pomoc m.in. dziennikarzy. Dramat chorych maluchów stał się informacją dnia w największych serwisach informacyjnych. Ufne buzie malców kontrowano kamiennymi obliczami urzędników powtarzających uparcie, że działają zgodnie z prawem. Przecieraliśmy oczy ze zdumienia. Dopiero, gdy sprawa nabrała politycznego charakteru, bo wmieszali się posłowie, okazało się, że jednak jakieś wyjście jest. Do Częstochowy przyjechali wysocy urzędnicy pionu ministerialnego z Warszawy. Okazało się, że wystarczy trochę pomyśleć i zakład opiekujący się pokrzywdzonymi przez los maleństwami będzie mógł dalej istnieć, bo będzie finansowany z dwóch źródeł - NFZ i pomocy społecznej. Z tym, że...

Z tym, że my, jak większość Polaków, już politykom nie wierzymy, ani deklaracjom urzędników mających władze decydowania o życiu i bycie innych. Także i my bacznie będziemy czekać na rozwój sytuacji. Czy skończy się na gadaniu jedynie, czy jednak placówka ta będzie ocalona...

* * *

Zaangażowanie personelu i wolontariuszy nie wystarczy - zakład potrzebuje nieustannej pomocy, aby wypełniać swoje podstawowe cele.
Warto wspierać to miejsce, bo dzięki niemu coraz rzadziej zdarzają się przypadki dzieciobójstwa i wyrzucania noworodków na śmietnik.

JAK MOŻNA POMÓC?

Ofiarując 1 procent swojego podatku, zlecając bankowi przelew stałej, niewielkiej kwoty, czy przekazując kosmetyki, pieluchy i żywność dla maluchów. Artykuły, które są zawsze potrzebne to:
Art. czystościowe: proszek do prania, płyny do płukania tkanin „sensitive”
Art. spożywcze: zupki, desery, soki dla niemowląt od 4 do 12 miesiąca (najlepiej firmy Hipp, seria z literką A dla alergików), kaszki ryżowe smakowe (malina, banan, brzoskwinia, jabłko)
Art. pielęgnacyjne: pieluchy jednorazowe - rozmiar 2/¾, środki pielęgnacyjne (kremy, oliwki, płyn do kąpieli, mydło, szampon), chusteczki nawilżające dla niemowląt, butelki do karmienia i pojenia, pieluchy tetrowe

DANE PLACÓWKI:

Adres korespondencyjny:
ul. Michałowskiego 30
42-200 Częstochowa
tel. (34) 325 77 90

CZYTAJ DALEJ

Holandia: Uniwersytet Radoud już nie jest katolicki

2020-10-30 20:41

[ TEMATY ]

episkopat

uniwersytet

Holandia

PAP

Episkopat Holandii postanowił, że Uniwersytet Radboud przestanie być uniwersytetem katolickim. Jest on jednym z zaledwie dwóch kościelnych uniwersytetów w tym kraju.

Konferencja Episkopatu wydała oświadczenie, w którym stwierdziła, że fundacja, która nadzoruje Uniwersytet Radboud w Nijmegen oraz stowarzyszony z nim szpital uniwersytecki, zostaną pozbawione tytułu „katolicki”.

Mianowani w ostatnich latach członkowie zarządu uniwersytetu nie są praktykującymi katolikami. W związku z tym biskupi Holandii zdecydowali się oficjalnie zmienić charakter uczelni

Fundacja postanowiła wnieść sprawę do sądu. Według przedstawicieli uniwersytetu istniał „zasadniczo odmienny pogląd na to, co stanowi tożsamość katolicką i jak należy ją chronić”.

Katolicki Uniwersytet w Nijmegen (Katholieke Universiteit Nijmegen) powstał w 1923 r. Z początku uczelnia liczyła 27 profesorów i 189 studentów. Swoją aktualną nazwę uniwersytet otrzymał w 2004 roku na cześć Radbouda, biskupa Utrechtu.

CZYTAJ DALEJ
Przejdź teraz
REKLAMA: Artykuł wyświetli się za 15 sekund

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję