Jego korzenie sięgają modlitwy Izraela. Pobożni Żydzi zatrzymywali się kilka razy dziennie, by zwracać się do Boga psalmami – o świcie, w południe, wieczorem. Pierwsi chrześcijanie nie odrzucili tego zwyczaju. Przeciwnie – wypełnili go nową treścią, ale zachowali strukturę. Psalmy pozostały sercem modlitwy, tyle że czytane są już w świetle życia, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa.
Jak brewiarz wyszedł poza klasztor
Reklama
Z czasem te spontaniczne zatrzymania zaczęły przybierać bardziej uporządkowaną formę. Już w pierwszych wiekach pojawiają się świadectwa modlitwy o określonych godzinach: o brzasku, w ciągu dnia, po zmroku. Szczególnego znaczenia nabrały dwa momenty: poranek i wieczór, które do dziś wyznaczają oś Liturgii Godzin: Jutrznię i Nieszpory. Prawdziwy przełom przyniósł rozwój życia monastycznego. Mnisi, zwłaszcza w tradycji benedyktyńskiej, nadali tej modlitwie precyzyjny rytm. Dzień został rozpisany wokół kolejnych godzin modlitwy, a psalmy zaczęto odmawiać według ustalonego porządku, tak aby w określonym czasie przejść przez cały psałterz. Nie była to już tylko praktyka pobożnościowa – to było coś, co organizowało całe życie wspólnoty. Z biegiem wieków ta forma modlitwy została uporządkowana i zebrana w księgi, które nazwano brewiarzami, od łacińskiego breviarium, czyli zestaw, skrót. Miały one pomóc w zachowaniu jedności modlitwy w całym Kościele, zwłaszcza tam, gdzie nie było wspólnoty zakonnej, a modlitwa odbywała się indywidualnie. Przez długi czas brewiarz pozostawał rzeczywiście domeną duchowieństwa. Wymagał znajomości układu, łaciny, pewnej wprawy. Ale nawet wtedy jego istota pozostawała ta sama: uświęcanie czasu przez powracającą modlitwę psalmami. Ten stan rzeczy zaczął się zmieniać stopniowo. Kluczowy okazał się XX wiek, który przyniósł odkrycie, że Liturgia Godzin nie jest prywatną modlitwą księży – jest modlitwą całego Kościoła. Pojawiły się tłumaczenia na języki narodowe, uproszczono układ, podkreślono znaczenie Jutrzni i Nieszporów jako modlitwy dostępnej także dla świeckich. Brewiarz przestał być ciężką księgą, do której czytania wymagana była wprawa. Stał się czymś, po co można sięgnąć bez przygotowania, w wersji skróconej, w wydaniu jednotomowym, w końcu w aplikacji.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Dlaczego wracamy do psalmów?
Reklama
Powodem jest zmęczenie modlitwą zależną od nastroju. Wielu wiernych dochodzi do momentu, w którym widzi, że ich życie duchowe układa się w rytm zrywów, intensywnych chwil i długich przerw. Jeśli jest wewnętrzna energia, modlitwa przychodzi łatwo. Jeśli jej brakuje, wszystko się rozmywa. Brewiarz proponuje coś zupełnie innego – modlitwę, która nie zależy od naszego samopoczucia. Ona po prostu czeka. Jest też potrzeba wyjścia poza własne słowa. Nawet najbardziej szczera modlitwa spontaniczna z czasem zaczyna krążyć wokół tych samych tematów i schematów. Psalmy wyprowadzają dalej. Wprowadzają w doświadczenia, których sami byśmy nie nazwali, albo których może nawet nie chcielibyśmy wypowiedzieć: bezradność, gniew, poczucie opuszczenia, ale też wdzięczność, zachwyt, pokój. Dzięki temu modlitwa przestaje być zamknięta w naszym aktualnym stanie. Dla wielu ważne jest też doświadczenie obiektywności. Brewiarz nie zależy od tego, jak mi idzie. Ma swój porządek, rytm, swoje teksty. W pewnym sensie stawia opór, nie dopasowuje się do nas. I właśnie to bywa uwalniające. Jest w tym również pragnienie bycia częścią czegoś większego. Liturgia Godzin nie jest prywatną praktyką. To modlitwa Kościoła odmawiana codziennie, w różnych miejscach i językach. Nie bez znaczenia jest też prostota wejścia. To, co kiedyś było trudne i dostępne tylko dla nielicznych, dziś jest na wyciągnięcie ręki. Nie trzeba znać układu ani orientować się w rubrykach. Wystarczy otworzyć brewiarz i zacząć. A to sprawia, że próg wejścia jest bardzo niski i decyzja staje się ważniejsza niż przygotowanie.
Nie trzeba nic wymyślać
Magda, matematyk, 44 lata, zaczęła od Jutrzni. – Znajomy mi powiedział: spróbuj przez tydzień. Pomyślałam: okej, najwyżej się nie uda. Pierwszego dnia zgubiłam się trzy razy. Drugiego było trochę lepiej. A potem nagle odkryłam, że nie muszę już wymyślać modlitwy. Wstaję, robię kawę i wchodzę w coś, co już trwa. Jakbym dołączała do rozmowy, która się nie kończy... Tomek, fizjoterapeuta, 28 lat, mówi, że modlitwa była u niego czymś nibyoczywistym. – Zawsze miałem w sobie potrzebę modlitwy, tylko że to było dość proste: pacierz, coś krótkiego wieczorem. Brewiarz pojawił się trochę przypadkiem. Zobaczyłem, że ktoś się tak modli, i pomyślałem, że spróbuję. Z czasem dostrzegłem, że dobrze mi to robi. Że jest w tym jakiś porządek, który przenosi się też na resztę dnia... Ania, psycholog, 41 lat, mówi wprost, że modlitwa przez lata była u niej bardzo nieregularna. – Wszystko tak naprawdę było podporządkowane temu, co się działo w ciągu dnia. Gdy miałam więcej przestrzeni, to się modliłam. Jeśli nie, to nie. I w pewnym momencie zobaczyłam, że tej modlitwy jest po prostu coraz mniej. Brewiarz trafił do mnie trochę przypadkiem. I szczerze mówiąc, na początku mnie odrzucił. Wydawał się zbyt poukładany jak na moje życie. Ale dałam mu trochę czasu. I odkryłam coś, czego się nie spodziewałam – że on się nie narzuca. Że nie muszę nagle zmieniać całego dnia, żeby się modlić... Andrzej, inżynier, 38 lat: – Ja się wcześniej właściwie nie modliłem poza tym, co wyniosłem z domu: Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo – raczej z przyzwyczajenia niż z potrzeby. I z czasem to też zaczęło zanikać. Brewiarz polecił mi ksiądz w konfesjonale. Na początku pomyślałem, że to nie dla mnie, ale spróbowałem, bo była aplikacja! Pierwsze dni były dziwne. Czytałem i nie do końca wiedziałem, co z tym zrobić. Ale jednocześnie było to dla mnie łatwiejsze niż wracanie do pacierza, który już niewiele mi mówił. Dziś po prostu otwieram brewiarz i wchodzę w tę modlitwę. To jest taki moment zatrzymania, którego wcześniej w ogóle nie miałem.
Można powiedzieć, że brewiarz wraca do świeckich. Ale to nie jest powrót do przeszłości ani próba odtwarzania dawnego stylu życia. To raczej odkrycie, że pewne rzeczy nigdy się nie zestarzały. Liturgia Godzin nie próbuje być dopasowana do naszych oczekiwań. Nie upraszcza wszystkiego, nie sprowadza do minimum, nie szuka efektu, nie konkuruje z innymi formami modlitwy. Pozostaje tym, czym była od początku. I właśnie w tym kryje się jej siła. Bo kiedy znika presja, żeby coś poczuć, coś przeżyć czy dobrze się pomodlić, zostaje coś najważniejszego: obecność. Po prostu czas oddany Bogu.
