Krzysztof Tadej: Jest Ksiądz stale zabiegany. Jak widziałem, po Mszy św. są spotkania z wiernymi, potem kolejny wyjazd...
Ks. Bogusław Kowalski: O tak! Mam rekolekcje, rozmowy – milion spraw. Im jestem starszy, tym więcej jest wydarzeń poza parafią, w których uczestniczę. Dzisiaj wstałem o 5 i ciągle coś się dzieje. Za chwilę się pakuję i jadę do Gorlic. Będę tam głosił rekolekcje dla małżeństw. Później wyjazd do Kolbuszowej – też na rekolekcje. To życie w biegu. A moja ciocia, poczciwa kobieta, przed laty mówiła: „Boguś, ucz się na księdza, to będziesz miał spokojne życie!”. I dodawała: „Bo wiesz, Boguś, w małżeństwie to różnie bywa...”. I widzi Pan, jakie mam spokojne życie...
Nic się nie spełniło...
Pomóż w rozwoju naszego portalu
No nic. Miała jeszcze jedno niezłe powiedzenie. Ja mam trzech braci. Wszyscy mają żony, rodziny. Ciocia, jak się z kimś spotykała, to mówiła: „Kowalscy wychowali czterech synów. Trzech normalnych, a czwarty to ksiądz!”.
Ksiądz ciągle żartuje?
Reklama
Nie stronię od tego. Wiem, że mam taką łatkę wesołka, żartownisia. Nie próbuję z tym walczyć. Robię to świadomie. Kapłani mają różne charyzmaty. Jeden jest bardziej uduchowiony, inny jest lepszy intelektualnie – każdy ma jakiś dar. Pogodę ducha wyniosłem z domu. Z uśmiechem i radością staram się przyciągać ludzi do Pana Boga. Gdybym jednak dostrzegł, że za bardzo przechylam się w stronę festynów i kabaretów, to bym szybko z tym skończył. Wszystko jest po coś. Jeżdżę na parafialne festyny, bo chcę pokazać inny obraz księdza i Kościoła. Niejedna osoba już mi po takim festynie powiedziała: „Okazało się, że można się bawić bez alkoholu i przekleństw!”. A ostatnio ktoś skomentował: „Mimo dużego brzusia dobrze się słucha księdza Bogusia!”. Od razu dodam, że zrzuciłem już kilka kilogramów!
Niektórzy mówią, że nie ma kazania Księdza bez opowiedzenia dowcipu...
No nie, aż tak to nie jest. Zawsze jednak staram się podać jakiś konkret, który może kogoś rozweselić i jednocześnie coś ważnego przekazać. Nie może to być żart dla żartu. Podam przykład. Kiedyś pewien chłopiec podczas Mszy św. podniósł rękę w czasie modlitwy powszechnej, więc do niego powędrował mikrofon. Wtedy powiedział na cały kościół: „Módlmy się za Kościół, żeby nie zbankrutował jak inne firmy!”. Ludzie zaczęli się śmiać. Pomyślałem, że ten chłopiec lubi chodzić do kościoła i nasłuchał się w telewizji, że firmy bankrutują. On nie rozumiał, że Kościół to nie firma. Ale jeśli głębiej spojrzymy na to, co powiedział, to miał dużo racji. Czy Kościół duchowo i materialnie nie bankrutuje w różnych miejscach świata? W jednych się rozwija, w drugich bankrutuje. Dlatego to była mądra modlitwa.
Reklama
Gdy się modlimy, nie ma co się napinać na jakieś mądrości czy wzniosłe teksty. Módlmy się od serca. Tak jak dziecko, które zaczyna nieporadnie mówić: „mama”, „tata”. To przecież najpiękniejsze słowa, które świadczą o tym, że rodzice są kochani. Na rekolekcjach o modlitwie opowiadam też inny przykład. Kiedyś trzeba było pożegnać jednego pana, który zmarł. Przepracował w jednej firmie 30 lat. Dyrektor mówi do brygadzisty: „Panie, ja pożegnam pana Czesia w kościele, a pan na cmentarzu”. A ten brygadzista na to: „Panie dyrektorze, ale ja nie potrafię przemawiać!”. „Będzie pan miał wieniec, powie pan kilka zdań, niech pan nie robi kłopotów” – odpowiedział dyrektor. Przymusił go, a on rzeczywiście nie miał daru słowa. Na koniec ceremonii, na cmentarzu, stanął nad trumną, spojrzał na nią i powiedział: „Żegnamy cię dzisiaj, Czesiu... Cóż powiedzieć w takiej chwili... Szczęścia na nowej drodze życia!”. Ludzie się uśmiechnęli. Użył formuły ślubnej, ale jednocześnie powiedział chyba najmądrzejsze słowa z całego pogrzebu. Jak się chwilę zastanowimy, to przecież ten zmarły idzie do wieczności, do szczęśliwości niepojętej, rozpoczyna nowe życie w Bogu.
Nieraz Ksiądz podkreśla, że słowa mają wielkie znaczenie. Opowiadał Ksiądz, jak przyjechali klerycy do proboszcza, w tym kleryk z Afryki...
A tak! To autentyczna historia. Zdarzyła się u franciszkanów w Wyszogrodzie k. Płocka. Przyjechali tam ojcowie franciszkanie, misjonarze z Afryki, i przywieźli ze sobą afrykańskiego kleryka. Czarnoskóry, chudziutki, taki skromny, radosny, ale niestety, nie znał ani jednego słowa po polsku. Zbliżała się Msza św. Proboszcz powiedział do wikariusza: „Ojciec nauczy kleryka dwóch słów «Bóg zapłać» i puścimy Afrykańczyka z tacą po kościele. Jemu będzie miło, bo zobaczy, jak ludzie są sympatyczni i będą się do niego uśmiechać”. Akurat był odpust i mnóstwo wiernych. Co się później okazało? Wikary nauczył go dwóch słów, tylko nie tych, co trzeba. Proboszcz, gdy spojrzał w czasie Mszy, jak idzie zbieranie tacy, oniemiał! Afrykańczyk podchodził do ludzi, a oni parskali śmiechem, niektórzy aż zakrywali usta. Okazało się, że kleryk do każdego, kto rzucił na tacę, mówił: „Można więcej, można więcej...”. Tych słów nauczył go wikary.
W życiu Księdza, tak jak i wielu kapłanów, bardzo pracowitym okresem jest czas, gdy zaczynają się wizyty „po kolędzie”. Czy miał Ksiądz jakieś zabawne sytuacje w czasie wizyt duszpasterskich?
Reklama
I to ile! Chodziłem kiedyś po kolędzie w Otwocku. Mała dziewczynka stała na progu domu w kamienicy, bo nie mogła się doczekać. Miała może ze 4 lata. Złapała mnie za rękę i zaprowadziła do rodziców. Pomodliliśmy się, porozmawialiśmy. Na szczęście miałem jeszcze ostatnią czekoladę dla Natalki, która tak na mnie czekała. Daję jej czekoladę i mówię: „Pomódl się jeszcze, Natalko, za proboszcza modlitwą, jaką umiesz”. Odpowiedziała: „oczywiście”, i po chwili słyszę: „Wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie, a światłość wiekuista niechaj mu świeci na wieki wieków. Amen”. I tak zostałem pierwszym żyjącym księdzem w wypominkach!
Albo inna sytuacja. Wchodzę do jakiegoś mieszkania. Powitał mnie gospodarz. Patrzę – półmrok, ciemno, więc odruchowo szukam włącznika światła. Pytam, czy mogę zapalić. Gospodarz mówi, że oczywiście, i dodaje: „Niech ksiądz chwilę zaczeka”. I zniknął. Stoję i czekam. 5 minut, 7 minut. Przedziwna sytuacja. Patrzę – na stole wszystko przygotowane. Zastanawiam się, co się mogło stać. Nagle wpada i mówi: „Bardzo księdza przepraszam, już mam. Poszedłem do sąsiadów pożyczyć papierosy”. I podaje mi paczkę. „Ale proszę pana, ja nie palę!” – mówię. A on na to: „Przecież ksiądz pytał «czy mogę zapalić?»”. „Panie, ale chodziło mi o światło!” – odpowiedziałem. Tak się dogadaliśmy...
Kiedyś opowiadał Ksiądz o agresywnym psie...
A tak, oczywiście! To spotkało mojego kolegę, który uwielbiał ciasto. Wszedł do mieszkania, pomodlił się i potem staruszka go pyta: „A może ksiądz chce serniczka?”. „A, bardzo chętnie” – odpowiedział. I dała mu na talerzyku sernik. Zaczął jeść i wtedy rzucił się na niego pies gospodyni. Ksiądz jęknął: „Niech pani coś zrobi, bo mi porwie sutannę!”. A gospodyni na to z rozbrajającą szczerością: „Proszę księdza, on krzywdy nie zrobi. On tylko broni tego talerzyka, bo z niego zawsze je...”.
Reklama
Albo inna, też autentyczna historia – wrzucę kamyczek do naszego księżowskiego ogródka. Historia bardzo pouczająca. Chodził ksiądz po kolędzie w sobotę od godz. 9 do 17. Pod koniec był bardzo zmęczony. Został mu jeszcze jeden, ostatni domek pod lasem. Domek był biedny, drewniany, z komina unosił się dym. Mieszkała tam starsza wdowa. Ksiądz spojrzał, pomyślał, że domek jest jeszcze daleko, droga jest nieodśnieżona, jest ślisko, po bokach zaspy. I zaczął walczyć ze sobą: iść czy nie iść? Mówi do siebie: „Jestem padnięty, zmęczony, jeszcze upadnę po drodze i już nie wstanę. Nie idę. Pójdę w pierwszy piątek miesiąca”. Potem jednak: „Idę, bo powiedzą, że jak biedna wdowa, to proboszcz do niej nie poszedł”. I tak ciągle sobie mówił – pójdę, nie pójdę. W końcu poszedł. Wszedł do domu i zamiast od razu pomodlić się i normalnie porozmawiać, zaczął narzekać: „A wie pani, jaki jestem zmęczony, szedłem 15 minut spocony, jestem taki padnięty, a jednak dotarłem, żeby przynieść pani błogosławieństwo. Czy pani to docenia? Wie pani, jak to było daleko”... I tak gada i gada. Wdowa załatwiła go genialnie. Jak ksiądz zrobił krótką przerwę w tym monologu, powiedziała: „No rozumiem, rozumiem, teraz każdy grosz się liczy...”. Lepszej lekcji chyba mu nie mogła udzielić.
Pomimo takich sytuacji warto przyjąć księdza „po kolędzie”...
O tak! Do tego zachęcam. Widzę, że po pandemii coraz więcej rodzin przyjmuje księdza. Kolęda ma wiele wątków pozytywnych. To, co jest siłą polskiego Kościoła, to bliskość pasterzy z owcami, czyli wiernymi. Kolęda przyczynia się do tego, że my, kapłani, nie jesteśmy odseparowani od wiernych. Wizyta w domu daje możliwość poznania się, rozmowy z księdzem, dla nas – opowiedzenia o tym, co planuje się w parafii. Gdyby nie kolęda, to znałbym ludzi tylko z perspektywy ołtarza. Nie poznałbym ich problemów, nie cieszyłbym się z nimi ich sukcesami. To też możliwość zadania nurtujących pytań. Kiedyś starsi państwo przyjęli mnie po kolędzie i pan powiedział: „Proszę księdza, nam się rozpadły małżeństwa. Żyjemy ze sobą jak brat z siostrą i bardzo pragniemy iść do spowiedzi i Komunii św. Czy mamy szansę na rozgrzeszenie i na przyjęcie Komunii św.?”. Mówię: „Oczywiście. Jeżeli obydwoje podejmujecie decyzję o życiu jako «białe małżeństwo», jak brat z siostrą, to nawet żyjąc pod jednym dachem, macie otwartą drogę do spowiedzi i Komunii św.”. Bardzo się ucieszyli. Gdyby nie ta rozmowa podczas kolędy, dalej by nie przyjmowali Komunii św., bo wstydzili się przyjść do zakrystii i o to zapytać.
Jakie jest główne przesłanie Księdza do ludzi na dzisiejsze czasy? Nawróćcie się?
Tak, ale nie czynię tego nachalnie, ostentacyjnie. Staram się trzymać ducha Ewangelii. Pan Jezus na siłę nikogo nie nawracał. Jak zaczynał głosić Dobrą Nowinę, to często używał dwóch słów: „Jeśli chcesz”. I stawiał wymagania. Ale jeśli ktoś nie chciał, to pozwalał odejść. Tak jak młodzieńcowi, który odszedł smutny, bo Pan Jezus mu powiedział, żeby sprzedał wszystko, rozdał ubogim i poszedł za Nim. Odszedł smutny, bo miał wiele posiadłości. Pan Jezus nie zabiegał mu drogi. Nie wiemy, co było dalej. Może ten młody człowiek zastanowił się, rozdał wszystko i poszedł za Jezusem? Tak jest i w Kościele. Nikt nikogo do niczego nie zmusza. Kościół jest otwarty dla wszystkich. Każdy może do niego wejść. Każdemu mówię: Bóg cię kocha! Zanim poczęliśmy się w łonach naszych matek, to najpierw zrodził nas Bóg w swoim sercu. Później posłużył się naszymi rodzicami, dając nam życie. W historii świata nie było, nie ma i nie będzie takiego drugiego człowieka jak Pan czy ja. Jesteśmy niepowtarzalni i każdy z nas jest skarbem Boga.
Innym przesłaniem jest to, żebyśmy byli w stanie łaski uświęcającej. Nie wiemy, kiedy odejdziemy z tego świata. Każdy z nas będzie musiał stanąć przed obliczem Boga, zdać sprawę ze swojego życia. A teraz jeszcze mamy czas, żeby zasłużyć na niebo... Mój wujek Edward poszedł na kolejną wizytę kontrolną do kardiologa. Miał serce pod stałą kontrolą. Lekarz go zbadał i stwierdził: „Wszystko dobrze, panie Edwardzie. Niech pan dalej bierze leki i niech pan wpadnie do mnie za pół roku na kolejną wizytę”. Pożegnali się, wujek wyszedł z gabinetu. Po chwili upadł i zmarł... Nieraz mamy pokusę duchowego uśpienia. Wszystko idzie dobrze, jesteśmy zdrowi, pracujemy, oglądamy telewizję... I to jest dobre, ale mamy czuwać. To nie znaczy, żeby siedzieć w napięciu na kanapie i zastanawiać się, czy już odejdziemy z tego świata, czy nie. Trzeba żyć i robić wszystko, co do nas należy. Pracować, wypoczywać, jeść, spać, spacerować. Ale czuwać to znaczy żyć w przyjaźni z Bogiem, czyli być w stanie łaski uświęcającej. I prosić Boga: Panie, daj mi takie światło, żebym nigdy nie zgubił tego, co w życiu jest najważniejsze.
Ks. prał. Bogusław Kowalski znany warszawski duszpasterz, proboszcz parafii Nawrócenia św. Pawła Apostoła na warszawskiej Pradze, autor książek, które zdobyły uznanie czytelników dzięki szczerości, humorowi i autentyczności.
