Reklama

Wiara

Bóg musi kochać. Człowiek może zdradzić

O 2.30 w nocy, 18 marca 2018 roku, dotykając skały, na której umarł, doświadczam namacalnie, że Jezus nie potrzebuje czasu. W każdej chwili może wszystko zmienić. Dla Niego jeden dzień jest jak tysiąc lat, a tysiąc lat jak jeden dzień!

[ TEMATY ]

świadectwo

Droga Krzyżowa

Wielki Piątek

Adobe.Stock

Nawet najbardziej dotkliwe rany, jak te moje, potrafi w sekundy zabliźnić.

Historie pełne splątanych wątków, wiecznych antagonistów, pożarów emocji w jednej chwili potrafi opowiedzieć na nowo.

A moje powolne umieranie w każdej sekundzie może zmienić w zmartwychwstanie.

A przecież mogłam wybrać inaczej. Mogłam teraz sączyć kolorowe drinki, nurkować wśród raf koralowych na półwyspie Synaj albo wędrować po czerwonej jordańskiej pustyni Wadi Rum i podziwiać mieniące się wszystkimi odcieniami ochry skaliste miasto w Petrze.

Dociera do mnie nagle z całą mocą, że kiedy idę ze scenariuszem, którego sama bym sobie nie wymyśliła, kiedy zdaję się na Jezusa i jego podpowiedzi, daję Mu nieskończony kredyt zaufania. To znaczy też – przestaję Go rozliczać z czasu. A wtedy On może działać po swojemu.

To nie te przykre, dramatyczne nieraz sytuacje ani tych przykrych, dramatycznie nieraz utrudniających mi życie ludzi ma Jezus uleczyć.

Kiedy Go proszę o pomoc, nie jest lekarzem „tych innych”. Jest moim lekarzem. I sam wie najlepiej, czego i ile czasu mi potrzeba, żeby mnie uzdrowić.

A potem idę wąskimi uliczkami Starej Jerozolimy. Już wiem, że muszę cofnąć się do Bramy Lwów, którą wchodziłam do miasta, kiedy wracałam z Góry Oliwnej. Tam zaczyna się droga krzyżowa.

Wypolerowane milionami nóg brukowane uliczki zalane żółtym światłem. Domy w wąskich zaułkach stykające się ze sobą dachami i szyldami. I ta cisza… ta cisza… w miejscu, gdzie zazwyczaj nigdy ciszy nie ma. I tylko od czasu do czasu gardłowe pokrzykiwania albo zawodzenie harcujących kotów. I znowu cisza…

Nikogo nie ma. Nie myślę o tym, czy to jest bezpieczne dla samotnej kobiety o tej porze. Ani o tym, że wczoraj kilka ulic dalej kogoś zadźgali. Mam wrażenie, że wchodzę w jakąś inną przestrzeń i czas. Liczy się tylko tu i teraz.

Droga Bolesna. Via Dolorosa.

Zaczynam od łuku Ecce Homo. I nagle jesteśmy tylko my. On. Ja. I krzyż. Idziemy powoli. Noga w nogę, ręka w rękę. Choć jeszcze mi się w głowie i w sercu kotłuje od emocji z Golgoty.

Reklama

Jezus zawsze mi się jawił jako Mistrz, Nauczyciel, ten mądry, ten piękny, ten dobry, czuły, kochający. Ten, za którym szły tłumy, ten, który nauczał, który tłumaczył, który zbawiał, który uzdrawiał. A na końcu swojej ziemskiej drogi został wyśmiany, wyszydzony i umarł. Ale to była końcówka Jego drogi.

Nagle dociera do mnie z całym impetem! Ja byłam odrzucona? Jezus był milion razy bardziej odrzucony. Przez całe życie był odrzucany. Ludzie Go nie rozumieli, nawet Jego uczniowie go nie rozumieli. Uczniowie, których sam wybrał, zdradzili Go i opuścili, kiedy najbardziej ich potrzebował. I kiedy czuł się najbardziej samotny. Cała historia jest historią odrzucenia.

Tak jak Jego Ojciec był odrzucany przez swój naród wybrany, który z pokolenia na pokolenie „robił, co złe w oczach Pana”.

Kiedy czytałam Księgę Królewską i Księgę Kronik, z rozdziału na rozdział serce mi się dosłownie ściskało, jak szybko w naszej historii podobnie jak oni zapominaliśmy o Tym, który dał nam życie i wolność. Jak lekce sobie ważyliśmy Jego słowa.

A mimo wszystko Bóg się nie obraził, nie odwrócił się od nas ani nas nie zniszczył. Tylko znowu dał nam swoje Słowo. Przemówił do nas w jedynym języku, który zna. Języku Miłości. Totalnej. Absolutnej i Bezwarunkowej.

Zakochał się w nas miłością, tak często nieodwzajemnioną. Taka jest wolność. Święta i przeklęta. Bóg musi kochać. Człowiek może zdradzić.

Podziel się cytatem

I kiedy przyszedł na świat jako człowiek, by kochać jako Bóg, i On został zdradzony, wyszydzony, odrzucony i zabity. I nagle idąc przez noc po skąpanym w żółtym świetle latarni jerozolimskim bruku, tak jasno jakby to było już rankiem, widzę, że te wszystkie cierpienia, których przez całe życie doświadczałam i przez które każdy z nas przechodzi, On wziął na siebie. I że to On ze mną dźwiga moje odrzucenie.

Reklama

Od czasów mojej wczesnej Komunii Świętej, udzielanej mi przez dziś Sługę Bożego, a wtedy proboszcza ks. Aleksandra Woźnego w moim drewnianym kościółku św. Jana Kantego w Poznaniu, myślałam, że to ja mam pomóc dźwigać Jezusowi krzyż. Bo On taki biedny, skrzywdzony, także przeze mnie i moje grzechy.

Teraz, pięćdziesiąt lat później, nagle dociera do mnie, że Jego krzyż jest moim krzyżem. A mój – Jego. Że to nie ja Jemu, ale On mi cały czas pomaga nieść ten mój krzyż. Jest w samym sercu akcji. Jest ze mną w każdej chwili. Nawet jak Go nie widzę ani nie słyszę. Nawet jak o Nim nie myślę. Nawet jak Go zapominam albo w ogóle nie chcę o Nim już pamiętać. Jest ze mną nawet wtedy, gdy mam poczucie, że mnie samej już nie ma.

No i idziemy tą drogą krzyżową, Jezus i ja. Trzeba zadzierać głowę, żeby odnaleźć znaki na murach.

Stacja trzecia. Ciężar okazał się ponad nasze siły. Upadamy. I zaraz obok czwarta. Niemal brama w bramę. Nie może być inaczej… jak dziecko upada, to matka zaraz do niego biegnie.

Trudna to dla mnie stacja. Jezus spotyka swoją Matkę.

Jak wielki musiał to być ból. Jak wielkie niepocieszenie… Jakaś siła zatrzymuje mnie w tym miejscu na dłużej.

Możesz jeszcze dopisać nowe zakończenie

Myślę o tym, jak nam nieraz trudno z naszymi matkami. Zwłaszcza córkom. Kiedyś chciałam nakręcić film dokumentalny, bo tyle kobiet opowiadało mi, jak to już jako dojrzałe kobiety i matki ciągle jeszcze leczą rany z dzieciństwa.

Moja mama umarła w 2014 roku. Nigdy nie była w Jerozolimie. A jednak dźwigając ten krzyż z Jezusem, tu się z nią na nowo spotkałam. Raz jeszcze przeżyłam wszystko, co się wydarzyło w trakcie jej odchodzenia.

Wiedziałam, że to się dzieje. Wyobrażałam sobie, że idzie w dół lawendowym wzgórzem, coraz słabsza, lżejsza, coraz bardziej nieobecna… Nazywałam ją „mama kolekcjonerka”, bo przez dwadzieścia kilka lat zgromadziła w swoim ciele cztery różne nowotwory i cztery przerzuty. Jeden z ostatnich – do płuc. I nawet, kiedy całkiem dobrze sobie radziła, to jednak zawsze z tyłu głowy gdzieś tkwiła taka myśl, że to jest wyrok z zawieszeniem. Na szczęście moja mama była człowiekiem wielkiej wiary.

Reklama

Pamiętam swoje zaskoczenie, kiedy zadała mi pytanie – to samo, które zawsze na końcu rozmowy stawiam wszystkim bohaterom moich filmów dokumentalnych:

– Wiesz, co jest w życiu najważniejsze?

– Najważniejsze w życiu jest… życie.

Miała tyle siły, bo totalnie zawierzyła Bożej Opatrzności. I tak bardzo, jak bardzo chciała żyć, mówiła pogodzona:

– Ale co ma być, to będzie. Przyjdzie mój czas, to odejdę.

Moim marzeniem było tylko jedno – żeby, gdy jej czas nadejdzie, mama miała chociaż lekką śmierć za to swoje bardzo ciężkie życie. Żeby… żeby miała piękną śmierć.

Miała na imię Lidia. Była bardzo dobrym człowiekiem. Uczciwym. I szlachetnym jak kryształ. Skończyła dwa fakultety i dwie specjalizacje. Była chirurgiem ortopedą, a przed swoim wypadkiem na nartach – lekkoatletką, wielokrotną medalistką w biegach i w sztafecie przez płotki. To była kobieta, która wiedziała, czego chce. Zawsze mówiła to, co myśli, czy to się komuś podobało, czy nie. Uważała, że tak trzeba. Jej mottem były słowa ze św. Mateusza: „Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi”.

Całe życie pomagała innym. Nawet już w tych ostatnich dniach w hospicjum pytała słabym głosem:

– A może będę mogła jeszcze tu komuś pomóc?

Przekomarzałyśmy się czasem i mówiłam jej:

– Oj, mamo, ze świętymi tak trudno jest żyć.

– Oj tak, podobnie jak z geniuszami – odpowiadała mi.

To jest takie trudne, gdy widzisz człowieka, którego kochasz i który gaśnie, a z drugiej strony też nie poddaje się i walczy… Mama była z natury cholerykiem. Mówiła dużo i głośno, szybko wybuchała, bardzo żywiołowo reagowała. Nie było za wiele spokoju w naszym domu. Nieraz i ona, i ja, i Tymek mieliśmy siebie serdecznie dość.

Reklama

Myślę, że miała bardzo trudne życie ze mną, ale ja też miałam trudne życie z nią. Tak wysoko stawiała poprzeczkę, że po prostu człowiek się na tej poprzeczce co rusz wywalał. I to moje poczucie odrzucenia pewno się gdzieś stamtąd wzięło, że ciągle byłam nie dość dobra, ciągle nie byłam godna tego, żeby mnie kochać.

Ale kiedy moja mama odchodziła, zrozumiałam, że nawet do najbardziej burzliwej, najbardziej dramatycznej historii, choćby nie wiem jak najeżonej przeciwnikami, przeszkodami i konfliktami, można dopisać nowe zakończenie. I nawet jeżeli nie przekreśli ono tego, co było wcześniej, to w tym zakończeniu wszystko się może wypełnić i dopełnić. Jeśli zdążysz – bo tego nigdy nie wiesz. Ja dostałam w prezencie trzy dni.

To, co się działo, to temat na osobną książkę.

Zewnętrzny świat w ogóle przestaje istnieć. Po raz pierwszy zrozumiałam, co może oznaczać zagięcie czasoprzestrzeni. Liczy się tylko tu i teraz.

W tych trzech dniach wydarza się wszystko najważniejsze, o czym marzyłam, żeby się wydarzyło przez całe życie. Tyle razy słyszę od mamy, że mnie kocha, ile nigdy w życiu nie usłyszałam.

Często nie umiałyśmy się dogadać, ale teraz jest we mnie taki spokój, taka harmonia. Nagle wszystko się wyjaśnia. To już moment agonii. Gromnica się pali przez całą noc. Wszystkie modlitwy zostały zmówione, z tą do św. Jana Pawła II w pierwszej kolejności o łaskę uzdrowienia. Jeśli taka Twoja wola, Panie.

W tym pokoju umiera też inna pani, sympatyczna pielęgniarka Stasia. Poprzedniego wieczoru oddała mamie swoją kolację, bo mama nagle miała taki apetyt, że aż dwie kanapki zjadła…

Reklama

Równolegle umierają. Staram się towarzyszyć im obu. Zanim rano przychodzi jej mąż, biorę ją jeszcze za rękę i mówię z całą mocą:

– Stasia, jaka fajna z ciebie kobieta!

I wtedy właśnie zmarła…

Później przychodzi Tymek i jeszcze długo modlimy się przy babci. Śpi?

Potem siedzę przy jej łóżku i patrzę na nią. W pokoju bardzo ciepło, więc nawet jej nie trzymam za rękę. Włączam wiatrak, żeby miała trochę chłodniej.

W pewnym momencie mama się podnosi, dając mi znak, że chce, żebym ją przytuliła. I tak trwamy przez półtorej godziny w uścisku. A mama nigdy się do mnie nie przytulała. Może dlatego, że miała tego raka, więc uważała, żeby się przypadkiem nie zarazić jakimiś chorobami, bo odporność wtedy bardzo spada.

A teraz przytula się do mnie. Wzruszenie ściska mi gardło. Nagle odrywa głowę i patrzy na mnie, patrzy mi prosto w oczy. Jak już dawno nie patrzyła na mnie. Już od dawna miała głowę spuszczoną. Mam wrażenie, że gdy śmierć się zbliża, człowiek zaczyna się kurczyć jakby do środka, zamykać w sobie. Jakby tak wchodził z powrotem do brzucha matki, wracał do tego embrionalnego stanu z dnia swoich narodzin. Śmierć. Powtórne narodzenie.

Patrzymy na siebie.

Uśmiecham się do niej, starając się przekazać jej na drogę całą moją miłość i spokój, że idzie w objęcia jeszcze większej Miłości. Później psycholożka Kasia tak pięknie to nazwie, że nasze dusze rozmawiały ze sobą. To tak trwa i trwa, i trwa. Wreszcie odkładam mamę na poduszkę i mówię:

– Mamo, przebaczam ci… Przebaczam ci wszystko… wszystkie twoje wredne zachowania, wszystkie nieporozumienia, wszystko, co między nami nie działało. I proszę cię, przebacz mi też wszystkie moje wredne zachowania. Wszystko, o co miałaś do mnie pretensje.

To jest koło południa. Potem przychodzi lekarka, przez wiele lat prawa ręka profesora Łuczaka i moja serdeczna koleżanka z licealnej klasy, Ola. Pochyla się nad mamą, patrzy na nią i mówi:

Reklama

– Wiesz co? Twoja mama całkiem dobrze wygląda!

Moja mama cofnęła się. Przestała umierać. Jak potężna jest moc przebaczenia…

– Nie myśl, że to będzie trwało. Może będzie tu jeszcze dzień albo kilka dni. Ale na razie twoja mama zawróciła. Zawróciła. Poczuła twoją miłość i pomyślała, że pewnie jeszcze trochę chce z tobą być.

Wieczorem przychodzą na drugą zmianę wolontariusze, którzy byli poprzedniego dnia, i nie mogą się nadziwić, że jeszcze widzą moją mamę. To taki nasz prywatny cud.

A mama jak to mama, zaczyna mną komenderować, więc już w ogóle czuję, że wraca do sił!

– Monika, musisz być twarda – mówi mi, kiedy słyszy, jak rozmawiam z lekarzem. To są jej ostatnie słowa do mnie.

I cały jeszcze ten dzień i całą noc, i cały kolejny dzień mama jest ze mną. Następnego dnia są moje imieniny, 4 maja. Mama w nocy dostała trochę morfiny, żeby spokojniej spać. Ale potem rano nie dostaje już więcej żadnych środków. Po prostu tak delikatnie śpi. Jeszcze niedzielna msza święta. Zawieźliśmy ją z kuzynem Sławkiem na łóżku i modliliśmy się przy niej.

A potem w pokoju taka cisza, pachnie konwaliami… Siedzę przy niej. Wdech i wydech. Mama ma zupełnie spokojną twarz, choć oddech jest płytki…

Aż przychodzi dwudziesta czterdzieści pięć…

Pielęgniarka mówi:

– Cały czas mów do mamy, bo ona słyzy. Słuch to jest ostatni zmysł, który się wyłącza w człowieku. Po prostu mów, opowiadaj jej wszystko, o twoich planach, o Tymku…

Trzymam moją mamę za rękę i opowiadam…

I nagle dzwoni telefon. Robię dwa kroki w stronę drzwi.

– Monika, powiedz mamie, że może odejść – mówi lekarka Ola.

– Olu, ale ja już mamie powiedziałam wczoraj, że może odejść, kiedy tylko zechce…

Reklama

I w tym momencie patrzę na mamę…

I nagle już jej nie ma. Mama odeszła.

Mówi się, że śmierć jest taka jak życie człowieka. I myślę, że jeżeli można powiedzieć o śmierci, że jest piękna, to mama miała piękną śmierć. Spokojną. Bez bólu. A mogło być przecież zupełnie inaczej…

Jest taka piękna. Mówi się, że ktoś jest rozanielony. Moja mama już w sekundę po śmierci ma taką anielską twarz. Której nie miała długo, długo wcześniej, bo już była taka zmęczona, cierpiąca. Moje marzenie i modlitwy zostały wysłuchane. Za dobre życie dobra śmierć.

Wołam pielęgniarki. Nie mogą uwierzyć, że to się już stało. Mówię do nich:

– A dzisiaj są moje imieniny.

A one na to:

– Twoja mama podarowała ci nockę na imieniny.

A ja myślę, że mama podarowała mi ten cały dzień i całą kolejną noc. Żebyśmy mogły być ze sobą. Żebyśmy mogły jeszcze na koniec doświadczyć tej miłości, której na co dzień tak czasami ciężko nam było doświadczyć.

Mijają kolejne lata. Tęsknota na zmianę z szarpiącym bólem przypomina trudne wątki naszej historii. To prawda, dopisałyśmy do niej z mamą nowe zakończenie. Ale to, co się zapisało na wcześniejszych kartkach, wcale nie ulotniło się wraz z jej odejściem.

I nie sądziłam, że kiedyś jeszcze w ogóle będzie to możliwe.

Aż do tej nocy.

Jedyny klucz, który pasuje do nieba

Kiedy stoję przed tą płaskorzeźbą, na której Chrystus skłania się ku swojej mamie, a może to ona skłania się ku Niemu, dochodzi do mnie, że może moja mama nie dawała mi miłości w takiej formie, jak ja tego akurat potrzebowałam albo jak tego chciałam, ale na pewno mnie kochała. Była moją mamą.

Zresztą tak mi właśnie mówiła:

– No przecież cię kocham, jestem twoją matką.

W tej czwartej stacji męki Chrystusa odkrywam, że moja mama kochała mnie najlepiej, jak tylko potrafiła.

Reklama

Że całej reszty nie było! Były tylko moje opowieści, które sobie o naszej relacji opowiadałam. Z nich brały się moje emocje, moje myśli, moje rany, moje poczucie odrzucenia.

I dociera do mnie, zatrzymanej w pół kroku, otulonej światłem żółtych latarni odcinających się na tle granatowego nieba, wciskającego się między dachy, że z tej miłości dała mi coś najważniejszego, coś najcenniejszego, coś, z czego wszystko w moim życiu bierze swój początek i dzięki czemu tak naprawdę jestem dzisiaj tym, kim jestem.

Chyba to był taki dar, którego nie doceniałam. Chyba bardziej mi zależało na miłości. Właśnie przy tej stacji, w Jerozolimie, czuję, jak mój żal, smutek, strach i gniew na moją mamę się uwalniają. Jedno po drugim. Odpuszczają… Jakbym puściła się dobrze znanego drążka, na którym zaciskałam już palce zbyt długo. A obawiałam się go puścić, żeby nie spaść. W nieznane.

Ten najpiękniejszy dar, który dostałam od mojej mamy, to wiara. Wiara w Miłość, która nas stworzyła.

Podziel się cytatem

Dróg jest wiele. Bóg jest jeden. I jest Miłością. To wiem na pewno. Choć niektórzy tę moją wiedzę nazywają wiarą. Ja jednak wiem, że wiem. Skąd?

Tę Miłość odczytuję w każdym napotkanym człowieku. To budzi we mnie tak ogromną czułość i zachwyt dla Piękna i Dobra, które Boski Scenarzysta wpisał w historię każdego z nas.

I wszystkie cuda, które się wydarzają w moim życiu, właśnie stąd się biorą.

Czuję, jak karty mojej bolesnej historii nagle blakną.

Moja rana, całe to córczyne poczucie niedokochania znika, jakby go wcale nie było.

I nagle potrafię już tylko szeptać:

– Dziękuję… Dziękuję, mamo, że nauczyłaś mnie tak patrzeć, żeby to zobaczyć.

Idę dalej, szukając kolejnych stacji, znaczonych na murach metalowymi tarczami.

Po raz drugi już staję przy stacji V. Dotykam ręką przyjemnie chłodnej skały… Szymon wcale nie chciał pomóc temu mężczyźnie z belką na ramionach, którego prowadzili na ukrzyżowanie.

Reklama

Miał inne plany tego dnia. Zbliżał się szabat, a tyle jeszcze było do zrobienia.

Nie chciał. Przymusili go. Pomógł. Nieważne dlaczego. Ważne, że pomógł. Czy już wtedy przeczuwał, że Jezus na zawsze będzie razem z nim dźwigać jego własny krzyż? Jedyny klucz, jak mawiał św. Charbel, który pasuje do nieba?

Podziel się cytatem

Spotkanie z Weroniką. Od zawsze jedna z moich ulubionych stacji. I nie tylko dlatego, że takie imię chciała mi na początku dać moja mama.

To niesamowita scena. Robisz drobny gest. W odruchu serca chcesz po prostu ulżyć komuś, kto cierpi. I nagle okazuje się, że zostaje w tobie obraz Chrystusa, któremu pomagasz. Już na zawsze. Że twarze tych wszystkich ludzi, których obdarzasz choćby najdrobniejszym gestem życzliwości, za każdym razem mają twarz Chrystusa…

Więcej o książce Moniki Górskiej „Zaufaj” , na stronie Zobacz

2023-04-06 21:27

Ocena: +2 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Rokietnicka Droga Krzyżowa

[ TEMATY ]

Droga Krzyżowa

Adam Grymuza

W Wielką Środę, 28 marca br. ulicami Rokietnicy przeszli pielgrzymi celebrujący nabożeństwo Drogi Krzyżowej. Wśród licznie zgromadzonych wiernych dominowała młodzież. Teksty odnoszące się do poszczególnych stacji przygotowali i odczytali członkowie tutejszego Ruchu Apostolstwa Młodzieży kierowanej przez ks. Witolda Orzechowskiego. To nie pierwsza (i zapewne nie ostatnia) uroczystość przygotowana przez rokietnicką młodzież.

Do krzyża podchodzili uczniowie szkół w Rokietnicy, Czelatycach i Woli Rokietnickiej oraz kobiety i mężczyźni.

CZYTAJ DALEJ

Warto spojrzeć w oczy Jezusowi

2023-05-10 10:25

[ TEMATY ]

homilia

rozważania

pl.wikipedia.org

Obraz Hansa Memlinga przedstawiający św. Weronikę z veraiconem

Obraz Hansa Memlinga przedstawiający św. Weronikę z veraiconem

Rozważania do Ewangelii Mk 12, 18-27.

Środa, 7 czerwca

CZYTAJ DALEJ

Trzy dni modlitwy za miasto

2023-06-07 11:23

Mateusz Góra

W kościele św. Wojciecha na Rynku w Krakowie trwa Jerycho Krakowskie

W kościele św. Wojciecha na Rynku w Krakowie trwa Jerycho Krakowskie

    Mieszkańcy Krakowa należący do różnych wspólnot przez trzy dni modlą się w intencji miasta.

    W kościele św. Wojciecha na Rynku w Krakowie trwa Jerycho Krakowskie. To kolejne już takie wydarzenie poprzedzające uroczystość Bożego Ciała. Przy wystawionym Najświętszym Sakramencie gromadzą się członkowie wspólnot z całego Krakowa. Modlą się przez prawie cały dzień. Czuwanie rozpoczyna się od godziny 7:00, a kończy o 21:15.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję