Reklama

Polityka

Najlepszy rząd w historii III RP

Polacy podsumowali czteroletnią pracę polityków. Ich zdaniem rząd Prawa i Sprawiedliwości jest najlepszy w historii III RP, bo nikt wcześniej nie miał takiego poparcia. Zwycięstwo PiS w wyborach parlamentarnych nikogo nie dziwi. Pytanie było raczej o to, jak duża będzie przewaga partii rządzącej nad konkurencją polityczną i czy będą mogli samodzielnie rządzić?

[ TEMATY ]

wybory

Facebook/pis

Okazuje się, że PiS nie tylko będzie samodzielnie rządzić, ale poprawiło swój wynik wyborczy z 2015 roku o ok. 6 punktów procentowych. - Żadna partia nigdy nie miała tak wysokiego wyniku wyborczego. Te miliony Polaków którzy nam zaufali, to wielkie zobowiązanie do spełnienia ich nadziei, by kolejne cztery lata były kluczowym etapem dla Polski jako państwa dobrobytu dla wszystkich - powiedział premier Mateusz Morawiecki.

O wiele bardziej stonowaną radość z historycznego zwycięstwa pokazał prezes PiS. - Przed nami kolejne 4 lata rządzenia, ale najpierw czeka nas refleksja nad tym co się nie udało, że wielu ludzi nas nie popiera, mimo oczywistych naszych osiągnięć - podkreślił Jarosław Kaczyński. Jego słowa jak zwykle były kierowane do Polaków, ale także do członków partii, by nie ulegali triumfalizmowi. - To co było naszą główną siłą, czyli wiarygodność, musi dalej trwać - mówił do członków PiS.

Jednostronna kampania

Reklama

Kampania wyborcza, która wyniosła Prawo i Sprawiedliwość do kolejnego sukcesu była spokojna i merytoryczna. Koalicja Obywatelska zachowywała się tak, jakby już po wiosennych wyborach do europarlamentu wiedziała, że nie ma szans. Nie było więc prezentacji programu, a w kampanii co chwila zmieniano zdanie np. w sprawie programu 500plus. Walka polityczna ograniczyła się do przepychanek wewnątrzpartyjnych. - Zaletą tej kampanii wyborczej jest fakt, że pojawiła się dyskusja na temat opieki zdrowotnej, czy walki ze smogiem. Liczę na to, że teraz skończą się emocje i polaryzacja, a zacznie się minimum współpracy - mówi prof. Norbert Maliszewski, politolog z UKSW.

Niektórzy twierdzą nawet, że kampania była nudna w porównaniu do tej wiosennej, gdy emocje były rozpalone przez ataki środowisk LGBT na Kościół i wartości chrześcijańskie. Tym razem mieliśmy do czynienia jedynie z programową ofensywą PiS, który merytorycznie podkreślał swoje osiągnięcia, skutecznie ukrywał potknięcia i jednocześnie składał nowe obietnice. Skalę przewagi nad konkurencją najlepiej pokazały badania IBRiS, w którym prawie 60 proc. Polaków uznało, że najlepszą kampanię wyborczą miała partia rządząca. Na drugim miejscu była Koalicja Obywatelska tylko z 4,8 proc., a na Lewicę wskazało 3,5 proc. ankietowanych.

Kampanijnym ciosem dla Koalicji Obywatelskiej bez wątpienia były taśmy Sławomira Neumanna, w których dzień po dniu ujawniano kompromitujące kulisy partyjnej kuchni jednego z czołowych polityków Platformy Obywatelskiej. Rezygnacja z funkcji przewodniczącego klubu KO na niewiele się zdała, bo uznano ją za nic nie warty gest na końcu kadencji sejmu.

Reklama

Wygrani przegrali

Natomiast w wyborach do Senatu większym sprytem wykazała się opozycja. W jednomandatowych okręgach wyborczych nie wystawiali konkurencyjnych dla siebie kandydatów. W ten sposób wszystkie partie opozycyjne były przeciwnikami PiS, który procentowo uzyskał do Senatu wyższy wynik niż do Sejmu, ale w gruncie rzeczy przegrał.

Efekt jest taki, że w 100 osobowym senacie PiS ma obecnie tylko 48 senatorów, a w poprzedniej kadencji było ich aż 61. Przyczyną tej porażki jest zmowa opozycji, ale także zlekceważenie przez partię rządzącą wyborów do wyższej izby parlamentu. - Było za małe wsparcie polityczne szczególnie w okręgach dla nas „trudnych” okręgach. Okazuje się wystarczyło zaniedbać dwa okręgi, które zdecydowały, kto ma większość w obecnym Senacie - mówi dla portalu Wpolityce senator Jan Maria Jackowski.

W kilku okręgach senackich zaszkodziły też wewnętrzne walki personalne w PiS. Albo struktury partyjne nie chciały pracować w kampanii senatora, albo dochodziło do "bratobójczych" walk, gdy byli senatorowie PiS zdecydowali o stracie z własnego komitetu. - Na przykład pan senator Bąkowski, startując ze swojego komitetu, wykluczony z Prawa i Sprawiedliwości, odebrał część elektoratu naszemu kandydatowi, panu wojewodzie Drelichowi, i to spowodowało, że skorzystał trzeci kandydat z Platformy Obywatelskiej - tłumaczy Jackowski.

Teraz trwają rozmowy i próby przeciągania pojedynczych senatorów na stronę PiS, bo gra toczy się o większość oraz kształt prezydium Senatu. Oczywiście utrata Senatu przez partię rządzącą nie jest katastrofą, ale może poważnie utrudnić legislację, a na pewno ją spowolni. Każdą ustawę Senat może blokować przez 30 dni, a przez ten czas dawać paliwo polityczne dla mediów i opozycji w Sejmie. - Ale Senat nie zatrzyma nas w realizacji naszego programu. Będzie zrealizowany w 100 procentach - zapewnia wicepremier Jacek Sasin.

Konkurencja po prawej stronie

Z dwucyfrowego wyniku wyborczego do Sejmu zadowolona jest lewica, Konfederacja z wejścia do Sejmu, a także o wiele lepszy niż sondażowy wynik ma PSL z Pawłem Kukizem na pokładzie. Sumując w miarę konserwatywne elektoraty PiS, PSL i Konfederacji okazuje się, że ok. 60 proc. Polaków ma tradycyjne preferencje wyborcze.

Polacy pokazali, że są konserwatystami, co zauważają także zagraniczne media. - Sukces PiS jest rezultatem bazowania na wartościach wyznawanych przez w przeważającej mierze konserwatywne społeczeństwo oraz na wyrównywaniu głębokich nierówności społecznych. PiS zapowiadał też obronę tradycyjnych wartości katolickich przed ofensywą zwolenników praw gejów i innych liberalnych haseł napływających z Zachodu - czytamy w komentarzach Amerykańskiej Agencji Associated Press.

W tej kadencji sejmu PiS będzie miał opozycję zarówno po lewej stronie sceny politycznej, jak i po prawej. Dobry wynik Konfederacji oznacza, że część konserwatywnych i młodych wyborców odchodzi od partii rządzącej, co może być efektem buntu, ale także zaniedbań ws. ochrony życia dzieci nienarodzonych i zbyt uległej postawy wobec agresji środowisk LGBT. - Zapewne politycy Konfederacji będą podnosić teraz temat amerykańskiej ustawy 447, czy postulat ochrony dzieci przed aborcją, a władze PiS będą musiały się do tego odnieść - mówił w studiu wyborczym red. Cezary Krysztopa z Tygodnika Solidarność.

Pierwszy raz od 2007 r. w Sejmie będzie formacja na prawo od PiS, a przecież sprawdzoną strategią Jarosława Kaczyńskiego była taktyka polityczna, by po prawej stronie od PiS nic znaczącego nie było. Jeśli politycy Konfederacji nie pokłócą się miedzy sobą i wygenerują spójny przekaz, to w kadencji 2019-2023 rządząca partia będzie musiała się z nimi liczyć, by nie stracić jeszcze większej liczby konserwatywnych wyborców.

2019-10-15 12:55

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Reforma, która najgłębiej zmieniła Polskę. 30. rocznica reformy samorządowej

2020-06-04 11:39

[ TEMATY ]

wybory

gdansk.pl

Rok 2020 pełen jest znaczących rocznic. Jedną z najważniejszych jest 30-lecie reformy samorządowej, która chyba najgłębiej zmieniła Polskę, umożliwiając oddolne budowanie społeczeństwa obywatelskiego, w zgodzie z zasadą pomocniczości.

8 marca 1990 roku sejm uchwalił pakiet ustaw tworzących samorząd na poziomie gminy. 27 maja 1990 roku odbyły się wybory samorządowe – pierwsze w powojennej Polsce w pełni demokratyczne wybory. Rozpoczął się proces oddolnego budowania samorządności. Ciekawe, że stosunkowo cicho jest o okrągłej, 30-tej rocznicy reformy, która w bodaj najgłębszym stopniu zmieniła Polskę. W całej Polsce w niemal dwóch i pół tysiącach jednostkach samorządu terytorialnego kilkaset tysięcy osób (w 1990 roku samych radnych było ok. 52 tysiące, do tego trzeba doliczyć urzędników, sołtysów i rady sołeckie, działaczy organizacji pozarządowych itp.) mniej lub bardziej bezpośrednio zaczęło budować nową rzeczywistość. Polska zaczęła się zmieniać nie tylko „na górze”, ale bardzo intensywnie także „na dole”.

Polacy nie byli nowicjuszami w dziedzinie samorządności lokalnej. Tradycje samorządu, zwłaszcza miejskiego, sięgają średniowiecza. Z wielkimi trudnościami, ale przecież skutecznie budowała samorządność lokalną II Rzeczpospolita.

Te doświadczenia zostały jednak w 1939 roku ucięte na z górą pół wieku. Nowi samorządowcy nie mieli szans sięgnąć do doświadczeń przodków. Mam rodzinny przykład – mój rodzony dziadek, Tadeusz Fenrych, był dwie kadencje burmistrzem Krotoszyna (1930 – 1938) – nie miałem szans go poznać i porozmawiać o jego zarządzaniu miastem, został zamordowany przez hitlerowców w obozie koncentracyjnym w Buchenwaldzie. Polacy nie byli także nowicjuszami w dziedzinie samoorganizacji społecznej – niemal połowa nowych radnych szlify społeczne zdobywała działając w „Solidarności”. Tym niemniej w 1990 roku niemal wszystko (poza granicami gmin i budynkami administracyjnymi) trzeba było budować od nowa. Trzeba było uchwalić i wdrożyć nowe prawo, trzeba było w terenie tworzyć nowe struktury zarządzania (przełamując utrwalony przez 40 lat PRL-owski obyczaj i opór beneficjentów dotychczasowego układu), trzeba było zmieniać mentalność mieszkańców tak, by w swojej gminie naprawdę poczuli się współgospodarzami.

Społeczne tło reformy samorządowej

Praktyką czasów PRL było organizowanie społeczeństwa wokół miejsca zatrudnienia, a nie miejsca zamieszkania. Zakład pracy miał za zadanie nie tylko organizować produkcję – miał także kontrolować społeczne postawy i działania. Nieprzypadkowo to właśnie tam istniały Podstawowe Organizacje Partyjne PZPR. To w zakładzie pracy należało szukać sposobów zaspokojenia wszelkich potrzeb życiowych. To zakład pracy organizował nie tylko pracę, ale i wypoczynek (Fundusz Wczasów Pracowniczych, kolonie dla dzieci), zapewniał rozmaite deputaty dla swoich pracowników, nierzadko tylko za jego pośrednictwem można było otrzymać mieszkanie. Dom, osiedle to tylko miejsce do spania, prawdziwe życie miało się toczyć w zakładzie pracy. Reforma miała to zmienić.

45 lat rządów komunistycznych przyzwyczaiło obywateli PRL, że wszystko należy im się od państwa. Państwo było właścicielem niemal wszystkiego, w propagandzie zapewniało, że wszystko obywatelom zapewnia. W niewielkim stopniu zaspokajało społeczne oczekiwania, skuteczne wszakże było w tworzeniu postaw roszczeniowych. Reforma musiała zmienić postawy z „należy mi się” na „jestem gotów wziąć współodpowiedzialność” oraz „jestem gotów współtworzyć”.

Czasy władzy mającej aspiracje do totalnego panowania nad społeczeństwem pozostawiły po sobie totalny brak zaufania do przedstawicieli władzy. Władza to byli „oni”, od nich nam się należy, ale współpraca z nimi pachnie kolaboracją. Czas „Solidarności”, gdy przedstawiciele tego ruchu społecznego wzięli odpowiedzialność za kraj i nowe społeczności lokalne tylko w niewielkim stopniu i raczej na krótko osłabił te dominujące postawy. Budowa kapitału społecznego, oznaczającego zaufanie, gotowość do współpracy i budowania więzi od początku samorządności jest jednym z najtrudniejszych zadań reformy.

Reforma: nowe prawo, nowe struktury, nowa mentalność

Mówiąc o reformie samorządowej trzeba koniecznie wymienić czterech głównych jej twórców: to Jerzy Regulski, Jerzy Stępień, Michał Kulesza i Walerian Pańko. Jerzy Regulski przez całą smutną dekadę lat 80-tych wykonywał w gronie przyjaciół urbanistów pracę, na widok której niektórzy pukali się w głowę. Mianowicie dyskutowali nad reformą samorządową. Wówczas wyglądało to na ćwiczenie z kategorii „political fiction”, lecz w efekcie przyniosło wstępny pomysł i zespół zapalonych ludzi gotowych go realizować. Z tym pomysłem Jerzy Regulski usiadł do Okrągłego Stołu – w „podstoliku” dyskutującym o administracji lokalnej udało im się tylko opracować i podpisać protokół rozbieżności.

Po wyborach z 4 czerwca 1989 (Regulski został senatorem) i utworzeniu rządu Tadeusza Mazowieckiego sprawa stała się nagle realna, a w dodatku był zespół ludzi, którzy wiedzieli o co chodzi i po co taka zmiana. Jerzy Regulski został Pełnomocnikiem Rządu ds. Reformy Samorządu Terytorialnego, Jerzy Stępień przewodniczącym senackiej Komisji ds. samorządu, która przygotowała podstawowy pakiet ustaw samorządowych, poseł Walerian Pańko był przewodniczącym nadzwyczajnej komisji sejmowej ds. reformy samorządowej, która koordynowała przeprowadzanie ustaw przez sejm, a Michał Kulesza ekspertem. Dobra współpraca tego zespołu doprowadziła do tego, że mimo przeszkód (żadna władza centralna nie jest chętna do oddawania części władzy i pieniędzy w teren) w błyskawicznym tempie (od połowy września 1989 do 8 marca 1990) przygotowane zostały ustawy pozwalające na przeprowadzenie wyborów i rozpoczęcie działalności przez samorządy zupełnie inne niż dotychczasowa administracja lokalna.

Powstał samorząd (na razie gminny, reforma na poziomie powiatowym i wojewódzkim kontynuowana była w 1998 roku), który był rzeczywiście strukturą spełniającą kryteria zapisane w Europejskiej Karcie Samorządu Terytorialnego z 1985 roku. W Karcie czytamy, że samorząd lokalny to „prawo i zdolność społeczności lokalnych, w granicach określonych prawem, do kierowania i zarządzania zasadniczą częścią spraw publicznych na ich własną odpowiedzialność i w interesie ich mieszkańców”. I to zostało w polskim prawie w 1990 roku uchwalone.

Samorząd terytorialny to odtąd wszyscy mieszkańcy gminy, którzy dla realizacji swych potrzeb demokratycznie wybierają swoje władze. Gmina ma osobowość prawną i w stosunku do władz centralnych jest partnerem, a nie podwładnym. W razie sporu z rządem gmina może szukać rozstrzygnięcia przed niezawisłym sądem administracyjnym. Gmina ma swoją własność komunalną i prawo do niezależnego dysponowania swoim majątkiem. Ma też własne dochody, o których wielkości decyduje własna gospodarność oraz algorytm ustalony przez parlament, a nie wola polityczna aktualnego rządu. Dysponując swoimi finansami samodzielnie tworzy plan finansowy, czyli budżet. Władze centralne nie mają prawa oceniać, czy ten plan jest „słuszny”, to będzie oceniał tylko elektorat, władze za pośrednictwem wojewodów i Regionalnych Izb Obrachunkowych mają jedynie obowiązek sprawdzić, czy budżet jest przygotowany zgodnie z prawem. Gmina sama tworzy swoją administrację, która jest całkowicie niezależna od administracji rządowej, a tym bardziej władz partyjnych. Jej władzą stanowiącą (uchwałodawczą) jest demokratycznie wybrana rada, która sama tworzy i uchwala statut gminy (lokalną konstytucję). Szefem lokalnej władzy wykonawczej jest wójt (burmistrz, prezydent), który organizuje urząd, jest jego najwyższym zwierzchnikiem i pracodawcą. Władze gminy same decydują o sposobie realizacji swych zadań.

Profesor Jerzy Regulski zawsze podkreślał, że doprowadzenie do powstania i uchwalenia tego prawa, choć trudne i wymagające wielu politycznych manewrów, było najprostszym krokiem w reformie. Ideowym fundamentem samorządu jest (głoszona przez katolicką naukę społeczną) zasada pomocniczości. Na tym etapie reformy oznacza ona, że władza centralna ma tylko pomagać władzom gminnym w sytuacjach, w których gmina sama nie jest w stanie sobie poradzić. To wymagało dokonania szczegółowego rozdziału kompetencji pomiędzy władzą centralną (rządem i jego agendami centralnymi i terytorialnymi) i samorządem terytorialnym. Zostało to precyzyjnie opisane w tzw. „ustawie kompetencyjnej”.

Ustawy to jedno, a ludzkie przyzwyczajenia (i na górze, i na dole), to drugie. Trzeba było pomóc w tworzeniu nowych zasad i procedur postępowania oraz przyzwyczajeń. Autorzy reformy utworzyli dwa narzędzia dla ich wdrażania. Jedno to delegaci Pełnomocnika Rządu ds. Reformy Samorządowej we wszystkich 49 ówczesnych województwach. Przy pomocy lokalnych Komitetów Obywatelskich powołano ich wiosną 1990 roku w całym kraju. Byli niezależni od wojewodów, którymi wówczas byli jeszcze mianowani z klucza poprzednich, jeszcze PRL-owskich władz. Zadania delegatów polegały z jednej strony na uczeniu nowego prawa przyszłych, a po wyborach nowych samorządowców, z drugiej uświadamianiu władzom wojewódzkim, że ich kompetencje wobec gmin znacząco się zmieniły. Delegaci odegrali także dużą rolę w trudnym procesie komunalizacji mienia. Działali do końca 1991 roku.

Drugim narzędziem była Fundacja Rozwoju Demokracji Lokalnej (FRDL). Ojcowie polskiej samorządności nie mieli złudzeń – uczenia zasad i praktyki samorządności nie mogą uczyć osoby, które dotąd kształciły administrację lokalną, przecież nie samorządną. Trzeba zupełnie nowych zespołów. FRDL powstała już jesienią 1989 roku, bardzo szybko przy pomocy lokalnych działaczy powstało 16 ośrodków szkoleniowych obejmujących swoim działaniem całe terytorium Polski i dodatkowo cztery Wyższe Szkoły Administracji Publicznej (w Białymstoku, Kielcach, Krakowie i Szczecinie). Fundacja organizowała szkolenia (bardzo szybko wprowadzając metody szkoleń interaktywnych), konferencje, wizyty studyjne w krajach z dużymi tradycjami samorządności lokalnej. Adresatami byli (i są – Fundacja działa do dzisiaj) radni, urzędnicy i społeczności lokalne – w tym młodzież, organizacje pozarządowe, małe i średnie firmy.

Reforma samorządowa przeciągnęła się – z korzyścią dla gmin. Gdy w 1998 roku powstawała nowa mapa administracyjna Polski z powiatami i województwami, wówczas gminy już okrzepły i ustabilizowały się jako podstawowe jednostki samorządu terytorialnego. Było wówczas oczywiste, że tworzenie powiatów i samorządowych województw nie może się odbywać kosztem gmin, a wszystkie szczeble samorządów powinny ze sobą współpracować, ale też są od siebie niezależne.

Konsekwencje reformy samorządowej

Proces budowania samorządności w Polsce trwa. Zmienia się prawo – od 1993 roku gminy prowadzą szkoły podstawowe, od 2002 roku szefowie gmin wybierani są w wyborach bezpośrednich, od 2018 roku tylko na dwie 5-letnie kadencje. Okrzepły powiaty i województwa, które przy wszystkich trudnościach z sukcesem realizują politykę lokalną i regionalną odpowiadając za rozwój lokalnych społeczności. Konsekwencje faktu, że już 30 lat gospodarz gminy jest na miejscu i odpowiada tylko przed elektoratem widać gołym okiem. Pomogły w tym niewątpliwie dotacje europejskie, ale trzeba podkreślić, że pozyskanie dotacji też wymaga odpowiedniej aktywności, wiedzy i umiejętności, o wkładzie własnym nie zapominając.

Oczywiście ten system nie jest idealny ani nie gwarantuje sukcesu w każdej konkretnej gminie. Zdarzyło się, że gmina zbankrutowała i trzeba było ją wymazać z mapy przyłączając fragmenty obszaru i mieszkańców do gmin sąsiednich (Ostrowice w zachodniopomorskim). Bywało nawet, że podejrzany i aresztowany za korupcję lub mobing szef gminy zarządzał z więzienia. Jednak nawet w tak patologicznych sytuacjach zło dotyczyło niewielkiego obszaru i istniał mechanizm przeciwdziałania. System też z pewnością można poprawiać: czy dobrze ustawione są finanse? Bogatsze gminy narzekają na zbyt obciążające „Janosikowe”, wszystkie twierdzą, że dostając nowe zadania nie otrzymują na realizację wystarczającego finansowania. Toczy się dyskusja nad zasadami współpracy gmin, powiatów i województw, bowiem wydaje się, że poczucie odrębności góruje nad koniecznością współpracy i potrzebą koordynowania działań. Można się zastanawiać, czy to dobrze, że decentralizacja zatrzymała się na poziomie gminy, a nie zeszła w jakiejś formie do wioski, czy w mieście na osiedle.

To są wszystko szczegóły, można je dyskutować, można zmieniać. Ważne natomiast, że samorząd jest już dla Polaków oczywistością. Znaczna część dzisiejszych aktywnych samorządowców dopiero wchodziła w życie, gdy wdrażana była reforma. Wielu polityków szczebla centralnego i europejskiego zdobywało ostrogi w samorządzie. Ogromna część spraw ważnych dla codziennego życia Polaków załatwiana jest przez osoby, które mogą znać ich osobiście, mało tego, mogą się czuć ich pracodawcami.

Na koniec pytania, wątpliwości: czy 30 lat samorządności spowodowało, że zasada pomocniczości naprawdę jest w Polsce realizowana i niezagrożona? W jakim stanie jest niezbędny dla dobrego funkcjonowania samorządu kapitał społeczny, a zatem wzajemne zaufanie i gotowość współpracy? W jakim stopniu jako społeczeństwo wyzwoliliśmy się z postaw roszczeniowych i utworzyliśmy społeczeństwo obywatelskie? Czy uważamy, że mamy wpływ i czujemy się współodpowiedzialni za naszą lokalną rzeczywistość? Podjęta i zrealizowana 30 lat temu reforma otworzyła przestrzeń do dobrego działania, do budowania społeczeństwa na zasadach personalizmu. Wiele zrobiono, ale zadanie wciąż jest aktualne.

Przemysław Fenrych

***

Przemysław Fenrych, były członek Prymasowskiej Rady Społecznej, opozycjonista, działacz katolicki i samorządowy, od początku lat 90-tych związany z Fundacją Rozwoju Demokracji Lokalnej.

Pod koniec lat 70. zaangażował się w działalność opozycyjną, współpracując z Ruchem Obrony Praw Człowieka i Obywatela i Ruchem Młodej Polski. W sierpniu 1980 uczestniczył w strajku w Wojewódzkiej i Miejskiej Bibliotece Publicznej w Szczecinie. We wrześniu wstąpił do „Solidarności”, kierował komisją zakładową, był też przewodniczącym Ogólnopolskiej Międzybibliotecznej Komisji Porozumiewawczej „S”, członkiem prezydium zarządu regionu i delegatem na I Krajowy Zjazd Delegatów w Gdańsku. Po wprowadzeniu stanu wojennego został internowany na niemal rok od grudnia 1981 do listopada 1982. Był jednym z założycieli i prezesem Szczecińskiego Klubu Katolików, wiceprzewodniczącym regionalnej Akcji Katolickiej i organizatorem Tygodni Kultury Chrześcijańskiej. Od 1981 do 1983 zasiadał w Prymasowskiej Radzie Społecznej.

Po 1989 współpracował z mediami katolickimi (m.in. jako zastępca redaktora naczelnego czasopisma „Kościół nad Odrą i Bałtykiem”). Do dziś jest autorem stałego felietonu w tygodniku "Niedziela". W latach 1990–1991 był dyrektorem ośrodka radiowo-telewizyjnego w Szczecinie. Od 1998 do 2002 z ramienia AWS zasiadał w radzie miejskiej Szczecina. Od 1991 związany z Fundacją Rozwoju Demokracji Lokalnej. Został zastępcą dyrektora ds. szkoleń w szczecińskim oddziale tej organizacji, a także trenerem i ekspertem FRDL, specjalizując się w komunikacji społecznej, samorządności i edukacji. Opracował i realizuje programy przeznaczone dla samorządów i organizacji pozarządowych m.in. z Polski, Białorusi, Ukrainy i Tunezji.

Jest też współtwórcą Zjazdów Gnieźnieńskich w ich nowej edycji od 2003 r.

CZYTAJ DALEJ

Święto Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana

[ TEMATY ]

święto

Święto Jezusa Chrystusa, Najwyższego i Wiecznego Kapłana obchodzone jest w Polsce od 2013 r. Ma ono przyczynić do świętości życia duchowieństwa oraz być inspiracją do modlitwy o nowe, święte i liczne powołania kapłańskie.

Papież Benedykt XVI zaproponował, żeby do kalendarza liturgicznego wprowadzić nowe święto ku czci Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana. Jest to odpowiedź Ojca Świętego na postulaty zgłaszane przez różne episkopaty, ale przede wszystkim środowiska zakonne dla upamiętnienia Roku Kapłańskiego, który był obchodzony od 19 czerwca 2009 do 11 czerwca 2010 r. Jest to odpowiedź papieża na potrzebę obchodzenia takiego święta. (Do tej pory w Mszale Rzymskim jest tylko Msza wotywna, którą często kapłani sprawują z okazji pierwszego czwartku miesiąca, gdy w sposób szczególny modlimy się o powołania kapłańskie i dziękujemy Chrystusowi za ustanowienie sakramentu Eucharystii i kapłaństwa).

Benedykt XVI wyznaczył dzień na takie święto - czwartek po niedzieli Zesłania Ducha Świętego, czyli tydzień przed uroczystością najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, zwaną Bożym Ciałem. Nowością jest propozycja Ojca Świętego, żeby święto to było fakultatywne, dowolne, i by episkopaty same decydowały, czy takie święto jest w danym kraju potrzebne, czy też nie widzą potrzeby wprowadzenia go do kalendarza i chcą pozostać przy dotychczasowej ilości dni chrystologicznych. Warto przypomnieć, że określenia "święto", świadczy o randze dnia liturgicznego. W kalendarzu liturgicznym najwyższe rangą są uroczystości, zaś dzień, określony jako święto jest niższy rangą i wierni nie są zobowiązani do udziału we Mszy św. Nie byłby to więc dzień wolny i biskupi nie będą się domagać kolejnego dnia wolnego od pracy.

To nowe święto wpisuje się w cykl uroczystości i świąt, szczególnych dni, obchodzonych po zakończeniu cyklu paschalnego. Radość wielkanocna ze Zmartwychwstania Chrystusa i Jego zwycięstwa trwa pięćdziesiąt dni, kończy go uroczysty 50. dzień - Zesłanie Ducha Świętego - który pieczętuje świąteczny okres obchodów liturgicznych. I dopiero po zakończeniu tego okresu w określone dni, mające rangę uroczystości czy święta, powraca się do pewnych tajemnic wiary, które zaistniały w Wydarzeniu Wielkanocnym. Wówczas nie było możliwości świętowania konkretnej tajemnicy, konkretnego aspektu wiary, ponieważ Triduum Paschalne i Wielkanoc zawiera jak w pigułce całą naszą wiarę, to, co jest najważniejsze, więc godzina po godzinie objawiają się kolejne tajemnice, które rozważamy i przeżywamy.

W Wieczerniku w Wielki Czwartek wieczorem świętujemy ustanowienie sakramentu Eucharystii, ale zaraz się zaczyna świętowanie Męki Pańskiej, bo przecież Msza Wielkiego Czwartku zaczyna Triduum Męki Chrystusa. Nie ma czasu na uroczyste obchody ku czci Eucharystii. Dlatego została ustanowiona specjalna uroczystość - Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, by ten sakrament uczcić. W Wielki Piątek Jezus kona na krzyżu, następuje moment przebicia Jego Serca. Nie ma w liturgii wielkopiątkowej miejsca na rozbudowanie wątku uczczenia miłości Boga, objawionej w przebitym Sercu Jezusa - stąd oddzielna uroczystość - Najświętszego Serca Pana Jezusa - także po zakończeniu cyklu uroczystości paschalnych.

I ta propozycja - święto Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana - wpisuje się w ten ciąg. Jezus w Wieczerniku ustanawia sakrament kapłaństwa. Sam objawia się poprzez całe Misterium Paschalne i to, czego dokonuje - że On jest najwyższym Kapłanem, On składa ofiarę, tak naprawdę jedyną skuteczną - za grzechy świata. W Wielki Czwartek, podczas Mszy Wieczerzy Pańskiej, gdy wspólnota wiernych zgromadzi się w danej parafii, nie bardzo jest miejsce dla uczczenia kapłaństwa Chrystusa, w które wpisane jest kapłaństwo ludzi, przyjmujących sakrament święceń, by przez nich Pan Jezus Swoje kapłaństwo wykonywał. Stąd potrzeba pogłębienia tej tajemnicy i wprowadzenia odrębnego święta.

Wielkanoc przynosi tyle tematów, że one się nie "mieszczą" w tych dniach. Wszystkie te tematy są świętowane, ale szybko następują kolejne tajemnice. Gdyby chciało się później adorować jeden aspekt - uczcić go, dziękować Bogu - zachodzi potrzeba ustanowienia oddzielnego święta w ciągu roku.

CZYTAJ DALEJ

Papież: współczucie lekarstwem na obojętność

2020-06-04 20:21

[ TEMATY ]

cierpienie

papież Franciszek

pandemia

PAP

W miesiącu czerwcu Papież prosi, aby szczególną modlitwą otoczyć ludzi cierpiących z powodu różnych pandemii, w tym takich jak wojny czy głód. Intencja został przekazana przez Światową Sieć Modlitwy Papieża.

Co możemy zrobić? Jak możemy nie popaść w obojętność? – pyta Franciszek. Wskazuje na drogę wyjścia: jest nią współczucie. To jest najlepsza pomoc, jaką możemy zaoferować naszą modlitwą i życiem, tym, którzy cierpią przybliżając do Serca Jezusa, aby On mógł przemienić ich życie.

Papież – Serce Jezusa przygarnia wszystkich

„Wiele osób cierpi z powodu poważnych trudności, których doświadczają. Możemy im pomóc, towarzysząc im w drodze z pełnym współczuciem, które zmienia życie osób. I przybliża ich do Serca Chrystusa, który przyjmuje nas wszystkich w rewolucji czułości. Módlmy się, aby ci, którzy cierpią, znaleźli drogi życia, pozwalające dotknąć się Sercu Jezusa.“

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję