Reklama

Nasze zadanie: obudzić śpiących

Z ks. prał. Jerzym Steckiewiczem rozmawiał ks. inf. Ireneusz Skubiś
Niedziela Ogólnopolska 39/2003


Kaplica pw. Matki Bożej Fatimskiej. Tutaj odprawiane są Msze św.

Z ks. prał. Jerzym Steckiewiczem, wikariuszem biskupim w Kaliningradzie, rozmawia ks. inf. Ireneusz Skubiś

Ks. Ireneusz Skubiś: - Jest Ksiądz wikariuszem biskupim dla okręgu kaliningradzkiego. Na początku lat 90. pod względem organizacji kościelnej była to pustynia. Co skłoniło Księdza Prałata do pracy na terenie obecnej Rosji?

Ks. prał. Jerzy Steckiewicz: - Zawsze myślałem o pracy na Wschodzie. Myślałem o Grodnie, z którego pochodzę. Pan Bóg sprawił, że znalazłem się w Kaliningradzie, i rzeczywiście zaczynałem niemalże od zera. Przede mną był tam przez kilka miesięcy ks. Anpras Gawronskas z Litwy. Dołączyłem do niego w czerwcu 1991 r. Zamieszkałem w hotelu, Msze św. odprawialiśmy przy kościele Świętej Rodziny i tak trwało to trzy lata. Powoli gromadziliśmy ludzi.

- Czy ci, którzy zaczęli przychodzić do Księdza jako duszpasterza, byli Polakami, czy także ludźmi innych narodowości?

- W większości mieli korzenie polskie. Jako pierwsi odnaleźli się ci, którzy mieli kontakt z Kościołem na swoich ziemiach rodzinnych - na terytorium obecnej zachodniej Białorusi, Wileńszczyzny czy Ukrainy. Dość często przychodzili również ludzie pochodzenia litewskiego. Byli to głównie ludzie starsi, odczuwający jeszcze potrzebę kontaktu z duszpasterzem. Szybko zdaliśmy sobie sprawę, że powinniśmy łączyć religijność z narodowością. Zaproponowaliśmy lekcje religii i lekcje języka polskiego dla dzieci - zachęcałem księdza litewskiego, żeby uczynił podobnie dla dzieci litewskich. Dziadkowie zaczęli więc przyprowadzać do nas swoje wnuki. Na pierwszą lekcję religii w listopadzie 1991 r. przyszło dwoje dzieci. Na następną już czworo, pięcioro - i tak to się zaczęło. Dzieci bardzo nam pomogły.
Później, gdy już mieliśmy kontenery, a w nich kaplicę, bibliotekę, centrum polonijne, centrum pomocy humanitarnej Caritas, a w pewnym momencie nawet kolegium teologiczne, przychodzące na lekcje religii dzieci zaczęły przyprowadzać swoich rodziców. Możemy więc powiedzieć, że dzięki dzieciom znalazło się u nas średnie pokolenie. W tej chwili bardzo często udzielamy sakramentu małżeństwa właśnie tym, którzy 11, 12 lat temu byli dziećmi. Są to już ludzie przygotowani do małżeństwa tak jak w Polsce, przez kursy, poradnictwo rodzinne itp.

- Czy wcześniej była tam jakakolwiek struktura kościelna?

- Na początku nie było żadnej kościelnej struktury. Jeździliśmy po całym obwodzie kaliningradzkim, poszukując ludzi wierzących. Zaczepialiśmy ludzi na przystankach autobusowych, próbowaliśmy rozmawiać z nimi w centrum miasta, pytaliśmy o korzenie polskie, litewskie czy niemieckie. W ten sposób sami rozpoznawaliśmy teren i dawaliśmy się rozpoznać jako księża katoliccy, gotowi do pomocy duszpasterskiej na tym terenie.
Pierwszą parafię zarejestrowaliśmy w 1992 r. w Kaliningradzie - była to parafia Świętej Rodziny; potem - parafia św. Wojciecha, następna - w dawnej Tylży, obecnie Sowiecku. W tej chwili mamy już zarejestrowane 23 parafie. Możemy powiedzieć, że to już sieć kościołów.
Od samego początku w sposób świadomy staraliśmy się tam budować Kościół, a nie tylko jedną wspólnotę parafialną. Staraliśmy się tworzyć Kościół, który będzie miał wszystkie istotne elementy: nauczanie, czyli dzielenie słowa Bożego, ale również dzielenie chleba, a więc pomoc humanitarną. Stworzyliśmy kolegium teologiczne, które cieszy się ogromnym zainteresowaniem nie tylko katolików. Dla wielu ludzi w Rosji religia była utożsamiana z ciemnogrodem. Gdy przychodzą do kolegium, są zaskoczeni, że jest tam realizowany program wyższej uczelni. Są zdziwieni, że religia opiera się na filozofii, teologii, że nauka w tej dziedzinie jest tak mocno rozwinięta. Mamy wydawnictwo książkowe, wydajemy także gazetę w języku rosyjskim Kaliningradzkij Katoliczeskij Wiestnik. W ten sposób podnosimy też poziom wiedzy ludzi.

- Czy można powiedzieć, że jest to już takie zwyczajne duszpasterstwo, jak w Polsce czy w innym miejscu na świecie?

- Myślę, że jest to już całkiem zwyczajne, normalne duszpasterstwo, w którym pracuje 17 księży, 13 sióstr zakonnych i wielu katechetów świeckich; mamy 2 domy rekolekcyjne, a więc miejsca formacyjne dla wszystkich zainteresowanych, także organistów, ludzi do pracy socjalnej; prowadzimy systematyczne spotkania duchowieństwa z całego obwodu kaliningradzkiego, dni skupienia, rekolekcje itd.
W tej chwili w 10 parafiach pracują już księża. Dla porównania powiem, że na początku w niedziele odprawialiśmy po 7-8 Mszy św. Ja sam przez długi czas to przeżywałem, przejeżdżając w ten dzień ok. 400 km. Pierwsza Msza św. była o godz. 8.00, a ostatnia - o 20.00. Obecnie jest to już zupełnie inna rzeczywistość. Przede wszystkim odzyskaliśmy w obwodzie dwa kościoły: w Czerniachowsku, dawna Wystruć, i w miasteczku Bolszakowo, dawne Skajsgiry. W Sowietsku mamy nowo wybudowany kościół. Jest też osiem kaplic. W kilku miastach kaplice są w domach, np. w Bałtyjsku, dawnej Pilawie, kupiliśmy przedwojenny dom parafialny po pożarze i urządziliśmy tam dość dużą kaplicę, która wystarcza na potrzeby Bałtyjska. W Gwardziejsku udało się zakupić w centrum miasta zniszczony budynek, który był kiedyś hotelem, i tam urządziliśmy najpierw kaplicę, a teraz jest tam parafia, która gromadzi w każdą niedzielę na Mszach św. ponad 100 osób, mamy tam też dom rekolekcyjny.
W tym roku zrodziło się kolejne nasze marzenie. Niedaleko morza mamy dom dla dzieci - Dom św. Rafała. Spędzało tam tegoroczne wakacje ok. 250 dzieci. Chcielibyśmy, żeby w przyszłym roku liczba ta podwoiła się...
Możemy więc powiedzieć, że Kościół kaliningradzki już istnieje w pełnym tego słowa znaczeniu. Jest struktura, jest władza wykonawcza biskupa, są dwa dekanaty, dwóch dziekanów, są parafie, księża proboszczowie, księża wikariusze. W większości mamy już gdzie mieszkać, chociaż zdarzyło się ostatnio, że nowy proboszcz objął dwie parafie, w których nie ma ani miejsca zamieszkania, ani stałego miejsca sprawowania Mszy św.; w jednym z miast - w Pioniersku Msze św. są sprawowane w sanatorium; w innym mieście - w Swietłagorsku - w mieszkaniu prywatnym. W miasteczku Bagrationowsk ks. prał. Urbanowicz kupił sklep w budowie i już urządził tam kaplicę. Mamy nadzieję, że uda nam się tam szybko postawić kontenery i z czasem coś zbudować.
Okazuje się, że na terenie obwodu kaliningradzkiego jest wielu katolików, tylko oni śpią. Naszym zadaniem jest ich obudzić. Jest to bardzo radosna i twórcza praca, ponieważ widzimy, jak ludzie się zmieniają. Odzwyczajeni od praktyk religijnych - bo przecież jeżeli ktoś przez 40 lat nie uczęszczał na Mszę św., to nie odczuwa jej wewnętrznej potrzeby - z naszą pomocą zaczynają sobie uświadamiać ich znaczenie. Ostatnio przychodzą też do nas ludzie, którzy nie są pochodzenia polskiego, litewskiego czy niemieckiego, i proszą o chrzest. U nas katechumenat trwa rok, jednak wielu ludzi w sposób świadomy wybiera właśnie wyznanie katolickie.

- Pozostaję z wielkim podziwem dla tej ogromnej pracy Księdza Prałata i księży pracujących w obwodzie kaliningradzkim. Z pewnością są też jednak sprawy, które spędzają sen z oczu Księdza Prałata...

- Staram się tylko być dobrym Bożym narzędziem. A działa przede wszystkim Pan Bóg, bo owoce naszej pracy są natychmiast widoczne. To, że powstało tyle nowych obiektów i funkcjonuje wiele instytucji, to również wielka łaska Pana Boga dla nas, że udało się dobrze wykorzystać pomoc napływającą z Niemiec, że wiele parafii w Polsce zaprasza mnie z kazaniem niedzielnym i ofiaruje datki zebrane w tym dniu na tacę. To są cegiełki, z których powstają budowle.
W tej chwili naszą uwagę skupia największa budowla w Kaliningradzie - kościół św. Wojciecha. Znajduje się przy jednej z głównych ulic miasta - przy ul. Aleksandra Newskiego. Jest już przykryty dachem. Dachówkę dostaliśmy od p. Jopka z Polski. Teraz trzeba wykańczać wnętrze, zakładać ogrzewanie, okna, ocieplać i tynkować i należy jak najszybciej dokończyć część katechetyczną, która jest pod kościołem, a która okazuje się już teraz niewystarczająca. Jednak cieszymy się, że mamy kadry i możliwość owocnego gromadzenia ludzi. Prowadzimy katechizację dla dzieci, młodzieży i dla dorosłych, przychodzą również ludzie starsi. Chcielibyśmy bardzo, aby ten kościół jak najszybciej oddać do użytku, ponieważ jest już bardzo potrzebny.

- Myślę, że dobrze, iż z Czytelnikami „Niedzieli” dzielimy tę troskę, być może wielu zechce współuczestniczyć w tym wielkim budowaniu.

- Nasze działanie opiera się przede wszystkim na nadziei. I nie zawiedliśmy się. Z pomocą Bożą i bardzo wielu ludzi dobrej woli postępujemy w rozwoju. W trakcie budowy jest budynek kolegium teologicznego w Kaliningradzie - wykorzystaliśmy czas, że można było rozpocząć budowę. Może to trochę nieewangelicznie, bo Pan Jezus mówi, że trzeba mieć środki na wykończenie, ale gdybyśmy wtedy nie rozpoczęli, to w tej chwili byłoby to niemożliwe. Mamy również rozpoczętą budowę drugiego już domu dziecka. W obwodzie kaliningradzkim istnieje duży problem dzieci ulicy. Siostry Katarzynki objęły swoją opieką ok. 50 takich dzieci - zaczęły one chodzić do szkoły, otrzymują całodzienne wyżywienie, mają gdzie spędzać popołudnia, a dziesięcioro z nich mieszka tam na stałe. Dzieci wywodzą się w większości z rodzin będących w skrajnym ubóstwie lub patologicznych. Stąd ta nasza budowa.
W dwóch miastach rozpoczęliśmy budowę kaplic. W miasteczku Jantarnyj udało się zdobyć spalony budynek po byłej dyskotece - budujemy tam kaplicę. Otwieramy też dwie kolejne parafie w miastach, które mają kilkanaście tysięcy ludzi, i tam również trzeba będzie myśleć o budowaniu ośrodków duszpasterskich. Ludzie u nas są biedni, niewielu stać na to, żeby w każdą niedzielę przyjechać na Mszę św. Jeżeli jako Kościół wyjdziemy do ludzi, to w sposób skuteczny podamy im rękę. Pasywne oczekiwanie na wiernych byłoby tu zupełnie bezowocne. Dlatego naszym zadaniem jest stwarzanie bazy, miejsc, gdzie można się spotykać, dzielić się słowem Bożym i chlebem powszednim.

- Trzeba pamiętać, że wśród tych ludzi jest wielu Polaków...

- Zaistniało ostatnio pewne ciekawe zjawisko: na teren obwodu kaliningradzkiego zaczynają zjeżdżać Polacy z Kazachstanu. Oni po prostu chcą być bliżej Polski. Mamy już kilka takich wspólnot opartych na Polonii z Kazachstanu. Są to bardzo wartościowi ludzie, którzy szybko odnajdują się w naszych wspólnotach parafialnych. Oni wiedzą, że Kościół jest instytucją, która gromadzi, łączy. Widać, że dzięki spotkaniom duszpasterskim stają się bardziej przedsiębiorczy, biorą los w swoje ręce. Często mówią, że tutaj dostali nową nadzieję na życie, uwierzyli w ludzi, wierzą też, że kiedyś przyjadą do Polski. Szczególnie w tych wspólnotach staramy się nie tylko celebrować liturgię, ale uczyć języka polskiego. Tym rodzinom bardzo zależy, by ich dzieci mogły studiować w Polsce, być może znaleźć męża czy żonę i na stałe osiąść w ojczyźnie. W tym też staramy się im pomagać, już kilkanaście osób z tych rodzin studiuje w Polsce. To jest także bardzo wdzięczna i piękna działalność, gdyż ci ludzie udowadniają, że warci są pomocy.

- Być może i Kościół w Polsce powinien bardziej angażować się w tę pomoc Polakom z Kazachstanu. Zależy to wprawdzie od sfery rządowej, która dysponuje pieniędzmi i aktami prawnymi, ale wydaje się, że czynnik ludzki, bardzo zwyczajny, który objawia się we wspólnotach kościelnych, jest również bardzo ważny.
Serdecznie dziękuję za rozmowę i życzę dalszego tak porywającego zapału oraz coraz lepszych warunków zewnętrznych - by owoce były dorodne.

Polskie małżeństwo członkami watykańskiej dykasterii

2019-07-18 17:12

Rozmawiała Marta Mastyło / Kraków (KAI)

Choć pochodzimy z różnych światów, jesteśmy rodziną. Łączymy to, co pojedynczo zdarza się w innych rodzinach. Chyba właśnie to spodobało się w nas papieżowi Franciszkowi - mówi dr Aleksandra Brzemia-Bonarek, która wraz ze swoim mężem, dr. Piotrem Bonarkiem, powołani zostali na członków watykańskiej Dykasterii ds. Świeckich, Rodziny i Życia. Ekspertka opowiada o swoim małżeństwie, wychowaniu piątki dzieci i zadaniach, jakie małżonkom stawia w nowej posłudze Ojciec Święty.

Grzegorz Gałązka

Marta Mastyło (UPJPII): Została Pani z mężem powołana do Dykasterii ds. Świeckich, Rodziny i Życia. Co przyczyniło się do tego, że Ojciec Święty Franciszek właśnie Państwu powierzył tę funkcję?

Dr Aleksandra Brzemia-Bonarek: Razem z mężem otrzymaliśmy informację we wrześniu ubiegłego roku. Zadzwonił telefon z Rzymu, żeby nas przygotować, zanim o fakcie dowiedzielibyśmy się z prasy. Później otrzymaliśmy dokument podpisany przez Sekretarza Stanu.
Ja nawet nie wiedziałam, że jestem wśród osób nominowanych do tej funkcji, cała ta procedura była objęta tajemnicą, nie mam pojęcia skąd taki wybór. Ale co ważne – jako małżeństwo jesteśmy członkiem dwuosobowym. Wśród członków dykasterii są trzy pary małżeńskie i mamy działać jako para, oprócz nas są jeszcze członkowie indywidualni.

- UPJPII: Porozmawiajmy więc o Pani rodzinie, małżeństwie, życiu zawodowym. Wspólnie poszukajmy odpowiedzi, co mogło sprawić, że dokonano w Watykanie takiego a nie innego wyboru?

- Jestem związana z Uniwersytetem Papieskim Jana Pawła II w Krakowie od 2007 roku, czyli od mojego doktoratu, ale etatowo zatrudniona zostałam w 2011 r. Jestem prawnikiem kanonistą, skończyłam Uniwersytet Kard. Stefana Wyszyńskiego w Warszawie w zakresie dwóch kierunków – prawa i prawa kanonicznego, mam dwa dyplomy. Początkowo pracowałam jako adwokat kościelny przy sądach metropolitalnych w Katowicach i w Krakowie. A od 2010 roku jestem obrońcą węzła małżeńskiego przy Sądzie Metropolitalnym w Krakowie. Tutaj pracuję też w katedrze kanonicznego prawa procesowego na Wydziale Prawa Kanonicznego.
W wieku 25 lat wyszłam za mąż, mój mąż jest biochemikiem fizycznym, pracownikiem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Osiedliliśmy się tutaj w Krakowie ze względu na naukowy charakter pracy męża na uniwersytecie. W trakcie 19 lat małżeństwa porodziły nam się dzieci: mam 18-letniego Pawła, 16-letniego Filipa, który jest dzieckiem niepełnosprawnym, ma autyzm i niepełnosprawność intelektualną, później urodziły się dziś 10-letnia Krysia, 5-letni Jaś i 10-miesięczny Marcin.
Nie udzielam się w parafii, nie należę do żadnej grupy charyzmatycznej, nigdy nie byłam w oazie. Dlatego nie w naszej aktywności wspólnotowej należy szukać wytłumaczenia.

- UPJPII: Szukamy dalej… Może dla wielu osób, które Państwa znają, stanowicie po prostu jakiś wzór rodziny.

- My na pewno nie jesteśmy rodziną specyficzną, choć mamy dzieci więcej niż statystycznie. Mamy niepełnosprawnego syna, a to bardzo zmienia sposób funkcjonowania naszej rodziny, ponieważ musimy pod niego różne rzeczy ustawiać, on jest taką osią. On potrzebuje naszej opieki, jak również opieki swojego rodzeństwa.
Często jestem pytana o czym z mężem rozmawiamy, co nas łączy, bo prawnik kanonista i biochemik fizyczny to są absolutnie dwa różne światy, dwie metodologie itd. Ja nie do końca rozumiem to, czym zajmuje się mój mąż, w sensie naukowym, mnie to po prostu matematycznie przerasta. Natomiast pochodzimy z podobnych środowisk, obydwoje z Górnego Śląska i wartości charakterystyczne dla tego regionu są nam wspólne.
Myśmy się znali wcześniej z widzenia, ale poznaliśmy się dopiero na studiach, a konkretnie w pociągu. Ja jeździłam z Warszawy, mąż z Krakowa, ale z Katowic do rodzinnej miejscowości podróżowaliśmy już tym samym pociągiem.

- UPJPII: Wsiedliście do tego jednego pociągu i udaliście się we wspólną podróż przez życie. Czy są jakieś reguły, normy niezachwiane, jeżeli chodzi o rodzinę, w kwestiach wychowania dzieci?

- Ja jestem zwolennikiem rodziny różnopłciowej. Mężczyzna i kobieta tworzą rodzinę i inne „konfiguracje” są dla mnie po prostu sprzeczne z biologią, która w sensie ewolucji nas przecież determinuje. Zatem nie zgadzam się na to, aby osoby tej samej płci mogły adoptować dzieci. Drugą kwestią jest trwałość rodziny, w czym pomaga sformalizowanie związku. Myślę, że to publiczne określenie się bycia mężem i żoną daje bardzo solidną podstawę do tego, aby wziąć za rogi te obowiązki i te przyjemności, które się z tym łączą i próbować na tym bazować.
Oczywiście najlepiej, jeśli deklaracja życia wspólnego dla wierzących odbywa się w formie religijnej, ale w przypadku, gdy niektórzy nie mogą, to myślę także o wyłącznie cywilnych związkach. Widzę to na podstawie mojego doświadczenia z sądu kościelnego, że rzeczywiście w tych związkach, które są niesformalizowane, zawsze istnieje ta łatwiejsza możliwość „wyjścia z piaskownicy”, o wiele trudniej to zrobić, gdy się jest zorganizowanym w tej komórce podstawowej jaką jest małżeństwo, także to cywilne. Małżeństwo, czy to cywilne czy to kanoniczne, takie instytucjonalne, daje duże prawdopodobieństwo trwałości, o wiele większe niż związki nieformalne, jak na przykład konkubinaty.

- UPJPII: Jeżeli chodzi o wychowanie dzieci, zgadzacie się absolutnie we wszystkim? Macie pięcioro dzieci, przy czym każde z nich ma na pewno inny charakter, inną wrażliwość.

- Nie chciałabym jakoś laurkowo naszego małżeństwa pokazywać, ale wychowujemy dzieci w wolności „do”, a nie w wolności „od”. Staramy się traktować je podmiotowo, uwzględniając ich autonomię już od samego początku, już od etapu niemowlęctwa. Jak mały nie chce jeść kaszki, to nie musi, ale musi zjeść coś innego w miejsce kaszki. To funkcjonuje na takiej samej zasadzie odpowiednio w przypadku dzieci starszych. Ale wolność nie znaczy, że dzieci mogą robić wszystko, obowiązki w domu muszą być, ale te obowiązki muszą być naszymi obowiązkami wspólnymi. To nie jest tak, że ja wymagam od moich dzieci, by poszły w niedzielę do kościoła, a ja nie idę, bo wtedy przestaję być dla nich wiarygodna.
Jest jedno dziecko, które praktycznie nie ma żadnych obowiązków, to niepełnosprawny w stopniu znacznym Filip. Obowiązkiem moich dzieci jest w pewnym stopniu dbać o brata, ale równocześnie nie chcę ich obciążać nim na tyle, żeby czuły się przytłoczone faktem, że są w rodzinie z dzieckiem niepełnosprawnym, bo i tak jest im wiele rzeczy odbieranych właśnie przez to, że Filip ma pewne swoje stereotypy, zachowania i ograniczenia w kontaktach ze społeczeństwem. Np. na wakacje jeździmy do spokojnych, znanych mu miejsc, a zwiedzanie miast jest niemożliwe do realizacji.
Nie mam recepty na to, jak należy wychowywać dzieci. Myślę, że każda mama to wie intuicyjnie. Każda rodzina jest inna, nigdy nie podjęłabym się bycia osobą, która miałaby być jakimś wyznacznikiem. Nie czuję się profesjonalistką, chociaż jestem matką wielodzietną. Nasze dzieci też są różne, każde z nich urodziło się na innym etapie małżeństwa, pracy zawodowej; jedne w bloku, inne już w domu. Starsze się bawiły na placu zabaw pomiędzy blokami, a młodsze mają swój ogródek. To wszystko ma wpływ na wychowanie, na to jak się rozwijają.

- UPJPII: A sferę duchową należy pielęgnować razem?

- W zależności od osobistych zdolności i uwarunkowań. Nie ma dla wszystkich tej samej recepty.
Ja jestem człowiekiem ekstrawertycznym, mój mąż jest raczej introwertyczny. Taki człowiek, któremu bliższa jest praca w laboratorium. Nie lubi wielkich wystąpień publicznych, choć lubi wykładać, ale wystąpienia publiczne nie są jego żywiołem. My wszyscy w rodzinie jesteśmy nazbyt różnorodni. Np. 10-letnie dziecko jest głodne w danym momencie, Filip, ten niepełnosprawny, jest głośny, trudno nam byłoby w jednym czasie uklęknąć do wspólnego różańca. Natomiast kwestie wiary rozwiązuje się poprzez liczne rozmowy z dziećmi.
U nas nie ma tak, że „Pan Jezus jest w kościele”, a poza tym toczy się jakieś inne, normalne życie. Dla nas te sfery sacrum i profanum przenikają się ze sobą. Uważamy, że Pan Bóg jest obecny w naszej codzienności i dla nas cały czas ma miejsce ten cud stwarzania świata w postaci chociażby kwitnienia kwiatów, poprzez wszystko co się wokół dzieje.
Naszym dzieciom zwracamy na to uwagę właśnie w kontekście tego Bożego stworzenia. Mój syn najstarszy jest i jakoś nie ma w nim żadnej fazy buntu przeciwko religii. Lubię z dziećmi porozmawiać, na przykład o czym była mowa na kazaniu. Rozmowy teologiczno-religijne powinny być częścią życia każdego inteligenta, ponieważ mamy życie duchowe i powinniśmy je w sobie rozwijać.
Choć pochodzimy z różnych światów, jesteśmy rodziną. Łączymy to, co pojedynczo zdarza się w innych rodzinach. Chyba właśnie to spodobało się w nas papieżowi Franciszkowi. Myśmy się „skompresowali” i może stąd właśnie na nas padł wybór.

- UPJPII: To istotne, by mama i tata mówili jednym głosem?

- Tak. W sprawach kluczowych dzieci muszą mieć fundament solidny, żeby się czuły bezpieczne. Więc musimy w sprawach najważniejszych mówić jednym głosem. Dobrze jest to sobie ustalić wcześniej i oczywiście nie w ich obecności. Nie jest dobrze, gdy dzieci dostają z różnych stron inny przekaz. One do pewnego momentu potrzebują bardzo jasnego stanowiska. Odcienie szarości poznają z czasem, jak są coraz starsze, do tego też ich trzeba przygotować. Świat nie jest czarno-biały, ale warto mieć czarno-białe ideały, bo one pozwalają mieć ten kompas później.

- UPJPII: Dotknęliście już Państwo tego, czego wymaga od was nowa funkcja?

- Byliśmy na pierwszym spotkaniu w dykasterii. Pojechaliśmy z mężem i z dwójką naszych dzieci. Przedstawiliśmy się sobie.
Dykasteria mieści się na Zatybrzu w bardzo dużym czteroskrzydłowym budynku. W kwietniu trwały tam jeszcze takie ostatnie szlify remontowe przed listopadem, kiedy odbędzie się pierwsze zebranie plenarne wszystkich członków dykasterii. Będzie w nich uczestniczyć papież Franciszek. Mają trwać trzy dni. Odbywają raz do roku. To są takie nasze obowiązkowe spotkania, kiedy musimy pojechać do Rzymu.
Oprócz tego odbywają się jeszcze spotkania robocze, ich częstotliwość jest już kwestią bardziej indywidualną. Wiadomo, że te osoby, które mieszkają bliżej, będą na nich częściej. Prefekt dykasterii kard. Kevin Farrell bardzo ceni sobie nowinki technologiczne. Stąd, gdy poszliśmy do tej dykasterii, to mimo remontu, widać było jak nowoczesne jest to miejsce. Każdy z pokoi jest zaopatrzony w ergonomiczne meble i we wszystko co potrzebne do robienia telekonferencji. Pokoje, w których odbywać się będą dyskusje i rozmowy, są już przygotowane dla tłumaczy kabinowych. Wśród świeckich członków dykasterii, pochodzących przecież z różnych krajów, dominuje język angielski.
Członków dykasterii jest kilkudziesięciu. Są to księża, a pośród nich kilku biskupów, są też siostry zakonne, osoby z laikatu, poszczególne osoby świeckie i trzy małżeństwa. Jeżeli chodzi o Polaków, to jesteśmy jedyni w tym gronie. Dwie pary są z Europy, a jedna z Azji.
W ogóle ta dykasteria to bardzo umiędzynarodowiona instytucja. Pracownicy pochodzący z różnych państw w większości mieszkają we Włoszech, ale w pracy wspomagają nas jeszcze konsultorzy, są to osoby wyróżniające się jakąś szczególną wiedzą w danym zakresie. Nie są oni stałymi pracownikami dykasterii, ale są wzywani w sytuacjach, gdy potrzebna jest ich ekspercka opinia. Wśród nich też są zarówno duchowni jak i osoby świeckie, także w małżeństwie, jak i samotne.

- UPJPII: Jak wyglądało to pierwsze spotkanie?

- Pokazano nam zakres spraw, które zostaną nam przekazane do zapoznania się. To są takie jakby programy badawcze, którymi przez najbliższych 5 lat ma zająć się dykasteria.

- UPJPII: Dykasteria jest w jakikolwiek sposób decyzyjna, czy po prostu wydaje opinie, z którymi można, ale i niekoniecznie trzeba się liczyć?

- Dykasterie i kongregacje to są jakby takie ministerstwa przy papieżu. Dykasteria to organ wykonawczy i opiniujący dla papieża, pamiętajmy przecież, że w Kościele nie ma demokracji, tylko hierarchia.
Działalność dykasterii można było niedawno zauważyć w sytuacji starań o ocalenie Vincenta Lamberta, Francuza, który w stanie minimalnej świadomości przeżył 11 lat. O jego życie walczyli jego rodzice, episkopat Francji, a także sam papież Franciszek i właśnie dykasteria.

- UPJPII: Proszeni o opinie musicie robić jakieś badania, czy opieracie się państwo głównie na własnej wiedzy i doświadczeniu? Zastanawia mnie, ile czasu będziecie musieli państwo poświęcić temu zadaniu?

- Dlatego kardynał tak szpikuje te pomieszczenia dykasterii różnymi urządzeniami technicznymi, gdyż jest bardzo praktyczny i chciałby te nasze wyjazdy do Rzymu ograniczyć do minimum, a żebyśmy się przede wszystkim kontaktowali z nim i z jego pracownikami za pomocą telekonferencji. Tak w większości będą wyglądać nasze spotkania. Byliśmy pytani, czy możemy mieć w domu szerokopasmowy internet, abyśmy mogli się porozumiewać nie tylko z nim, ale także z innymi równolegle. Ja byłam pod wrażeniem tej nowoczesności, przy zachowaniu wszystkich wymogów architektonicznych.

- UPJPII: Ucieszyła się Pani otrzymaną nominacją, czy przestraszyła kolejnego obowiązku?

- Gdy powiedział mi o tym zaprzyjaźniony ksiądz profesor, to poprosiłam go, żeby sobie tak nie żartował. Mój mąż nazywa siebie accidental member, przypadkowym członkiem. On się zdziwił najbardziej. Ale dostaliśmy takie sygnały, że Ojcu Świętemu chodziło o to, aby wśród członków znalazły się takie osoby, które prawdziwie żyją, w rzeczywistym świecie, który być może dla części duchowieństwa pozostaje zupełnie nieznany. Nie byliśmy z klucza, z ludzi którzy krążą cały czas po orbicie probostwa i szkółki parafialnej, szczególnie mój mąż żyje w realiach środowiska, które jak przychodzi w niedzielę do kościoła to jest dobrze.

- UPJPII: Macie taką świadomość, że będziecie mieć wpływ na losy świata w tych dziedzinach, którymi zajmuje się dykasteria?

- Jeżeli dostanę jakieś zadanie, to je będę musiała wykonać najlepiej jak potrafię, ponieważ może to być jedyna okazja, żeby przedstawić coś, co może być później tym kamykiem do ogródka zmian.
Obliguje mnie to do bardzo rzetelnej i obiektywnej pracy, bo Ojciec Święty pewnie będzie oczekiwał od nas rzeczywistego pochylenia się nad sprawą. On nie chce, żeby to były komplementy, nie chce pochlebstw, mówienia, że wszystko jest w porządku, wszystko ładnie. Wymaga analizy jakiegoś zagadnienia. Być może dlatego nasza metodologia naukowa była papieżowi potrzebna.

- *** Małżonkowie są pracownikami naukowymi: Aleksandra – Wydziału Prawa Kanonicznego Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II, Piotr – Wydziału Biochemii, Biofizyki i Biotechnologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Są rodzicami pięciorga dzieci.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Abp Szal do młodych na FSM: dobrze, że tu jesteście

2019-07-22 07:56

pab / Kalwaria Pacławska (KAI)

Dobrze, że tu jesteście. Obyście wrócili do swoich środowisk i powiedzieli: spotkaliśmy Chrystusa – mówił w niedzielę abp Adam Szal do młodzieży zgromadzonej na 32. Franciszkańskim Spotkaniu Młodych w Kalwarii Pacławskiej koło Przemyśla. Metropolita przemyski przestrzegał też przed aktywizmem, który kończy się tylko na działaniu, a brakuje w nim czasu na refleksję.

Monika Jaracz | Archidiecezja Krakowska

W homilii abp Adam Szal stwierdził, że młodzież zgromadzona na FSM-ie tworzy „jedność w wielości”. – Jest nas tak wielu, a jesteśmy jednym Kościołem, jedną wspólnotą braci i sióstr, którzy przybyli tutaj po to, aby spotkać się z Panem Bogiem – mówił.

Kaznodzieja ocenił, że słowa Chrystusa, które wypowiedział do Marii i do Marty, odnoszą się także do każdego z nas, bo także mamy często pokusę aktywizmu i działania. – Bardzo często mówi się pochlebnie o młodzieży, że bardzo lubi być aktywna i działać w różnych strukturach, w szkole czy we wspólnotach albo w parafii. Ale łatwo jest poprzestać tylko na aktywizmie – mówił.

– A tymczasem potrzeba właśnie takiego spotkania jak to, które dzisiaj się rozpoczyna po to, aby usiąść u stóp Pana. Aby zwalczyć tę pokusę aktywności, która każe nam uważać, że wszystko można zrobić, wszystko można sobie załatwić, wszystko można kupić za pieniądze. Trzeba usiąść u stóp Jezusa i wyleczyć się z przekonania że wszystko musimy sami zrobić. Owszem zbawienie zależy od nas, ale nie zależy tylko od nas. Zbawienie zależy także od łaski Chrystusa – podkreślił metropolita przemyski.

Abp Szal nawiązał także do sceny spotkania z Jezusem dwóch uczniów idących do Emaus. Życzył młodym, aby tak jak bohaterowie biblijnego tekstu – na Kalwarii spotkali Chrystusa i wrócili do swoich domów z radosną nowiną o Nim.

– Dobrze, że tu jesteście. Obyście wrócili do swoich domów, do swoich szkół, do swoich środowisk i powiedzieli tak jak ci dwaj uczniowie: spotkaliśmy Chrystusa, poznaliśmy go w Słowie Bożym, poznaliśmy Go na Eucharystii, poznaliśmy Go w młodym Kościele, który tutaj tworzycie. I oby to spotkanie było nie tylko wspomnieniem, ale oby w was trwało – powiedział hierarcha.

32. FSM potrwa do soboty. Jego hasło brzmi „Obecność” i nawiązuje do obecności Boga w Eucharystii. Oprócz codziennych Eucharystii, będą również nabożeństwa, które w swojej formie są odmienne od tych znanych na co dzień z naszych kościołów.

Każdego dnia odbywać się będą konferencje z zaproszonymi gośćmi. W tym roku będą to m.in. ks. Wojciech Węgrzyniak, Maciej Bodasiński, Ida Nowakowska, ks. Krzysztof Porosło, o. Jarosław Wysoczański OFMConv.

Na FSM zapraszani są także muzycy, którzy każdego wieczoru bawią młodzież. W tym roku do Kalwarii Pacławskiej przybędą m.in. Mate.O i Tęgie Chłopy, wystąpi także TeatrA. Nie zabraknie ponadto spotkań w grupach i czasu wolnego.

Organizatorem Spotkania jest krakowska Prowincja św. Antoniego i bł. Jakuba Strzemię Zakonu Braci Mniejszych Konwentualnych (Franciszkanów).

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem