Reklama

To po prostu trzeba przeżyć

Zakończony niedawno rok 2010 był Rokiem św. Jakuba. Do grobu Apostoła w Santiago de Compostela pielgrzymowały tysiące pielgrzymów z całego świata. Wśród nich byli pątnicy ze Szczecina i ks. Dariusz Doburzyński. Z pielgrzymem rozmawia ks. Grzegorz Wejman.

Niedziela szczecińsko-kamieńska 10/2011

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Ks. Grzegorz Wejman: - Co powoduje, że tylu ludzi wybiera się w drogę do grobu Apostoła?

Ks. Dariusz Doburzyński: - Myślę, że ta droga to jeden z wielkich fenomenów dzisiejszego świata. W czasach, gdy podróżowanie stało się łatwe i proste, gdy tysiące kilometrów pokonuje się w ciągu niewielu godzin, ludzie idą całymi tygodniami, nie tyle by nawiedzić katedrę czy pomodlić się, ale by przeżyć doświadczenie drogi. A przecież pielgrzymowanie jest nierozłącznym elementem naszej religijności: pielgrzymem był Jezus, pielgrzymowano do grobów Apostołów od zarania chrześcijaństwa, pielgrzymki nierozerwalnie wiążą się z całą naszą duchowością.

- Czym szczególnym wyróżnia się szlak do Santiago?

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

- Nie da się tu mówić o jednym szlaku. Od IX wieku, kiedy cudownie odnaleziono grób św. Jakuba, ludzie wędrowali do Santiago z różnych stron Europy. Najczęściej podróżowano głównymi szlakami handlowymi. We Francji drogi koncentrowały się w 4 główne, które u podnóża Pirenejów schodziły się, tworząc Camino Francés. I ta droga jest dziś najczęściej wybierana przez pątników, choć można iść np. Camino del Norte (wzdłuż Zatoki Biskajskiej) czy Camino la Plata (przez centralną Hiszpanię).

- Jak taki szlak wygląda współcześnie?

Reklama

- W Polsce przywykliśmy do pielgrzymek organizowanych w grupy, idących pod przewodnictwem kapłanów. Do Santiago wędruje się najczęściej samotnie, czasem w małych grupach; grupy zorganizowane są wyjątkiem. Droga jest oznakowana muszelkami i żółtymi strzałkami, co kilka lub kilkanaście kilometrów na pielgrzymów oczekują refugia, czyli schroniska. Każdy może obrać taką długość trasy i takie tempo marszu, jakie mu odpowiada. Ważne, by przejść co najmniej 100 km. Spotyka się także bardzo wielu pielgrzymów na rowerach. Dla nich minimum trasy to 300 km.

- Jak Ksiądz trafił na Szlak Jakubowy?

- Z pieszym pielgrzymowaniem związany jestem od bardzo dawna. Mogę powiedzieć, że w krajowym wydaniu poznałem wszystkie jego aspekty. Kilkanaście lat temu dobrzy koledzy zabrali mnie samochodem do Fatimy, po drodze nawiedziliśmy Santiago. Tam zostało zasiane ziarenko odbycia takiej Jakubowej pielgrzymki. W 2005 r. marzenie zaczęło się realizować: przeszedłem drogę z Le Puy we Francji. Później była droga północna, czyli Camino del Norte, a w Roku św. Jakuba miałem łaskę powędrowania do grobu Apostoła, zaczynając od naszej szczecińskiej katedry.

- Następne pytanie narzuca się samo: Jak długi był ten szlak, ile trwała wędrówka?

- Początkowo próbowałem liczyć kilometry, ale dokładna rachuba okazała się niemożliwa. Na pewno było to ponad 3 tys. km. Wyruszyłem pod wieczór 27 maja, a patronowi pokłoniłem się 1 września.

- Tak długa wędrówka to zapewne moc przygód i niespodzianek...

Reklama

- Oczywiście, tyle dni w drodze oznacza setki mijanych miejscowości, przeróżne krajobrazy, wielu spotkanych ludzi, także różne zdarzenia (mniej i bardziej przyjemne). Muszę jednak powiedzieć, że na co dzień taka pielgrzymka to jest żmudne przemierzanie kolejnych odcinków, odmierzane rytmem noclegów, posiłków, odpoczynków. Jednostajność marszu byłaby nie do zniesienia, gdyby nie wymiar duchowy: dla mnie pielgrzymowanie to okazja do szczególnego spotkania z Bogiem. Wędrówka jest nie tyle zaliczaniem kilometrów, co okazją do spokojnych rozmyślań, modlitwy, uwielbiania Boga w dziełach przyrody. Także trudy drogi nie są bez znaczenia - jest to okazja do doświadczenia umartwienia i pokuty. Na co dzień nie zawsze mamy taką okazję.

- A propos trudów: czy miał Ksiądz w czasie drogi większe przeszkody czy kontuzje?

- Mimo starannych przygotowań i wieloletniej praktyki okazało się, że bez krzyżyków taka droga nie istnieje. Jak to zwykle przy wędrówkach bywa, nie brakowało pęcherzy i drobnych otarć. Zdarzały się dni, gdy przemierzenie założonego etapu okazywało się po prostu męczące i długotrwałe. Na ogół dopisywała pogoda, ale kilka dni solidnego upału też się trafiło; deszcze raczej mnie omijały, ale peleryna przydała się parę razy. A z dolegliwości: powiem tyle, że nie obeszło się bez konsultacji lekarskiej (ukłony dla dr. Ziętka) i tabletki przeciwbólowe się przydały.

- Tyle dni w drodze to zapewne wielu spotkanych ludzi.

Reklama

- Oczywiście, na szlaku pielgrzym najczęściej jest sam ze swoim zmęczeniem i przemierzaną drogą, ale są ludzie poznawani na postojach, noclegach, mijani po drodze, a także współpielgrzymi. Muszę podkreślić, że wszędzie spotykałem się z wielkim otwarciem i życzliwością. Okazało się, że Jakobsweg (Droga Jakubowa) czy dalej Camino (Szlak) nie są czymś obcym i nieznanym, widok muszli niesionej na piersi czy na plecaku niejednokrotnie topił wszelkie lody. Jeżeli zaś chodzi o współtowarzyszy drogi, to można spotkać dosłownie całą mozaikę typów ludzkich. Od kloszardów po rosyjskich nowobogackich i od nowozelandzkiego studenta po księdza z Ekwadoru czy amerykańskiego dyplomatę.

- Czy wielu spotkał Ksiądz wędrujących Polaków?

- Na niemieckim odcinku 2 noclegi spędziłem w towarzystwie rodaków (chyba z Warszawy), potem dopiero niedaleko Santiago spotkałem kilka osób z Polski, a także z niemieckiej Polonii. Bardzo miło było usłyszeć kilka razy polską mowę z dala od Ojczyzny. Zapamiętam szczególnie starszego pana, u którego nocowałem w środkowej Francji. Z dzieciństwa pamiętał niewiele polskich słów, ale starał się ogromnie i atmosfera była cudowna.

- Jak w takiej drodze wygląda kwestia noclegów i wyżywienia?

- Najłatwiej jest w Hiszpanii, gdzie sieć schronisk dla pielgrzymów jest wręcz doskonała. W Niemczech i Francji było z tym różnie, zależnie od zagospodarowania poszczególnych odcinków trasy. Od Zgorzelca do Vacha warunki wspominam jako bardzo dobre, wręcz wzorcowe: cały szereg świetnie urządzonych schronisk, czysto i tanio. Dalej trzeba było sobie radzić: czasem był gasthaus, czasem camping, a czasem kawałek trawy pod lasem. Z oczywistych względów nie bardzo mogłem sobie pozwolić na zgłębianie tajników gastronomii mijanych okolic. Skoro jednak pielgrzymka ma mieć w sobie coś z umartwienia, to spokojnie można sobie poradzić, robiąc zakupy w mijanych sklepach.

- Wielu zapewne zapyta: po co taki wysiłek, na co takie zmęczenie i umartwienie?

Reklama

- Gdyby nie było intencji, droga nie miałaby dla mnie sensu. Miałem dwie główne intencje, które jednak chciałbym zachować dla siebie i Pana Boga. Oprócz tego pojawił się pomysł, by kolejne dni drogi oddać do dyspozycji tym, którzy mojej modlitwy i ofiary będą potrzebowali. Początkowo myślałem, że odzew będzie śladowy, potem się okazało, że wszystkie dni zostały intencjami obstawione. Przy okazji dziękuję darczyńcom za materialne wsparcie, a Jackowi Wiśniewskiemu za pośredniczenie w przekazywaniu intencji.

- Czy tam, z dala od domu, czuł się Ksiądz samotny?

- Nie ukrywam, bywały chwile zwątpienia. Jak się idzie cały dzień te 30 km i więcej, z nieba leje się żar, a nogi bolą, to nie tak trudno o zapytanie siebie: czy warto? Odczytuję to jednak jako wielką łaskę i dar: wtedy, gdy było najtrudniej, przychodził SMS z prośbą o modlitwę w szczególnie ważnej sprawie albo parę miłych słów, że ktoś pamięta, że wspiera. To dodaje sił. A jak wspomniałem wcześniej: gdyby nie było intencji, ta droga dla mnie nie miałaby sensu. Byłby pewno jakiś wyczyn, jakaś przygoda, ale na pewno nie pielgrzymka.

- Być może niejeden z Czytelników zastanawia się, czy ruszyć na pielgrzymkę. Co Ksiądz by im powiedział?

- Zaczynałem moje pielgrzymowanie 30 lat temu i wtedy miało ono inny wymiar. Jechało się do Warszawy, by stamtąd wędrować na Jasną Górę, bo z innych miejsc pielgrzymować nie było wolno. Dziś jest pełna swoboda, niezliczone możliwości zorganizowania wolnego czasu, rozwijania pasji. Gdy rozmawiam z młodymi ludźmi i zachęcam do wyjścia, bardzo często spotykam niechęć, wręcz wzbranianie się przed wysiłkiem, trudem. A przecież to jest pierwszy krok do dojścia dokądkolwiek i do czegokolwiek. Tego uczy pielgrzymowanie: najtrudniej jest ruszyć. I dosłownie, i w przenośni: potrzebujemy od czasu do czasu ruszyć się z miejsca, zmobilizować się, zmusić do wysiłku, by potem cieszyć się z osiągnięcia celu, z efektów, z takiego czy innego sukcesu. Mogę tylko powiedzieć wszystkim: warto. Tego, co taka droga daje w wymiarze duchowym, opowiedzieć się nie da. To po prostu trzeba przeżyć. Nie musisz od razu na maksymalnym dystansie. Ale zachęcam, proszę i zapraszam: wyjdź.

2011-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Magnificat jest utkany z modlitwy Izraela

[ TEMATY ]

Ks. Krzysztof Młotek

Glossa Marginalia

Adobe Stock

Otwarcie świątyni Boga w niebie i ukazanie się Arki Przymierza to obraz o wielkiej gęstości. Arka zaginęła wraz z pierwszą świątynią. Tradycja żydowska opowiadała, że Jeremiasz ukrył ją przed zdobywcami, a odnaleziona zostanie dopiero, „gdy Bóg zgromadzi swój lud” (2 Mch 2,4-8). Jan widzi ją teraz w niebie. Nic z wierności Boga nie zaginęło, przymierze trwa nienaruszone. Liturgia uroczystości celowo zestawia ten widok z następnym. Zaraz po Arce ukazuje się Niewiasta. Kościół od wieków czyta to sąsiedztwo mariologicznie, widząc w Maryi żywą Arkę, w której zamieszkało Słowo.
CZYTAJ DALEJ

Najwyższe na świecie figury Maryi

2026-08-14 20:55

[ TEMATY ]

Maryja

figura

pexels.com

Jutro w polskiej wsi Konotopie zostanie poświęcona ogromnych rozmiarów figura Matki Bożej Miłosiernej. Monument ma ponad 55,6 metrów wysokości. Sama figura mierzy 40,6 metra, a jej podstawa w kształcie korony - 15 metrów. Tym samym będzie to najwyższy tego typu pomnik w Europie.

Dotychczas (od 2003 roku) najwyższą na naszym kontynencie była 31-metrowa figura Świętej Bogurodzicy w bułgarskim mieście Chaskowo. Tuż za nią plasowała się 30-metrowa statua Matki Bożej Najświętszego Serca w pobliżu miasteczka Miribel koło Lyonu, we Francji, zbudowana w latach 1938-1941.
CZYTAJ DALEJ

Jej dzień

2026-08-15 07:00

[ TEMATY ]

Wniebowzięcie NMP

15 sierpnia

Materiały własne autora

Samuel Pereira

Samuel Pereira

Dzisiejsze święto państwowe ma formalną nazwę „Święto Wojska Polskiego”, ale chyba dużo częściej kojarzy się z obchodami rocznicy „Cudu nad Wisłą” lub „Bitwy Warszawskiej”. Różnica między tymi nazwami ma swoje poważne podłoże polityczne.

Termin z „cudem” w nazwie wymyślili, a na pewno lansowali przeciwnicy polityczni Józefa Piłsudskiego, m.in. Stanisław Stroński, aby pomniejszyć jego sukces. W ten sposób sugerowali, że wygrana była dziełem losu lub opieki Bożej, skoro Polska była w tak trudnym położeniu. Ci, którzy chcą podkreślić siłę polskiego oręża, wolą mówić o dniu „Bitwy Warszawskiej”.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję