Reklama

Opowieści (32)

Ks. Henryk Krukowski
Edycja zamojsko-lubaczowska 44/2001

Szary i smutny cmentarz o|yB przed uroczysto[ci Wszystkich Zwitych. Z ró|nych stron [cigali ludzie z wiankami uwitymi ze [ wierkowych gaBzi, ozdobionymi kolorowymi kwiatami z bibuBki. Tu i ówdzie niesiono wazoniki z chryzantemami z wBasnego ogródka albo kupione w mie[cie. Starsi ludzie stawiali na grobach [wieczki lub lampki wBasnej roboty, mBodzi szczególnie mieszkajcy w miastach przynosili maBe kolorowe lampki kupowane w sklepach. Piknie to wszystko wygldaBo, gdy przechodziBa procesja. Ludzie przy grobach klczeli, a kapBan kropiB wod [wicon przy [piewie BaciDskich pie[ni tak przejmujcych, |e Bzy same cisnBy si do oczu. Z dala dobiegaBy sBowa modlitwy w wykonaniu siedzcych pod bram dziadów, która zlewaBa si z pie[ni [piewan podczas procesji. W pewnym momencie [piew jakby ucichB, a ludzie zaczli si rozglda i pokazywa palcami w kierunku mogiBy znajdujcej si na skrzy|owaniu alejek. Przy tym grobie staBa mBoda, mo|e 25-letnia kobieta ubrana na czarno, która bardzo pBakaBa. Kto[ powiedziaB: "To Marysia! - Marysia? Tak, Marysia z naszej wioski, ta sierota, która zaginBa". Wtedy wszyscy zrozumieli, o kim mowa. PBaczca kobieta byBa córk Hieronima i Weroniki, mBodych mieszkaDców Dbic. Mieszkali oni w [rodku wioski na wzgórzu, posiadali wBasny dom, niewielkie gospodarstwo i z pracy wBasnych rk próbowali wy|y. Weronika byBa bardzo pracowita, a przy tym zawsze u[miechni ta i chtna do pomocy ssiadom, za co j wszyscy lubili. UrodziBa si im córka Marysia, z czego cieszyli si jak maBe dzieci, na chrzciny zaprosili prawie caB wiosk. Dziecko rosBo szybko, a pracy przybywaBo. Oboje rodzice ci|ko pracowali dla siebie i dla paDstwa, które | daBo coraz wicej [wiadczeD tzw. kontyngentów ze zbo|a, misa i mleka. W poBowie lipca Weronika poczuBa si zle, zawoBano star Dobrzykow z ró|nymi zioBami, ale ona nic nie mogBa poradzi. PowiedziaBa tylko: " Tu trzeba doktora". Bo|e drogi, doktora! To ju| sprawa powa|na. A je[li doktor zabierze do szpitala, to na pewno przyjdzie jej umrze, bo szpitale s po to, aby ludzie w nich umierali - my[lano. Stan zdrowia Weroniki gwaBtownie si pogorszyB, lekarz tylko krciB gBow i powiedziaB: "Wszystko w rku Boga, a chorej lepiej teraz nie rusza z miejsca, poniewa| jest to rozlegBy zawaB". Chora byBa nieprzytomna, ale na chwil przed [mierci odzyskaBa przytomno[, zd|yBa si jeszcze wyspowiada i przyj sakrament namaszczenia. Potem kazaBa przynie[ Marysi, przytuliBa j do serca i tak umarBa. Wszyscy obecni w mieszkaniu pBakali na gBos, pBakaB Hieronim, pBakaBa te| Marysia, chocia| nie byBa [wiadoma tego, co si staBo. W |aden sposób nie mo|na wytBumaczy kilkuletniemu dziecku, |e mama umarBa. Ono tego nie rozumie, dlatego Marysia cigle chciaBa do mamy. DziwiBa si, |e mama tak dBugo [pi i si nie odzywa. Zrobiono z dbowych desek solidn trumn, przyozdobiono ró|nymi koronkami i wBo|ono ciaBo Weroniki. Wieko trumny le|aBo obok na Bawie. Marysia zaczBa znowu gBo[no pBaka. DBugo nie byBa na rkach matczynych, a tego wBa[nie jej najbardziej brakowaBo. Nie pomogBy pro[by ani tBumaczenia, dziecko uparBo si, |e chce le|e razem z mam. Gdy kto[ wziB j na rce i przytuliB do zmarBej, dziewczynka jeszcze gBo[niej pBakaBa i krzyczaBa: "Dlaczego mama taka zimna? Co zrobili[cie mamie?". TBumaczono dziecku, |e mama wybiera si w bardzo dBug podró| a| do samego nieba, |e tam musi odpocz, bo jest bardzo zmczona, ale kiedy[ znowu j zobaczy. To jakby j na chwil uspokoiBo, ale potem powiedziaBa, |e chce spa razem z mam . PoBo|ono wic poduszeczk i koc w wieku trumny i tam obok matki zasnBa maBa Marysia. Nazajutrz zebraBo si bardzo du|o ludzi, trumn zabito gwozdziami, wBo|ono na wóz zaprzgnity w par koni i zawieziono do ko[cioBa, a po nabo|eDstwie na cmentarz. Marysia zachowywaBa si nadzwyczaj spokojnie, jakby to wszystko jej nie dotyczyBo. Na cmentarzu jeszcze na chwil trumn otwarto, jeszcze ostatnie po|egnanie m| a i córki, która tuliBa si do matki, ale w dalszym cigu byBa spokojna. Potem na sznurach wpuszczono trumn do grobu i grabarz zaczB mog

Przez kilka tygodni płakała i bardzo tęskniła za matką. Potem jakby się wyciszyła i zdawało się, że wszystko wraca do normy. Hieronim przyszedł z pola, przyrządził jakiś posiłek i wołał Marysię na obiad, lecz ona nie odpowiadała. Zaniepokojony przeszukał całe obejście, ale jej nie znalazł. Szukał u sąsiadów, tam jej też nie było. Co mogło się stać? Miał jakieś złe przeczucie, poszedł na łąki, aby szukać w kanałach. Może się utopiła? Dzieci siedzące nad kanałem mówiły, że poszła w kierunku miasteczka. Teraz zrozumiał, że ona udała się do matki. Poszedł więc na cmentarz, prosto na grób żony i nie pomylił się. Była tam Marysia. Własnymi rączkami rozgrzebywała ziemię z usypanej mogiły. Robiła to z takim zaangażowaniem, że nie posłyszała kroków ojca. "Marysiu, co ty robisz? - Tato, ja chcę z tego miejsca zabrać mamusię! Ja chcę do mamusi! Dziecko, to nic nie pomoże, tutaj znajduje się tylko jej zimne ciało, a ona taka bardzo piękna jest w niebie. Tam jest tak dobrze i ona czeka na nas. Teraz trzeba wracać, być dobrym, to dobry Bóg zabierze nas do mamusi i tam będziemy razem". Mijały lata, a Marysia chodziła smutna. Skończyła szkołę i gdzieś wyjechała. Ludzie mówili, że umarła z miłości do matki, bo nikt o niej więcej nie słyszał. Dopiero po latach pojawiła się na grobie matki jako dorosła kobieta. Zastanawiano się, dlaczego tak długo się nie pokazywała. Ona miała jednak ważny powód. Po nabożeństwie spotkała się z mieszkańcami wioski, ze swoimi kolegami, którzy byli ciekawi, co się z nią działo. Wtedy opowiedziała im historię swego życia. Kiedy kilka lat temu z miasta wybrała się na cmentarz, wysiadając z autobusu, została potrącona przez pijanego motocyklistę. Potem przyszło długie leczenie, rehabilitacja i inwalidzki wózek. Była załamana i chciała się targnąć na swoje życie, ale we śnie przychodziła do niej matka i mówiła, że musi jeszcze trochę cierpieć, dużo się modlić, a gdy będzie miała 25 lat, tyle ile ona przeżyła, odzyska władzę w nogach i będzie zdrowa. To właśnie stało się przed kilkoma tygodniami w 25. rocznicę śmierci matki.

Reklama

Papieski Robin Hood

2019-09-11 09:02

Damian Krawczykowski

Krzysztof Tadej/Niedziela

Wiele lat temu we Włoszech usłyszałem te słowa od różnych osób. Wszyscy byli zachwyceni, że «jest taki ksiądz w Watykanie, który kupuje z własnych pieniędzy jedzenie i rozdaje je biednym koczującym przy placu Świętego Piotra»” – tak dziennikarz TVP Krzysztof Tadej opisuje swój pierwszy kontakt z osobą papieskiego jałmużnika kard. Konrada Krajewskiego.

Kardynał ubogich, jak zwykło się o nim mówić, pojawił się w Watykanie w 1998 r. – po etapie pracy jako wikariusz w dwóch polskich parafiach rozpoczął tam studia z liturgii kościelnej. Następnie był on m.in. ceremoniarzem trzech papieży, a ostatni Franciszek mianował go arcybiskupem oraz papieskim jałmużnikiem (czyli osobą, która w imieniu Ojca Świętego pomaga najuboższym), a w 2018 r. – kardynałem.

„Opisując watykańskich hierarchów, można wyliczać ich tytuły, odznaczenia, doktoraty honoris causa. Dla mnie ciekawsze są krótkie zdania polskiej zakonnicy. Jednej z osób pomagających kardynałowi Krajewskiemu. «Rozdajemy posiłki na dworcach kolejowych. Kiedy ci, co przyszli, kończą jeść, trzeba zrobić porządek. I wtedy on, kardynał, tak ważny hierarcha Watykanu, bierze szmatę i wszystko sprząta»” – to słowa wspomnianego Krzysztofa Tadeja ze wstępu do najnowszej książki kard. Krajewskiego – pt. „Zapach Boga”, której premiera jest zaplanowana na 18 września.

Jej treść stanowi zbiór wypowiedzi, kazań, rozważań i homilii coraz bardziej znanego w Polsce i na świecie „papieskiego Robin Hooda” z Łodzi. Zaskakuje on prostotą, nadzwyczajną trafnością swoich słów oraz ewangeliczną bezkompromisowością. Przykładem niech będzie fragment: „Miłosierdzie jest skandalicznie bezwarunkowe. Po prostu jest. I nie można sobie na nie zasłużyć. Po prostu jest. Kiedy ojciec spotkał swojego syna marnotrawnego, to nie stawiał mu żadnych warunków. Najpierw było miłosierdzie. Miłosierdzie wyprzedza sprawiedliwość. My żądamy najpierw sprawiedliwości, a potem się zobaczy. Bóg działa zupełnie inaczej. W Starym Sączu jest strefa ciszy. Poszedłem tam kiedyś do konfesjonału. Przyszedł człowiek wyspowiadać się po czterdziestu latach. Cały czas myślałem, co by zrobił Jezus. Nic by nie powiedział. Nic by nie zrobił. Nie głosił żadnych nauk. No więc nic nie powiedziałem. Spytał: «A pokuta?». «Nie ma pokuty. Idź i nie grzesz więcej» – odpowiedziałem. Takie jest miłosierdzie. Bez kombinowania. Poszedł, ale przyszedł za pięć minut i spytał: «A może jednak...?»”.

Czytelnik w książce „Zapach Boga” praktycznie na każdym kroku napotyka tego typu dające do myślenia słowa, które pobudzają serce do tego, aby znaną z katechizmów teorię miłości zacząć wcielać w życie. „Zobaczcie, co ciekawego dzieje się po Komunii Świętej. Kapłan daje nam Hostię i mówi: «Ciało Chrystusa». My przyjmujemy Go i natychmiast On bierze nasze ciało, by wyjść z Kościoła. To się nazywa mądrze inkarnacją, to znaczy Jezus potrzebuje naszego ciała, by być obecnym w świecie”. Kardynał Krajewski potrafi z wyczuciem i pokorą wypowiadać słowa, które popierane jego autentycznie ewangelicznym zachowaniem motywują coraz większą liczbę pozytywnie nastawionych do niego wiernych.

Jałmużnik papieski znany jest w Polsce także z pieszych pielgrzymek na Jasną Górę, co roku bowiem w imieniu papieża Franciszka wyrusza w kierunku Częstochowy wraz z tysiącami pątników z Łodzi. Jak powiedział w tegorocznym wywiadzie dla „Niedzieli”: „Jeśli ktoś chce zobaczyć, czym jest Kościół, to wystarczy wyruszyć na pielgrzymkę. Ja pielgrzymką oddycham, a tlen jest nam bardzo potrzebny”.

W okresie kryzysu powołań, spadku liczby praktykujących katolików może częściej warto sięgać po takie przykłady, jak osoba papieskiego jałmużnika – kard. Krajewskiego, który nie wywyższając się z racji piastowanych funkcji, udowadnia, że nie jest z nami jeszcze tak źle. Wystarczy, że – wzorując się na Jezusie, umacniając przykładami takimi, jak jałmużnik papieski – wstaniemy i zaczniemy czynić podobnie.

* * *

Kard. Konrad Krajewski, „Zapach Boga”

Wydawnictwo Znak, 2019.
Oprawa miękka, 320 stron, format: 144 x 205 mm.
Premiera książki 18 września br.
Zamówienia można składać pocztą: Redakcja Tygodnika Katolickiego „Niedziela”, ul. 3 Maja 12, 42-200 Częstochowa; telefonicznie: 34 365 19 17, 34 369 43 00, 34 369 43 52; pocztą elektroniczną: kolportaz@niedziela.pl ; www.ksiegarnia.niedziela.pl .

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Patriarcha Bartłomiej u papieża

2019-09-17 17:09

vaticannews.va / Watykan (KAI)

W południe Ojciec Święty spotkał się z ekumenicznym patriarchą Konstantynopola, duchowym zwierzchnikiem Kościołów prawosławnych.

Massimo Finizio / pl.wikipedia.org

Bartłomiej gości w Rzymie w związku z międzynarodowym kongresem na Papieskim Instytucie Wschodnim, którego sam jest absolwentem. Tematem kongresu jest prawo kanoniczne Kościołów wschodnich.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem