Reklama

Strumień, który nas porwał

Z ks. Eugeniuszem Jankiewiczem rozmawiała Barbara Dziadura
Edycja zielonogórsko-gorzowska 41/2003

Z ks. Eugeniuszem Jankiewiczem, na temat stanu wojennego i tworzącej się wówczas „Solidarności”, rozmawia Barbara Dziadura

Barbara Dziadura: - Jest Ksiądz znany w diecezji ze swojego zaangażowania społeczno-politycznego. Jakie były jego początki, co przesądziło o takim kierunki i nurcie życia i posługi kapłańskiej?

Ks. Eugeniusz Jankiewicz: - Nie byłem uczestnikiem pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Ojczyzny, znam ją tylko z relacji medialnych, które były oszczędne. Ale znaczącym momentem były dla mnie słowa modlitwy i przywołanie Ducha Świętego: „Niech zstąpi Duch Twój...”.
Wszelkie moje późniejsze zaangażowania społeczne i podejmowana aktywność duszpasterska były konsekwencją tej żarliwej Piotrowej modlitwy do Ducha Świętego. Po tej modlitwie zaczyna się dziać nowa jakość życia społecznego, w której nieobecne dotychczas wartości w życiu publicznym stają się obecne. W środowisku głogowskim, w którym wówczas pracowałem, przykładem tego było doświadczenie tragicznej śmierci bodajże pięciu pracowników cukrowni. To był właśnie rok 1979 i była możliwość odprawienia Mszy św. na terenie zakładu pracy w intencji tragicznie zmarłych pracowników. I po dziś dzień brzmią mi w uszach słowa pieśni: „Zmartwychwstał Pan. Alleluja. O śmierci, gdzie jesteś o śmierci...”. I ja to wydarzenie ściśle łączę z tym wezwaniem: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi ziemię”.
Potem przychodzi 11 listopada 1979 r. i po raz pierwszy odprawiamy Mszę św. w intencji Ojczyzny. Po Mszy św. idziemy z kwiatami pod pomnik Dzieci Głogowskich. Tak jeszcze niepewnie się czując i to nie tylko dlatego, że szliśmy pośród zgliszczy starówki (bo to nie był ten Głogów co teraz, z odnowioną starówką).

- Pamięta Ksiądz swoje pierwsze spotkanie z „Solidarnością”?

- To był rok 1980, strajk górników w kopalni „Rudna” w Polkowicach. Pojechaliśmy tam z ks. Ryszardem Dobrołowiczem. Wielu pracowników tej kopalni było mieszkańcami Głogowa i to oni poprosili, byśmy dla nich odprawili Mszę św. To był strajk solidaryzujący się z tym, co dzieje się w Gdańsku. Pierwsza możliwość uczestniczenia we Mszy św. na terenie zakładu, który protestuje. Ta Msza w cukrowni miała inne konotacje; tu, w kopalni, miało ścisły związek z problemem pewnych politycznych zjawisk, w które wchodzi Ewangelia, w które wchodzi prawda i przedstawiciel Kościoła w osobie kapłana. Górnicy sami przygotowali platformę, brzózkami ozdobili ołtarz, przyszli z hełmami pod pachą, z twarzami umorusanymi, bo większość została oderwana od pracy, i widać było stróżki łez spływające po twarzach. Miałem wówczas świadomość, że dzieje się coś bardzo ważnego, a co jest bezpośrednią konsekwencją tego procesu budzenia się, który rozpoczął fakt wyboru Ojca Świętego, który rozpoczęła wizyta Ojca Świętego na placu Zwycięstwa w Warszawie, monumentalny krzyż przepasany czerwoną stułą.
Wówczas jeszcze we mnie nie było zreflektowania, że jest to kontakt z „Solidarnością”, bo to jakby dopiero wykluwało się w tym, co artykułowali robotnicy - w próbie zamanifestowania pewnej solidarności z sobą. To jeszcze nie był związek jako taki, ale to było to, co potem legło u podstaw utworzenia tego związku: konkretyzująca się idea solidarności w reakcjach ludzi pracy w różnych miejscach, w tym także w Polkowicach.

- Ale to było dopiero preludium zmian i budzenia się tej odwagi u ludzi...

- Tak. Rozpoczyna się rok szkolny 1980/1981 i pojawia się hasło powrotu znaku krzyża do sali szkolnej i do miejsc publicznych. W warunkach głogowskich staraliśmy się, by nie była to tylko zewnętrzna formuła. Były katechezy z młodzieżą, kontakt z nauczycielami, z rodzicami. I kolejno w poszczególnych szkołach, poszczególne klasy proszą o odprawienie Mszy św. Przynoszą przez siebie zakupiony krzyż. Obecny jest poczet sztandarowy szkoły. Przygotowana cała oprawa Mszy św. młodzieżowej, podczas której młodzież i rodzice kierują prośbę o poświęcenie znaku krzyża. Po Mszy św. następuje wniesienie krzyża do szkoły i zawieszenie go w sali. Nie po kryjomu, nie w ukryciu.
I wreszcie, w tymże samym roku mamy pierwszą Mszę św. z okazji Dnia Nauczyciela w kościele pw. Bożego Ciała, w której uczestniczy kilkusetosobowa grupa pedagogów. I w kontekście tego wydarzenia już mamy „Solidarność” nauczycielską, która przez swoich reprezentantów prosi o poświęcenie krzyża do swojej siedziby. Wtedy też zostałem poproszony o pełnienie takiej nieformalnej funkcji duszpasterza „Solidarności” nauczycielskiej rejonu głogowskiego.

- Stan wojenny zastał Księdza w Głogowie, wśród ludu pracującego. Jaka wśród nich panowała atmosfera?

- 13 grudnia 1981 r. rozpoczynałem rekolekcje u księży Redemptorystów w Głogowie. Pierwszą Mszę św. z kazaniem miałem o godz. 7.00, a o godz. 6.00 ks. prał. Kutzan zadzwonił domofonem (bo telefony były wyłączone) i mówi: „Książe Gieniu, niech Ksiądz włączy radio, stan wojenny”. Mam pół godziny na ewentualną korektę pierwszej konferencji, uwzględniającą fakt tego tragicznego wydarzenia. W kościele obserwuję, jak uczestnicy tej porannej Eucharystii ze zdumienia przecierają oczy, bo w większości nie wiedzą, że coś takiego się dokonało. W trakcie tych rekolekcji napływają apele żon i matek górników strajkujących w Polkowicach, aby dotarł do nich ksiądz, bo są bardzo zdesperowani, że jest to problem życia lub śmierci. Za przyzwoleniem proboszcza przerywam rekolekcje, na moje miejsce wchodzi kolega, a mnie wiozą nysą do Polkowic. Choć kopalnia jest otoczona zomowcami i wojskiem, górnicy mają swoje tajemne przejście, dzięki któremu dostaję się na teren kopalni i o godz. 21.00 odprawiam Mszę św. na nadszybiu dla 2 tys. górników. Następnie przewożą mnie kolejką podziemną do oddalonej o 5 km drugiej kopalni, gdzie jest 5 tys. górników. I tam o 24.00 odprawiam Mszę św. Jest to sytuacja porównywalna, choć bardziej emocjonująca niż ta z Mszy św. w 1980 r., w tym samym miejscu. Jest świadomość niebezpieczeństwa śmierci i to sprawia, że udzielam absolucji generalnej w niebezpieczeństwie śmierci. Nigdy mnie tak ręka nie bolała od udzielania Komunii św. jak właśnie wtedy. Wobec ilości przystępujących do Komunii św. i braku naczyń liturgicznych, Pan Jezus był zakonsekrowany w worku foliowym, w którym potem Go przechowywałem. Po tej drugiej Mszy św. wracam do pierwszej kopalni. Tam wskazują mi pomieszczenie, gdzie jest kozetka, bym choć chwilę się zdrzemnął. Pana Jezusa w torbie chowam do blaszanej szafy i zasypiam. Parę minut później rozlega się łomot do drzwi: „Proszę księdza, jest atak zomo, musimy zejść do cechowni, by się zabarykadować”. Będąc jeszcze w pierwszym śnie, zapominam, że Pana Jezusa włożyłem do tej szafy, ogarniam się i biegnę. Zaspawano wejścia do cechowni i czekamy. Po jakimś czasie jest atak, wystrzeliwane są gazy łzawiące, demolowane pomieszczenia, dwie lub trzy osoby zostają ranne. Pojawia się problem, czy jest sens dalszego strajkowania. Trwamy na modlitwie, odmawiamy Różaniec. Organizatorzy strajku zwracają się do mnie, żebym rozstrzygnął, czy strajk ma trwać dalej, czy też nie. Na co ja, że nie przyszedłem tutaj jako organizator strajku, że jestem tu z posługą kapłańską, że solidaryzuję się z nimi, ale nie mogę podejmować takich decyzji. Wiem jedno, że nie wolno im się podzielić przy okazji konieczności podjęcia tej decyzji, bo będzie to ich porażka. Zapada decyzja o rozwiązaniu strajku. Wychodzimy z tej zabarykadowanej cechowni i widzę górników płaczących na widok tak dalece zniszczonego zakładu pracy. Z jaką agresją niszczyli go zomowcy. A ja biegnę zalękniony do tego pomieszczenia, z którego wyszedłem o 4.00 nad ranem, zaniepokojony co się dzieje z Panem Jezusem. Wchodzę tam, drzwi wyważone, szafy powywalane, a ta jedna szafa stoi. Otwieram ją i - Pan Jezus spokojnie tam jest. W tym momencie popłakałem się z radości. Z powrotem do Głogowa zostałem przywieziony konspiracyjnie - karetką pogotowia.
Potem pojawia się problem posługi wobec internowanych ludzi „Solidarności”, którzy - jak się okazało - są w więzieniu głogowskim. Tam spotykam się m.in. z Edwardem Lipcem, co potem zaowocuje moim zaangażowaniem w duszpasterstwo rolników i „Solidarność” Rolników Indywidualnych.

- Księdza kontakty z „Solidarnością” nie kończą się jednak wraz z odejściem w 1982 r. z Głogowa?

- Zostałem skierowany, jako proboszcz, do Klenicy, w sierpniu 1982 r., bezpośrednio po pielgrzymce głogowskiej, ale nie zostałem zatwierdzony przez Urząd ds. Wyznań. W dokumencie, który otrzymałem z Ministerstwa ds. Wyznań, popisanym przez min. Merkela, był taki argument, że „wychowuję dzieci i młodzież w duchu nietolerancji i wrogości do sytemu socjalistycznego”.
Do Klenicy przyjechał do mnie właśnie Edward Lipiec i próbował mnie przekonać, że będę dobrym duszpasterzem dla środowiska „Solidarności” Rolników Indywidualnych. Próbowałem argumentować, że jest to dla mnie obszar nieznany, ale nie ustąpili i wtedy też rozpocząłem studia zaoczne na KUL związane z duszpasterstwem rolników. Uruchamiamy sympozjum o charakterze ogólnopolskim na plebanii w Klenicy, gdzie parter to refektarz, a pierwsze piętro to sale konferencyjne. Uruchamiamy pielgrzymkę rolników. Nie otrzymujemy, co prawda, na nią pozwolenia, zatem bierzemy pod uwagę wariant stacjonarny, z dojazdem autokarem na zakończenie pielgrzymki do Częstochowy. Ale mimo braku pozwolenia i szykan wobec mojej osoby, że będę aresztowany - wyruszamy. Oddziały zomo z Bełcza manifestacyjnie asystują nam pierwszego dnia, ale my odważnie idziemy dalej.
Cała ta oferta sympozjów, dożynek, rekolekcji, skierowana do duszpasterstwa rolników z tamtej perspektywy, zmierzała do pomocy w formacji temu środowisku, ale także doskonaleniu umiejętności samoorganizowania na linii idei „Solidarności”.
W 1987 r. zostaję przeniesiony do Gorzowa, do parafii Matki Bożej Królowej Polski. Bp J. Michalik doprowadza do sytuacji, że tam jestem już zatwierdzonym proboszczem. Jednym z pierwszych parafian, który mnie odwiedza jest Edward Borowski, przewodniczący „Solidarności” w Gorzowie, który miesiąc później umiera i jest to szczególna okazja manifestacji obecności tego ruchu. Na pogrzebie jest reprezentacja z całej Polski. Mszy św. w kościele parafialnym przewodniczy ks. prał. J. Jankowski z Gdańska i chociaż nie otrzymaliśmy pozwolenia na kondukt żałobny po Mszy św., procesjonalnie przeszliśmy na gorzowski cmentarz. Były sztandary „Solidarności”, tłum ludzi, był szczególny klimat. Nie próbowano interweniować.
Jedną z pierwszych decyzji, jaką podejmuję jako gorzowski proboszcz, to zgoda na usytuowanie przy budującym się kościele pw. Matki Bożej Królowej Polski prostego, wymownego Białego Krzyża, przy którym w stanie wojenny były składane kwiaty, a który do tej pory stał przy gorzowskiej katedrze. Usytuowanie tego krzyża sprawia, że ten kościół i to miejsce stają się do 1989 r. sercem szczególnej dynamiki związanej z działalnością „Solidarności” w Gorzowie.

- Czy zauważał Ksiądz owocowanie przesłanie Ojca Świętego w postawach indywidualnych i społecznych?

- W tej pierwszej fazie, do stanu wojennego, dla mnie było oczywistością, jak dalece głos Ojca Świętego jest naszym głosem, który nas niesie, dyscyplinuje, otwiera na siebie. I ten fenomen najgłębiej i najpiękniej rozumianej idei solidarności, wyrażającej się w różnych przejawach rzeczywistej solidarności międzyludzkiej, był tak oczywisty i tak jednoznaczny, że trudno mówić o szczegółach; bo to była rzeka, strumień, który nas porwał, który nas niósł. Ale przychodzi moment stanu wojennego i zauważam (a siódmy już rok byłem w Głogowie i wydawało mi się, że więzi międzyludzkie są tak trwałe i piękne), że prawda o ludzkiej solidarności i wzajemnym zaufaniu nie zdaje egzaminu, że nie zdążyliśmy jeszcze okrzepnąć, że poszerza się wraz z upływem czasu margines niepewności i podziałów. To jest największa tragedia, największe zniszczenie i największe zło, które dokonało się poprzez stan wojenny - zahamowanie tego naturalnego procesu uczenia się i życia prawdą chrześcijańskiej solidarności, porozrywane więzy międzyludzkie, wprowadzenie elementu nieufności, lęku, w tym niepewności i dystansu między ludźmi. Dopiero po 1989 r. możliwe było odbudowywanie tego przez nowe inicjatywy, choć trzeba pamiętać, że wtedy rozpoczyna się zupełnie nowy wymiar życia społeczno-politycznego w wolnej już ojczyźnie, gdzie hasło „nie ma wolności bez Solidarności” musi być zastąpione zawołaniem Jana Pawła II: „Nie ma solidarności bez miłości”.

- Dziękuję za rozmowę.

Francja: prawie 200 tysięcy pszczół z dachu katdery Notre-Dame przeżyło pożar

2019-04-23 09:35

kg (KAI/B-I) / Paryż

Około 180 tys. pszczół z uli umieszczonych na dachu katedry Notre-Dame przeżyło niedawny wielki pożar tej świątyni. Oznajmił o tym 19 kwietnia pszczelarz świątyni Nicolas Géant w rozmowie z amerykańską agencją Associated Press. Wyznał, że doświadczył "wielkiej ulgi", gdy zobaczył zdjęcia satelitarne, na których widać, że żaden z trzech znajdujących się na szczycie katedry uli nie ucierpiał.

marina_foteeva – stock.adobe.com

Według niego we wszystkich tych ulach żyje łącznie prawie 180 tys. pszczół. Jednocześnie Géant przypomniał, że owady te nie mają płuc a wydzielający się w czasie pożaru dwutlenek węgla wywołuje tzw. efekt sedatywny, czyli obniżenia aktywności w połączeniu z sennością. Zaznaczył, że gdy pszczoły poczują ogień, wówczas trutnie zaczynają jeść miód i chronić główną postać w ulu - matkę (królową).

Pszczelarz podkreślił, że występujące w Europie pszczoły w żadnych okolicznościach nie porzucają swych uli.

Wielki pożar, który ogarnął paryską katedrę, wybuchł 15 kwietnia wieczorem i został ugaszony nazajutrz nad ranem. Rozpoczął się na rusztowaniach, wznoszących się nad dachem świątyni, po czym przeniósł się do jej środka, powodując m.in. zawalenie się iglicy i dachu oraz inne ogromne straty we wnętrzu. Prezydent Francji Emmanuel Macron oświadczył już, że wciągu najbliższych 5 lat katedra powinna zostać odbudowana.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Sejm przyjął ustawę maturalną!

2019-04-25 18:34

wpolityce.pl

Sejm przyjął rządowy projekt nowelizacji ustawy o systemie oświaty i ustawy Prawo oświatowe. Projekt poparło 235 posłów, przeciw było 168. Zmiany mają pozwolić na spokojne przeprowadzenie matur.

Kancelaria Sejmu/Rafał Zambrzycki
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem