Z rzeczy nieważnych piłka nożna jest najważniejsza”. To zdanie przypisuje się często św. Janowi Pawłowi II i nawet jeśli historycy będą się jeszcze o nie spierać, trudno o lepsze podsumowanie fenomenu mundialu. Bo przecież z jednej strony mecz to tylko 22 ludzi biegających za kawałkiem skóry. Z drugiej – potrafi zatrzymać miasta, uciszyć parlamenty, połączyć pokłócone rodziny i sprawić, że profesor uniwersytetu oraz kierowca autobusu przez 90 minut przeżywają dokładnie to samo.
Plemienne ognisko
To jest właśnie jedna z największych tajemnic futbolu. Karol Wojtyła doskonale ją rozumiał. Gdy był młody, najchętniej stawał na bramce. To zresztą bardzo papieska pozycja. Bramkarz jest trochę samotnikiem, trochę filozofem, trochę strażnikiem granicy między nadzieją a katastrofą. Przez większość meczu nic się nie dzieje, a potem nagle całe losy świata lecą prosto w jego stronę z prędkością 100 km na godzinę.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Może właśnie dlatego późniejszy papież tak lubił sport. Wiedział, że człowiek nie składa się wyłącznie z pracy, rachunków i politycznych sporów. Potrzebuje również świętowania.
Reklama
Mundial jest bowiem czymś więcej niż turniejem. To wielkie współczesne plemienne ognisko. Na kilka tygodni przypominamy sobie, że jesteśmy częścią czegoś większego. Nie jesteśmy tylko mieszkańcami Warszawy, Krakowa czy Pcimia Dolnego. Jesteśmy Polakami. A jeśli Polski akurat na mundialu nie ma, to i tak szukamy drużyny, której chcemy kibicować. Portugalii. Szwecji. Kanadzie. Komukolwiek. Byle nie... Człowiek bowiem został stworzony nie tylko do życia, ale również do przeżywania wspólnie.
Piłkarskie esperanto
Najważniejsze rzeczy są zwykle najprostsze. Dwóch chłopaków kopiących piłkę na podwórku rozumie się bez tłumacza. Futbol jest jednym z ostatnich języków świata, które nie potrzebują słowników. Oczywiście, są ludzie przekonani, że piłka nożna dzieli. I mają trochę racji.
Każda wielka miłość niesie ryzyko kłótni. Kibice potrafią być śmieszni. Czasem zachowują się tak, jakby los wszechświata zależał od wyniku meczu grupowego między Czechami a RPA. Ale prawda jest taka, że futbol znacznie częściej łączy, niż dzieli. Po zakończeniu meczu zawodnicy wymieniają koszulki. Po krwawych wojnach państwa grają ze sobą. Po politycznych kryzysach kibice siedzą obok siebie na trybunach. To nie jest wojna. To raczej sposób, by wojny nie prowadzić.
George Orwell nazwał sport „wojną bez strzelania”. Jest w tym trochę prawdy. Ale bliżej mi do marzenia barona de Coubertina. Sport jest próbą odpowiedzi na bardzo ludzkie pytanie: czy można rywalizować bez nienawiści? Czy można chcieć wygrać, nie pragnąc zniszczyć przeciwnika? Na dobrym stadionie odpowiedź brzmi: tak.
Niewierzący... Jezus
Reklama
A co na to Jezus? Czy chodziłby na mecze? Myślę, że tak. W Ewangelii widzimy Go na weselach, przy stołach, wśród tłumów, podczas świąt i publicznych zgromadzeń. Nie wygląda na kogoś, kto ucieka od ludzkiej radości. Pewnie bardziej interesowaliby Go ludzie niż wynik. Może patrzyłby na chłopca, który pierwszy raz jest na stadionie z ojcem. Może na samotnego kibica, który po raz pierwszy od miesięcy śmieje się razem z tysiącami innych. Może na zawodnika, który po zdobyciu bramki wykonuje znak krzyża i dziękuje za talent.
W Białymstoku ktoś mi kiedyś na meczu Jagiellonii z Legią opowiedział taki żart. „W Białymstoku trwał mecz niezwykły: katolicy kontra prawosławni. Stadion podzielono sprawiedliwie. Po jednej stronie śpiewy katolickie, po drugiej prawosławne. Tu transparenty, tam chorągwie. Tu znak krzyża od lewej do prawej, tam od prawej do lewej. Jedni wołali: «Nasza wiara!», drudzy odpowiadali: «Nasza też!». Tylko środek stadionu pozostawał pusty. Kilka rzędów krzeseł, jak ziemia niczyja między dwoma świętymi obozami. I właśnie tam, dokładnie pośrodku, usiadł długowłosy mężczyzna w prostej szacie. Patrzył spokojnie na boisko, czasem uśmiechał się do dzieci, czasem zamyślał, jakby bardziej interesowały go serca kibiców niż wynik meczu. Tylko bardzo wnikliwy obserwator rozpoznałby w Nim Jezusa Chrystusa. W pewnej chwili jeden z kibiców szturchnął drugiego łokciem: – Ty, a tamten? Co on tak sam pośrodku siedzi? Drugi spojrzał, zmrużył oczy i wzruszył ramionami. – Nie wiem. Pewnie niewierzący”. Czy futbol może zastąpić religię? Pewnie dla kogoś to możliwe. Miłość na dobre i na złe i wiara ponad wszystko. Wiara w sukces. Ale czy o niego chodzi w futbolu najbardziej?
Prawda o mundialu
„Bóg daje talent, ale człowiek musi ciężko pracować” – mówił Pelé. „Zawsze modliłem się przed meczami” – przyznawał Gianluigi Buffon. A Kaká po zdobyciu mistrzostwa świata pokazał koszulkę z napisem: „I belong to Jesus”. Bo nawet największe trofea mają pewną wadę. Nie są na zawsze. Przechodzą do historii. Puchar świata przechodzi z rąk do rąk. Mistrzowie się starzeją. Bohaterowie odchodzą. Stadiony pustoszeją. A jednak co 4 lata wracamy przed ekrany z tą samą nadzieją. Może dlatego, że mundial przypomina nam o czymś bardzo ważnym. Człowiek nie żyje samym chlebem. Potrzebuje opowieści. Potrzebuje bohaterów. Potrzebuje wspólnoty.
Potrzebuje chwil, gdy tysiące ludzi jednocześnie wstrzymuje oddech. I może właśnie dlatego z rzeczy nieważnych piłka nożna pozostaje najważniejsza. Bo przez chwilę pozwala nam poczuć, że należymy do czegoś większego od siebie.
