Reklama

Kultura

Słoneczna Ania

[ TEMATY ]

wywiad

rozmowa

Anna Jantar

E. Smoliński

LIDIA DUDKIEWICZ: - Na czym polega tajemnica żywej obecności Anny Jantar wśród nas, mimo że mija już czterdzieści lat od jej niespodziewanej śmierci?

KS. PROF. ANDRZEJ WITKO: - Kiedy w jednym z ostatnich wywiadów zapytano Annę, co sądzi na temat własnej urody, odpowiedziała, że nie uroda zdobi człowieka, lecz jego serce, i że sama pragnie, aby zdobiło ją przede wszystkim jej serce, stojące otworem dla wszystkich ludzi. Tym właśnie sercem kierowała się w swoim krótkim życiu. Z tego serca wypływała jej wielka miłość do Boga i do ludzi, zarówno do najbliższych, jak i do wielomilionowych rzesz słuchaczy. To serce wciąż bije w jej niezapomnianych piosenkach, dając niezwykle wzruszające świadectwo nieprzemijających wartości. Szczerość, bezpośredniość i zniewalająca dobroć Anny, której mogli doświadczyć jej bliscy i znajomi, wciąż emanują z jej utworów; i z pewnością dlatego nieznosząca fałszu, a ceniąca tak prawdziwy jej obraz publiczność wciąż nie zapomina o słonecznej Ani. Wręcz przeciwnie - odkrywają ją coraz to młodsze pokolenia miłośników piosenki, wciąż powstają jej fankluby, nadal wznawiane są jej płyty. Jej przedwczesna i dramatyczna śmierć przyczyniła się do utrwalenia „bursztynowej legendy”, w której postać Ani jawi się niezwykle wyidealizowana, wręcz anielska. Tymczasem była ona zwyczajnym człowiekiem, cieszącym się życiem, mającym swoje tęsknoty i nadzieje, zwycięstwa i porażki. Rzadko jednak zdarza się, że w jednej osobie koncentruje się tyle pięknych cech, świadcząc tym samym o bogactwie jej człowieczeństwa. Dlatego choć Ani nie ma wśród nas już od trzydziestu lat, jednak pozostaje z nami nadal, młoda i piękna, przyjacielska i serdeczna, ciepła i pełna dobroci...

- A skąd u Księdza Profesora wzięła się fascynacja osobą Anny Jantar, czego owocem jest wydanie niezwykłej książki - pośmiertnego wywiadu z tą wyjątkową kobietą?

- U progu owej duchowej przyjaźni z pewnością leżały te walory, o których wspominam - dobrość, serdeczność, ciepło, które emanowały z jej piosenek, o czym mogłem się przekonać także osobiście, choćby podczas niezapomnianego koncertu na krakowskim Rynku w 1977 r. Znajomość ta, która z czasem przerodziła się w silną duchową więź z rodziną Ani, sprawiła, że staliśmy się sobie nawzajem bardzo bliscy. I także z potrzeby serca powstała przywołana książka pt. „Anna Jantar”, która w pierwszej kolejności miała być prezentem dla jej najbliższej rodziny, dla mamy - Haliny, męża - Jarosława i przede wszystkim dla córki - Natalii i jej dzieci, by utrwalić tak czarujący i ulotny rys życia, dramatycznie przerwanego przed trzydziestu laty.

- Zapewne poznał Ksiądz wszystkie dostępne ślady, które pozostały po Annie Jantar, dotarł do jej rodziny i przyjaciół. Jakim człowiekiem jawi się z tych opowieści ta piękna, młoda kobieta, uwielbiana przez estradową publiczność lat siedemdziesiątych, która nagle odeszła u szczytu wokalnej kariery, w momencie gdy osiągała artystyczną dojrzałość i miała rozpoczynać nowy rozdział swojej wokalnej kariery?

- Z jednej strony postać Ani jawi się jako pełna dobroci, delikatności, taktu i skromności. To rzadkie cechy u człowieka ze świata show-biznesu. Umiała także wczuć się w potrzeby drugiego człowieka, potrafiła słuchać. Ale z drugiej strony - kochała życie i chciała się nim cieszyć. Lubiła markowe perfumy, piękne kreacje i dobrą kuchnię. Nade wszystko jednak kochała ludzi i chciała przez swoją pracę, niezwykle poważnie pojmowaną działalność artystyczną, przynieść im nieco radości i pokoju. I choć wielokrotnie zarzucano jej, że nie sięga po ambitniejszy repertuar, czyniła to celowo, chcąc jak najpełniej sprostać oczekiwaniom słuchaczy. Mówiła o tym kiedyś w następujących słowach: „Mogłabym śpiewać i takie utwory, których linia melodyczna byłaby trudna do zapamiętania, a jeszcze trudniejsza do powtórzenia przez przeciętnego słuchacza. Ale jaki sens miałaby wtedy moja działalność piosenkarska? Jestem przekonana, że w takim przypadku straciłabym wielu ze swoich sympatyków, kto wie, czy nie wszystkich... Śpiewam przecież nie dla siebie, ale dla tych rzesz publiczności, które przychodzą na moje koncerty, kupują moje płyty i są wdzięcznymi odbiorcami moich piosenek na antenie radiowej”.

- Z Księdza książki dowiadujemy się, że Anna Jantar kochała poezję, szczególnie Leśmiana, Pawlikowską-Jasnorzewską, ale także Herberta, Baczyńskiego, a miłość do wierszy zaszczepił w niej starszy brat Roman Szmeterling, który jest wybitnym polonistą. Okazuje się, że był on autorem kilku poetyckich tekstów, które śpiewała Anna Jantar, a ukrywał się pod artystycznym pseudonimem Roman Surmacewicz.

- To oczywiste świadectwo jej naturalnej wrażliwości i delikatności. Właściwie zawsze nosiła ze sobą i czytała tomiki poezji. Ten świat słowa przyciągnął ją na nowo z mocą, gdy zaczęła dojrzewać w swej twórczości i gdy zwróciła baczniejszą uwagę na teksty swych piosenek, chcąc, by niosły konkretne przesłanie. Wtedy też powstały, pomimo aktywnej cenzury, tak znakomite utwory, jak pełna dramatyzmu modlitwa „Tylko mnie poproś do tańca”, ostatni wielki przebój „Nic nie może wiecznie trwać” czy ostatni nagrany utwór „Spocząć”.

- Podobno ojciec Anny Jantar był aktorem amatorem, a ona najpierw uczyła się gry na fortepianie, a potem myślała o szkole aktorskiej. Jednak wybrała mikrofon, bo „urodziła się po to, aby śpiewać”, i „miała słuch absolutny”.

- Rzeczywiście, Ania zdała nawet egzamin do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie, ale nie została przyjęta, bo zabrakło jej punktów za pochodzenie robotniczo-chłopskie. Wówczas zaczęła śpiewać. I to właśnie muzyka stała się jej pasją, w realizacji której z pewnością pomagały jej umiejętności aktorskie. Zresztą wystąpiła w kilku produkcjach filmowych, m.in. „Milion za Laurę” czy „Prawdziwy urok filmu dźwiękowego”.

- Anna Jantar była osobą religijną. Z pewnością Ksiądz poznał również te ślady jej życia...

- To niezwykle subtelny rys, nieznany nawet bliskim znajomym, którzy pamiętają jedynie krzyżyk zawieszony na złotym łańcuszku. Religijność Ania wyniosła z domu rodzinnego, co jeszcze zostało wzmocnione przez bardzo pobożną rodzinę Kukulskich. Teść Ani był nawet klerykiem, ale wskutek drugiej wojny światowej musiał przerwać formację teologiczną. Anna potrafiła dać wymowne świadectwo swej wiary, gdy lekarz nakłaniał ją do usunięcia ciąży, która zagrażała jej życiu. Nie godziła się także na robienie kariery przez rezygnację z zasad moralnych, przez co nawet raz nie dopuszczono jej do udziału w festiwalu opolskim, a później nigdy nie zdobyła na nim żadnej nagrody. Oprócz spełniania normalnych obowiązków religijnych potrafiła znaleźć czas na to, by spotkać się z kapłanami i porozmawiać z nimi na tematy religijne. W jej agendzie znalazłem terminy takich kontaktów przynajmniej raz na kwartał. Wzruszający i pełen głębokiej wymowy jest także fakt potwierdzony przez lekarza medycyny sądowej, że w chwili przejścia do wieczności, w momencie tragicznej katastrofy lotniczej, trzymała zaciśnięty w swej dłoni mały różaniec, który zawsze nosiła ze sobą.

- Wiemy, że Natalia, największa miłość Anny Jantar, dyskretnie pielęgnuje pamięć o swojej mamie. Dostępna jest specjalna strona internetowa, została nagrana płyta poświęcona mamie, odbyło się kilka koncertów jej piosenek...

- Natalia robi to w sposób niezwykle zaangażowany, ale i pełen wyczucia. Wielokrotnie doświadczyła ludzkiej zawiści, zarzucającej jej, że buduje swą karierę na twórczości matki. Dlatego jako córka, zabiegając o utrwalenie jej obrazu, podejmuje różne inicjatywy. Doprowadziła m.in. do ożywienia zainteresowania mediów Anią w związku z rocznicą jej śmierci, ale czyni to bardzo taktownie i delikatnie. A wielu młodych fanów, słuchając na jej koncertach utworów „Tyle słońca w całym mieście” czy „Nic nie może wiecznie trwać”, na nowo odkrywa nieznaną do tej pory postać polskiej sceny muzycznej sprzed lat.

- Czego uczy nas Anna Jantar przez swoje piękne życie?

- Ania przypomina nam o kruchości ludzkiego życia, dlatego wzywa nas, abyśmy umieli wykorzystać dany nam czas, abyśmy byli piewcami dobra, piękna i miłości i byśmy umieli się dzielić tym z innymi. Wreszcie pokazuje też, że nawet śmierć nie jest w stanie rozdzielić tych, którzy żyją nadzieją na rychłe spotkanie w domu Ojca.

Tylko mnie poproś do tańca *

W. Żukowska, B. Olewicz

Ty co garść marzeń mych za nic masz
Za nic masz
Tak krótko trwa życie moje
Ty co dni w rok nie zliczasz czy wiesz
Czy Ty wiesz
Co to jest strach u schyłku dnia
Ty nie chodzisz spać
A ja się boję
Coraz bliżej kroki słyszę
Jedną chwilkę jeszcze tylko...

Reklama

Tylko mnie poproś do tańca
Ja na nic więcej nie liczę
Od krańca świata do krańca
Od piekła do nieba bram
Tylko mnie poproś do tańca
Jakbyś mnie kochał nad życie
Ja Ci z nadziei Różańca odpust dam
Tylko mnie poproś do tańca
Dopóki młoda godzina
Pożółknie zegara tarcza
Zanim wybije mój czas
Tylko mnie poproś do tańca
W którym się życie zatrzyma
Ta płyta chociaż już zdarta
Jeszcze gra

Ty co sny nam układasz do gry
Myśli me znasz
I za nic masz szanse moje
Ty co gwiazdy rozwieszasz Ty wiesz
Dobrze wiesz
Wszystko ma kres
Czy boisz się
Raz wysłuchaj mnie
Nie myśl o sobie

Tylko mnie poproś do tańca...

* Tę piosenkę-modlitwę, zainspirowaną biblijną Księgą Przysłów, Anna Jantar często śpiewała na estradzie.

2016-03-15 10:48

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

40 lat od katastrofy samolotu w której zginęła m.in. Anna Jantar

2020-03-14 11:01

[ TEMATY ]

Anna Jantar

E. Smoliński

40 lat temu, 14 marca 1980 r., podczas lądowania na warszawskim Okęciu doszło do katastrofy samolotu Ił-62 „Mikołaj Kopernik”. Zginęło 77 pasażerów, m.in. piosenkarka Anna Jantar, i dziesięciu członków załogi. Wiele okoliczności tragedii wyjaśniono dopiero dekadę temu.

Od połowy lat pięćdziesiątych w wielu krajach po obu stronach żelaznej kurtyny trwały prace nad rozwojem samolotów odrzutowych dalekiego zasięgu. Jedną z pierwszych konstrukcji tego typu był Iljuszyn Ił-62. Przeznaczony dla maksymalnie 195 pasażerów odrzutowiec został wprowadzony do służby w sowieckich liniach Aerofłot w 1967 r. Wykorzystywano go do lotów transkontynentalnych oraz krajowych na najdalszych trasach, m.in. z Moskwy do Chabarowska i Władywostoku. W kolejnych latach wprowadzono zmodernizowaną wersję „M” z cichszymi silnikami. Iły i podobne do nich brytyjskie Vickersy VC10 (struktury były na tyle zbliżone, że podejrzewano Sowietów o kradzież technologii) charakteryzowały się wyjątkową konstrukcją. Obie maszyny posiadały aż cztery silniki na ogonie. W przypadku dużej awarii, np. pożaru jednego z silników, wszystkie pozostałe były narażone na zniszczenie.

W ciągu czterdziestu lat użytkowania w wielu liniach lotniczych świata konstrukcja samolotów Ił-62 ujawniła wiele innych wad, które doprowadziły do kilku wypadków. W latach 1972–1977 doszło do czterech poważnych. Najtragiczniejszy wydarzył się w Königs Wusterhausen w NRD. Jego przyczyną była seria usterek technicznych, które wywołały pożar w tylnej części maszyny. Zginęło 148 pasażerów i ośmiu członków załogi. Była to największa katastrofa w dziejach niemieckiego lotnictwa pasażerskiego. Pozostałe w tamtym okresie były spowodowane najprawdopodobniej błędami pilotów lub fatalnymi warunkami atmosferycznymi.

W 1973 r. pierwszy samolot, ochrzczony jako „Mikołaj Kopernik”, wyruszył w trasy w barwach PLL „LOT”. Ostatecznie we flocie znalazło się szesnaście Iłów-62. Ich kupno umożliwiło PRL otwarcie prestiżowych i dochodowych rejsów do USA. Do tej pory samoloty polskiego przewoźnika mogły docierać jedynie do stolic zachodniej Europy, bloku komunistycznego i na Bliski Wschód. Pierwsza transatlantycka podróż do Montrealu odbyła się w maju 1972 r., a w kwietniu następnego roku do Nowego Jorku.

13 marca 1980 r. „Mikołaj Kopernik” wystartował z nowojorskiego lotniska im. Johna F. Kennedy’ego o godz. 21:18. Rejs był opóźniony o prawie dwie i pół godziny. Nad Nowym Jorkiem przechodziła śnieżyca zmuszająca obsługę lotniska do oczyszczenia pasa startowego i maszyny. Na pokładzie znajdowała się piosenkarka Anna Jantar, która powracała z trwającej od końca grudnia trasy koncertowej dla Polonii w największych skupiskach polskiej diaspory, m.in. Chicago, Nowym Jorku i New Jersey. Na pokładzie znajdowało się również 22 reprezentantów USA w boksie amatorskim. „Kopernikiem” wracało też do Warszawy sześciu studentów warszawskich uczelni, delegatów na kongres Międzynarodowego Stowarzyszenia Studentów Nauk Ekonomicznych i Handlowych.

Kapitanem samolotu był Paweł Lipowczan, pilot od piętnastu lat pracujący w PLL „LOT”. Był bardzo doświadczony, miał wylatanych 8770 godzin, połowę na samolotach typu Ił-62. Także reszta załogi miała duże doświadczenie. Najstarszy z nich, radiotelegrafista Stefan Wąsiewicz, pracował w firmie od niemal trzydziestu lat.

Po dziewięciu godzinach podróży, ok. godz. 11 czasu warszawskiego, samolot rozpoczął procedurę lądowania. Pogoda nad Warszawą była doskonała, temperatura wynosiła nieco poniżej zera, świeciło słońce. Na 70 sekund przed zaplanowanym lądowaniem załoga zameldowała wieży kontrolnej, że nie świeci się wskaźnik wysunięcia podwozia. Problem ten był stosunkowo częsty w sowieckich samolotach pasażerskich – powodem usterek było przepalenie żaróweczki lub bezpiecznika. W tej sytuacji stosowano standardową procedurę bezpieczeństwa: załoga kierowała maszynę na drugi krąg, a obsługa lotniska obserwowała przez lornetkę, czy podwozie się wysunęło. W momencie zwiększenia mocy „Kopernika” w celu odejścia na drugi krąg doszło do awarii silnika o numerze „2”, położonego po lewej stronie, najbliżej kadłuba. Rozerwany został wał turbiny niskiego ciśnienia, a turbina w strudze gazów rozpędziła się aż do 130 proc. swojej maksymalnej prędkości. Odłamki uderzyły w sąsiedni silnik i przebiły kadłub w końcowej części ogona, niszcząc przy tym układy sterowania, zasilanie czarnej skrzynki (brakuje zapisu ostatnich 26 sekund lotu) i silnik numer „3”.

Biorąc pod uwagę bardzo niewielką odległość od lotniska, wciąż możliwe było awaryjne lądowanie na jednym z trzech silników. Niestety samolot był już całkowicie niesterowny. Eksplodujący silnik całkowicie zniszczył system sterowania, a ster wysokości wychylił się w dół. Maszyna spadała z prędkością ok. 350 km/h dziobem w dół; działały tylko lotki skrzydeł. Widzieli ją świadkowie znajdujący się przy Dolinie Służewieckiej. W ostatnich sekundach pilot zdołał ominąć budynek zakładu poprawczego. Następnie samolot ściął drzewo i uderzył w pokrytą lodem fosę Fortu VI Twierdzy Warszawa. Przełamał się na kilka części, fragment zatonął w kilkunastometrowej fosie. Skrzydło znalazło się sto metrów od reszty wraku. Ciała ofiar zostały rozrzucone w promieniu kilkudziesięciu metrów. Wrak nie eksplodował, ponieważ w zbiornikach znajdowało się niewiele paliwa.

Relacje prasowe publikowane w pierwszych dniach po katastrofie ograniczały się do oficjalnych komunikatów władz i depesz PAP. Redakcje na podstawie instrukcji cenzury informowały dziennikarzy, że ich materiały, nawet relacje świadków tragedii, nie będą publikowane. W „Dzienniku Polskim” z 15 marca opublikowano jedynie depeszę PAP, listę ofiar i zdjęcie wraku. W poniedziałek 17 marca sprawa wypadku zajęła zaledwie 1/4 pierwszej strony i około 1/8 drugiej. Połowę przeznaczono na relację z dorocznego spotkania przewodniczącego Rady Państwa Henryka Jabłońskiego z sędziami Sądu Najwyższego. Wiele miejsca poświęcono również „kampanii wyborczej” przed wyznaczonym na 23 marca głosowaniem na nominatów do Sejmu PRL i Wojewódzkich Rad Narodowych. Poza depeszami władz PRL opublikowano także kondolencje prymasa Stefana Wyszyńskiego. Po kilku dniach dramat „Kopernika” całkowicie zniknął z mediów. W przestrzeni publicznej pojawiały się jednak coraz bardziej nieprawdopodobne plotki. Według jednej z nich katastrofę zaaranżowali arabscy szejkowie, którzy wcześniej mieliby porwać Annę Jantar.

Powołana przez Ministerstwo Komunikacji komisja ds. zbadania wypadku rozpoczęła pracę po zebraniu szczątków samolotu. Do ich wydobycia z dna fosy użyto m.in. potężnych pomp górniczych sprowadzonych z kopalni „Bogdanka”. Podczas prac ekspertów kluczowym problemem okazał się niepełny zapis z czarnych skrzynek. Niemożliwe stało się więc wyjaśnienie ostatnich 26 sekund lotu. Wiele informacji udało się jednak uzyskać dzięki analizie stanu silników. Turbina silnika numer „2” była zupełnie zniszczona, ostatnia tarcza została znaleziona dwa kilometry od miejsca upadku maszyny. Udało się ustalić, że powodem jej zniszczenia były siła odśrodkowa i nadmierne obroty spowodowane pęknięciem wału silnika. Położenie przełączników w kabinie wskazywało, że załoga do końca próbowała wyrównać lot.

Przyczynę nieszczęśliwego biegu wydarzeń, które doprowadziły do katastrofy, określono dzięki badaniom wału korbowego z silnika numer „2”. Rzucały one fatalne światło na sowiecki przemysł lotniczy. Wał był bardziej chropowaty, niż przewidywały przyjęte normy. Wykryto na nim rysy, które według ustaleń komisji były efektem zmęczenia materiału. „W końcowej fazie lotu, podczas podejścia samolotu do lądowania, nastąpiło zniszczenie turbiny lewego, wewnętrznego silnika na skutek niekorzystnego i przypadkowego zbiegu okoliczności i ukrytych wad materiałowo-technologicznych, które doprowadziły do przedwczesnego zmęczenia wału silnika. Częściami zniszczonej turbiny zostały uszkodzone dwa inne silniki i układy sterowania samolotem: ster wysokości i kierunku. Dysponując jedynym sprawnym silnikiem oraz możliwością sterowania tylko poprzez wychylanie lotek, załoga zdołała jeszcze, co potwierdzają analizy i świadkowie, ukierunkować tor samolotu tak, że zderzenie samolotu z ziemią nastąpiło w miejscu niezabudowanym” – stwierdzała komisja.

W raporcie podkreślono również profesjonalizm załogi i jej doskonałe przygotowanie do służby. W zaleceniach dla producenta doradzano zdublowanie układu sterowania oraz innych instalacji istotnych dla bezpieczeństwa lotu. Istnienie dwóch równoległych układów sterowania było wówczas powszechne w nowoczesnych samolotach międzykontynentalnych, takich jak Boeing 747 czy Airbus A300. Brak takiego rozwiązania w przypadku awarii skazywał załogę i pasażerów na niemal pewną śmierć.

Komisja przesłała raport do zakładów produkujących Iły. Strona sowiecka odrzuciła ustalenia. Orzekła m.in., iż rozpadnięcie się wału silnika nastąpiło na skutek uderzenia w ziemię i nie było przyczyną katastrofy. Po publikacji raportu do Warszawy przybyli inżynierowie zakładów Iljuszyna, którzy po badaniach silników pozostałych maszyn nie stwierdzili jakichkolwiek usterek. Stopniowo jednak rozpoczęto wymianę pierwszej wersji Iłów-62 na Iły-62M.

Kolejna katastrofa lotowskiego samolotu, „Tadeusz Kościuszko”, 9 maja 1987 r. również była spowodowana pęknięciem wału silnika. Wówczas, w epoce pierestrojki, Sowieci zaakceptowali wnioski polskiej komisji. Najtragiczniejsze zdarzenie (zginęły 183 osoby) w dziejach polskiego lotnictwa było impulsem do rozpoczęcia wycofywania Iłów. Pod koniec lat osiemdziesiątych podjęto przełomową decyzję o zakupie Boeingów 767. Ostatni samolot Ił-62 wycofano do końca 1991 r. Rok wcześniej, w trakcie lotu z Warszawy do Toronto, doszło do kolejnej usterki silnika. Maszyna doleciała do Kanady i wróciła do Polski na trzech silnikach. Powodem incydentu była awaria wału silnika.

Rzeczywiste przyczyny katastrofy z 1980 r. były niemożliwe do opublikowania w ówczesnych warunkach politycznych. W roku 2010 w zbiorach archiwalnych Instytutu Pamięci Narodowej odnaleziono dokumenty śledztwa prowadzonego przez Wydział VI w Departamencie II MSW (kontrwywiadzie). Jego ustalenia wskazują na wspólną winę producenta samolotu i PLL „LOT”.

Silniki Iłów posiadały gwarancję na 5 tys. godzin pracy, po których miały przejść remont w Samarze. Od połowy lat siedemdziesiątych wszystkie silniki wykazywały szybkie zużywanie, po blisko połowie przewidzianego czasu eksploatacji. Niektóre, m.in. ten, który uległ awarii w „Koperniku”, wykazywały ogromne zużycie, już po 1/3 planowanego okresu eksploatacji. W drugiej połowie lat siedemdziesiątych, w obliczu coraz większej zapaści gospodarczej, kierownictwo LOT-u na polecenie władz PRL nakazało stosowanie wszelkich możliwych oszczędności. Zakazano m.in. tankowania paliwa na zachodnich lotniskach. W tej sytuacji Iły latały z pełnymi zbiornikami i przeciążały wadliwe i wysłużone silniki. Sztucznie wydłużano ich resursy, aż do 8,6 tys. godzin. W praktyce prowadziło to do instalowania w jednej maszynie trzech sprawnych silników i jednego zużytego. W warsztatach na Okęciu dochodziło też do prowizorycznych, nielegalnych napraw. Po katastrofie doszło do protestów załóg, które zdając sobie sprawę z fatalnego stanu floty, zagroziły odejściem z pracy. Śledztwo wówczas zakończyło się niczym. Odpowiedzialnym za stan techniczny samolotów nie postawiono jakichkolwiek zarzutów ani nie odsunięto ich od pracy.

Więcej do przeczytania – w serwisie historycznym Dzieje.pl

Michał Szukała (PAP)

CZYTAJ DALEJ

Ostre: interwencja policji w sprawie zbyt dużej liczby wiernych na Mszy św.

2020-04-03 12:26

[ TEMATY ]

Kościół

policja

wikimedia.org

W związku ze zbyt dużą liczbą wiernych, którzy uczestniczyli we Mszy św. w kościele parafialnym pw. Matki Bożej Różańcowej w Ostrem na Żywiecczyźnie interweniowała policja. Do zdarzenia doszło 2 kwietnia podczas wieczornej liturgii – potwierdziła rzecznik żywieckiej policji asp. szt. Mirosława Piątek.

Z relacji oficera prasowego Komendy Powiatowej Policji w Żywcu wynika, że policjanci przybyli do kościoła w wyniku anonimowego zgłoszenia o tym, że w świątyni zgromadziło się zbyt dużo wiernych – 16 osób i ksiądz. Ponieważ w liturgii, zgodnie z obowiązującymi w czasie epidemii przepisami, może przebywać maksymalnie pięć osób, część uczestników modlitwy musiała opuścić świątynię. Wierni zostali poproszeni przez kościelnego o zastosowanie się do zaleceń, po czym Msza św. została dokończona.

O sprawie ma zostać poinformowany Sanepid. Może on wszcząć postępowanie administracyjne.

CZYTAJ DALEJ

Prośba Diecezjalnej Grupy Modlitewnej św. Ojca Pio

2020-04-07 22:10

[ TEMATY ]

Diecezjalna Grupa Modlitewna św. Ojca Pio

Diecezjalna Grupa Modlitewna św. Ojca Pio w Zielonej Górze

Diecezjalna Grupa Modlitewna św. Ojca Pio w Zielonej Górze prosi o pomoc. Aby transmitować "na żywo" poprzez kanał YouTube wszystkie modlitewne wydarzenia potrzebuje 1000 subskrypcji.

Grupę można wspomóc klikając w link m.youtube.com/watch?v=RUSFVgl8xvc

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję