Reklama

Sandomierska Częstochowa

Daleko od dróg przelotowych, tras szybkiego ruchu, szos krajowych i węzłów komunikacyjnych są miejsca warte tego, by dla nich zboczyć z wyznaczonej trasy, zaburzyć nieco plan podróży, zanurzyć się w swojskość Polski niewielkiej, ułożonej jak kostki domina z miasteczek, wsi i osad, gdzie małe społeczności od pokoleń w tym samym rytmie odmierzają codzienność. Błądzimy tego lata daleko od drogi, trochę na zasadzie „cudze chwalicie, swego nie znacie…”, by poznać miejsca mniej znane, a jakże warte choćby krótkiej wizyty…

Niedziela Ogólnopolska 36/2008, str. 32

Stary kościół w Sulisławicach, w części romański, urokliwy i cichy, skłania do zadumy i modlitwy
Ks. Krzysztof Sudoł

Wystarczy tylko między Klimontowem a Łoniowem, w powiecie sandomierskim, zjechać z ruchliwej krajowej „dziewiątki” Radom - Rzeszów. Nie warto nawet patrzeć na drogowskazy, lepiej spojrzeć wyżej, ku wieżom kościelnym Sulisławic. A potem…
Szare cienie dojrzałego lata - to znak, że niedługo południe. Siedzimy w cieniu kasztanów, na ławeczkach naprzeciw dwóch wiejskich kościołów. Bo Sulisławice mają dwie świątynie wybudowane blisko siebie, otoczone średniowiecznym kamiennym murem. Lekki wiatr przynosi zapach ziół i polnych kwiatów. Jest cicho, spokojnie i sielsko. Stara kobieta w czerni idzie powoli skrajem drogi. Ani jednego samochodu. Cisza tak gęsta od upału, że niemal dotykalna. Jeśli lekko zmruży się oczy, może się zdać, że czas się zatrzymał, a nawet niespiesznie zrobił krok w tył. Przed nami potężna, jasna bryła neogotyckiego kościoła Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, wieże i wieżyczki, strzelistość i smukłość, szacunek dla proporcji. Obok - drugi kościół, starszy metryką, po części romański, po części barokowy.
Wchodzimy do większego kościoła. Nie od razu dostrzegamy obraz, którego sława i niebywałe dzieje przywiodły nas tutaj. Gdy stoi się przy balaskach, trzeba solidnie wytężyć wzrok, by ujrzeć namalowane na nim dwie postacie.
Dziwny to obraz. W pierwszej chwili rzec można - nic wielkiego. Deska raptem 22 na 22 cm, która stanowiła kiedyś wieczko bursy podróżnej, czyli skrzyni drewnianej na naczynia liturgiczne. Wizerunek nazwano Matką Bożą Bolesną, choć nie Maryja jest na nim główną postacią, ale straszliwie umęczony Jezus. Męża Boleści, jak dawniej mawiano, podtrzymuje przed upadkiem Matka. Jedną rękę kładzie na ramieniu Syna, drugą delikatnie, by nie potęgować bólu - dotyka rany w boku. Oboje patrzą przed siebie, z niemym wyrzutem, ze skargą, z boleścią właśnie.
- Od 8 lat jestem w Sulisławicach - opowiada opiekun tego miejsca ks. proboszcz Mariusz Mazur, zmartwychwstaniec. - I nieustannie jestem świadkiem niesamowitych wydarzeń, cudów, niezwykłej w tym miejscu obecności Bożej.

Drogi łaski

Obraz przywiozła do Polski w 1610 r. rosyjska branka Dorota Ogrufina, pojmana jako łup wojenny przez Wespazjana Rusieckiego z Ruszczy - rycerza, który wraz z królem Władysławem III Wazą zdobywał Moskwę. Dorota jako pierwsza opowiadała o niezwykłych właściwościach obrazu. Miał ją ochronić od śmierci głodowej. Po wielu latach, już jako sędziwa kobieta, oddała go do kościoła, bo „dzieci wynosiły go do zabawy”. Chciała, by to, co święte, znalazło godne siebie miejsce. I wtedy zaczęły się dziać rzeczy przedziwne. W kronikach zapisano, że niewielki obraz lewitował, zapalał świece na ołtarzu, uruchamiał sygnaturkę na wieży. Proboszcz i wikary nie wierzyli własnym oczom, więc obraz zamknęli w pustym kościele, a sami trzymali straż przy drzwiach. Nic nie pomogło - obraz nadal wisiał w powietrzu, świece się paliły, a sygnaturka wygrywała melodie. Był rok 1655, Szwedzi zalewali Polskę potopem, a w Sulisławicach kalecy zaczynali chodzić, ślepi odzyskiwali wzrok, szaleńcy - zdrowe zmysły, a topielcy wstawali z martwych. W kronikach zapisano dzieje Krzysztofa Chęcińskiego ze Staszowa, który odarty przez okrutnych Kozaków ze skóry, wzywając imienia Maryi, całkiem zdrowie odzyskał. Ba, nie tylko pojedyncze osoby owych cudów doznawały, ale całe miasteczka - jak np. Staszów, który w XVII wieku uchroniła od epidemii pielgrzymka do sanktuarium. Mieszczanie staszowscy na pamiątkę owej cudownej interwencji co roku na zakończenie oktawy Bożego Ciała przychodzą do Sulisławic z pielgrzymką. Z tej samej przyczyny od stu lat pielgrzymują tu również mieszkańcy Łoniowa, Koprzywnicy i Trzykos.

W cuda mocny

Stareńki romański kościół, zmęczony żarem południa, uchyla przed nami drzwi podparte polnym kamieniem. Jasne wstęgi światła opływają drewniane figury świętych, na ciemnych malowidłach z trudem odczytujemy zapisaną w nich historię. Czas zamknięty w drewnie. Drewno ma swoją pamięć. Każde pęknięcie, zadra, rozdarcie, blizna upamiętniają czyjąś modlitwę, westchnienia, błagania. Ile te ściany ich słyszały, skoro przez pierwsze dwa wieki cudowny obraz wisiał w tym niepozornym ołtarzu... Czy na tym pamiętaniu polega urok starych kościołów?
Moc cudów, jakie miały tu miejsce, zdumiewała i prostaczków, i uczonych. Już w 1655 r. wikary z Sulisławic ogłasza, że obraz ma cudowną moc. Czyni to publicznie i bez zgody władz kościelnych, za co ściąga na siebie gniew zwierzchników. Jednak coś jest na rzeczy, skoro trzy lata później do wsi zjeżdża z Krakowa wysoka komisja i przesłuchuje 40 świadków - ludzi cudownie ocalonych z potopu szwedzkiego. Biskup krakowski po przeczytaniu raportu komisji natychmiast zezwala na kult obrazu Matki Bożej Sulisławickiej. Miejsce to staje się sławne na terenie całej ówczesnej Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Tak wielu przybywa tu pątników, że konieczne jest postawienie dużego murowanego kościoła neogotyckiego, w jego ołtarzu głównym do dziś ma swoje miejsce cudowny wizerunek.
Pielgrzymi, cuda, których wytłumaczyć logicznie nie sposób - w kronikach zapisano setki takich wydarzeń. Gdy więc w 1913 r. obraz ubrano w złote korony, do małych Sulisławic ściągnęło - uwaga! - pół miliona ludzi. Pola wokół wsi jak okiem sięgnąć zastawione były chłopskimi furami i pańskimi powozami. We wsiach zabrakło wody w studniach. W procesji za obrazem szło ćwierć miliona wiernych. Taką rzeszę te ziemie widziały jeszcze tylko raz - gdy do Sandomierza w 1999 r. przyjechał Jan Paweł II.

Reklama

Trzy korony

Dróżka wiedzie wokół obu kościołów. Z lewej - wiejski cmentarz, na wprost - szeroki krajobraz pól i lasów w barwach dojrzałego lata. Z prawej - drewniane krużganki. Obchodzimy duży kościół, żeby zobaczyć „to” miejsce. Bo świątynia ta ma swoją trudną historię. Włamywano się do niej dwukrotnie, za każdym razem profanując obraz. Pierwszy raz w 1940 r. Złodzieje oderwali od obrazu złote korony, pozdzierali ze ścian wota, ale wizerunek zostawili w spokoju. Ponad pół wieku trwało, nim ukoronowano obraz ponownie - w 1991 r. Rok później nocą przyszli złodzieje. Wyłamali okno - dowodem są zniszczenia. Tym razem interesował ich wyłącznie obraz. Weszli i wyszli niezauważeni. Policja i prokuratura prowadziła - jak zwykle mawia się w takich przypadkach - „szeroko zakrojoną akcję”. Jednak bez rezultatu.
Po co kraść cudowny wizerunek? Wyłącznie dla jego wartości artystycznej? A może, by zawłaszczyć jego moc dla siebie? Obraz przepadł. Takie dzieła sztuki pojawiają się czasem na giełdach, czasem po latach w prywatnych kolekcjach, te najbardziej charakterystyczne nie pojawiają się jednak zazwyczaj nigdy. Tym razem wyglądało, że chodzi o kradzież na zamówienie. W takim przypadku szanse na odzyskanie są zerowe. Aż zdarzył się kolejny cud, może najdziwniejszy z tych, które dotyczą sulisławickiego obrazu.
W rok po kradzieży do kościoła w centrum Warszawy wszedł mężczyzna i bez wielu zbędnych tłumaczeń wręczył tamtejszemu księdzu niewielki pakunek. Jako dar. W środku znajdował się poszukiwany pilnie od roku obraz z Sulisławic.
I tak oto powróciła triumfalnie do swoich słynąca licznymi łaskami Matka Boża Bolesna. Znów przyszły Odzyskaną przywitać tłumy. Udzielono wtedy pół miliona Komunii św.

Cuda trwają

Ks. Wincenty Suwała, zmartwychwstaniec, napisał przewodnik po sanktuarium w Sulisławicach. Spisał dzieje tego miejsca i cuda, do jakich tu dochodziło. A trzeba wiedzieć, że dzieją się one nieustannie. Opisuje się je starannie, dołącza do niektórych dokumentację medyczną. Dla przykładu: Władysława Kwiatek z Czaplowa 22 września 1996 r. odzyskała wzrok i ciężko chory trzyletni Piotruś Garncarz z Trzykos 7 kwietnia 1999 r. wrócił do zdrowia, w 2004 r. 2,5-letniej Wioletcie Urbańskiej z Małej Bukowej odblokowały się chore nerki. Ks. Mazur wspomina wielką powódź w 1997 r., gdy do sanktuarium przyszli mieszkańcy Ostrówek, nadwiślańskiej wsi. Wszystko wokoło zalane, zniszczone do cna, a oni nietknięci. Mieli wtedy we wsi peregrynującą kopię obrazu Matki Bożej Sulisławickiej, i gdy Wisła rwała wały ochronne, pół wsi runęło na kolana. A ile cudownych wydarzeń nigdy nie zostało zapisanych w księgach sanktuarium, ile pozostanie - wiedzą tylko ci, którzy ich doświadczyli.
Skrzypnięcie drzwi oznacza, że ktoś wszedł do kościoła, skrzypienie ławek - że przyklęknął. Na ścianie świątyni widnieje napis o błogosławionej nadziei. Ponoć zjawiają się tutaj pielgrzymi z Gdańska i Bydgoszczy, co roku przychodzą pielgrzymi sandomierscy, ale to nadal cudownie spokojne, ciche, urokliwe miejsce. Gdy będziemy jechać ruchliwą krajową „dziewiątką”, zdejmijmy nogę z gazu, przyhamujmy na chwil kilka. Takich miejsc bowiem, jak Sulisławice w polskim krajobrazie jest coraz mniej.

W 2010 r. przypada jubileusz 400-lecia pojawienia się w Sulisławicach cudownego obrazu Matki Bożej Bolesnej. Do tego wydarzenia sanktuarium przygotowują pracujący tu od lat 50. XX wieku księża zmartwychwstańcy. Od kilku lat działa tu także Stowarzyszenie Miłośników Sanktuarium Maryjnego w Sulisławicach, którego ambicją jest przywrócenie dawnego blasku sanktuaryjnej świątyni.

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Kapłan w drodze - jubileusz o. bp. Jacka Kicińskiego

2020-05-27 10:45

Krzysztof Wowk/Wowk Digital

O. bp Jacek Kiciński CMF w czasie Pieszej Pielgrzymki Wrocławskiej na Jasną Górę w 2019 r.

Miał być ślusarzem i tokarzem. Chyba, że po ukończeniu Technikum Mechanicznego w Turku zdecydowałby się na Politechnikę i wydział budowy mostów. Ale – mimo, że był laureatem olimpiad z wiedzy technicznej – jakiś głos zapraszał go w inne miejsce, niż studia inżynierskie. I on tego głosu posłuchał.

W archidiecezji wrocławskiej znają go chyba wszyscy. Odkąd w 2016 r. został biskupem odwiedził już niemal wszystkie parafie, chociaż nie są to jego rodzinne tereny, bo na Dolny Śląsk przyjechał z Wielkopolski. O. bp Jacek Kiciński urodził się w Turku a mieszkał w parafii Boleszczyn, niewielkiej wiosce niedaleko Dobrej. – Nawet nie byłem ministrantem – mówi – bo do kościoła było 2,5 km, więc małemu nie łatwo było dotrzeć. – Zresztą, wtedy proboszcz nie był zainteresowany ministrantami, wolał mieć większą przestrzeń przy ołtarzu. To był bardzo dobry człowiek, dziś już nie żyje. Ciekawostką jest fakt, że razem z abp. Gołębiewskim byli w jednym czasie wikarymi w Ślesinie.

Ojciec biskup najpierw chodził do trzyletniej szkoły we wsi, potem, od czwartej klasy, dojeżdżał do oddalonej o ponad 6 km szkoły w Dobrej. - W klasie było nas siedmioro, więc każdy z nas był codziennie pytany, nawyk pracy wyrobił się sam. Kiedy od czwartej klasy poszedłem do szkoły zbiorowej, gdzie było nas już ponad 30, to na początku byłem zdziwiony czemu mnie pani nie pyta! Te pierwsze lata ukształtowały we mnie to, że na każde wydarzenie muszę być przygotowany i bardzo je przeżywam. Myślenie: „jakoś to będzie” nie wchodzi w grę. Zresztą, życie na wsi jest trudne, trzeba było dobrze się zorganizować, aby oprócz przygotowania do szkoły i pomocy rodzicom mieć czas dla siebie. Dziś ta umiejętność bardzo pomaga w kapłaństwie – dodaje.

Ksiądz. Ale jaki?

Myśl o kapłaństwie pojawiła się dość wcześnie i dojrzewała w nim długo. - W trzeciej klasie technikum zaczęła się krystalizować. Najpierw myślałem o seminarium we Włocławku. Tam był mój o dwa lata starszy kuzyn, ale odkryłem, że jednak szukam czegoś innego. Tyle, że nie do końca wiedziałem co to miałoby być. Do mojej parafii często byli zapraszani zakonnicy – głosili rekolekcje, misje - coś mnie w nich pociągało. Wybrałem się na Pielgrzymkę Sieradzką, do dziś ją pamiętam, szliśmy trzy dni: 35, 37 i 52 km. Gdy doszedłem na Jasną Górę miałem sztywne nogi, ale szczęście było wielkie. Czekaliśmy pod Szczytem dwa dni, żeby ruszyć pieszo z powrotem. I na tym polu namiotowym moja znajoma przyniosła mi mały folder reklamowy: Misjonarze Klaretyni. Gdy ja to zobaczyłem, przeczytałem, to zrozumiałem, że przecież o to mi chodzi! Głosić Słowo Boże, wyjeżdżać na misje, uczyć się na uczelni papieskiej, być w zakonie, który pracuje na całym świecie. Tego szukałem! – mówi wzruszony.

Co był dalej? Po powrocie z pielgrzymki Jacek, uczeń klasy czwartej napisał do zgromadzenia we Wrocławiu. - Przyjazd do Wrocławia to była wielka wyprawa. Z mojej wioski dojechałem rowerem do Dobrej, stamtąd do Turku autobusem, z Turku, znów autobusem, do Wrocławia na stary dworzec PKS, potem tramwajem na Dworzec Świebodzki, a stamtąd do Wołowa i dopiero z Wołowa do Krzydliny. To było ogromne przeżycie! Jeden z braci dał mi biografię o. Klareta. W drodze do domu przeczytałem ją całą i byłem urzeczony. Wtedy byłem już pewien, że wstąpię – mówi.

To były czasy komunistyczne, mądrze było nie ogłaszać, że po maturze planuje się seminarium, ale decyzja zapadła. Rodzice przyjęli decyzję z radością, powołaniu nie byli przeciwni. - Niepokój budziła tylko odległość. Wrocław, Krzydlina – dla rodziców były to miejsca nieznane, a na dodatek informacja, że pierwszy rok to nowicjat i wtedy przez cały rok nie ma spotkań z rodziną, trochę ich zmartwiła – wspomina.

Machina ruszyła

Nowicjat rozpoczął 26 sierpnia 1988 r. To było jeszcze przed przełomem politycznym, więc do klasztoru zabrał kartki żywnościowe. Wspomnienie z tamtego czasu? Ponury Wrocław, zniszczone i zaniedbane zabudowania w Krzydlinie, raczej przygnębiające, niż podnoszące na duchu. - W Wielkopolsce było zupełnie inaczej. To na Dolnym Śląsku pierwszy raz w życiu zobaczyłem nieużytki. Byłem z wioski, moi rodzice ciężko pracowali, pomagałem im w pracach na polu. Potrafię orać, ręcznie kosić, żadna praca nie jest mi obca – mówi raźno.

Do Krzydliny przyjechało ich 17 i jego umiejętności z gospodarstwa od razu się przydały.

- Krzydlina nie wyglądała tak, jak dziś. Budynek rekolekcyjny był w budowie. Prawie każda kostka brukowa przeszła przez moje ręce, każdy kaloryfer, każda niemal dachówka. Ale to był też piękny czas budowania wspólnoty, co w życiu zakonnym jest niezwykle ważne.

W trakcie nowicjatu spotkał się z bliskimi tylko ten jeden raz. - Mama została w domu, przyjechał tato z bratem, ale gdy jechali do mnie to zamiast wysiąść w Wołowie, pojechali do Głogowa i w ten sposób stracili kolejne godziny – wspomina. Tęsknił, ale wiedział, że tak trzeba. W 1989 r. złożył pierwsze śluby, dostał sutannę i pas. Przyjechali rodzice, babcia, która bardzo się z niego i z tego wyboru drogi cieszyła. Po nowicjacie pojechał do domu.

- Wszyscy wreszcie mogli zobaczyć, że noszę sutannę, że to dzieje się naprawdę. Dużo wzruszających rozmów, pamiętam je do tej pory – mówi.

Techniczny specjalista od duszy

- Jeśli chodzi o obróbkę skrawaniem, to mamy trzy etapy: obróbka wstępna, zgrubna i wykańczająca – mówi biskup z dyplomem technika. - W formacji zakonnej i duchowej też są wszystkie trzy. Najpierw musimy usunąć zewnętrzną warstwę materiału z przedmiotu obrabianego, potem nadać kształt i wreszcie szlifujemy to, co ukształtowaliśmy – tłumaczy.

- Patrzę na życie duchowe jak na pewnego rodzaju konstrukcję, budowlę wznoszoną etapami, na wysiłek wkładany w budowanie – mówi.

Odkąd jest biskupem ta techniczna wiedza przydaje mu się jeszcze w innej dziedzinie. Gdy przyjeżdża na wizytację do parafii widzi, gdzie odchodzi blacha, dachówka, gdzie rynna cieknie – patrzy fachowym okiem. Czy księża o tym wiedzą? - Kiedyś jeden z proboszczów mówi: A co tam biskup w ciągu jednego dnia zobaczy? Proszę Księdza Proboszcza, drugi żyrandol od końca, żarówka się nie pali! – mówi rozbawiony.

Kapłan od 25 lat

Święcenia kapłańskie przyjął 27 maja 1995 r. - W dniu prymicji było gorąco, 31 stopni. To było w naszej wiosce historyczne wydarzenie, pięknie przygotowane, mnóstwo ludzi, orkiestra. Chyba ze 170 osób było zaproszonych do świętowania. Na 25-lecie muszę sobie kasetę video obejrzeć, bo mam takie nagranie, dużo wzruszeń – mówi.

A pierwsza parafia to była Łódź. Duża, 21 tys. wiernych i ciekawostka: proboszczem był ksiądz diecezjalny, a wikariuszami czterech Klaretynów. - Tworzyliśmy wspólnotę, atmosfera była kapitalna. To nauczyło mnie współpracy z księżmi diecezjalnymi – dodaje.

Pani Kicińska, mama, jeszcze jako panna, pojechała do Łodzi szukać pracy. - Pracy nie znalazła, ale spędziła w mieście dwa, trzy tygodnie i właśnie do tego kościoła chodziła na Mszę św. Gdy byłem dzieckiem często wspominała to miejsce: W Łodzi jest taki piękny kościół Wniebowzięcia, takiego kościoła to ja w życiu nie widziałam…! I tak się stało, że to była moja pierwsza parafia – mówi kapłan z 25 –letnim stażem.

CZYTAJ DALEJ

Liceum Sióstr Pijarek gotowe do przyjęcia uczniów

2020-05-27 21:53

[ TEMATY ]

Szkoła Sióstr Pijarek w Rzeszowie

ks. Janusz Sądel

Szkoła Sióstr Pijarek w Rzeszowie

Rok szkolny powoli dobiega końca i mimo, że od blisko dwóch miesięcy nic nie wygląda tak samo, to kadra pedagogiczna Liceum Sióstr Pijarek robi wszystko, aby jak najlepiej wypełniać swoje zadania w czasie kwarantanny spowodowanej epidemią koronawirusa. Uczniowie od samego początku zamknięcia placówek odbywają lekcje online, nauczyciele kontaktują się z nimi poprzez komunikatory internetowe, a zadania domowe wysyłane są przez Internet. Mimo trudnej dla wszystkich sytuacji, nauczyciele starają się służyć uczniom swoim czasem, dyspozycyjnością i rozmową.

Dwa lata temu siostry Pijarki otworzyły w Rzeszowie, na ulicy Sanockiej 70 Liceum Ogólnokształcące. W tym roku serdecznie zapraszają do liceum wszystkich ósmoklasistów.

Dlaczego warto wybrać tę szkołę? Po pierwsze to kameralne liceum, gwarantujące indywidualne podejście do każdego ucznia, gdyż klasy są nie tak liczne, jak w większości polskich szkół. Tutaj nauczycie mają dla ucznia czas, a kadrę wzbogaca wykwalifikowany pedagog.

Po drugie- to liceum z wartościami, gdzie oprócz edukacji stawia się też na rozwój duchowy młodzieży. Jest to idealne miejsce dla tych, którym nieobojętna jest wiara. W szkole dzieje się wiele: są wymiany międzynarodowe, współpraca z Uniwersytetem Rzeszowskim i częste uczestnictwo w wykładach, np. na Wydziale Historii, wyjścia na spektakle teatralne, liczne wyjazdy, wycieczki, lekcje terenowe... a czasem po prostu relaks podczas nocy filmowych i dyskotek. W każdym razie - dzieje się dużo.

Liceum Sióstr Pijarek gwarantuje edukację na wysokim poziomie w klasach o profilach: językowo -prawnym, matematyczno- turystycznym i medycznym. Grupy profilowe są bardzo mało liczne, dlatego uczeń ma gwarancję indywidualnego podejścia, możliwości rozwijania swoich mocnych stron, a także podciągnięcia się z tych słabszych. Szkoła jest doskonale wyposażona- ekrany multimedialne, komputery, laboratorium chemiczne, biblioteka, ścianka wspinaczkowa, ogromna hala sportowa, boisko do koszykówki, profesjonalna bieżnia outdoorowa oraz siłownia pozostają do dyspozycji uczniów. Metodą live streaming odbędzie się również Dzień Otwarty, podczas którego będzie można bliżej zobaczyć szkołę (póki co- przez ekran komputera, a w przyszłości na żywo). Nauczyciele będą odpowiadać na wszystkie pytania uczniów, którzy zastanawiają się na wyborem liceum. Zainteresowani będą mogli wirtualnie pospacerować po szkole, poznać kadrę pedagogiczną, zasady rekrutacji i przekonać się, że to idealna szkoła dla wszystkich.

Wejdź na naszego Facebooka i Instagrama (Liceum Sióstr Pijarek) i śledź nas na bieżąco, a dowiesz się szczegółów odnośnie Dnia Otwartego. Bądź z nami, zobacz naszą szkołę.... i zostań. Zostań naszym uczniem. Nie będziesz żałował.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję