Ks. Rafał Witkowski: Zaskoczył mnie fakt, że wyjechał Ksiądz na misje od razu po święceniach. Czy wstąpienie akurat do Zgromadzenia Księży Misjonarzy św. Wincentego a Paulo miało z tym związek?
Ks. Stanisław Deszcz: Tak, zamysł wyjazdu na misje był jednym z motywów mojego wstąpienia do tego zgromadzenia. Pochodzę z Dąbrówek Breńskich w diecezji tarnowskiej. Od dzieciństwa często pielgrzymowaliśmy do pobliskiego sanktuarium maryjnego w Odporyszowie, które prowadzą księża misjonarze. Dużą rolę odegrał też kolega, z którym mieszkałem w internacie, a który wstąpił do zgromadzenia przede mną. To on poznał mnie z dyrektorem Seminarium Internum – ks. Marianem Bańbułą, który opowiedział mi więcej o zgromadzeniu.
Od 2022 r. jest Ksiądz proboszczem parafii św. Wawrzyńca w Gozdnicy na skraju diecezji zielonogórsko-gorzowskiej, większość kapłańskiego życia spędził Ksiądz jednak w Afryce. Gdzie dokładnie?
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Dwadzieścia dwa lata byłem w Kongu. Kiedy wyjeżdżałem na misje, ten kraj nazywał się Zair. Dopiero po obaleniu dyktatora Mobutu kraj powrócił do dawnej nazwy – Kongo, a dziś jest to Republika Demokratyczna Konga. Z kolei w Beninie posługiwałem przez 9 lat. W czasie kiedy kończyłem seminarium duchowne, prowincja polska naszego zgromadzenia prowadziła misje w dwóch krajach. Misjonarze wyjeżdżali albo na Madagaskar, albo do Zairu. Wyjazdy odbywały się naprzemiennie. W sumie na Madagaskar wyjechało dwudziestu dwóch polskich misjonarzy, a do Zairu – dwudziestu trzech. To była odpowiedź na brak powołań misjonarzy z Francji i Belgii, którzy zakładali te misje.
Co z pracy misyjnej w Kongu najbardziej zapisało się w sercu Księdza?
Pracowaliśmy na równiku. To bardzo trudny teren pod względem klimatu. W sezonie deszczowym zalane są drogi, lasy – po lesie można podróżować nawet łódką. Rzeka Kongo ma w niektórych miejscach nawet 15 km szerokości. To robi wrażenie! W Kongu mogłem spotkać dzikie zwierzęta: antylopy, dzikie świnie, małpy, całe stada przelatujących papug. Niezapomniany jest zapach kwitnących plantacji kawy – czegoś takiego nie da się porównać z niczym innym. Potem przyszło zderzenie z rzeczywistością: z nędzą, której nie sposób sobie wyobrazić. Kraj jest bardzo bogaty w surowce naturalne i powinien być najbogatszym krajem na świecie, ale tylko elita z tego korzysta – reszta ludzi żyje w nędzy, pracując w rolnictwie. Ale mam też pozytywne doświadczenia.
Mianowicie?
Reklama
Kościół w Kongu jest niezwykle żywy. Kiedy przychodzi niedziela, Msza św. może trwać 3 czy 4 godziny i nikt się nie nudzi. Wszyscy się cieszą, modlą się, śpiewają, tańczą. To pozytywne doświadczenie, że Kościół przynosi tym ludziom nadzieję i wybawienie z codziennych przywiązań i wpływów religii tradycyjnych. W środowiskach małych miasteczek i wsi, gdzie jest tylko jedna Msza św., spotkanie często kończy się tańcami po niej, a kiedy jest chrzest św. czy jakieś święto, później odbywa się wspólny posiłek. W miastach natomiast, gdzie w niedzielę trzeba odprawić np. sześć Mszy św., należy trochę uważać z długością nabożeństwa. Ale Eucharystii w tzw. rycie zairskim nie da się odprawić szybciej niż w 3 godziny, choćby się nawet chciało.
Był też Ksiądz świadkiem wojny domowej w Kongu, kiedy starły się ze sobą dwie główne grupy etniczne: Hutu i Tutsi...
Tak, byłem tam w tym czasie. To była wojna, w którą zaangażowane były również sąsiednie kraje. Po ludobójstwie w Rwandzie w 1994 r. wielu Hutu, odpowiedzialnych za mordy na Tutsi, uciekło do Konga. Konflikt nie wygasł, tylko przeniósł się na terytorium innego państwa. Dwa lata później Tutsi pomogli obalić dyktatora Mobutu, ale przy okazji w odwecie wymordowali ok. 600 tys. Hutu. O tym ludobójstwie w Europie prawie się nie mówi, choć skala była porównywalna z tragedią z 1994 r.
Ksiądz był także wówczas w Kongu?
Tak. Ludzie uciekali coraz dalej w głąb kraju, wycieńczeni, bezbronni. Ginęli bez walki. Byłem wtedy na parafii, która liczyła czterdzieści wiosek. Było nas czterech księży na całą parafię, gdzie praktycznie w każdej z tych miejscowości było zbudowane lepiej lub gorzej miejsce modlitewne. Raz na miesiąc w niedzielę staraliśmy się być w każdej wiosce. Wówczas spowiadaliśmy, udzielaliśmy chrztu św. oraz innych sakramentów, jeśli było trzeba. Czasami nocowaliśmy, jeśli trudno było wrócić jednego dnia. Przemieszczaliśmy się wszystkimi możliwymi sposobami: samochodem, motocyklem, rowerem, łodzią, pieszo.
Po 22 latach pobytu w Kongu i 4 latach w Polsce trafił Ksiądz do Beninu...
Reklama
Nasze zgromadzenie otwierało wtedy nową misję w Beninie. Tam spędziłem 9 lat. Benin to mały kraj – mniejszy od Polski – z 10 mln mieszkańców, ale aż sześćdziesięcioma językami. W Kongu istnieją duże strefy językowe – wystarczy nauczyć się jednego języka regionalnego. W Beninie natomiast każdy trzyma się swojego języka. Dlatego liturgia jest po francusku, a kazania i Liturgię Słowa często trzeba tłumaczyć na dwa lub trzy języki.
Benin to zupełnie inna rzeczywistość niż Kongo?
Tak, zdecydowanie. Benin jest krajem typowo rolniczym. Prawie wszyscy ludzie żyją tam z pracy na roli, choć wcale nie jest to łatwe. Na północy kraju, gdzie pracowaliśmy, pora sucha trwa 6 miesięcy – przez pół roku nie spada ani kropla deszczu. Utrzymanie się z rolnictwa w takich warunkach jest ogromnym wyzwaniem.
A jednak kraj się rozwija...
Tak, i to znacznie lepiej niż Kongo. Są drogi, coraz więcej miejscowości ma dostęp do elektryczności, działają poczta, banki, telefony. Życie jest bardziej uporządkowane. W Kongu natomiast przez lata funkcjonowaliśmy praktycznie tylko dzięki radiotelefonom. To one łączyły misjonarzy między sobą, służyły także do ostrzegania ludzi, zwłaszcza w czasie wojny.
Czy – mając na uwadze obecną laicyzację w Polsce – widzi Ksiądz jakieś podobieństwa lub różnice w porównaniu z Afryką?
W Afryce nie ma ludzi niewierzących w Boga, tylko – z powodu religii tradycyjnych – bywa On postrzegany jako ktoś odległy. Codzienne życie toczy się między ludźmi a światem duchów. Religie tradycyjne są pełne lęku: przed chorobą, przed nieszczęściem, przed złymi mocami.
I tutaj pojawia się chrześcijaństwo...
Reklama
Chrześcijaństwo przynosi wyzwolenie z tego lęku. Ludzie odkrywają, że Pana Boga nie trzeba się bać, wręcz przeciwnie – On niesie pomoc. Ta wolność bardzo ludzi pociąga. Dlatego Kościół w Afryce jest żywy, radosny, dynamiczny. W Polsce niby wszyscy są wierzący, ale prawdziwie żyjących wiarą jest niewielu.
A jak wygląda zaangażowanie w życie Kościoła?
Kościół afrykański jest wspólnotą, w której wierni świeccy mają skonkretyzowane miejsce i biorą za nią odpowiedzialność. W wioskach, gdzie nie ma księdza, wielu wiernych świeckich prowadzi katechezy i animuje modlitwy, budując wspólnotę. W Afryce łatwiej sformować radę parafialną czy komitet świecki. Tak od początku jest budowany Kościół w Afryce – to Kościół wszystkich.
Jakiś przykład?
Reklama
Przed 30 laty w Afryce nigdy nie odczytywałem pierwszego czytania w czasie Mszy św. Wszyscy wiedzą, że to nie jest rola księdza, i nawet kiedy nie ma lektora, ktoś wyjdzie z ławki i tę lekcję przeczyta. Na jednej z parafii miejskich w Kongu, liczącej ok. 15 tys. wiernych, nie mieliśmy tylu księży, aby odwiedzać chorych z Komunią św. w każdą niedzielę. Robili to świeccy szafarze Eucharystii. Dzięki nim każdy chory mógł co niedzielę przyjmować Ciało Pańskie. W jednej z kaplic postanowiliśmy zbudować ołtarz z kamieni, które przyniosą wierni. Ogłosiliśmy, że budowa będzie w formie celebracji: każdy przyniesie kamień ze swojego domu, pola, drogi. I rzeczywiście – dzieci, dorośli, starcy szli w procesji ze śpiewem i tańcem, składając swoje kamienie. W pewnym momencie murarz, który nie był z naszej parafii, przerwał pracę i wyszedł. Dopiero później wyjaśnił mi, że tak bardzo go to wzruszyło, iż musiał na chwilę odejść. Po chwili wrócił z własnym kamieniem, położył go w ołtarzu i dopiero wtedy mógł dalej pracować.
To bardzo symboliczny obraz Kościoła.
Tak, to pokazuje, czym jest Kościół w Afryce: wspólnotą, do której każdy należy i za którą każdy czuje się odpowiedzialny. To nie jest „Kościół księdza”, to jest „nasz Kościół”. To coś niezwykle pięknego i bardzo ewangelicznego.
Ks. Stanisław Deszcz przez wiele lat misjonarz w Kongu i Beninie; obecnie proboszcz w Gozdnicy
