Cóż... Trzeba przełknąć gorzką pigułkę porażki, zapomnieć o przeszłości i robić wszystko, aby jak najlepiej przygotować się do meczów eliminacyjnych mistrzostw świata, które czekają nas już za parę miesięcy. Parafrazując napis na autobusie „Biało-czerwonych” („…bo liczy się sport i dobra zabawa”), którym podróżowali na Euro 2008, liczy się teraz tylko dobry futbol, bo przecież zabawy z prawdziwego zdarzenia na boiskach Austrii po prostu nie było. Co prawda, jak opowiadał mi jeden z moich kolegów obecnych w Wiedniu na pamiętnym remisowym meczu z gospodarzami tegorocznego turnieju, atmosfera wśród naszych rodaków była taka, że aż pospadały mu buty (dosłownie i w przenośni).
Tyle tylko, że kibice nie biegają po murawie i nie wygrywają meczy. Oni mają dopingować i z tego zadania, w mojej ocenie, wywiązali się celująco (w kraju np. wiele aut było udekorowanych flagami narodowymi i reprezentacyjnymi szalami, m.in. również samochód piszącego te słowa).
Wracając natomiast do naszych piłkarzy, trzeba zdać sobie sprawę z tego, że ich niewątpliwym sukcesem był sam historyczny awans na mistrzostwa Europy. Może tylko zarówno oni, jak i kibice za dużo od nich oczekiwali. Kilka tygodni temu ja również „podgrzewałem” atmosferę, pisząc felietony pełne nadziei na sukcesy. Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna. Takiego obrotu sprawy nie spodziewał się też Leo Beenhakker. Holender chyba bardziej wierzył w swoją drużynę niż ona sama w siebie. Chwała mu za to. Przed nim jednak ogrom pracy, aby wyłuskać nowe jasne twarze z szarości polskich boisk. Jeden Brazylijczyk i fenomenalny bramkarz nie wystarczą przecież, aby oprzeć na nich budowanie nowej reprezentacji. Nie mam wątpliwości, że tak właśnie musi się stać. Takie nazwiska, jak: Bąk, Żurawski, Krzynówek, Lewandowski, a nawet Smolarek po prostu nie wybrzmiały na mistrzostwach (inne też zbytnio, przynajmniej do mnie, nie przemawiały). Ci zawodnicy mieli tworzyć trzon drużyny. Nie trafili z formą na ten turniej. Trzeba zatem tak szybko, jak to tylko możliwe podnieść się po nieudanych dla nas mistrzostwach, wyciągnąć z nich konstruktywne wnioski i myśleć o nowych zawodnikach w podstawowej jedenastce.
Z pewnością nie można powiedzieć, że polscy piłkarze nie przykładali się do gry. Momentami starali się bardzo, aby przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. Woli walki im nie brakowało. Niestety, umiejętnościami zazwyczaj ustępowali przeciwnikom. Słowem, przed nami jeszcze dużo do zrobienia i nadrobienia.
Na Euro 2008 Artur Boruc pokazał, że jest bramkarzem klasy światowej. Golkiperskie rzemiosło opanował w stopniu perfekcyjnym, ratując nas w każdym meczu przez blamażem (mam na myśli szczególnie dwa ostatnie spotkania). Gdyby nie wybronione przez niego sytuacje „sam na sam”, przegralibyśmy zarówno z Austrią, jak i z Chorwacją różnicą trzech, a może nawet czterech bramek. Takie są fakty. Jeśli chodzi o naszego świeżo upieczonego rozgrywającego, zagrania Rogera Guerreiro stosunkowo często nie trafiają do nikogo, bo nasi zawodnicy nie umieją przestawić się na jego styl gry. Sądzę jednak, że będziemy mieli wielki pożytek z Brazylijczyka.
Jeśli zaś chodzi o naszego selekcjonera, na konferencji prasowej po przegranym meczu z Chorwatami powiedział: „Jedyną osobą odpowiedzialną za to, co wydarzyło się na turnieju, jestem ja i oczywiście całą odpowiedzialność biorę na siebie”. Mówił też o swoim ewentualnym odejściu. Nie byłoby jednak dobrze dla polskiej piłki, gdyby do tego doszło. Przez dwa lata dokonał on bowiem wiele dobrego w naszym futbolu. Nikt inny nie będzie w stanie lepiej przygotować piłkarzy do gry w eliminacjach do mundialu.
Polski futbol wymaga zmian systemowych. Wiem, że brzmi to jak truizm, ale co do tego wszyscy komentatorzy są jednomyślni. Mało tego. Trzeba ich dokonać tak szybko, jak to tylko możliwe. Nie będę nawet wspominał o infrastrukturze. Czas nieubłaganie ucieka. Euro 2012 tuż-tuż. A co u nas? Jakoś nie widać wiele dobrego. Mam jednak nadzieję, że twórczo wykorzystamy następne cztery lata.
Kontakt:
Pomóż w rozwoju naszego portalu