Reklama

Na krawędzi

Jak będzie wyglądał nasz świat w 2050 r.? Dla osób, które twierdzą, że są realistami, to pytanie nie jest optymistyczne. Zastanawiają się one, czy wtedy w ogóle będzie się dało żyć na świecie.

Niedziela Ogólnopolska 43/2021, str. 26-29

Bożena Sztajner/Niedziela

Kiedy nastąpi koniec świata? Dla katolika odpowiedź na to pytanie zawarta jest w słowach Jezusa: „O dniu owym lub godzinie nikt nie wie, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko Ojciec” (Mk 13, 32). Po prostu musimy zawierzyć się Bożej Opatrzności. Pogodzić się z tym, że nigdy nie poznamy dokładnego czasu, choćbyśmy chcieli. Musi nam wystarczyć prawda, że on będzie. I tyle. Drugie interesujące nas pytanie jest następujące: jak będzie wyglądał koniec świata? Tutaj odpowiedź jest podobna. Nie wiemy i wiedzieć nie będziemy, czy np. zdarzy się to w wyniku spektakularnej kosmicznej katastrofy, np. uderzenia meteorytu, czy sam Pan Bóg zstąpi na ziemię w środku wakacji i zasłoni kurtynę teatru dziejów, by rozsądzić sprawiedliwie nasze niekończące się spory i rozstrzygnąć dylematy. Dziś pewnie większość skłania się ku pierwszej opcji, tyle że mniej myślimy o zagrożeniu ze strony siły meteorytów, a bardziej upatrujemy ryzyka w katastrofie klimatycznej lub – szczególnie w ostatnich miesiącach – w pojawieniu się albo wyhodowaniu takiego mikroorganizmu, z którym sobie nie poradzimy. Jeśli chodzi o klimat, to według niektórych badań, ponad połowa ludności krajów rozwiniętych jest przekonana, że zmiany klimatyczne zakończą historię ludzkości.

Ryzyko globalnego potopu

Co może się zdarzyć? Przewidywań jest bez liku. Oceanografowie są zgodni, że podwyższa się poziom mórz. W ostatnim stuleciu wzrósł on o 20 cm. Leżące na Oceanie Indyjskim Malediwy, gdzie średnia wysokość lądu wynosi 1,5 m n.p.m., już toczą walkę o życie i biją na alarm, bo nie są w stanie uratować się wyłacznie swoimi działaniami. Zresztą to nie tylko zmartwienie Malediwian. Gdy poziom oceanów podwyższy się o kolejne 90 cm, słona woda zaleje tereny zamieszkałe przez połowę ludności świata i będzie powtórka z mitycznej historii o Atlantydzie.

W poszukiwaniu miejsca zdatnego do życia

Reklama

Nie trzeba mieszkać na Malediwach, żeby odczuć na własnej skórze, że mamy do czynienia ze wzrostem temperatury. Dziś u nas jeszcze jest do wytrzymania, ale na Madagaskarze zmiany klimatyczne doprowadziły do największej suszy od 40 lat. Prawie nic tam nie rośnie, a jeśli już uda się coś wyhodować, to od razu zjada to szarańcza. Efekt? 400 tys. ludzi cierpi głód. Wykorzystali już nawet ziarna pod zasiew.

Prognozy nie są najlepsze. Jeżeli nie zatrzymamy procesu zmian klimatu, to temperatury w krajach biednego Południa wzrosną tak bardzo, że nie będzie się tam dało w ogóle żyć, choć już dziś jest to bardzo trudne. Najmniejszym problemem będzie to, że nie pojedziemy na dalekie wakacje. Do naszych bram zapukają miliony – a według szacunków ONZ, nawet ok. miliarda – imigrantów szukających miejsca, gdzie jeszcze jako tako będzie się dało żyć. Blisko 140 mln z nich będą stanowili tzw. uchodźcy klimatyczni, tzn. ci, którzy będą szukali miejsca, gdzie da się przeżyć. W najbardziej alarmistycznej prognozie naukowcy przewidują, że w sytuacji globalnego upadku społeczeństwa przetrwać będzie można najprawdopodobniej w: Nowej Zelandii, Islandii, Wielkiej Brytanii, Tasmanii oraz Irlandii. Razem to raptem 760 tys. km2, oczywiście bez strat wywołanych podniesieniem poziomu mórz. Taka nawierzchniowa „arka Noego”. Przeciwnicy pesymistycznych wizji mówią, że gatunek ludzki ma zdolności przystosowawcze, a przede wszystkim rozum, co pozwoliło ocalić się m.in. Noemu. Pewnie tak jest, tyle że według czarnych scenariuszy – o ile się ziszczą – nie przetrwają wszyscy.

Jesteśmy na etapie wyparcia

Zdaję sobie sprawę, że piszę nieco frywolnie, a sprawa jest śmiertelnie poważna, bo wszystko wskazuje na to, że zmiany te mogą doprowadzić do końca przynajmniej tego, znanego nam świata. Co spowodowało tę sytuację? Przyczyn jest wiele. Wiemy, że klimat na Ziemi po prostu się zmienia, ale od kilku lat panuje względny konsensus naukowców – choć w nauce obowiązuje zasada, że każde twierdzenie może, a wręcz powinno być poddane krytycznej ocenie – co do tego, iż największy wkład w zmianę klimatu, której doświadczamy, mają ludzie, czyli my („Każdy z nas na miarę swych skromnych możliwości przyczynia się do małych katastrof ekologicznych”, Laudato si’), co nazywane jest antropogenicznym charakterem ocieplenia. I tylko my, przez wysiłek i zmianę zachowań, możemy ten trend zmienić. Tak, to prawda. Jak na razie nie wszyscy w to wierzymy, nawet jeśli niepokoją nas alarmistyczne wizje jednego czy drugiego naukowca, tego czy innego instytutu badawczego. Brakuje jeszcze sporo – choć postępu nie da się nie zauważyć – abyśmy traktowali to z taką powagą, na jaką sytuacja rzeczywiście zasługuje. Psychologowie nazywają to etapem wyparcia. Odsuwamy od siebie wizję świata skazanego na zagładę, bo gdybyśmy naprawdę tak myśleli, to trzeba by było się ratować, a ratować się w tej sytuacji oznacza jedno: zmienić styl życia, zdecydować się na głębokie ekologiczne nawrócenie, do którego przekonuje nas nieustannie papież Franciszek.

10, 9, 8, 7...

Reklama

Kilka tygodni temu bardzo poważny alarm wszczął Międzyrządowy Panel ds. Zmian Klimatu (IPCC). Z opracowania, które powstało w oparciu o przegląd 14 tys. prac naukowych, wynika, że już zaczęło się wsteczne odliczanie, na którego końcu jest wielka kosmiczna katastrofa. Jakie znaczenie ma ten 42-stronicowy dokument? Jego wiarygodność podkreśla grupa powołana pod egidą dwóch agend ONZ, składająca się z naukowców z różnych państw, która go opracowała. Jej zadaniem jest przygotowanie – sam IPCC nie prowadzi prac badawczych – w oparciu o przeprowadzone na całym świecie badania obiektywnej, naukowej, pewnej wiedzy, na podstawie której decydenci mogliby podejmować działania polityczne.

Co zatem wynika z najnowszego raportu? Najpierw złe wiadomości. Członkowie IPCC są zgodni co do tego, że główną przyczyną kłopotów klimatycznych jest działalność człowieka. Dowiedzione zostało, że już dziś średnia temperatura na Ziemi jest o ponad 1°C większa niż w latach 1850 – 1900, czyli w epoce preindustrialnej. Od tego czasu świat zaczął się gwałtownie rozwijać, a do tego potrzebna była energia pozyskiwana w głównej mierze z paliw kopalnych. Ta wyższa temperatura wpływa na globalne ocieplenie, a tempo zmian jest największe od 2 tys. lat. Pewnych zmian – np. wzrostu poziomu mórz – nie da się już odwrócić. Musimy się też przyzwyczaić do gwałtownych ulew, których nie znali nasi przodkowie, do trąb powietrznych, przed którymi nie ma ratunku, a w kolejnych latach będą nas straszyły doniesienia o pożarach setek tysięcy hektarów lasów. Jest jedna dobra wiadomość z raportu: jeszcze nie jest za późno. Pozostało jeszcze trochę czasu, żeby te zmiany spowolnić, a nawet zatrzymać. Tyle że trzeba zacząć działać energicznie już teraz.

W pojedynkę świata się nie uratuje

Wyzwanie, które stoi przed ludzkością, utrudnia fakt, że nie ma krajowej polityki klimatycznej. Polska gospodarka jest np. odpowiedzialna za światowy 1% emisji gazów cieplarnianych, czyli ocieplających klimat. Może się to wydawać mało, ale zdecydowana większość państw świata odpowiada za jeszcze mniejszy procent emisji. Afrykańskie Mali emituje CO2 tyle co nic, ale już Chiny mają dziś blisko 30% udziału w tym niebezpiecznym procederze, Amerykanie – ok. 16%, a z całej Unii Europejskiej co dziesiąta tona trafia do atmosfery. Wniosek z tego jest jeden: razem, zgodnie i sprawiedliwie. Polityka klimatyczna ma sens tylko na poziomie globalnym, kiedy te same decyzje proklimatyczne zostaną podjęte przez co najmniej największych graczy. Bo Bogu ducha winne, przywoływane wcześniej, Mali będzie dotykane suszami i gwałtownymi powodziami, a na dodatek niemożliwe będzie zakończenie trwającej tam wojny. To właśnie najubożsi – mimo że zawinili najmniej, zaciągnęli najmniej długu ekologicznego – są najbardziej poszkodowani konsekwencjami zmiany klimatu na Ziemi. Najwięcej długu zaciągnęli oczywiście najbogatsi, rozwijając się szybko od dziesiątków lat, przy czym ten rozwój był możliwy dlatego, że został oparty na energii pozyskiwanej z paliw kopalnych.

Najwięksi dłużnicy

To dlatego papież Franciszek encyklikę Laudato si’ skierował nie tylko do członków Kościoła, którego jest najwyższym pasterzem, nie tylko do ludzi dobrej woli, którzy byli adresatami choćby encykliki Pacem in terris Jana XXIII, ale do wszystkich ludzi zamieszkujących Ziemię. W tym wyzwaniu, które stoi przed nami – i to jest chyba największy problem w podzielonym zawsze, ale dzisiaj jak nigdy świecie – musimy być jednomyślni. Jedność w tym względzie nie jest opcją, lecz po prostu koniecznością. Należy wziąć pod uwagę jednomyślność działań, a także proporcje zaciągniętego przez dziesięciolecia ekologicznego długu. To wydaje się oczywiste. Trudno – choć siedzimy na tym samym koniu – wymagać tej samej spłaty od biednego Mali i od jakiegokolwiek państwa z grupy G7, które, jeśli chodzi o klimat, ma najwięcej na sumieniu. Dlatego bogatsze państwa zgodziły się na stworzenie specjalnego funduszu tzw. finansowania klimatycznego, z którego pieniądze mają pomagać w realizacji tzw. zielonego ładu w krajach biedniejszego Południa. Tyle że założonego celu: 100 mld dolarów rocznie jeszcze nie osiągnięto z powodu skąpstwa niektórych graczy. USA wpłacają znacznie mniej, niż powinny. Dopiero od 2024 r. kwota ma wynieść 11,4 mld dolarów, czyli w stosunku do dnia dzisiejszego ma zostać podwojona, ale według wyliczeń, sprawiedliwy udział w tym funduszu supermocarstwa powinien wynosić 40 mld dolarów rocznie. Do skąpców należą też Kanadyjczycy, Australijczycy i Brytyjczycy. Bez współodpowiedzialności najbogatszych nie uda się stworzyć globalnej polityki klimatycznej.

Potrzeba remontu kapitalnego

Wielu śmiało się z powtarzanego przez Kościół ostrzeżenia, że demokracja bez wartości przeradza się w skryty lub jawny totalitaryzm. Twierdzili, że moralność w gospodarce tylko przeszkadza i zaburza prawa wolnego rynku. Jak było to krótkowroczne, pokazuje dzisiejszy kryzys klimatyczny, którego istotą właśnie jest to, o czym mówił św. Paweł VI dokładnie pół wieku temu: „Najbardziej niezwykłe postępy naukowe, najbardziej niesamowite osiągnięcia techniczne, najcudowniejszy rozwój gospodarczy, jeśli nie łączą się z autentycznym postępem społecznym i moralnym, w ostatecznym rachunku zwracają się przeciw człowiekowi”. Kto dziś temu zaprzeczy? Mamy czarno na białym. Czy samo bycie „zielonym” wystarczy? Czy wystarczy tylko dbanie, powiedzielibyśmy: sektorowe o środowisko naturalne? Kościół już od kilku dekad ostrzega, że to za mało. Przywołajmy jeszcze słowa bliskiego nam św. Jana Pawła II, który chwalił ruchy ekologiczne, ale mówił, że to niewystarczające, że zbyt mało wagi przywiązuje się do ochrony warunków moralnych, prawdziwej „ekologii ludzkiej”. Jego następca dodawał, że „księga natury jest jedna i niepodzielna i obejmuje środowisko, życie, seksualność, rodzinę, relacje społeczne, a także inne aspekty. W związku z tym «degradacja natury jest ściśle związana z kulturą kształtującą współżycie ludzkie»”. Przebudowa świata ograniczona do jednego segmentu przypominałaby ograniczenie remontu domu, w którym w złym stanie technicznym znajduje się duża część istotnych dla jego trwałości elementów konstrukcyjnych, do naprawienia jedynie przeciekającego dachu. Owszem, trochę to pomoże – będzie można mieszkać w nim dalej, ale katastrofa budowlana nadal pozostanie poważnym ryzykiem.

2021-10-19 13:47

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Pierwsze piątki miesiąca

Kto dziewięć piątków odprawi jak trzeba,
nie umrze w grzechach, lecz pójdzie do nieba

CZYTAJ DALEJ

Soloch: prezydent zgodził się na pobyt żołnierzy Wielkiej Brytanii i Estonii w Polsce

2021-12-02 17:15

[ TEMATY ]

Wielka Brytania

żołnierze

Estonia

Prezydent Andrzej Duda

PAP

Prezydent Andrzej Duda

Prezydent Andrzej Duda

Prezydent Andrzej Duda wydał postanowienie o zgodzie na pobyt na terytorium RP żołnierzy Wielkiej Brytanii oraz Estonii. Mają oni wesprzeć działania polskiego wojska w kryzysie na wschodniej granicy UE i NATO - poinformował w czwartek szef BBN Paweł Soloch.

"Prezydent @AndrzejDuda wydał postanowienie o zgodzie na pobyt na terytorium RP żołnierzy Wielkiej Brytanii oraz Estonii, do wsparcia działań polskiego wojska w kryzysie na wschodniej granicy UE i NATO. Dziękujemy Flag of United Kingdom i Flag of Estonia za solidarność, wsparcie polityczne i wojskowe!" - napisał na Twitterze Paweł Soloch.

CZYTAJ DALEJ

Neurolog: najmłodszy pacjent z udarem po przebyciu COVID-19 miał kilkanaście miesięcy

2021-12-03 11:30

[ TEMATY ]

COVID‑19

COVID

SilentObserver / Foter / CC BY

SARS-CoV-2 ma działanie prozakrzepowe, dlatego udary niedokrwienne mózgu po przebyciu COVID-19 zdarzają się również u dzieci. Nasz najmłodszy pacjent z udarem miał kilkanaście miesięcy, dwoje kolejnych - 2 i 3 lata - mówi neurolog dr Łukasz Przysło z Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki.

"Wirus Sars-CoV-2 ma w swojej naturze działanie prozakrzepowe, dlatego udary niedokrwienne mózgu mogą zdarzać się również u dzieci. Nasz najmłodszy pacjent z udarem niedokrwiennym po przebytym COVID-19 miał zaledwie kilkanaście miesięcy, poza nim mieliśmy jeszcze dwa przypadki udaru pocovidowego u 2- i 3-latka. Wszystkie te trzy historie miały happy end, ale już sam incydent ostrego naczyniowego zaburzenia w obrębie mózgu każe nam myśleć o tej chorobie - w perspektywie dzieci - w zupełnie inny sposób" - powiedział PAP dr Łukasz Przysło, szef Kliniki Neurologii Rozwojowej i Epileptologii w Instytucie Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję