Temat rzekomego bogactwa Kościoła katolickiego pojawia się z monotonną
regularnością w mediach wrogo nastawionych do katolicyzmu. Tak było
za komunizmu, tak jest również dzisiaj w mediach lewicowo-liberalnych.
Z reguły autorzy starają się wzbudzić u odbiorców rodzaj niezdrowych
emocji, bowiem "bogactwo" Kościoła przedstawiane jest zawsze jako
zagrożenie, zaprzeczenie ewangelicznej misji.
W publikacjach tego rodzaju jaskrawa demagogia łączy się
z dawką pozornie obiektywnych, "suchych" informacji. Tak też postąpił
tygodnik Angora (nr 52/99), który beztrosko określił Kościół katolicki
mianem "organizacji, która jest największą finansową potęgą na świecie". Co do realiów polskich, Angora jest ostrożniejsza: Kościół jest "
wielką potęgą gospodarczą" - zaś "stojący na jego czele biskupi zamiast
pasterzami są przede wszystkim feudalnymi książętami Kościoła". Tezy
te zostają udowodnione poprzez zderzanie "nagich faktów" dotyczących
struktury finansowania Kościoła w Polsce, wojny o odzyskanie majątku
niesprawiedliwych, niesłusznie faworyzujących Kościół podatków, z
obrazkami z życia biskupów, w których szczegółowo opisuje się ich
samochody, rezydencje i imputuje się im upodobanie do luksusu. Reporterski
zwiad Angory popada jednak w licentia poetica, bo oto np. pisząc,
że w Przemyślu "pałac abp. Michalika góruje nad panoramą miasta",
zapomina się dodać, że miasto położone jest na wzgórzach, więc siłą
rzeczy jedne budynki muszą górować nad innymi, a tak naprawdę nad
panoramą miasta góruje klasztor Sióstr Karmelitanek. Generalnie -
zdaniem Angory - polscy biskupi pozbawieni są uczucia wstydu. "W
biednym Włocławku żyje się naprawdę ciężko. Brakuje pracy i mieszkań.
Biskup Bronisław Dembowski zajmuje ogromne apartamenty w pięknym
pałacu kurii, tuż nad samą Wisłą...". Skandal też ma miejsce w Gnieźnie,
gdzie "żyje się biednie i powoli (!? - E. P.-P.). W centrum miasta
prawie wszystkie okazałe i odnowione budynki są własnością Kościoła".
Sprawa jest prosta. Winę za biedę i zaniedbanie miast, za
ich smutne odrapane domy i brak pracy ponoszą biskupi. Nie wstydzą
się, że budynki należące do kurii, seminaria i klasztory wyglądają
ładnie i czysto.
Na tym poziomie - a jest to poziom większości publikacji
na temat rzekomego bogactwa Kościoła - naturalnie, dyskutować nie
ma sensu. Nie ma sensu wykazywać, że "zabranie" szkół w Braniewie,
Henrykowie, Łowiczu itd. było odzyskaniem zagrabionej własności,
że 60 tys. hektarów ziemi, jakie dziś Kościół posiada, służy utrzymaniu
niezliczonej ilości dzieł charytatywnych, dzieł miłosierdzia, jakie
Kościół prowadzi. W tej kulturze, jaką prezentuje Angora i pokrewne
jej media, wszystkie dobra materialne Kościoła są wyłącznie przedmiotem
zbytku i świadczą o zepsuciu kleru. Samochód nie jest po prostu bezpiecznym,
potrzebnym na długie podróże duszpasterskie środkiem lokomocji, ale
symbolem luksusu. Ludzie Kościoła w ten sposób wykreśleni zostają
ze społeczeństwa, zaliczeni są do jakiejś specjalnej grupy, bowiem
nie mają prawa posiadać dobrych narzędzi pracy czy zapewniających
godziwy wypoczynek mieszkań. Nie mają prawa gromadzić żadnych dóbr,
bo nikt im nie uwierzy, że idą one na seminaria, na prowadzenie szpitali,
szkół, domów opieki, na katolickie media, na przygotowanie i wyekwipowanie
misjonarzy, na utrzymanie bibliotek, zabytków sztuki sakralnej, budowę
kościołów. Ludzie pokroju autorów Angory wszystko wezmą za złą monetę,
rzucą w twarz każdą złotówkę położoną na tacę. To, co jest darem
miłości ludzi wierzących, potraktują jako wyzysk owładniętego żądzą
posiadania kleru.
Jeśli warto o tym w ogóle wspominać, to z dwóch powodów.
Po to, by zauważyć ciągłość metod, powtarzalność tanich chwytów prymitywnej
propagandy antykościelnej, która tkwi mocno korzeniami w
czasach komunizmu. Aczkolwiek środowiska socjalistyczne
i masońskie z pewnym powodzeniem stosowały tę linię ataku jeszcze
w XIX w., to jednak bolszewicy w podpalonej nienawiścią Rosji byli
tymi, którzy najskuteczniej manipulowali emocjami wygłodzonych, upodlonych
ludzi i obracali je przeciwko Cerkwi. To oni straszyli nieokiełznaną
żądzą bogactwa, która miała stanowić integralną cechę sług Chrystusa.
Unicestwili w ten sposób wielką tradycję pomocy najbiedniejszym,
którą Cerkiew prawosławna z wielkim wyczuleniem na potrzeby ubogich
prowadziła w miastach i miasteczkach. W Polsce wprowadza się te bolszewickie
nauki w życie, ilekroć pojawi się rzeczywiste niezadowolenie całych
środowisk i grup społecznych z warunków życia. Zauważmy, jak cichcem
powraca dziś - chociażby na łamy Angory - słowo feudalizm. Pamiętamy
je z peerelowskich podręczników i gazet. To źli feudałowie byli zawsze
winni biedy prostego ludu. Była to podstawowa teza marksizmu. Dziś
epitetem z arsenału marksistowskich pojęć (feudał, książę) próbuje
się wzbudzić nieufność do Kościoła zapewne bardzo zmęczonych, borykających
się z życiem ludzi, odwracając zarazem ich uwagę od prawdziwego źródła
ich biedy, gwałtownie rozwijającego się, brutalnego nieraz, liberalizmu
gospodarczego, który faworyzuje ludzi z dawnej nomenklatury i tych,
którzy są - zawsze byli - ich cichymi bądź jawnymi sprzymierzeńcami.
Następna sprawa to magia cyfr. W tego typu doniesieniach
o rzekomo straszliwej przewadze finansowej Kościoła nad świeckimi
instytucjami podaje się zawsze bezwzględne cyfry. Informacja, jaka
z tego wynika, jest niekompletna. To z zestawienia z cyframi ujmującymi
zasobność instytucji - czy osób - świeckich można dopiero wyciągać
jakiekolwiek szersze wnioski. Vittorio Messori w swej znakomitej
książce pod ironicznym tytułem Czarne karty Kościoła przytacza -
aO propos plotek dotyczących domniemanych "bogactw Kościoła" - informację,
iż budżet Stolicy Apostolskiej, "to znaczy niezależnego państwa,
w którym znajduje się m.in. sto ambasad, nuncjatury oraz wszystkie
ministerstwa, którymi są kongregacje, dodatkowo jeszcze sekretariaty
i niezliczone biura, na rok 1989 wynosił mniej niż połowa wydatków
parlamentu włoskiego. Oznacza to, że sami deputowani i senatorzy,
którzy poruszają się w obrębie dwóch rzymskich budowli (w innych
czasach należących do papieży), kosztują podatników dwa razy tyle,
ile wynoszą wydatki Watykanu, kierującego ośmiuset milionami katolików
na całym świecie".
I wreszcie, na koniec. Oskarżycieli Kościoła pokroju dziennikarzy
Angory zawsze irytuje fakt, że tak dużo dzieł sztuki znajduje się
w obrębie budynków Kościoła. Nie mówiąc już o tym, że te skarby kultury
są świadectwem ludzkiego geniuszu, przez stulecia inspirowanego miłością
do Kościoła, i z pewnością jedynym miejscem ich przebywania powinien
być teren kościelny, warto przypomnieć, jak obchodzili się z pomnikami
sztuki - przede wszystkim sakralnej, choć w dużej mierze także i
świeckiej - komuniści. Jakie morze zniszczenia pozostawili po sobie.
Jaką otchłań spopielałych ksiąg, obrazów, zrujnowanych dworów, kościołów,
klasztorów, nawet cmentarzy. Gdyby nie troskliwy mecenat Kościoła
nad tym, co cudem ocalało z komunistycznej pożogi po 1920 r., gdyby
nie uporczywa troska o zabytki przeszłości, pielęgnacja starych murów
- nawet drzew - już za czasów PRL bylibyśmy państwem doszczętnie
ogołoconym ze sztuki, ze świadectw nieprzemijającego piękna. Ów widzialny
splendor Kościoła, który tak kłuje w oczy wychowanków marksizmu,
to dowód pietyzmu dla przeszłości, miłości do sztuki, gospodarskiej
mądrości, wymagającej nieraz heroizmu, zwłaszcza w czasach, gdy trudno
było o jakikolwiek materiał budowlany na najprostszy remont. Za taką
troskę należą się Kościołowi słowa wielkiej wdzięczności. Arcydzieła
sztuki religijnej służą wszystkim, kościoły są przecież otwarte,
klasztory mają dostępne dla wszystkich muzea. Gdyby znajdowały się
rzeczywiście w prywatnych rękach, to prawdziwe duchowe bogactwo zawarte
w sztuce byłoby zamknięte w niedostępnych twierdzach.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
