Reklama

Podbił serca uśmiechem

Czesław Ryszka
Niedziela Ogólnopolska 39/2003


Fot. A. N. P. Foto - Amsterdam Strengholt Televideo B. V. Milaan

Jan Paweł I - papież
26 VIII - 28 IX 1978

Zanim 16 października 1978 r. ukazał się nad Kaplicą Sykstyńską w Watykanie biały dym oznajmiający wybór Papieża-Polaka, na krótko zasiadł na Stolicy Piotrowej kard. Albino Luciani, dotychczasowy patriarcha Wenecji. Można przypomnieć, że 25 sierpnia 1978 r., w piątek, 111 kardynałów zebrało się na konklawe. Wyboru nowego papieża dokonano 26 sierpnia. Zebrane na Placu św. Piotra rzesze Rzymian zdumiały się, gdy padło nazwisko patriarchy Wenecji, ponieważ nie znajdowało się na liście papabile. Potwierdziły to słowa pierwszego papieskiego przemówienia: „Wczoraj rano jeszcze spokojny szedłem do Kaplicy Sykstyńskiej, by wziąć udział w wyborach. Nigdy nie mógłbym sobie wyobrazić tego, co się stało”.
Nowo wybrany papież przyjął imiona swoich poprzedników: Jana i Pawła. Zapewne miał zamiar kontynuować ich dzieło, choć - jak się uważa - różnił się od nich zdecydowanie. Nie miał bowiem nic z mocnej ufności i dobroci Jana XXIII, ani też nie wnosił na Stolicę św. Piotra stylu intelektualnego Pawła VI. Podobno jego uśmiech nie zawsze oznajmiał radość, ale miał wypływać z napięcia nerwowego. Jednak już na pierwszej audiencji ogólnej, 6 września 1978 r., dał się poznać jako „proboszcz świata”. Do tej roli nie musiał się przygotowywać, znał ją doskonale. Przez lata był bowiem wykładowcą katechetyki w seminarium, więc przemówienie było po prostu katechezą. Chcąc przełamać bariery między papieżem a wiernymi, zrezygnował ze zwyczaju zwracania się do niego: „Jego Świątobliwość”.
Co powiedział 5 września do 40-letniego patriarchy Nikodema, głowy rosyjskiej Cerkwi prawosławnej, kiedy ten padł martwy u stóp Papieża, powalony piątym atakiem serca?! Jan Paweł I bardzo przeżył ten wypadek, był dłuższy czas przygnębiony, jakby czuł się za niego odpowiedzialny.
Nie czuł się za dobrze jako administrator, a poza tym miał naturę bardziej skłonną do ukrywania niż do ukazywania swoich zalet. „W jego sklepie było więcej, niż pokazywał w witrynie” - powiedział o nim były sekretarz Jana XXIII - abp Loris Capovilla. Mówił np. bardzo dobrze po angielsku, ale był zbyt nieśmiały, by posługiwać się tym językiem. Mówi się, że każda z jego decyzji nosiła znamię niepewności. Kiedy po raz pierwszy zobaczył papieskie biurko zawalone stertą dokumentów, przeraził się nie na żarty. Watykańscy urzędnicy, wywierając nacisk, aby pospieszył się z załatwianiem zaległych spraw, nie mogli wiedzieć, że Papież nie podejmował żadnych decyzji, jakby wiedząc, że jego dni są policzone.
Jakim byłby papieżem - trudno powiedzieć. Na Stolicy Piotrowej zaledwie się zadomowił. Kierował Stolicą Piotrową tylko jeden miesiąc - jako wspomnienie pozostawił swój uśmiech.

Kim był Albino Luciani

Pochodził z Forno di Canale, małej wsi, dziś zwanej Canale d’Agordo. Urodził się 17 października 1912 r. w biednej rodzinie robotniczej. Jego ojciec często wyjeżdżał do Szwajcarii jako robotnik sezonowy, a rodzina była znana z poglądów socjalistycznych. Po ukończeniu seminarium i odbyciu służby wojskowej - 7 lipca 1935 r. przyjął święcenia kapłańskie. Następnie był przez pewien czas wikarym w swej rodzinnej parafii. Jesienią 1937 r. został wicerektorem seminarium w Belluno. Przez dziesięć lat był wykładowcą w tym seminarium; w tym też okresie został mianowany wikariuszem generalnym biskupa w Belluno. W 1947 r. doktoryzował się na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. W 1958 r. został biskupem diecezji Vittorio Veneto. Sakry biskupiej udzielił mu papież Jan XXIII. 15 grudnia 1969 r. został patriarchą Wenecji. W latach 1972-75 był wiceprzewodniczącym włoskiej Konferencji Episkopatu, a 5 marca 1973 r. został mianowany kardynałem. W czasie wizyty Pawła VI w Wenecji - 16 września 1972 r. - papież nałożył Lucianiemu swą szeroką stułę papieską. Czy był to znak oznajmiający dalszą przyszłość patriarchy Wenecji?
Biskup, a następnie kardynał Albino Luciani sposobem bycia odbiegał od tradycyjnego wzorca hierarchy kościelnego. Zrezygnował z namaszczonego stylu, jaki obowiązywał w listach pasterskich, witał się z wiernymi wesoło, jakby był ich sąsiadem, jeździł na rowerze, chodził do dentysty, nosił pocerowaną sutannę... Później, po wyborze na papieża, zrezygnował z tradycyjnej koronacji papieskiej, a podczas uroczystości inauguracji pontyfikatu na Placu św. Piotra przed Bazyliką przyjął jedynie paliusz jako oznakę swego urzędu duszpasterskiego. Jego duchowym wzorem był św. Franciszek Salezy, który nauczał, że w każdym człowieku istnieje fundament dobra. Lubił pisać artykuły w tygodnikach kościelnych, a właściwie nie tyle artykuły, co miał swoistą metodę kierowania listów do różnych osób, często postaci historycznych, którym przedstawiał problemy współczesności. List był rodzajem opowiadania o tym, jak ludzie żyją w rodzinach, jak pracują, zachowują się... W każdym opowiadaniu był zawsze religijny morał, w którym patriarcha-duszpasterz wyrażał swoją opinię w ważnych sprawach. Listy te ukazały się w 1978 r. w formie książki zatytułowanej: Illustrissimi (Najdostojniejsi).

Reklama

Luciani i Wojtyła

W treść komunikatu nadanego przez Radio Watykańskie 29 września 1978 r. o godz. 7.42 mało kto w pierwszej chwili wierzył. Usłyszeliśmy wtedy: „Dziś rano ok. godz. 5.30 prywatny sekretarz Papieża, kiedy Jan Paweł I nie zjawił się w kaplicy prywatnej o oznaczonej porze, wszedł do pokoju Papieża i zastał go martwego w łóżku. Obok paliła się lampa, jak przy kimś, kto właśnie czytał. Wezwany natychmiast lekarz - dr Renato Buzzonetti stwierdził zgon, który nastąpił prawdopodobnie o godz. 23.00 dnia poprzedniego z powodu silnego zawału serca”.
Różne niedorzeczności napisano po nagłej śmierci Jana Pawła I. Nawet i to, że został zamordowany. Rzekomym powodem miało być rozpoznanie przez niego przestępstw finansowych, jakich mafia dokonywała w bankach watykańskich. Rzeczywiście, skandal finansowy z Banco Ambrosiano stał się wkrótce bardzo głośny, ale czy był to powód, aby zabijać Ojca Świętego, który jeszcze nie przedsięwziął w tym kierunku żadnego kroku? Wbrew sensacyjnym historiom, jakie wówczas wypisywano, mało kto zwrócił uwagę na fakt, że dzień przed śmiercią Papież dwukrotnie zasłabł.
Niezwykle interesujący czy raczej zadziwiający jest inny fakt, który wydarzył się wieczorem 28 września, a związany był z kard. Wojtyłą. Obchodził on tego dnia 20-lecie sakry biskupiej. O godz. 18.00 odprawił Mszę św. w katedrze Wawelskiej, przy krzyżu Królowej Jadwigi. Uczestnicy tej Eucharystii opowiadają, że Kardynał wyglądał na bardzo cierpiącego, był blady i niezwykle skupiony. Zachowywał się, jakby był nieobecny, a przecież na Mszy św. zgromadziło się wielu jego bliskich przyjaciół. Później udał się na spotkanie do swoich przyjaciół świeckich, do domu prof. Gabriela Turowskiego. Zaplanowano, że wszyscy goście będą do godz. 23.00. Tymczasem kard. Wojtyła zaczął się niespodziewanie żegnać dwie godziny wcześniej, co więcej, dziękował każdemu za wspólne „kajakowanie”, spędzane razem wakacje. Było to dla wszystkich ogromnym zaskoczeniem, nigdy bowiem tak gorąco tego nie czynił. Czyżby wiedział, że żegna się już na zawsze?
Wróciwszy do Pałacu Arcybiskupiego, kard. Wojtyła udał się do kaplicy i modlił się długo, leżąc krzyżem na posadzce. W tym właśnie czasie umierał samotnie Jan Paweł I. Czy nie był to najbardziej właściwy moment przekazywania przez Ducha Świętego sukcesji apostolskiej?
Następnego ranka, kiedy ks. Stanisław Dziwisz wpadł z wiadomością o śmierci Jana Pawła I, kard. Wojtyła jadł śniadanie razem z trzynastoma księżmi. Przez chwilę mieszał jeszcze herbatę, po czym w milczeniu udał się do kaplicy i położył krzyżem na posadzce.

Znany dzisiaj epilog

Było to po konklawe. Jak nakazuje tradycja, wszyscy kardynałowie mieszkający poza Rzymem mieli obowiązek pożegnać się przed wyjazdem z nowo wybranym Ojcem Świętym. Ten Papież Uśmiechu - jak nazwały go środki przekazu - mówił do Metropolity krakowskiego: „Bracie, nie wiem, jak to będzie, nie jestem zbyt zdrów, a muszę koniecznie pojechać do Meksyku, do Puebli, na spotkanie biskupów latynoamerykańskich”.
Dodam, że Watykan był wówczas świadomy rozłamu, jaki może dokonać się w Kościele za przyczyną teologii wyzwolenia. Wizja Chrystusa z karabinem, rewolucji społecznej dokonanej za pomocą Ewangelii, mogłaby skończyć się dla Kościoła tragicznie. To na życzenie Moskwy teologowie zachodni snuli marksistowskie teorie, wplatając je w Ewangelię. Czy Papież mógł pozostać obojętny wobec tego zagrożenia?
Druga sprawa, o której Jan Paweł I mówił do kard. Wojtyły, to sprawa ks. Hansa Künga. Papież pytał: „Bracie, co byś na moim miejscu uczynił z Hansem Küngiem, teologiem z Tybingi? Dla niego już nie ma Chrystusa Syna Bożego, tylko Chrystus jako wytwór teologii żydowskiej. To czyste religioznawstwo!”.
Dlaczego akurat z tymi pytaniami zwrócił się Jan Paweł I do kard. Wojtyły? Pewne światło na to rzuca informacja, która pojawiła się po 20 latach pontyfikatu Papieża-Polaka. Brat Jana Pawła I Edouardo Luciani utrzymuje, że podczas spotkania z s. Łucją w Fatimie w marcu 1978 r. kard. Luciani dowiedział się, że na krótki czas zostanie wybrany papieżem. Natomiast były sekretarz Jana Pawła I, obecnie irlandzki arcybiskup John Magee powiedział, że Ojciec Święty zwierzył mu się, że wkrótce umrze, a po nim zostanie wybrany na papieża kardynał, który podczas ostatniego konklawe siedział naprzeciw niego. Tym kardynałem był Karol Wojtyła.
Nie wiemy, co na te pełne niepokoju pytania Jana Pawła I odpowiedział kard. Wojtyła. Znamy jednak jego pierwsze decyzje jako papieża. Była to pielgrzymka do Meksyku i udział w Synodzie Biskupów w Puebli. Druga decyzja Jana Pawła II to zawieszenie Hansa Künga w obowiązkach profesora teologii katolickiej na Uniwersytecie Katolickim w Tybindze. Tak więc Jan Paweł II, obejmując Stolicę Piotrową, poczuł się zobowiązany do natychmiastowego rozwiązania problemów, z którymi jego poprzednik nie wiedział, jak sobie poradzić.
Jan Paweł I wzbudzał zaufanie swoim przyjaznym uśmiechem, trudno jednak odgadnąć, jaką linię postępowania przyjąłby, gdyby żył. Podczas audiencji ogólnej 27 sierpnia br. Jan Paweł II, przypominając postać swego poprzednika, powiedział m.in.: „Jego uśmiechnięte oblicze, pełne ufności i otwartości spojrzenie podbiły serca rzymian i wiernych na całym świecie (...). Był on przede wszystkim nauczycielem wiary, troszczącym się o przystosowanie jej nauk do wrażliwości ludzi oraz świadczącym o ufności Bogu, która przenikała go głęboko. Dlatego też jego pokora i optymizm pozostaną dla nas orędziem nadziei”.

Maria Magdalena - zwiastunka Zmartwychwstania

Edyta Malinowska-Klimiuk
Edycja podlaska 15/2012

ARKADIUSZ BEDNARCZYK
Obraz Marii Magdaleny z parafii Brzyska ukazuje świętą podczas medytacji

Maria Magdalena była niezamężna, nie miała dzieci. Pozostawiła wszystko, co posiadała, całą swoją przeszłość i poszła za Jezusem. W tamtych czasach kobiety wspierały rabbich pieniędzmi, posiłkiem. Opuszczenie jednak przez kobietę domu i podróżowanie za rabbim było czymś niespotykanym, wręcz skandalicznym. Jeszcze bardziej skandaliczne było to, że wśród wędrujących z Jezusem znajdowały się kobiety niecieszące się dobrą reputacją, jak wówczas Maria Magdalena. W tradycji Kościoła katolickiego utożsamiano ją najczęściej z Marią jawnogrzesznicą, którą Chrystus ocalił od ukamienowania. Z wdzięczności za uratowanie życia służyła Jezusowi, stając się jedną z Jego najwierniejszych uczennic. Św. Łukasz wspomina też o wypędzeniu z niej siedmiu złych duchów, co może symbolizować wypędzenie skłonności do popełniania grzechu. Na długie stulecia Maria Magdalena stała się symbolem pokutnicy i grzesznicy. Ten „model” kobiety głęboko się zakorzenił w świadomości chrześcijan i ciągle jeszcze pokutuje w niejednych kazaniach, dziełach sztuki, wierszach. Mimo późniejszych prób wyniesienia i oczyszczenia imienia Marii Magdaleny taki obraz pozostał w świadomości wyznawców kultury Kościoła zachodniego. Dopiero w 1969 r. papież Paweł VI oficjalnie oczyścił imię Marii Magdaleny i jej niechlubną tradycję.
Wśród kobiet towarzyszących Jezusowi Maria Magdalena jest wymieniana prawie zawsze na pierwszym miejscu, co może świadczyć o jej szczególnej pozycji w grupie wędrujących i usługujących Jezusowi kobiet. Dla Magdaleny spotkanie z Chrystusem stało się przełomem duchowym. Była ona obecna przy śmierci Jezusa i podczas złożenia Go do grobu: „Były tam również niewiasty, które przypatrywały się z daleka, między nimi Maria Magdalena, Maria, matka Jakuba Mniejszego i Józefa, i Salome” (Mk 15, 40). To ona jako pierwsza spotkała Jezusa po zmartwychwstaniu: „Rzecze jej Jezus: «Mario!». Ona zaś, obróciwszy się, rzecze mu: «Rabbuni!» - co znaczy: Mistrzu” (J 20, 16). Było to szczególne wyróżnienie. Marię Magdalenę św. Hipolit, teolog z początków III wieku, nazwał później „apostołką Apostołów”. Kiedy Jezus wypowiedział jej imię, wszystko nagle się przemieniło. Magdalena odnalazła swego Mistrza. Zwróciła się do Niego, używając uroczystej formy aramejskiej, tłumaczonej jako: „Nauczycielu!” lub: „Mistrzu!”. Musiała być bardzo poruszona, może nawet chciała przypaść do nóg Jezusa, który powiedział: „Nie dotykaj mnie, bo jeszcze nie wstąpiłem do Ojca; ale idź do braci moich i powiedz im: «Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego, do Boga mego i Boga waszego»” (J 20, 17). Maria Magdalena być może pragnęła - co jest zrozumiałe - ziemskiej, codziennej i żywej obecności Jezusa i tego, by wszystko było jak przedtem. Tymczasem otrzymała od Mistrza ważną misję do spełnienia. To właśnie ona, a nie kto inny, ma iść i oznajmić uczniom o zmartwychwstaniu. Ona ma przekazać dalej prawdę i świadectwo tak bardzo ważne dla wiary Apostołów i całego Kościoła. Spełniła tę misję: „I przyszła Maria Magdalena, oznajmiając uczniom, że widziała Pana i że jej to powiedział” (J 20, 18). Jednak uczniowie Chrystusa nie uwierzyli w jej słowa - zeznanie kobiety było w tamtych czasach pozbawione legalnej wartości, a zatem zaniżało wiarygodność relacji o zmartwychwstaniu. Świadectwo przedstawione przez kobietę nie miało mocy prawnej. Apostołom nie mieściło się w głowie, że Jezus mógł powierzyć tak ważną misję kobiecie. Maria Magdalena pobiegła, żeby zanieść uczniom radosną nowinę i niepotrzebne jej były żadne „dowody” - w przeciwieństwie do Apostołów, którzy - by uwierzyć - musieli Go dotknąć, nawet kiedy Jezus przyszedł do nich.
Magdalena, jako naoczny świadek ukrzyżowania Jezusa i Jego pogrzebu, czuła się w szczególny sposób związana z Jezusem. Była gorliwa w okazywaniu Mu czci, także po utracie wszelkiej nadziei. Łączność z Jezusem istniała dla niej w sposób oczywisty także po Jego śmierci. Ze względu na charakterystyczną dla kobiet zdolność empatii, brak niedowiarstwa, pełną akceptację dla czynów i słów swojego Nauczyciela Magdalenie przypisuje się istotną rolę: niezrozumiałą dla ludzi prawdę, że śmierć na krzyżu była odkupieniem ludzkich grzechów, początkiem nowego, lepszego życia, Jezus objawia kobiecie - nakazuje cieszyć się z cudu i dodać odwagi uczniom. Charakterystyczna jest różnica w przyjęciu tej nowiny przez Magdalenę i przez uczniów. Ona nie analizuje, nie sprawdza, nie docieka. Jej wiara jest tak wielka i tak szczera jak wiara dziecka. Ona kocha Jezusa. Może nie rozumie do końca, ale wierzy. Apostołowie nie wierzą - dla nich Jezus jest człowiekiem i jako taki nie jest w stanie zmartwychwstać. Są „ślepi” na pewne sprawy. Dlatego Chrystus wybiera na „zwiastuna nowiny” kobietę. To niezwykłe wyróżnienie. Stanowi dowód na to, że płeć nie jest dla Chrystusa istotna. Dla Niego istotna jest wiara.
Odbieram to jako wywyższenie Marii Magdaleny, zwłaszcza biorąc pod uwagę panujące wówczas zwyczaje. Historia tej kobiety trwa do dziś: jest symbolem otwierania się każdego człowieka na dar wiary, będący darem miłości.

Maria Magdalena jest patronką kobiet szczerze pokutujących, uczniów i studentów, więźniów, ludzi sprowadzonych na złą drogę, fryzjerów, ogrodników, właścicieli winnic, sprzedawców wina, producentów perfum, dzieci mających trudności z chodzeniem. Jej atrybutami są księga i świeca - jako znak kontemplacji; klejnoty i lustro - które oznaczają odrzucenie dóbr tego świata; czaszka - symbolizująca pamięć o przemijaniu i śmierci.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Asyż: kurs jak mówić o Biblii osobom niepełnosprawnym

2019-07-23 16:28

vaticannews.va / Asyż (KAI)

Celem naszego kursu było uwrażliwianie całego Kościoła na prawdę, że Biblia jest dla wszystkich, nikogo z jej poznania nie można wykluczyć. Tymi słowami odpowiedzialny w episkopacie Włoch za apostolat biblijny nakreślił zadania kursu, jaki odbył się w Asyżu, a w którego tematem było przybliżanie Pisma Świętego osobom niepełnosprawnym.

Archiwum

Ks. Dionisio Candido zaznaczył, że ważna rzeczą jest, aby umieć poruszać się w tych dwóch obszarach: z jednej strony znajomość Biblii, a z drugiej umiejętność przekazania jej osobom niepełnosprawnym.

- Trzeba mieć cierpliwość i zespolić ze sobą te dwie rzeczywistości, wchodząc coraz bardziej w świat Słowa Bożego, jego sposobu wyrażania się, jego obrazów i metafor, których używa. Ale w tym samym czasie trzeba wiedzieć, jak się odpowiednio wyrazić, wypowiedzieć, aby osoby z różnymi rodzajami niepełnosprawności, zarówno fizycznej, jak i psychicznej, mogły wejść w świat Biblii – podkreślił w wywiadzie dla Radia Watykańskiego ks. Candido. - Współpraca tych dwóch sektorów wychodzi naprzeciw potrzebom Kościoła i służy diecezjom. Osoby uczestniczące w tych kursach mogą przenieść to potem na życie lokalnych wspólnot.

Włoski duchowny przypomniał, że Kościół od zawsze pamiętał o potrzebie przekazu biblijnego także osobom biednym. Do nich przecież przemawiał Jezus. Wskazał, że pierwszą Biblią dla biednych była sztuka, zarówno malarska, jak i architektoniczna czy muzyczna. Dzięki niej opowiadano Biblię tym, którzy inaczej poznać jej nie potrafili. Przyznał jednak, że Kościół potrzebował wieków, aby dojrzeć do odpowiedniej wrażliwości na osoby niepełnosprawne i także im przekazywać treści biblijne, a przekaz ten czynić spersonalizowanym.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem