Cyniczna gra Unii Wolności
Reklama
Coraz więcej obserwatorów ostatnich wydarzeń wskazuje na cyniczną
grę Unii Wolności w całej sprawie. Kropkę nad "i" postawił w telewizyjnej
dyskusji na ten temat (30 maja w programie I) poseł PSL Bogdan Pęk.
Stwierdził on, że Unia Wolności, zdając sobie sprawę z fiaska Balcerowiczowskiej
polityki gospodarczej, chce uciec od odpowiedzialności za sytuację
i zrzucić na AWS winę za wszystko. Również Jarosław Kaczyński w sondzie
Życia z 30 maja mówił o "co najmniej niejasnej sytuacji gospodarczej",
która przypuszczalnie spowodowała "chęć ucieczki" UW z rządu. Przy
okazji Kaczyński wspomniał o "charakterystycznym dla środowiska Unii
elemencie histerii, bardzo specyficznej emocjonalności". Były prezes
NIK-u Lech Kaczyński w publikowanym w Rzeczpospolitej z 29 maja tekście:
Cele, których pogodzić się nie da stwierdził, że przyczyną kryzysu
jest "przede wszystkim ambicja Unii Wolności, która choć jest ugrupowaniem
zdecydowanie słabszym, ma olbrzymią część władzy w Polsce, a chciałaby
mieć jeszcze większą. Obciążeniem jest także wisząca nad naszą sceną
polityczną osobowość Leszka Balcerowicza. Jego recepty niespecjalnie
dają efekty - już od dwóch lat i siedmiu miesięcy Balcerowicz odpowiada
za polską gospodarkę i nie da się wszystkiego zwalić na poprzedników.
Realizacja przez niego zasad ´nagiego liberalizmu´ oznacza jawne
i zdecydowane nastawienie na bogatych, tymczasem trzeba sobie zdawać
sprawę z tego, że wyższa klasa właścicielska w Polsce swój kapitał
zawdzięcza nie tyle umiejętnościom gry na rynku, co eksploatacji
skarbu państwa".
Kaczyński bardzo krytycznie ocenił również rzutującą
na wyjątkowo złą sytuację w sferze bezpieczeństwa publicznego "gwałtowną
liberalizację odpowiedzialności karnej - przyczyniły się do tego
wąskie, a wpływowe grupy związane, przynajmniej towarzysko, z Unią
Wolności, które potrafiły narzucić swoje myślenie zakompleksionej
Akcji Wyborczej Solidarność". Zdaniem Kaczyńskiego, "istnieje również
zasadnicza sprzeczność między Balcerowiczowską ideologią obcinania
podatków i wydatków państwowych a naprawą państwa. Nawet z najlepszymi
ludźmi nie da się osiągnąć dobrego funkcjonowania służby zdrowia
przy tych środkach, które są na nią przeznaczone".
Pucz większości klasy politycznej?
Reklama
Nader ważkie wydają się komentarze na temat źródeł kryzysu
w koalicji AWS-UW, opublikowane w sondzie Życia z 29 maja: Co ich
dzieli, co ich łączy?. Redaktor naczelny Nowego Państwa Anatol Arciuch
stwierdził bez ogródek: "Stratedzy UW najwyraźniej bowiem podjęli
już decyzję. Nie tylko zdecydowali się na koalicję z SLD, o ile ten
ich oczywiście zechce, ale zrobią wszystko, by doprowadzić do jak
największej klęski wyborczej Krzaklewskiego i AWS. (...)
O powadze sytuacji świadczy fakt, że po raz drugi w dziejach
III Rzeczypospolitej mamy do czynienia ze swoistym puczem większości
klasy politycznej ponad podziałami partyjnymi przeciw urzędującemu
rządowi. Po raz pierwszy chodziło o niedopuszczenie do ujawnienia
teczek agentów. Teraz - o
niedopuszczenie do storpedowania koalicji
UW-SLD. To daje do myślenia".
Inny uczestnik sondy Życia, publicysta Najwyższego Czasu!
Stanisław Michalkiewicz przypomniał, iż "Rzeczpospolita poinformowała,
że UW uzgodniła z SLD wielkość okręgów wyborczych w nowej ordynacji
wyborczej systemu d´Hondta i listę krajową. To pozwala sądzić, że
trwają przygotowania do zawarcia koalicji w przyszłym parlamencie. (...) AWS odrzuciła w 1997 r. propozycję p. Słomki, żeby poszerzyć
polityczną bazę rządu o PSL. Gdyby tak się stało, AWS nie pozostałaby
bez alternatywy". Znamienne jest, że nawet redaktor naczelny Trybuny
Andrzej Urbańczyk stwierdził, iż "źródłem ochoty na ucieczkę UW od
odpowiedzialności jest raczej rysujący się na horyzoncie kryzys finansowy
i poważne kłopoty gospodarcze Polski. (...) UW wierzy w swoją nieomylność
i wszystkich traktuje jak młodszych braci. To też nie ułatwia AWS
życia".
Z kolei uczestniczący w sondzie Życia publicysta Gazety
Polskiej Rafał Ziemkiewicz ocenił, iż: "Wyjście z rządu unijnych
ministrów nie jest, samo w sobie, tragedią. Rząd pozbędzie się w
ten sposób dwojga najbardziej nieudolnych ministrów, w resortach
których panuje kompromitujący Polskę bałagan - pp. Suchockiej i Onyszkiewicza
oraz p. Syryjczyka, którego praktyczne osiągnięcia w reformowaniu
PKP możemy oglądać.
Również utrata szefa dyplomacji nie byłaby dla Polski
szkodą. Wprawdzie znakomicie umie on budować swoją popularność na
świecie, ale z jakichś przyczyn ta jego osobista popularność nie
przełożyła się jak dotąd na ani jeden konkretny sukces naszej polityki
zagranicznej. (...) Mówiąc krótko, opinia o rzekomych kompetencjach
członków UW nie znajduje w praktyce żadnego potwierdzenia. Gdyby
tak ministrowali członkowie ZChN, kpinom i krytykom nie byłoby w
mediach końca".
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Unia nie jest bezgrzeszna
Komentatorka centrowej Rzeczpospolitej z 30 maja Małgorzata Subotić sprzeciwiła się zacieraniu odpowiedzialności UW i Leszka Balcerowicza za załamywanie się dzisiejszej koalicji. Przypomniała, że wicepremier Balcerowicz nie wykorzystał "ani swojej wiedzy, ani wpływów" dla przyjęcia innego stanowiska, co do planowanych reform. Najpierw, ponad dwa lata temu ogłosił publicznie, że budżetu państwa nie stać na wszystkie cztery reformy, a potem się zgodził na wprowadzenie wszystkich czterech reform. Później okazało się, że właśnie zbyt mało pieniędzy jest jedną z głównych przyczyn złego funkcjonowania opieki zdrowotnej po reformie. Nic dziwnego, że Balcerowicz nie był zbyt wiarygodny ze swym projektem reformy podatkowej. Uznano, iż " może wcale, wbrew temu, co głosi wicepremier, reforma podatkowa nie jest niezbędna dla dobra gospodarki".
Tu chodzi o wielkie pieniądze
Reklama
W najnowszej Naszej Polsce (z 31 maja) - wiele wyjaśniający
wywiad z mecenasem Andrzejem Hermanem, komisarzem rządowym dla Gminy
Warszawa Centrum (rozmawiali Jerzy Biernacki i Piotr Jakucki). Tłumacząc
ostrość konfliktu, komisarz Herman powiedział: "Sprawa jest prosta.
Przecież chodzi o wielkie pieniądze, o stołki, o samochody, o decyzje
w sprawach gruntów. Przed chwilą dostałem zestawienie dotyczące służbowych
samochodów w Gminie Centrum, zdaje się, że było ich 18".
Tracący stanowiska reagują bardzo nerwowo. Zawieszona
wicedyrektor dzielnicy Śródmieście Teresa Wyszyńska z UW miała oddać
służbowy samochód, komputer i telefon komórkowy. Zamiast tego uderzyła
pełnomocnika komisarza Annę Wysocką z AWS. Według tekstu Łukasza
Kudlickiego: Damski boks w urzędzie, Wyszyńskiej grozi 10 lat więzienia
za pobicie urzędnika (Życie z 25 maja).
Karykaturalny samorząd
Komentator Nowego Państwa Jarosław Gajewski pisze w tekście
Zimny prysznic (26 maja): "Do tego, że najwłaściwszy adres dla warszawskiego
samorządu to Muzeum Karykatury przy ulicy Koziej, nikogo z mieszkańców
stolicy przekonywać nie trzeba. Milionową Ottawą (stolica Kanady)
włada niespełna dziesięciu radnych i autobusy tam jakoś nie jeżdżą
do tyłu. W Warszawie radnych mamy siedmiuset (!) - no, teraz minus
260 - pięć szczebli samorządu, pęczniejącą biurokrację i zdezorientowanych
mieszkańców, zniesmaczonych dodatkowo nie kończącymi się walkami
między stołecznymi radnymi. Walkami toczonymi nie o kolejne miliony
na metro, tylko o wpływy i posady w poszczególnych urzędach.
Zimny prysznic wcześniej czy później, taki czy inny stołecznemu
samorządowi się należał".
"Po nas choćby potop"
Sprawę patologii samorządu Warszawy podjął również w Tygodniku AWS (z 28 maja) były przewodniczący Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Maciej Iłowiecki. Z oburzeniem zareagował na pokrzykiwania Unii Wolności, grożące rozpadem koalicji w związku z decyzją powołania komisarza dla Warszawy, wynikłą z rozpaczliwego stanu miasta. Tym jednak - jak pisze Iłowiecki - UW zbytnio się nie przejmowała. Według Iłowieckiego: " nikt uczciwy nie ośmieli się powiedzieć, że ustrój samorządowy Warszawy jest dobry. (...) Podobnie jak wielu innych, mam już dosyć bezhołowia i idiotyzmów w Warszawie, w mieście, w którym nie można mieszkać, jeśli nie jest się bardzo bogatym. I mam też dość takich polityków, którzy za każdym posunięciem nie po ich myśli (wbrew ich interesom czysto politycznym) gotowi są doprowadzić do zmiany rządu i przejęcia władzy przez postkomunistów. Po nas - mówią (nie wprost, ale wystarczająco wyraźnie) - choćby potop. Bo może w tym potopie znów ´załapiemy się´ na czyjś okręt, co z tego, że płynący w zupełnie innym kierunku".
Spóźniona zemsta Michnika
Determinacja Adama Michnika nie ma granic. Zabolało go strasznie,
że Zbigniew Herbert, tak nie znoszący zgniłych kompromisów (vide
osławiony bruderszaft Michnika z Jaruzelskim), nazwał naczelnego
Gazety Wyborczej wciąż "staczającym się po równi pochyłej" w "najpospolitszy
nihilizm"
(por. wywiad Herberta dla Tygodnika Solidarność z 11 listopada
1994). Wreszcie przyszedł czas upragnionej zemsty. Herbert nie żyje
i nie może się bronić, więc tym łatwiej go zniesławić. Postarały
się o to dwie michnikowskie specjalistki od tego typu "czarnej" roboty:
Anna Bikont i Joanna Szczęsna. Wykorzystały swój wywiad ze znakomitym
pisarzem emigracyjnym - Gustawem Herlingiem-Grudzińskim (Gazeta Wyborcza
z 29 kwietnia), by z głupia frant podrzucić w nim obrzydliwą anty-Herbertowską
insynuację. Otóż Herbert opisał w jednym z listów do Miłosza, jak
go wymęczyli ubecy kolejnymi wielogodzinnymi przesłuchaniami w hotelu
Metropol. W trakcie tych hotelowych przesłuchań Herbert nie powiedział
niczego na nikogo. Sam fakt jednak, że zgodził się na przybycie na
przesłuchanie nie do MSW, a do hotelu, wystarczył insynuatorkom z
Wyborczej do przedstawienia Herberta w dwuznacznym świetle i podważenia
jego autorytetu. Bronisław Wildstein poświęcił metodom autorek z
GW obszernym tekst Ten wstrętny Herbert (Nowe Państwo z 26 maja).
Wildstein nazwał obie autorki "tropicielkami literatury polskiej",
pisząc: "posłuchajmy, jak mówią o Herbercie: ´Poeta się wił, plątał,
pytany o literatów wygłaszał sądy o literaturze, ale nie odmówił
spotkań´. Prawda, jaka pogarda? Powinien esbeków sprać po mordach. (...) Dla Herberta, jak dla każdego człowieka w tamtych czasach, przesłuchania
w hotelu były tylko ich wygodniejszą formą. Jakakolwiek ocena przesłuchiwanego
mogła wiązać się wyłącznie z tym, co mówił w ich trakcie. Bikont
i Szczęsna wiedzą o tym. O cóż więc chodzi? Ano chodzi o to, aby
jednego z największych, najszlachetniejszych i najbardziej bezkompromisowych
twórców polskich sprowadzić do roli agenta SB. Jeśli się to uda,
to rzeczywiście uznać można, że lustracja nie ma sensu".
Do sprawy wywiadu w GW powrócił i sam Gustaw Herling-Grudziński.
W publikowanym w Życiu z 25 maja (pt. Pisarze i media) oświadczeniu
napisał m.in. "Popełniłem błąd, godząc się na ten wywiad. (...) Przyjechały
dwie panie śledcze, wysłane do mnie przez instytucję, którą mógłbym
jedynie nazwać świeckim, progresywnym urzędem, na którego czele stoi
Adam Michnik (...) panie, które odwiedziły mnie w Neapolu, wykonujące
plan przygotowany, moim zdaniem, przez Adama Michnika, chciały cytując
ten list Herberta rzucić na niego cień. Chodziło o pomieszanie w
świadomości czytelników czystych postaci z naszej nieodległej przeszłości
z postaciami marnymi i nieczystymi. Ten plan polega na próbie przekonania
wszystkich, że Herbert, który wydawał się nam czysty, był zaplątany
w jakieś brudne sprawy. Ten pomysł jest absolutnym nonsensem, dającym
się porównać na przykład z pomysłem objęcia przez Michnika redakcji
Kultury. Jest to pomysł bardzo groźny. Jeśli mam rację, polega on
na próbie spopularyzowania hasła, które brzmiałoby - parafrazując
tytuł powieści Hłaski: - ´Wszyscy byli zabrudzeni´.
Otóż tak nie było. Nie wszyscy byli zabrudzeni. Kiedy
wiele lat temu poznałem Herberta (...) zrozumiałem, że mam do czynienia
z człowiekiem czystym, wiernym swoim opcjom politycznym, narodowym,
artystycznym i filozoficznym. I nigdy nie zmieniłem swego o nim zdania.
Za nonsens uważam próbę powiedzenia, że nie było ludzi czystych,
że wszyscy byli w jakiś sposób zabrudzeni, a więc dajmy spokój, nie
używajmy odwołań do koloru białego i czarnego, bo jedyny właściwy
kolor to ciemnoszary. (...)
Niewiele możemy zrobić wobec manipulacji. Ale możemy
przynajmniej bronić tej cząstki prawdy, jaką znamy, jaką zbadaliśmy,
jaką przekazujemy w swoim świadectwie. Jeszcze raz proszę, aby tę
rozmowę opublikowaną na łamach Gazety Wyborczej uznać za nadużycie,
będące konsekwencją mojego błędu".
