Reklama

W słusznej sprawie

O swojej przeszłości mówią coraz mniej i coraz trudniej namówić ich do wspomnień. Większość z nich jest w „wieku poborowym”. Tylko w ciągu ostatniego roku według rejestru Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej zmarło 4,5 tys. żołnierzy AK. A za tą liczbą kryje się człowiek, historia, czasem zapomniany bohater.

Niedziela kielecka 38/2005

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Mały sabotaż

Zygmunt Pietrzak wychowany był w rodzinie patriotycznej na Baranówku w Kielcach. Ojciec Ignacy, wojskowy, służył w II Pułku Artylerii Lekkiej Legionów w Kielcach. Walczył z bolszewikami w 1920 r., potem w 1939 r. wziął udział w ostatniej bitwie obronnej pod Kockiem, w której dowodził generał Kleberg. O tym się często wspominało w domu. W szkole podstawowej należał do harcerstwa. Potem jako 15-latek, już za okupacji, uczęszczał do szkoły zawodowej. Pracował wówczas w niemieckiej fabryce broni. Już wtedy robili mały sabotaż psując z kolegami pociski niemieckie. W wyniku łapanki wraz z kolegą został wywieziony do Rzeszy na roboty przymusowe. Stamtąd wiosną 1943 r. zbiegł razem z kolegą, ale do domu już nie wrócił. Wstąpił do dywersji kieleckiej, gdzie tacy jak on i nieco starsi organizowali liczne akcje przeciw Niemcom. „Byłem młody, marzyłem o partyzantce. Chciałem walczyć. O armii podziemnej już się mówiło, ale wcale nie tak łatwo było się do niej dostać. Partyzanci zachowywali dużą ostrożność”.

Żołnierz

Reklama

W styczniu 1944 r. dostał się do oddziału „Wybranieccy” pod dowództwem Mariana Sołtysiaka ps. „Barabasz”. „Na szczęście nie mogli sprawdzić ile mam lat, a miałem 17. O dokumenty wtedy nie pytano”. Kiedy był mały, lubił przychodzić do koszar do ojca. Tam czasem żołnierze zabierali go na przejażdżki. Wkrótce sam opanował jazdę konno. Nie mógł jeszcze wiedzieć, jak przydatna okaże się ta umiejętność w czasie okupacji. Dostał przydział do zwiadu konnego. Koledzy zazdrościli, bo każdy żołnierz na koniu czuł się trochę jak ułan. Ale w rzeczywistości praca zwiadu była ciężka. O śnie nie było mowy. „Każdej nocy na koniach przeprawialiśmy przez lasy i penetrowaliśmy teren. Sprawdzaliśmy, gdzie są Niemcy, jakie mają posterunki”. Konia, swojego towarzysza, pamięta do dziś. „Buzerant miał trudny charakter, mnie jednak udało się go poskromić” - wspomina.
Na wieść o wybuchu powstania warszawskiego i w ramach akcji „Burza”, poszli na pomoc walczącej Warszawie. „Pamiętam Mszę polową na rynku w Daleszycach. W biały dzień stanęło na ulicach wojsko polskie ok. 1000 osób. Po raz pierwszy mieszkańcy mieli okazję oficjalnie zobaczyć Armię Krajową. To było wydarzenie. Panowała powszechna radość. Walczyliśmy do późnej jesieni 1944 r.”.
Potem przyszła ciężka choroba. Ropiejące od czyraków nogi, ostry stan zapalny i ogólne wycieńczenie. „Ukrywał mnie najpierw proboszcz Strawczyna, później pewien gospodarz. Tak doczekałem wyzwolenia. Nawiązano łączność z moją rodziną, która po wielu miesiącach dowiedziała się, że żyję. Od tej chwili mieszkałem u wuja Szarińskiego.”

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Więzień

Przyszło wyzwolenie, ale znowu trzeba było się ukrywać. Pierwszy raz został aresztowany na skutek obławy MO i UB w Domaszowicach wraz z czterema kolegami i łączniczką. „Rannego w ramię przewieziono mnie do szpitala. Strażnicy dzień i noc stali nad moim łóżkiem, jednak nie upilnowali mnie”. W ucieczce pomógł mu jego przyjaciel Zygmunt Kwas ps. „Kościelny”, Konrad Matysiak ps. „Baran” oraz inni. Znowu trzeba było się ukrywać. Za drugim razem w czerwcu 1945 r. już nie miał tyle szczęścia. „Agenci UB osaczyli mnie w sklepie przy Silnicznej. Wywiązała się strzelanina, w wyniku której zostałem ciężko ranny. Zawieziono mnie już wtedy do więzienia na Zamkowej, na salę szpitalną. Chirurga nie było, więc nogą zajął się internista. Oprócz wielkiego bólu z tego okresu pamięta nie miliony, a miliardy wesz, które oblepiły jego nogi, chodziły dosłownie wszędzie. Taka była opieka. Za akcję przeciw MO i UB dostał karę śmierci, zamienioną na dożywocie.
W tym więzieniu katowano, maltretowano i poniżano ludzi. Słychać było często odgłosy męczarni więźniów. Skąd tu jeszcze miejsce na nadzieję? A jednak. „My byliśmy młodzi i chociaż sytuacja była ciężka, wiedzieliśmy, że o nas pamiętają koledzy. Późno w nocy z 4 na 5 sierpnia 1945 r. usłyszałem strzały. To był charakterystyczny odgłos angielskiego karabinu „Brenn”, wtedy już wiedziałem, że coś się dzieje. Strażnicy kompletnie byli zaskoczeni. W Parku Żeromskiego komendant „Szary” wystawił silne palcówki, które osłaniały akcję żołnierzy w więzieniu. Ostrzeliwały one posterunek MO i jednostki rosyjskie. Żołnierze nie mieli kluczy, a kraty cel były grubości ręki. Słyszałem wybuchy dynamitu i głos moich kolegów: „Bekas idziemy po ciebie”. Obserwowałem wszystko z okna. Nagle zobaczyłem jak odpalono czerwoną rakietę. Oznaczało to koniec akcji. Potem dopiero dowiedziałem się, że zabrakło dynamitu do wysadzenia kraty w drzwiach sali szpitalnej. Pozostałem w więzieniu jako jedyny z AK”.
Potem były długie i ciężkie lata kolejnych więzieniach, które dziś tak ciężko wspominać, bo to tak jakby jeszcze raz otwierać zasklepioną ranę. Wronki, słynny z najgorszej strony X pawilon więzienia na Mokotowie, Wiśnicz - więzienie o łagodniejszym charakterze. Ciężko wydobyć jakieś okruchy normalności z tamtego czasu. „Kąpiele owszem były. Na rozkaz wchodziliśmy wszyscy pod prysznic i po chwili na rozkaz wychodziliśmy. Lał się albo wrzątek, albo lodowata woda - zazwyczaj odwrotnie do pory roku”. Aby większe było upokorzenie, więźniom-żołnierzom AK rozdawano czystą bieliznę - czasem damską, po niemieckich kobietach. Ciężko nie pamiętać 9 miesięcy izolatki w celi, gdzie można było jedynie usiąść, a podłogę codziennie podlewano lodowatą wodą.
Na rehabilitację, tak jak wielu żołnierzy AK, musiał długo czekać. W 1992 r. uznano (Sąd Wojewódzki) jego czyny za „związane z działalnością na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego” i wyrok unieważniono.

* * *

Na koniec rozmowy wspólnie przeglądamy pożółkłe już fotografie. Tu uśmiechnięty chłopak z karabinem, tu z kolegami - na tajnym zebraniu, a tu znowu na zwiadzie jako żołnierz AK. „To moja najcenniejsza pamiątka” - słyszę jak mówi kpt. Pietrzak. Delikatna biało-czerwona opaska z misternie wyszytą niegdyś przez młodą dziewczynę tarczą „Wybranieccy”. Ale dla niego to coś więcej niż kawałek materiału, to relikwia, to nieco nieaktualne dziś słowo patriotyzm, z którego tłumaczeniem gubią się wielcy politycy, to cała młodzieńcza miłość do Polski, pod którą kryją się ideały wolności, honoru, to odwaga, granicząca z brawurą, to znoszenie przez długie lata upokorzeń i szykan dla sprawy, dla słusznej sprawy - o czym pomimo tylu doświadczeń przekonany jest do dziś.

2005-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Świadectwo ks. Piotra: Moim wujkiem jest Sługa Boży. Wierzę w świętych obcowanie

2026-01-20 14:17

Niedziela zielonogórsko-gorzowska 4/2026, str. I

[ TEMATY ]

bp Wilhelm Pluta

Maciej Krawcewicz

Codziennie odmawiam słowa modlitwy o beatyfikację, a w sercu mam intencje: swoje, parafialne, tych, którzy prosili

Codziennie odmawiam słowa modlitwy o beatyfikację, a w sercu mam intencje: swoje, parafialne, tych, którzy prosili

Codziennie proszę wujka o wstawiennictwo. I każdego dnia doświadczam dobra, piękna, pokoju, Boga – mówi ks. Piotr Pluta.

Kamil Krasowski: 22 stycznia przypadła 40. rocznica śmierci bp. Wilhelma Pluty. Jakie więzi łączą Księdza ze sługą Bożym?
CZYTAJ DALEJ

Kopia ikony MB Częstochowskiej „Od Oceanu do Oceanu” wraca do Gdańska

2026-01-26 12:11

[ TEMATY ]

Matka Boża Częstochowska

Ikona Jasnogórska

Karol Porwich/Niedziela

W święto Ofiarowania Pańskiego - Matki Bożej Gromnicznej oraz Dzień Życia Konsekrowanego - 2 lutego w kościele św. Kazimierza Królewicza na Gdańskiej Zaspie podczas Mszy św. o godz. 18.00 nastąpi uroczyste powitanie i przyjęcie Matki Bożej w sławnej Ikonie Częstochowskiej, która od 14 lat peregrynuje przez świat w obronie życia.

Ikona przejechała 32 kraje na trasie ok 220 tys. km na 5 kontynentach. Modliły się przed nią miliony ludzi. Przyłożona do Jasnogórskiego Wizerunku 28 stycznia 2012 roku, wyjechała na Wschód. Swoją wędrówkę rozpoczęła od Władywostoku przez całą Azję i Europę aż do Fatimy w Portugalii. II etap objął USA, Kanadę i Meksyk, a kolejny Kraje Ameryki Środkowej i Południowej.
CZYTAJ DALEJ

Z Ewangelią na łyżwach

2026-01-27 09:17

Aleksandra Rutkowska

Ewangelizatorzy zarażali swoją radością

Ewangelizatorzy zarażali swoją radością

Zima to też Jego dzieło – pod takim hasłem odbyła się kolejna edycja zimowej Ewangelizacji Bieszczadów. Tym razem ewangelizatorzy nieśli Dobrą Nowinę na torze lodowym w Sanoku.

Inicjatywa Bieszczad dla Jezusa na stałe wpisała się w kalendarz wydarzeń duszpasterskich archidiecezji przemyskiej. Od kilku lat w zimie ma miejsce jej zimowy odpowiednik. Do tej pory inicjatywa odbywała się na stokach narciarskich, a w tym roku organizatorzy przenieśli swoją akcję na lodowisko w Sanoku.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję