Reklama

Wschód i Zachód wzajemnie siebie potrzebują - rozmowa z biskupem-nominatem dr. hab. Michałem Janochą

2015-05-15 11:15

rozmawiał Tomasz Królak / Warszawa / KAI

Artur Stelmasiak

W demokracji pojawiają się zjawiska, które grożą nowym totalitaryzmem - ocenia biskup-nominat Michał Janocha. Wyzwaniem dla Kościoła w Polsce jest więc łączenie radykalizmu nauczania z otwarciem na to, co przychodzi do nas dobrego. W rozmowie z KAI doktor habilitowany historii sztuki opowiada o wschodnich wyprawach ze studentami, miłości do ikon, różnicach pomiędzy chrześcijaństwem Wschodu i Zachodu oraz o swoich duchowych mistrzach.

Tomasz Królak, KAI: Czy to studiowanie historii sztuki zadecydowało o wstąpieniu do seminarium?

– To bardzo złożona sprawa. W tej pierwszej, najważniejszej decyzji odgrywała rolę zupełnie inna historia, związana z moim przyjacielem, który utonął podczas wspólnego spływu w 1977 roku. Zamierzał iść do seminarium, o czym nikt nie wiedział, poza mną i księdzem, który wtedy nam towarzyszył. Nigdy wcześniej nie myślałem o kapłaństwie, a śmierć Konrada była dla mnie ważnym wydarzeniem, bo on także bardzo interesował się historią sztuki.

- Pokażę panu szczególną książkę: to drugi tom "Historii sztuki" Ałpatowa, który w ostatnią Wigilię przed śmiercią, w 1976 r., Konrad dostał od swojego ojca. W dedykacji napisał mu: "Kochanemu Konradowi z życzeniami, Niech sztuka stanie się Twoim najwierniejszym przyjacielem, Ojciec. Wigilia 1976".

- Kiedy Konrad utonął, jego ojciec, który nic nie wiedział o zamiarze wstąpienia syna do seminarium (zresztą, nie żył wtedy z żoną) i przekonany, że Konrad pójdzie na historię sztuki, tę książkę przekazał mnie. Pod dedykacja dla Konrada dopisał nową, jakby w imieniu syna: "Michałowi, Zrealizuj to, czego nie zdążyłem uczynić na ziemi. Przyjaźń moja do Ciebie trwa, ona jest niematerialna, pomaga Tobie na planie duchowym. Konrad, 18 lipca 1978".
Ważną rolę w mojej decyzji odegrał wspomniany ksiądz Leon Firlej, dzięki któremu w ogóle zacząłem odkrywać Kościół po okresie pewnego buntu. Niemniej próbowałem "przechytrzyć" tę dedykację, bo śmierć przyjaciela była dla mnie, nie ukrywam, wydarzeniem przełomowym. Pomyślałem sobie tak: Konrad chciał iść na historię sztuki, więc ja też na nią pójdę. I tak zrobiłem. W tym sensie historia sztuki oddziaływała na moje powołanie, zresztą sam także wcześniej interesowałem się sztuką, ks. Firlej też rozbudził we mnie tę pasję. Ojciec z kolei jest architektem, więc zamiłowanie do sztuki wyniosłem z domu.
W trakcie studiów na ATK, zresztą szalenie pasjonujących, m.in. u ks. prof. Pasierba, zaczynałem czuć, że to nie o to chodziło w tekście, który odebrałem jako przesłanie od samego Konrada. I ostatecznie pod koniec studiów zdecydowałem się pójść do seminarium i rzeczywiście zrealizować to, czego on nie zdążył. Tak się złożyło, że byłem wyświęcony 10 lat po śmierci Konrada, w 1987 r. wraz z Mirkiem Krzeszewskim, który tonął razem z Konradem, ale jego wyłowili. Tak jak ja poszedł do seminarium.
A to jest obrazek prymicyjny upamiętniający Mszę, jaką odprawiliśmy nad Nettą, w której utonął Konrad. Wymyśliliśmy napis z Listu do Rzymian: "Nikt z nas nie żyje dla siebie i nie umiera dla siebie". A pod naszymi podpisami wydrukowana jest adnotacja: "Nad rzeką Nettą w 10. rocznicę śmierci Konrada". Tak więc sztuka, poprzez zainteresowania mojego przyjaciela, miała udział w moim powołaniu.

- Co jest najtrudniejsze w kapłańskim życiu? Jakie wyzwanie?

- – Być całym dla Boga i całym dla ludzi. Wiem, że brzmi to bardzo górnolotnie, ale w gruncie rzeczy o to właśnie chodzi. Dlatego nie zakładamy rodziny i rezygnujemy z bycia z kimś, żeby być z Nim, a przez Niego – dla wszystkich. A tymczasem "stary" człowiek w nas mówi: zostaw coś dla siebie. To, co nieoddane jest Panu Bogu, jest też nieoddane ludziom. Największa chyba trudność to ciągle oddawać. Przypomina się hasło Jana Pawła II: Totus Tuus.

- A na ile "siedzący" w Księdzu historyk sztuki wpływa, tak na co dzień, na to, jakim Ksiądz jest księdzem?

- – Idąc do seminarium, praktycznie już po historii sztuki, którą kończyłem jeszcze tutaj, w seminarium, byłem przekonany, że ten rozdział za sobą zamykam, że zaczyna się coś zupełnie innego. A potem ta sztuka zaczęła do mnie jakoś wracać i to, co mi się wydawało nie do pogodzenia z kapłaństwem, zaczęło się jakoś godzić.
Nie był to chyba do końca akt świadomej decyzji, raczej jakaś intuicja związana w dużym stopniu z osobą ks. Pasierba, który był jednym z moich mistrzów. Gdy umierał – a śmiertelna choroba przyszła do niego, gdy był w sile wieku – byłem jedną z osób, którym chciał zostawić to, czym się zajmował. Pracowałem wówczas jako kapelan w Zakładzie dla Ociemniałych w Laskach. Żyłem więc w świecie, do którego sztuka, zwłaszcza szuka wizualna, nie ma dostępu albo ma ograniczony. To było trudne, a jednocześnie jakoś pociągające. Zacząłem pisać doktorat u ks. Pasierba i zdążyłem go jeszcze obronić przed jego śmiercią. Historię sztuki traktowałem dotąd jako pasję czy hobby, ale w okresie odchodzenia ks. Pasierba poczułem ją jako pewne wezwanie. Dlatego pozostałem na uczelni, a raczej powróciłem na nią, tyle że już jako asystent, a następnie adiunkt. A później cały czas próbowałem jakoś łączyć sztukę i kapłaństwo.
Czy to się udało do końca? Nie wiem, bo to jest zawsze jakieś rozdarcie. Ale z jednej strony kapłaństwo jest sztuką i życie jest sztuką, z drugiej zaś – sztuka, zwłaszcza ta najgłębsza sztuka sakralna, wyrasta z kultu i prowadzi do Boga, jest jedną z dróg do Niego. Sztuka była dla mnie ważną drogą, ale zobaczyłem to dopiero później.

- Tymczasem będzie Ksiądz tworzył historię sztuki bycia biskupem.

- – (śmiech) Zaczynam ją pisać. Nie wiem, na czym polega, ale będę się jej uczył.

- A co tak mocno pociąga Księdza na Wschodzie? Mam na myśli nie tylko studiowanie sztuki bizantyjskiej i prawosławnej, ale wędrówki, by nie powiedzieć włóczęgi ze studentami po Północnej Rosji, Turcji, Mołdawii. Czy na tym Wschodzie jest coś, czego nie ma na Zachodzie?

- Po ludzku biorąc, to też trochę przypadek. Po upadku Sowietów, kiedy Kościół zaczął się odradzać, rozpocząłem wykłady na Ukrainie. Powstawały seminaria, brakowało kadry i księży z Polski. Kadra tamtejszego seminarium składała się wtedy głównie z Polaków. Zaprosiła mnie diecezja kamieniecko-podolska, która potrzebowała historyka sztuki. To był dla mnie kontakt ze Wschodem, który zawsze mnie jakoś fascynował, ale chyba dość powierzchownie. Odebrałem bowiem edukację taką jak wszyscy wokół, skoncentrowaną jednak na kulturze zachodniej, do której przynależymy.
Zainteresowanie Wschodem pogłębili poznawani ludzie, fascynujący i bardzo ciekawi, na przykład Irina Tatarova, która przyjechała z Petersburga z jakąś niesamowitą wiedzą i wrażliwością. Potem były inne osoby i nowe przyjaźnie. Zacząłem odkrywać, że to nie jest obca mi tradycja, lecz że i to jest moje. Co więcej, zacząłem odkrywać, że w tej tradycji nigdy się nie nastąpiło rozejście się piękna z dobrem i prawdą – w przeciwieństwie do Zachodu, gdzie do tego "rozstania" jednak doszło. Katolicyzm jest bardzo etyczny, skoncentrowany na dobru i prawdzie. Co prawda od czasów scholastyki piękno zawsze było obecne w sztuce i w Kościele Zachodu, ale przestało być istotne w teologii i estetyce. Na Wschodzie to się nigdy nie rozeszło.
Zobaczyłem, że w ikonie tworzonej w tradycji bizantyńskiej i ruskiej zbiega się doświadczenie wiary i doświadczenie artystyczne. I to mnie pociągało. Jak zawsze starając się łączyć oba brzegi, czułem rozdarcie, a jednocześnie coraz bardziej fascynując się Wschodem, coraz wyraźniej odczuwałem moją przynależność do Kościoła katolickiego. Czułem, że ten Kościół katolicki jest powszechny, a więc że jest on również prawosławny, czyli ortodoksyjny. Wiem, że teraz mówię w innym porządku niż ścisłe rozgraniczenie konfesyjne, ale – nie tylko od etymologicznej strony – cały Kościół jest powszechny, czyli katolicki, i cały jest ortodoksyjny. To są te dwa płuca, przez wieki podzielone. Myślę, że wielkie osoby z naszego Kościoła: kard. Martini, św. Jan Paweł II, kard. Schönborn i wielu, wielu innych, odkrywały ów wymiar Wschodu jako komplementarny i potrzebny.

- Co starał się Ksiądz "zaszczepić" swoim studentom, organizując dla nich te wschodnie wyprawy?

- – Po pierwsze doświadczenie Wschodu w jego rozmaitych wymiarach. Mówię o chrześcijańskim Wschodzie – historycznym, artystycznym, mentalnościowym, kulturowym, zupełnie odmiennym od naszego świata.
Te nasze wyprawy miały bardzo specyficzny charakter. Uprzednio ustalaliśmy, oczywiście, co chcemy zobaczyć (choć nigdy nie było to nazbyt rygorystyczne), natomiast nigdy nie planowaliśmy takich rzeczy jak noclegi i tym podobne. Tak się nie da jeździć po Francji, Hiszpanii czy nawet po Polsce, natomiast po Ukrainie, Bułgarii, Rosji – wciąż jak najbardziej tak. Nikogo tam nie zdziwi, jeśli grupa ludzi wychodzi sobie z autobusu i rozbija namioty gdzieś nad jeziorem albo – bo i taka konieczność nastąpiła – przy skrzyżowaniu ruchliwych ulic. Było to także doświadczenie wolności, która nam zabiera uporządkowanie i nadmierne przeakcentowanie przepisów życia publicznego.

- A zgodziłby się Ksiądz z myślą, wypowiedzianą bodaj przez śp. bp. Jeża, że im bardziej na Wschód, tym więcej ducha?

- – To sformułowanie wymagałoby wielu dopełnień. Powiedziałbym, że potrzebujemy Wschodu z jego poczuciem misterium, z innym poczuciem czasu i poczuciem całościowości, które nie definiuje wszystkiego do końca, bo wie, że tego się określić nie da.

- Nie racjonalizuje wszystkiego na siłę?

- – Tak, co jest pokusą Zachodu. Z kolei także Wschód mógłby od Zachodu wiele dla siebie przejąć, choćby poszanowanie dla prawa czy też mądrego (bo może być i głupi) rozdziału tego, co świeckie i święte, a więc rozdziału państwa i Kościoła.

- Krótko mówiąc: Wschód i Zachód to rzeczywistości jakoś komplementarne. Porównajmy dwa krzyże: zachodni i wschodni. Spójrzmy choćby na krzyż z katedry warszawskiej, przedstawiający w ekspresyjny sposób cierpiącego, umierającego Chrystusa. Ten krzyż pokazuje Chrystusa historycznego, uzmysławia, jak to było wtedy, jak wyglądało ukrzyżowanie. Krzyż wschodni patrzy już w perspektywie zmartwychwstania: to Chrystus, który triumfuje. To są dwa wymiary tego samego Chrystusa.

- Tak więc nam grozi takie przywiązanie do historyczności, że tracimy z oczu wieczność, zaś chrześcijaństwu wschodniemu grozi takie wpatrzenie w wieczność, w którym zaczyna się lekceważyć doczesność. Myślę, że obydwa wymiary wzajemnie się potrzebują.

- Wiem, że to obszerny temat, ale zapytam: jak ocenia Ksiądz kondycję kultury chrześcijańskiej w Polsce? Czy nie odnosi Ksiądz wrażenia, że w tzw. kulturze wysokiej – literaturze, muzyce, malarstwie – inspiracje chrześcijańskie nie odgrywają dziś takiej roli, jaką powinny odgrywać w chrześcijańskim kraju?

- – Rzeka kultury ma wiele nurtów. Jest ten nurt głęboki, czysty i wartościowy, który na pewno nie jest nurtem wiodącym, ale jest. Jeśli popatrzymy na muzykę, to jest Górecki, Penderecki i naprawdę wiele innych nazwisk. W poezji: Pasierb, Twardowski, Kamieńska, Brandstaetter – choć rzeczywiście trzeba by zapytać, czy są ich kontynuatorzy. Z drugiej zaś strony mamy do czynienia z bardzo szerokim i płytkim nurtem kultury masowej, banalnej, tandetnej, z którego nic nie pozostanie. Oczywiście, istnieje rozłam, ale nie powstał on dzisiaj. Jego korzenie tkwią w już w renesansie. Nieco paradoksalnie, bo renesans stworzył genialne dzieła artystyczne. Niemniej drogi wiary i sztuki zaczęły się rozchodzić właśnie wtedy. Rozłam ten poszerzyło i zupełnie już ugruntowało oświecenie, a po nim różne awangardy i postmodernizm.
Wierzę jednak, że istnieje ów nurt kultury głębokiej, czego dowodzi na przykład współczesna fascynacja ikoną. Kultura głęboka też ma wiele nurtów i poziomów, ale w tym najgłębszym nurcie powstają dzieła wartościowe, takie, które przetrwają.

- Czy Kościół w Polsce – myślę o całej wspólnocie – potrafi zrozumieć współczesną kulturę i prowadzić dialog także z tymi nurtami czy kręgami, które nie identyfikują się z Kościołem czy jakąkolwiek religią?

- – To złożony problem. Ktoś powiedział złośliwie, że niewiedzę teologów o kulturze można porównać tylko z niewiedzą ludzi kultury o teologii. Oczywiście istnieją pomosty i to na najwyższych wierzchołkach. Takim pomostem był Paweł VI, bardzo wrażliwy intelektualista – pierwszy taki spośród papieży w bliższym nam horyzoncie czasowym; takim pomostem był Jan Paweł II, który wyrastał na Norwidzie, Teatrze Rapsodycznym i sztuce słowa; był nim także Benedykt XVI, którego ukształtowała niemiecka i europejska kultury muzyczna i literacka.

- No tak, ale co z tą Polską?

- – Wspomnę po raz kolejny ks. prof. Pasierba. Pamiętajmy też, że Jan Paweł II wyrósł na polskiej glebie, w Krakowie zwłaszcza. Polska dała światu to, co najpiękniejsze. Mamy też ciekawy, oddolny ruch, który znam wycinkowo, ludzi, którzy szukają jakiegoś powrotu do sakralności, metafizyki. Niekiedy odwiedzają mnie artyści z Akademii Sztuk Pięknych, przynosząc swoje prace magisterskie o sztuce sakralnej. Powstaje całe środowisko malarzy zafascynowanych ikoną, którzy zaczynają tworzyć dla kościołów. Wiążę z tym zjawiskiem pewną nadzieję na jakieś odrodzenie.

- Czy nie odnosi Ksiądz wrażenia, że wspomniana triada: prawda, dobro, piękno nie znajduje przystani w większości polskich świątyń? Myślę o architekturze i wyposażeniu kościołów; o tym, jak się w nich gra i co śpiewa...

- – Zdecydowanie tak. Myślę, że to jest kwestia, o której warto mówić i nad którą warto się zastanawiać. Z jednej strony mamy ogromny potencjał duchowy, wspaniałe wspólnoty i naprawdę gorliwych duszpasterzy. Dzieje się bardzo dużo w sensie duchowym, ale często ta wiara nie znajduje adekwatnego wyrazu w dziełach sztuki. Paradoksalnie może, na Zachodzie bywa odwrotnie: znam w Niemczech dużo ciekawych, posoborowych kościołów, bardzo dobrze zaprojektowanych, z niezłą plastyką. Ale one są puste.

- Podobnie jak we Francji?

- – Francja jest pod tym względem interesującym zjawiskiem, bo tam powstaje bardzo dużo ciekawych wspólnot, które łącza pewną tradycję życia monastycznego ze współczesnością, a jednocześnie z jakby wrodzoną Francuzom tendencją do estetyzacji i łączenia piękna z życiem. Myślę tu np. o obecnych także w Warszawie Wspólnotach Jerozolimskich.

- Czy jedną z dróg nie byłoby położenie większego nacisku na kulturę w programach polskich seminariów? Ks. prof. Starowieyski od lat ubolewa, że pod względem literatury i sztuki w tych programach widać galopujący wręcz regres.

- – Nie byłbym aż tak radykalny w ocenie. Po pierwsze mamy coraz więcej powołań z różnych środowisk, w tym także także z Ukrainy czy Białorusi, które same wnoszą pewne doświadczenie piękna. Po drugie sami wykładowcy, zwłaszcza ci nowi, dostrzegają potrzebę łączenia teologii z pięknem i odnalezienia wspomnianej triady, którą, powiedzmy sobie szczerze, trochę w Polsce zagubiliśmy.
Natomiast sądzę, że brakuje rozwiązań strukturalnych, żeby w to ratio studiorum, czyli w porządek studiów seminaryjnych, w większym stopniu włączyć elementy refleksji humanistycznej. Wiem, że to jest strasznie trudne, bo programy seminaryjne są przeładowane, niemniej sytuacja wymaga głębokiego namysłu.

- Czym powinny się dziś zajmować duszpasterstwa środowisk twórczych, tak zasłużone w czasie stanu wojennego i w latach 80.? Czy mają jakąś konkretną, sprecyzowana misję w wolnej Polsce?

- – Mamy w Polsce bardzo dużo ciekawych ośrodków duszpasterstwa twórców. Najlepiej oczywiście znam Warszawę i środowisko gromadzące się w kościele przy Placu Teatralnym wokół ks. Grzegorza Michalczyka. Jest też nieformalne duszpasterstwo ludzi, którzy są artystami z profesji lub usposobienia, u ks. Drozdowicza na warszawskich Bielanach. To są niewątpliwie miejsca, które przyciągają twórców. Warto się takim miejscom przyglądać.
Nie mam natomiast prostej odpowiedzi na pytanie, jak powinny wyglądać duszpasterstwa twórców w ogóle. Jedno jednak jest pewne (to jest zresztą myśl Benedykta): przyszłość Kościoła w dużym stopniu będzie się rozstrzygać w liturgii, która musi być powiązana z pięknem. Skoro zaś serce sztuki jest jednak w sztuce sakralnej, sprawę tę uważam za szalenie ważną dla przyszłości Kościoła w Polsce.

- A jakie są dziś podstawowe wyzwania dla Kościoła w naszym kraju?

- – Pierwsza kwestia to chyba odnalezienie się Kościoła w demokracji. Nauczyliśmy się żyć w systemie opresyjnym i Kościół zdawał egzamin – był domem dla tych, którym zabierano dom, ojczyznę, język, kulturę. Ale w sytuacjach opresyjnych bardzo łatwo o stworzenie sytuacji czarno-białej. Nasz Kościół od dwóch wieków kształtował się w modelu zwarcia. Z tej próby wyszedł zwycięsko: obronił wiarę i tożsamość narodową.

- Ale czy ma świadomość, że zwarcie minęło?

- – No właśnie, to jest ten problem. Nauczyliśmy się jakoś funkcjonować w demokracji, ale w demokracji, powiedzmy to sobie szczerze, ciężko jednak chorej. Pojawiają się w niej zjawiska, które papież Benedykt określił jako groźbę nowego totalitaryzmu, przychodzącego w sposób nieoczekiwany, bo z Zachodu, wobec którego mamy kompleks, i ze strony demokracji liberalnej, do której przez tyle pokoleń tęskniliśmy. I tu mamy problem polegający na zderzeniu z "cywilizacją śmierci".
Dostrzegam zatem ważną kwestię łączenia radykalizmu nauczania z otwarciem na to, co przychodzi do nas dobrego. Inaczej mówiąc: rozdzielania i nieustannego rozeznawania tego, co ma duszę chrześcijańską i co się da – nawet z zastrzeżeniami – zaakceptować, od tego, czego przyjąć nie można.
Następny problem także ma wymiar ogólnoeuropejski. Na zasadzie odbitego wahadła mieliśmy epokę mocnego przywiązania do tradycji narodowych, historycznie ukształtowaną, przekształcającą się niekiedy w nacjonalizmy. Dziś natomiast mamy nową formę internacjonalizmu w nowym przebraniu, czyli kosmopolityzmu, który zagraża utratą tożsamości narodowej. I znów: znajdowanie równowagi między tym, co narodowe, a tym, co ogólnoeuropejskie i ogólnoludzkie, stanowi zadanie i wyzwanie dla nas wszystkich.

- Także dla Kościoła?

- – Zdecydowanie. Generalnie historia ukształtowała nas w taki sposób, że Kościół, będąc z natury rzeczywistością powszechną, wnosi pierwiastek uniwersalizmu, a jednocześnie historia tak się od średniowiecza ukształtowała, że Kościół powszechny wyraża się w Kościołach lokalnych, które bardzo często mają charakter narodowy. I to jest dziedzictwo Europy – dziedzictwo, które jest skarbem. Do tego dochodzi problem, którego w Polsce jeszcze nie mamy, ale zaczyna się już pojawiać, a mianowicie wielkich migracji mniejszości etnicznych.

- I będzie nas to dotyczyć zdecydowanie bardziej aniżeli w minionych dziesięcioleciach?

- – Oczywiście. Z tego wszystkiego wynika więc, że problemy Kościoła w Polsce są też, w dużym stopniu, problemami Kościoła w Europie. Wraz z "cywilizacją śmierci" przychodzi bardzo wiele konkretnych postulatów o charakterze etycznym, które dążą do pewnej przebudowy antropologicznej, wręcz do rewolucji. Także w tej dziedzinie konieczne jest mądre rozeznawanie, a jednocześnie pewna odwaga.
Kolejny problem, także o charakterze europejskim, który do nas przychodzi, to laicyzacja czy raczej taki model życia, jakby Boga nie było. Jeden z kluczowych, już wspomnianych problemów, to stosunek do kultury masowej. Ma ona różne poziomy, ale na tym najniższym jest bardzo często dehumanizacją. Na ile Kościół ma przyjmować elementy tej kultury, a na ile – i jak – ma się przed nimi bronić? Dużo jest tych pytań, na które nie mamy gotowych odpowiedzi.
Myślę, że mamy to wielkie szczęście, jakiego być może nie miały poprzednie stulecia: mianowicie śmiem twierdzić, że od końca XIX wieku mamy wielkich papieży – intelektualnie, moralnie, duchowo. Każdy jest inny, ale te pontyfikaty to jest wręcz niesłychana rzecz.

- Trochę mniej teraz będzie miał Ksiądz czasu na zachwyty nad kulturą bizantyjską, prawosławną, nad ikonami. Żal?

- – Trochę żal. Nie mam jakichś wizji biskupstwa, będę się tego uczył od starszych współbraci. Ale to jedno już wiem i czuję, bo tego nauczyłem się w seminarium: trzeba walczyć o jakąś przestrzeń ciszy, samotności. Bo, paradoksalnie, ja mam problem nie z nadmiarem samotności, tylko z jej odnajdywaniem. Nie ja sam zresztą – to zapewne problem wszystkich księży zanurzonych w pracę w wielkim mieście. Im więcej spraw "zewnętrznych", tym większa potrzeba medytacji, adoracji, ciszy.

- A w tej ciszy kogo będzie sobie Ksiądz podczytywał oprócz brewiarza, rzecz jasna, i ukochanego Norwida? Kim są ci duchowi przyjaciele?

- – Wielcy święci, greccy i łacińscy ojcowie Kościoła, Ewagriusz z Pontu, Augustyn, mistycy, zakonodawcy, w tym Benedykt.

- No, to jako biskup nie będzie Ksiądz sam.

- – To jest wielka nadzieja i radość naszej wiary, że mamy tylu świętych i aniołów, dzięki czemu nigdy nie jesteśmy sami. Obyśmy tylko pozwalali im mówić i słuchali ich, a nie siebie.
***
Michał Janocha urodził się 27 października 1959 roku w Warszawie. W latach 1978-1982 studiował historię sztuki na Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie. Po ukończeniu studiów, w 1983 roku wstąpił do Wyższego Metropolitalnego Seminarium Duchownego św. Jana Chrzciciela w Warszawie.
Święcenia kapłańskie przyjął w 28 maja 1987 r. W 1994 r. obronił pracę doktorską w zakresie historii sztuki, a w 2002 roku uzyskał habilitację. W latach 1994-2010 pracował w Instytucie Historii Sztuki Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego (wcześniej ATK) jako adiunkt, a następnie profesor, kierownik Katedry Historii Kultury Chrześcijańskiego Wschodu. Od 2010 roku pracuje na Uniwersytecie Warszawskim, na Wydziale Artes Liberales, w komisji Speculum Byzantinum.
W latach 2009-2013 był ojcem duchownym w Wyższym Metropolitalnym Seminarium Duchownym w Warszawie. Święcenia biskupie przyjmie w archikatedrze warszawskiej, 14 czerwca.

Tagi:
bp Janocha Michał

Bp Janocha: Polska to system wartości, w imię którego żyły i umierały pokolenia

2019-07-29 11:48

mag / Warszawa (KAI)

W intencji bohaterów sprzed 75 lat i mieszkańców stolicy modlono się w Parku Wolności przy Muzeum Powstania Warszawskiego. Mszy św. polowej przewodniczył bp pomocniczy archidiecezji warszawskiej.

Marcin Żegliński

W homilii podkreślił, że Polska to więcej niż wiara, niż język, niż etnos, to także więcej niż terytorium, które ulegało nieustannym zmianom. - Polska to etos i eidos, to system wartości, a przede wszystkim pewna wizja, pewna idea, w imię której żyły i umierały koleje pokolenia, przy wszystkich różnicach, które je dzieliły – powiedział bp Janocha.

Przekonywał, że mimo różnic narodowościowych, religijnych, politycznych i światopoglądowych Polacy stanowią wspólnotę. - Czy tak musi być, że potrzeba zewnętrznego okupanta - „żeby obca przemoc” nam coś zabrała, żebyśmy odkryli, że tak naprawdę jesteśmy razem – pytał.

Podkreślił, że Powstańcy Warszawscy nie ginęli ani za Polskę czerwoną, która doprowadziła do aresztowania i zabicia wielu z nich, ani za Polskę białą, która z podniesionymi rękami będzie kłaniać się silniejszym od siebie, niszcząc własną godność. - Nie walczyli także za Polskę tęczową, której broni wielu ludzi w dobrej wierze, ale która próbuje rozsadzić fundamenty antropologiczne, na których budujemy od stuleci gmach naszej kultury, a przede wszystkim wizję kobiety i mężczyzny, wizję małżeństwa – stwierdził duchowny.

- Myślę, że nie ginęli również za tę Polskę, która nadużywając biało-czerwonych barw stosuje wulgarną przemoc i poniża inaczej myślących - dodał. Nawiązując do biblijnego dialogu Boga z Abrahamem bp Janocha podkreślił, że dzięki ludziom sprawiedliwym ten świata może zostać ocalony.

Zwrócił uwagę, że dziś wiele mówi się o tolerancji i równości. Tymczasem – jak podkreślił - nie ma braterstwa tam, gdzie nie ma jednego Ojca, nie ma braterstwa między ludźmi, gdzie nie ma wiary w Ojca, który stworzył wszystkich –dobrych i złych. Nie mówimy „Ojcze mój”, ale „Ojcze nasz”, a więc Ojcze moich braci i sióstr, których kocham i których nie umiem kochać, z którymi się zgadzam i z którymi się rozmijam, czy z którymi walczę – powiedział duchowny.

Muzeum Powstania Warszawskiego zostało otwarte 31 lipca 2004roku. Jego ekspozycja ukazuje nie tylko militarne dzieje 63 dni walk, ale także życie codzienne ludności cywilnej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Rekolekcje adwentowe z ks. Pawlukiewiczem

2019-12-02 15:38

Salve NET

Tam, gdzie jest wolność, tam, gdzie jest możliwość rozwijania swojej twórczości, tam jest dużo Światła. Obyśmy byli dziećmi Światła, synami Światła, takimi księżycami Światła, które będą odbijać Jego blask w sercach innych ludzi - mówi ks. Piotr Pawlukiewicz

youtube.com

ODCINEK DRUGI



ODCINEK PIERWSZY

Zapraszamy na pierwszy odcinek rekolekcji ks. Piotra, kolejne będą ukazywały się w każdy poniedziałek adwentu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Bp Mastalski o związkach niesakramentalnych: nie znaczy, że gorsi

2019-12-09 21:33

BPAK / Kraków (KAI)

Nawet jeśli nie żyjemy w związku sakramentalnym, to nie znaczy, że jesteśmy gorsi, że nie jesteśmy przyjaciółmi Jezusa. To nie oznacza, że jesteśmy zwolnieni z podążania za Nim – mówił bp Janusz Mastalski podczas adwentowego dnia skupienia Duszpasterstwa Niesakramentalnych Związków Małżeńskich w archidiecezji krakowskiej.

Joanna Adamik

Spotkanie adwentowe odbyło się 7 grudnia w kościele pw. Miłosierdzia Bożego na Wzgórzach Krzesławickich. Rozpoczęło się Mszą św., której przewodniczył bp Janusz Mastalski. W homilii wyjaśnił, iż zawarte w Ewangelii polecenie Jezusa „Idźcie i głoście” jest skierowane do każdego z nas. – Nawet jeśli jesteśmy ludźmi, którzy nie mają do końca łączności z Jezusem, ponieważ nie mogą przystępować do komunii św., nawet jeśli gdzieś te nasze drogi się poplątały, często nie z własnej winy, to na pewno nadal możemy być świadkami i pokazywać, ze Bóg, Kościół jest dla mnie ważny – powiedział biskup i zaznaczył, że powyższe słowa Jezusa są wskazaniem, jak być świadkiem.

Jak tłumaczył, słowo „idźcie” zawiera w sobie trzy konkretne elementy: kierunek, cel oraz wysiłek. – To, że nie przystąpię do komunii św., lecz do komunii duchowej, nie oznacza, że nie idę za Jezusem. To nie oznacza, że On nie jest dla mnie ważny. Znać kierunek, to znaczy iść za Jezusem, a nie obok albo przed Nim. Znać kierunek, to likwidować wszystko, co przysłania Jezusa – wymieniał. – Dzielenie się doświadczeniem wiary, głoszenie Ewangelii jest poleceniem, które Pan daje całemu Kościołowi, także tobie. Jest to nakaz, który nie wynika jednak z woli panowania czy władzy, ale z miłości, z faktu, że Jezus pierwszy przyszedł do nas i dał nam całego siebie. Jezus nie traktuje nas jako niewolników, lecz ludzi wolnych, przyjaciół, braci. Nawet jeśli nie żyjemy w związku sakramentalnym, to nie znaczy że jesteśmy gorsi, że nie jesteśmy przyjaciółmi Jezusa. To nie oznacza, że jesteśmy zwolnieni z podążania za Nim – podkreślił bp Mastalski.

Następnie wskazał, że do celu, jakim jest zbawienie, świadectwo i realizacja powołania prowadzi angażowanie się w duszpasterstwo, a poprzez to coraz większe przybliżanie się do Boga i drugiego człowieka, a także pokazywanie Go innym, gdyż „Pan poszukuje wszystkich, pragnie, aby wszyscy poczuli ciepło Jego miłosierdzia i Jego miłości”.

Decyzja o wyruszeniu w konkretnym kierunku i do określonego celu wiąże się także z wysiłkiem. Bycie dobrym mężem, dobrą żoną, dobrym rodzicem, to zgoda na ofiarę. – To zgoda na to, aby walczyć, kiedy już nie mam siły. Jak ważne jest to, żebyście poprzez swoją miłość ciągle zapraszali Jezusa do swojej rodziny i do swojego domu. I mówili: „Panie, może nie mogę przyjąć komunii, ale mogę się modlić, przekraczać siebie, bo Cię kocham, bo jestem zdecydowany na ofiarę” – mówił biskup. Na koniec przytoczył wypowiedź papieża Franciszka, która zawiera zapewnienie Jezusa, iż On „nigdy nikogo nie zostawia samym, zawsze nam towarzyszy”.

Po komunii św. została odczytana modlitwa komunii duchowej, zaś później nastąpiło indywidulane błogosławieństwo. Po Eucharystii wszyscy zebrani udali się do salki na konferencję dotyczącą małżeństwa. Bp Mastalski podzielił się dziewięcioma zasadami, które odgrywają ważną rolę w małżeństwie, związku i rodzinie.

Jedną z nich jest zasada przebaczenia. Zakłada ona dawanie drugiej szansy, ale również świadomość doznanych krzywd. Przebaczenie wymaga dojrzałości, która umożliwia pokonanie siebie i zachowanie dystansu, by móc powiedzieć „Wybaczam, ale im częściej będzie się to zdarzało, tym trudniej będzie ci przebaczyć”. – Nie ma normalnego związku bez zasady przebaczenia. To jest wpisane w naszą wiarę, bo przecież Bóg jest przebaczający, miłosierny, a nie taki, który chodzi i się mści. Może właśnie w Adwencie warto zastanowić się nad tym, czego jeszcze nie przebaczyłem albo komu nie przebaczyłem – zachęcał biskup.

– Ale to, że trudno przebaczyć nie oznacza, że łatwo powiedzieć „przepraszam”. I tutaj jest kolejna kwestia, ponieważ „przepraszam” oznacza: pomyliłem się albo zrobiłem coś z premedytacją, albo nie wiedziałem, że to tak wyjdzie. Ale zawsze będzie to przekaz „Tak, skrzywdziłem cię”. Dlatego nie jest łatwo powiedzieć „przepraszam”, szczególnie kiedy ma się dogmat o nieomylności i generalnie zawsze ma się rację. Jaki jest piękny człowiek, kiedy potrafi powiedzieć „przepraszam”. To słowo ma weryfikować moje postępowanie. Nie chodzi o takie „dla świętego spokoju”; to „przepraszam” nic nie da, nie o takie nam chodzi – podkreślił bp Mastalski.

Duszpasterstwo Niesakramentalnych Związków Małżeńskich zostało założone przez ks. dr. Jana Abrahamowicza w 2000 r. przy kościele św. Krzyża w Krakowie. Od 2010 r. działa ono w parafii Miłosierdzia Bożego. Jego celem jest towarzyszenie osobom, które żyją w niesakramentalnych związkach małżeńskich, w dorastaniu do dojrzałej wiary i w szukaniu dróg do Jezusa. – Przyznam się, że początkową trudnością, na jaką uskarżali się przychodzący na spotkania, było to, że czuli się odrzucani przez Kościół. A tymczasem słyszą tutaj, że są w Kościele, więcej - jako ochrzczeni mają określone obowiązki i możliwości. Owszem, nie mogą korzystać ze wszystkich sakramentów, ale klucz do problemu leży w ich rękach. Można tak pokierować swoim życiem, żeby to, co dziś niemożliwe, w końcu stało się możliwe – wyjaśniał ks. Abrahamowicz. – Niektórzy z duszpasterstwa mogą już przyjmować komunię św. sakramentalną; spełnili wszystkie warunki, które są konieczne i uznali Chrystusa za wartość najważniejszą – dodał duszpasterz. Spotkania odbywają się w trzeci piątek miesiąca o godz. 18. Na formację składają się również wyjazdy, które umożliwiają wspólne przeżywanie wiary i doświadczenie wspólnoty.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem