Reklama

„Niedziela” - wikary dla proboszcza, sufragan dla ordynariusza...

W 30-lecie reaktywowania „Niedzieli” i 50-lecie kapłaństwa ks. inf. Ireneusza Skubisia - z Redaktorem Naczelnym „Niedzieli” rozmawia ks. Marek Łuczak
Niedziela Ogólnopolska 26/2011, str. 8-11

Bożena Sztajner/Niedziela
Siedziba „Niedzieli” w Częstochowie przy ul. 3 Maja 12

Ks. Marek Łuczak: - Wyobraźmy sobie następującą sytuację: jest Ksiądz Infułat proboszczem i w czasie ogłoszeń parafialnych trzeba powiedzieć kilka słów na temat najnowszego numeru „Niedzieli”, żeby zachęcić wiernych do czytania. Jakich słów Ksiądz by użył?

Ks. Inf. Ireneusz Skubiś: - Ważne, żeby choć częściowo mieć przeczytany numer „Niedzieli”, czy choćby przeglądnięty. Wtedy możemy zaproponować parafianom coś interesującego. Przykładowo, „Niedziela” na 12 czerwca była atrakcyjna i ciekawa. Zainteresował mnie szczególnie wywiad z dominikaninem o. Jackiem Marią Norkowskim pt. „Zwłoki z bijącym sercem”. Temat jest o tyle mocny, że dotyczy ważnej dziś sprawy przeszczepu narządów. Ukazany jest inny, niezwykle istotny aspekt tego problemu, który jest dla mnie mocnym uderzeniem. Być może trzeba ludziom powiedzieć z ambony, że jest taki właśnie tekst. Zresztą w każdym numerze można znaleźć wiele interesujących materiałów, o których powinno się poinformować parafian. I to nie jest żadna reklama, ale duszpasterska powinność.

- Widzę tu jednak szerszy problem. Bp Teodor Kubina życzył sobie, aby „Niedziela” była wikarym dla proboszcza i sufraganem dla biskupa...

- Kryje się tu ważna kwestia przygotowania do duszpasterstwa przez media. Zagadnienie to nie doczekało się jeszcze dokumentu czy instrukcji dla Kościoła w Polsce. Dzisiaj człowiek żyje mediami i tym, co słyszy w telewizji, w radiu, i co przeczyta w gazecie.
Prasa katolicka ma to do siebie, że jest wkomponowana w cały system medialny. Człowiek, który czyta np. „Niedzielę”, najczęściej zagląda również do innych dzienników, tygodników, ogląda telewizję. Ale „Niedziela” może być jedynym tygodnikiem katolickim docierającym do ludzi, i wtedy, w połączeniu z pracą duszpasterza, jest możliwość kształtowania opcji chrześcijańskiej człowieka. Wówczas rzeczywiście możemy się bić o dusze, w tym sensie, że człowiek, który ogląda telewizję - a dziś wszyscy mają do niej dostęp - do gazet raczej nie sięga. Jeśli „przyjdzie” do domu pismo katolickie, to mamy większą szansę oddziaływania.
My przede wszystkim jesteśmy niezależni, nie mamy nad sobą bata w postaci właściciela obcokrajowca i dlatego nie działamy pod dyktando. Mamy opcję kościelną, polską i obiektywną.
I jeżeli bp Kubina mówił o „Niedzieli” jako o dodatkowym wikarym dla proboszcza, to jest to rzeczywiście bardzo sensowna sprawa. Bo co robi wikary? Pomaga proboszczowi w realizowaniu duszpasterstwa. Jest on człowiekiem oświeconym, podobnie jak proboszcz, może mniej doświadczonym, ale ma wiele do powiedzenia, jest oczytany, zna teologię, zna założenia katolickiej nauki społecznej. I taki wikary pomaga w duszpasterstwie. Podobnie i tygodnik katolicki - jest takim pomocnikiem w realizowaniu planów duszpasterskich. Ksiądz powinien zdawać sobie sprawę z tego, że nie jest w stanie sam zabezpieczyć wszystkiego, po prostu nawet nie ma na to czasu. Kiedy przeglądam poszczególne numery „Niedzieli”, to widzę, ile tam jest treści. Nikt w parafii nie jest w stanie zebrać tak ogromnego materiału, jaki my przygotowujemy co tydzień. Jeżeli ma się do dyspozycji dziesiątki mądrych ludzi, to jest to wspaniała sprawa. Zauważmy, ilu ludzi pracuje na uniwersytetach: profesorowie, naukowcy, asystenci, doktorzy - oni wszyscy komponują w swoim miejscu pracy jakąś dozę wiedzy i ją przekazują. Gazeta jest takim uniwersytetem, tworzonym przez zespół redakcyjny i współpracowników. Miał więc rację bp Kubina, mówiąc o „Niedzieli” jako wikariuszu i sufraganie - znakomitych pomocnikach duszpasterskich. Trzeba tę pomoc zauważać.
Przekazywanie programu Kościoła jest wielkim zadaniem duszpasterskim. W parafii Gomulin w archidiecezji łódzkiej proboszcz - ks. prał. Marian Wiewiórowski oparł duszpasterstwo na „Niedzieli”. Tam wszyscy parafianie ją czytają i pomagają w jej kolportażu. Interesuje ich to, co jest napisane w tygodniku, rozmawiają o poruszanych tematach, dyskutują, przekazują sobie nawzajem te treści i żyją nimi. Podobnie jest i w innych polskich parafiach.

- Czy mamy w Kościele świadomość, że gramy w tej samej drużynie? Instrukcje kościelne nie wystarczą, jeśli zabraknie w nas podstawowej świadomości służenia tej samej sprawie, w której pismo katolickie jest tarczą wobec wrogów Ewangelii.

- Nawiążę do pewnego wydarzenia. Był rok 2010 - Rok Kapłański i pielgrzymka polskich kapłanów, diecezjalnych i zakonnych, na Jasną Górę. Zobaczyliśmy księży w katedrze, potem przeszli oni procesjonalnie na Jasną Górę i znaleźli się na placu pod Szczytem.
Dokonaliśmy pewnych obliczeń. W Polsce jest ok. 30 tys. księży, a w pielgrzymce było ich ok. 3 tys., czyli zaledwie 10 proc. Było to dla mnie zaskoczeniem, ale wielu ludzi wyrażało wprost aplauz, widząc tylu kapłanów razem. Pytałem siebie: gdzie jest te 27 tys. kapłanów? Nie przyjechali. Zaangażowanie księdza w życie Kościoła powinno być mocne. W Polsce, niestety, niektóre sprawy przegrywamy. Taki ogrom ludzi oddanych jednej sprawie! Niejedna partia polityczna nie ma takiego potencjału. Politycy to ludzie ze swoimi rodzinami, interesami, problemami, żyją różnorakim życiem. Tymczasem księża są wyświęceni dla jednego, duszpasterskiego celu. Jeżeli więc tak wiele rzeczy nam nie wychodzi, to musimy zadać sobie pytanie o jakość naszej pracy.
Także gdy mówimy o mediach, które odgrywają olbrzymią rolę w życiu współczesnego człowieka, dotykamy newralgicznego punktu: jeżeli pominie się je w duszpasterstwie, to mamy gotową przegraną. Często też jako księża zapominamy o solidarności w naszej pracy, jakbyśmy nie mieli świadomości, że tak naprawdę gramy w jednej drużynie.

- Ksiądz Infułat akcentuje kwestię duszpasterzy i Kościoła hierarchicznego, ale chciałbym poruszyć temat wiernych świeckich, naszych Czytelników. Brakuje podejścia do sprawy czytelnictwa, w którym uwzględnia się, że to nie jest tylko publicystyka, ale Słowo Boże. Czy nie za mało jest w programach katechetycznych o mediach katolickich? Nawet w rachunkach sumienia brakuje pytania: Czy czytam prasę katolicką... Chodzi tu o aspekt moralny.

- Trzeba zacząć od seminarium. Jest program kształcenia w seminariach duchownych i należy zobaczyć, ile jest tam godzin przeznaczonych na media. Jeśli kleryk w seminarium nie ma nawet zarysu problemu, nie wie, o co chodzi - pójdzie potem na parafię i nadal będzie ignorantem w tej kwestii. Dlatego trzeba zacząć od programu duszpasterskiego dla duchowieństwa. Potem dochodzi sprawa świeckich. Są w różnych ruchach i stowarzyszeniach katolickich, np. w Akcji Katolickiej, ale bardzo często nie mają rozeznania, czym są media katolickie. Byłem zaskoczony wydarzeniami, jakie miały miejsce przed wyborami prezydenckimi. Jeden z kandydatów, zwłaszcza w pierwszej części kampanii, zaczął głosić program zdecydowanie ateistyczny i ateizujący. Tak wielu ludzi poszło za nim... Jak należy ocenić społeczeństwo, o którym mówi się, że jest katolickie, a które głosuje na ateistę? Byłem jeszcze bardziej zbulwersowany, gdy dwaj kandydaci, którzy stali się ostateczną alternatywą dla wyborców, zaczęli czynić umizgi do owego ateisty, żeby im udzielił poparcia, żeby jego elektorat poparł ich kandydatury. Nie baczyli na to, że ten człowiek bardzo mocno stawia na odejście od chrześcijaństwa, na „zapateryzm” - opcję panującą obecnie w Hiszpanii. Nikomu to nie przeszkadzało. Byłem zasmucony, że dwóch katolików, starających się o prezydenturę w państwie, zachowało się tak wobec ateisty. Uważam, że trzeba brać pod uwagę to, na kogo się głosuje. Ludzie wiedzą to dopiero wtedy, gdy mają pewne wykształcenie, gdy dowiadują się tego, czego uczy Kościół i co mówi katolicka nauka społeczna w danej kwestii.
W numerze 24. „Niedzieli”, z 12 czerwca br., zamieściliśmy dokument Stolicy Apostolskiej na temat małżeństw homoseksualnych. Mówi on bardzo konkretnie, jak powinni zachować się w tej sprawie parlamentarzyści, ludzie polityki. Dokument podpisał obecny papież - wtedy jeszcze kard. Ratzinger jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary. To jest wyraźny głos Kościoła, który nie milczy, który w drażliwych sprawach dotyczących sumienia człowieka zawsze się wypowiada - ale trzeba chcieć go usłyszeć. Nie wiem, czy księża mają pełną świadomość wagi udziału mediów katolickich w życiu wiernych...

- Dotknęliśmy bardzo ważnego tematu, bo obok perspektywy duszpasterskiej pojawia się perspektywa społeczno-polityczna. Etyka dotyka każdej dziedziny ludzkiego życia i rodzi się kolejne pytanie: Jak „Niedziela” może odpowiedzieć na zarzut politykierstwa?

- Bardzo łatwo postawić taki zarzut, gdyż jest cienka granica między polityką a nauką społeczną Kościoła. Mówi ktoś nieraz np., że księża czy biskupi są „zaczadzeni PiS-em”. Tymczasem nie zauważa się, że są tu zbieżne elementy - gdy mówi się o patriotyzmie, o ojczyźnie, kulturze, nauce społecznej. Są ugrupowania partyjne bliskie opcji chrześcijańskiej. Mają one prawo mówić, że są blisko z Kościołem. Ale to nie znaczy, że ja mam nie głosić katolickiej nauki społecznej, ponieważ moje poglądy będą podobne do programu PiS-u! Bł. Jan Paweł II kochał Polskę z jej historią, kulturą, przy wspominaniu niektórych rocznic nawet uronił łzę. Czy Ojciec Święty brał udział w polityce? Może w wymiarze ogólnym tak, ale nie był politykierem. Był patriotą. Pan Jezus też rozpłakał się nad Jerozolimą, a przecież polityki nie uprawiał.
Warto zwrócić uwagę na wypowiedź Benedykta XVI w Warszawie, kiedy mówił o księżach rzekomo włączających się w politykę. Powiedział, że ksiądz nie musi być specjalistą w polityce. Rozumiem to w ten sposób, że ja rzeczywiście nie muszę znać się na polityce, ale jako zwykły człowiek mogę wypowiedzieć swoje zdanie. Pozwólmy księdzu być zwykłym człowiekiem i obywatelem.

- A co w sytuacji, gdy ksiądz jako duszpasterz musi zabrać głos, kiedy jest zagrożona etyka w polityce?

- Myślę, że nie tylko ksiądz, ale i biskupi mają taki obowiązek. Dzisiaj mówi się: nie wolno ci przykładać ręki do polityki, nie wolno wypowiadać się na temat różnych posunięć politycznych, a potem ma się żal, że nagle w parlamencie przechodzi jakaś ustawa przeciwna prawu naturalnemu i prawu Boskiemu. Wiemy, jaką rolę odgrywa np. rozwód w życiu rodziny, dzieci. Jednak niektórzy twierdzą, że trzeba go uznać i starają się to ułatwić. Nikt nie liczy łez. Jest wiele spraw związanych z aborcją - zabijaniem nienarodzonych. Mówi się o głosowaniu za życiem, a jednocześnie ci, którzy są decydentami, przechodzą obojętnie obok tych zagadnień, bo ateiści mają w rękach środki przekazu i duże pieniądze. Chrześcijaństwo tego nie posiada i dlatego przegrywamy. Mówiłem o przegrywających księżach. Dzieje się tak również dlatego, że niektóre gazety zamykają księżom usta, a dziennikarze krzyczą pełną parą. Radio Maryja jest tylko maleńkim wyjątkiem w milionach głosów, które krzyczą przeciwko nauce Kościoła. Dlatego przyczepia się mu łatkę złej rozgłośni. Jako chrześcijanie, katolicy, powinniśmy być na tyle trzeźwi, żeby wiedzieć, co jest czym, jakie są proporcje działania nas i ateistów. My jesteśmy po prostu biedni. Jeżeli w katolickim kraju wszystkie katolickie tygodniki razem mają ok. 500 tys. nakładu, a prasa kolorowa kształtuje się na poziomie ok. 70 mln egzemplarzy, to jak możemy się porównywać? Naród polski powinien się ocknąć.

- W związku ze stykiem duszpasterstwa i spraw społecznych na pierwszy rzut oka widać, chociażby na przykładzie tygodników katolickich w Polsce, że różnią się one między sobą nie tylko w formie, ale także w treści czy proweniencji. Czy to jest przejaw naturalny, czy też należy się tego obawiać?

- Nie możemy być tacy sami, każde z pism ma prawo do własnej twarzy. „Niedziela” nie będzie „Tygodnikiem Powszechnym”, a on „Niedzielą”, podobnie sprawa ma się z „Gościem Niedzielnym” czy innymi tytułami. Każdy ma prawo do własnej tożsamości. I w tym jest plus, bo każdy człowiek o opcji katolickiej może sobie poszukać własnego pisma. Jednak katolicy powinni czytać którąkolwiek gazetę katolicką. Najgorzej, gdy nie czytają niczego albo szukają tzw. kolorówek, a nie pogłębiają swojego życia intelektualnego i duchowego, na czym zależy prasie katolickiej.
Chciałbym odnieść się tu również do prasy parafialnej, ponieważ jest wiele tytułów, które mają swój zapał i zaplecze, a parafii zależy, by jej pismo znalazło się w rodzinach. Warto jednak zwrócić uwagę, że te pisma mają charakter informacyjny i nie mają większego zaplecza dziennikarskiego. My mamy profesjonalnych dziennikarzy i cały sztab ludzi dbających o dobry poziom edytorski pisma. Ale, oczywiście, musimy płacić podatki, mamy wydatki związane z papierem i drukiem. Nie utrzymują nas przedsiębiorstwa współpracujące z prasą kolorową czy lewicową. Sądzę, że każdy katolik powinien to wiedzieć i umieć rozróżnić informację o życiu parafii od formacji możliwej z pomocą katolickiego tygodnika. Winni to wziąć pod uwagę zarówno księża biskupi, duszpasterze, jak i świeccy.

- Jaki - z perspektywy 30 lat - jest największy sukces „Niedzieli” i największa jej porażka?

- Nigdy nie myślałem o „Niedzieli” w kategorii sukcesu. Sukcesem był powrót w 1981 r. Gdy 30 lat temu czyniłem starania o „Niedzielę”, to w urzędach komunistycznych nikt nie zapytał, co to jest „Niedziela”. Akcja narodu, który chciał tego pisma, który wysyłał tysiące listów do urzędów państwowych o powrót tygodnika, odniosła skutek. Po 28 latach milczenia „Niedziela” wróciła na polski rynek prasowy. I to był największy sukces. Pomagał nam wtedy redaktor naczelny „Gościa Niedzielnego”, śp. ks. Stanisław Tkocz, z którym zaczynaliśmy pracę. Pozostaję mu wdzięczny za to, że doradzał nam z wielką roztropnością, wiedzą i kompetencją.
Świadomość, że jesteśmy, to pierwszy nasz sukces. Drugim może być to, że nigdy nie ulegliśmy naciskom cenzury, która sugerowała, żeby nie zaznaczać jej ingerencji. Byliśmy wierni wszystkiemu, co było ważne dla Kościoła i Ojczyzny.
Następujący później czas ogromnego rozwoju pisma i podwyższania jego nakładu również możemy nazwać sukcesem. Był on połączony z entuzjazmem biskupów i kapłanów, czego dzisiaj, niestety, nie widzę. Ów entuzjazm pokazał nam, że tam, gdzie on istnieje, sukces jest możliwy.
Gdy chodzi o porażki, należy tu chyba zaakcentować wspomniany brak entuzjazmu. Użyłbym porównania, że kiedy jedziemy samochodem, z którego opon ktoś spuścił powietrze, jesteśmy w trudnej sytuacji, bo nikt takiego samochodu nie poprowadzi na pełnym biegu. Chciałbym, by w kołach samochodu, jakim jest „Niedziela”, znowu znalazło się powietrze. Ufam, że tak się stanie, bo dużo dobrego dzieje się w Polsce, w ludzkiej świadomości. Naprawdę potrafimy się bardzo mocno wybić i iść do przodu. Zawsze będzie zapotrzebowanie na dobro i na prawdę.

Reklama

Dzieją się cuda

2019-06-12 09:02

Jolanta Marszałek
Niedziela Ogólnopolska 24/2019, str. 20-21

Od kilku miesięcy w parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu znajdują się relikwie św. Szarbela z Libanu. I dzieją się cuda. Ludzie doznają wielu łask, także uzdrowienia. Jedną z uzdrowionych jest Barbara Koral – żona Józefa, potentata w branży produkcji lodów, i matka trójki dzieci. Cierpiała na raka trzustki, po którym nie ma śladu. 17 maja br. publicznie podzieliła się swoim świadectwem

Wikipedia

W październiku ub.r. wykryto u mnie nowotwór złośliwy trzustki – opowiada Barbara Koral. – Przeżyłam szok. Ale głęboka wiara i ufność w łaskawość Boga wyjednały mi pokój w sercu. Leżałam w szpitalu w Krakowie przy ul. Kopernika, nieopodal kościoła Jezuitów. Dzieci i mąż byli ze mną codziennie. Modliliśmy się do Jezusa Przemienionego za wstawiennictwem św. Jana Pawła II oraz św. Szarbela. Zięć Piotr przywiózł od znajomego księdza płatek nasączony olejem św. Szarbela. Codziennie odmawialiśmy nowennę i podczas modlitwy pocierałam się tym olejem. Czułam, że mając św. Szarbela za orędownika, nie zginę – wyznaje.

Przypadek beznadziejny

Operacja trwała ponad 6 godzin. Po otwarciu jamy brzusznej większość lekarzy odłożyła narzędzia i odeszła od stołu, stwierdziwszy, że przypadek jest beznadziejny. Jednak profesor po kilku minutach głębokiego namysłu wznowił operację. Usunął raka. Operacja się udała.

– Byłam bardzo osłabiona – opowiada p. Barbara – tym bardziej że 3 tygodnie wcześniej przeszłam inny zabieg, również w pełnej narkozie. Nic nie jadłam i czułam się coraz słabsza.

W trzeciej dobie po operacji chora dostała wysokiej gorączki, dreszczy. Leżała półprzytomna i bardzo cierpiała. – Momentami zdawało mi się, że ktoś przecina mnie piłą na pół. Zwijałam się wtedy w kłębek i modliłam cichutko do Pana Boga z prośbą o pomoc w cierpieniu i ulgę w niesieniu tego krzyża.

Lekarze robili, co mogli. Podawali leki w zastrzykach, kroplówkach, by wzmocnić chorą. Nic nie działało. Pobrano krew na badanie bakteryjne. Okazało się, że jest zakażenie bakterią szpitalną, bardzo groźną dla organizmu. Zdrowe osoby zakażone tą bakterią mają 50-procentową szansę na przeżycie. Chorzy w stanie skrajnego wycieńczenia są praktycznie bez szans.

Zawierzenie Bogu

– Rozmawiałam z Bogiem – opowiada p. Barbara. – Pytałam Go, czy po tym, jak wyrwał mnie ze szponów śmierci w czasie operacji, teraz przyjdzie mi umrzeć. Prosiłam z pokorą i ufnością: „Panie Jezu, nie wypuszczaj mnie ze swoich objęć. Uzdrów mnie, kochany Zbawicielu”. Całym sercem wołałam w duchu: „Jezu, zawierzam się Tobie, Ty się tym zajmij!”.

W tym czasie parafia pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu, do której należy rodzina Koralów, czekała na relikwie św. Szarbela (relikwie pierwszego stopnia – fragment kości). Przywiózł je z Libanu poprzedni proboszcz – ks. Andrzej Baran, jezuita, który był tam na pielgrzymce wraz z kilkoma parafianami. Zawieźli też spontanicznie zebraną przez ludzi ofiarę dla tamtejszych chrześcijan. Wiadomo bowiem, że św. Szarbel jest szczególnie łaskawy dla tych, którzy modlą się za Liban. Relikwie, zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem, miały trafić do ks. Józefa Maja SJ w Krakowie. On zgodził się przekazać je do Nowego Sącza i osobiście je tam w styczniu br. zainstalował.

Interwencja św. Szarbela

– W dniu, w którym pojechałem po relikwie do Krakowa – opowiada ks. Józef Polak, jezuita, proboszcz parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu – wstąpiłem do naszej WAM-owskiej księgarni, żeby nabyć jakąś pozycję o św. Szarbelu, bo przyznam, że sam niewiele o nim wiedziałem. Wychodząc z księgarni, spotkałem Józefa Korala z córką. Wiedziałem, że p. Barbara jest bardzo chora. Opowiedzieli mi, że wracają ze szpitala i że sytuacja jest bardzo poważna. Relikwie miałem ze sobą od dwóch godzin. Niewiele się zastanawiając, poszliśmy na oddział.

– W pewnym momencie usłyszałam głos męża – opowiada p. Barbara. – Bardzo mnie to zdziwiło, bo przecież był u mnie przed chwilą i razem z córką poszli do kościoła obok szpitala na Mszę św. Po chwili zobaczyłam męża i córkę. Już nie byli przygnębieni i smutni. Twarze rozjaśniał im szeroki uśmiech. Razem z nimi był ksiądz proboszcz Józef Polak. Przyniósł ze sobą do szpitala relikwie św. Szarbela...

Ksiądz wraz z obecnymi odmówił modlitwę do św. Szarbela. Następnie podał chorej do ucałowania relikwiarz. – Już w trakcie modlitwy nie czułam bólu – wyznaje p. Barbara. – Stałam się bardziej przytomna. Kiedy ucałowałam kości św. Szarbela, nie myślałam, czy to będzie uzdrowienie – ja byłam tego pewna. Nie mam pojęcia, skąd się wzięła ta pewność.

Święty kontra bakterie

– Gdy wchodziłem do szpitala – opowiada ks. Polak – wiedziałem, że na oddziale jest jakieś zakażenie. Podałem p. Barbarze relikwiarz do ucałowania. Zobaczyła to pielęgniarka. Wyjęła mi relikwiarz z ręki, spryskała go jakimś środkiem i włożyła pod wodę. „Co pani robi?” – zapytałem. „Muszę to zdezynfekować”. „Ale on nie jest wodoszczelny” – wyjaśniłem, nie wiedząc, że chodzi jej o to, by zewnętrzne bakterie się nie rozprzestrzeniały. To był koniec wizyty.

Następnego dnia rano okazało się, że na oddziale bakterii już nie było. To był kolejny „cud” św. Szarbela. Badania z krwi potwierdziły, że również chora nie ma w sobie bakterii. Lekarze w zdumieniu patrzyli na wyniki. Dla pewności powtórzyli badania.

– Byłam zdrowa – opowiada p. Barbara. – Powoli zaczęłam nabierać siły i radości życia. Cała moja rodzina i przyjaciele, którzy byli ze mną w czasie choroby, którzy wspierali mnie modlitwą i dobrym słowem, są wdzięczni św. Szarbelowi. Błogosławimy go za to, że się mną zajął, że uprosił dla mnie u Boga Wszechmogącego łaskę uzdrowienia. Bogu niech będą dzięki i św. Szarbelowi!

Wiara w orędownictwo

W parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu w trzecie piątki miesiąca o godz. 18 odprawiana jest Msza św. z modlitwą o uzdrowienie, następnie mają miejsce: adoracja, błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem, namaszczenie olejem św. Szarbela i ucałowanie relikwii świętego. Wielu ludzi przychodzi i prosi o jego wstawiennictwo. Św. Szarbel jest niezwykle skutecznym świętym, wyprasza wiele łask, pokazuje, że pomoc Boga dla ludzi, którzy się do Niego uciekają, może być realna. – Nie ma jednak żadnej gwarancji, że ten, kto przyjdzie do św. Szarbela, będzie natychmiast uzdrowiony – przyznaje ks. Józef Polak. – Czasami to działanie jest inne. Łaska Boża działa według Bożej optyki, a nie naszych ludzkich życzeń. Święci swoim orędownictwem mogą ludzi do Kościoła przyciągać i to czynią, także przez cuda. Wystarczy popatrzeć, jak wiele osób uczestniczy w Mszach św. z modlitwą o uzdrowienie.

* * *

Ojciec Szarbel Makhlouf

maronicki pustelnik i święty Kościoła katolickiego. Żył w XIX wieku w Libanie

23 lata swojego życia spędził w pustelni w Annaja. Tam też zmarł.

Po pogrzebie o. Szarbela miało miejsce zadziwiające zjawisko. Nad jego grobem pojawiła się niezwykła, jasna poświata, która utrzymywała się przez wiele tygodni. Łuna ta spowodowała, że do grobu pustelnika zaczęły przybywać co noc rzesze wiernych i ciekawskich. Gdy po kilku miesiącach zaintrygowane wydarzeniami władze klasztoru dokonały ekshumacji ciała o. Szarbela, okazało się, że jest ono w doskonałym stanie, zachowało elastyczność i temperaturę osoby żyjącej i wydzielało ciecz, którą świadkowie określali jako pot i krew. Po umyciu i przebraniu ciało o. Szarbela zostało złożone w drewnianej trumnie i umieszczone w klasztornej kaplicy. Mimo usunięcia wnętrzności i osuszenia ciała zmarłego dalej sączyła się z niego substancja, która została uznana za relikwię. Różnymi sposobami próbowano powstrzymać wydzielanie płynu, ale bezskutecznie.

W ciągu 17 lat ciało pustelnika było 34 razy badane przez naukowców. Stwierdzili oni, że zachowuje się w nienaruszonym stanie i wydziela tajemniczy płyn dzięki interwencji samego Boga.

W 1965 r., pod koniec Soboru Watykańskiego II, o. Szarbel został beatyfikowany przez papieża Pawła VI, a 9 października 1977 r. – kanonizowany na Placu św. Piotra w Rzymie. Kilka miesięcy przed kanonizacją jego ciało zaczęło się wysuszać.

Od tej pory miliony pielgrzymów przybywają do grobu świętego, przy którym dokonują się cudowne uzdrowienia duszy i ciała oraz nawrócenia liczone w tysiącach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Papież na wystawie „100 żłóbków”

2019-12-09 21:45

pb / Rzym (KAI)

Papież Franciszek obejrzał dziś po południu wystawę „100 żłóbków”, otwartą 8 grudnia w Sali Piusa X w pobliżu Watykanu. Po podpisaniu 1 grudnia w Greccio listu apostolskiego „Admirabile signum” dał w ten sposób kolejny znak swej dbałości o tę tradycję wiary.

BOŻENA SZTAJNER

Papieżowi towarzyszył przewodniczący Papieskiej Rady ds. Krzewienia Nowej Ewangelizacji abp Rino Fisichella, który przedstawiał Ojcu Świętemu kolejne dzieła. Franciszek indywidualnie witał się z twórcami żłóbków, towarzyszącymi im artystami i ich rodzinami. Na koniec wspólnie z nimi odmówił modlitwę i udzielił im błogosławieństwa.

W czasie trwającej 45 minut papieskiej wizyty chór kameralny Kodály z Budapesztu śpiewał pieśni bożonarodzeniowe.

Wystawa powstała z inicjatywy Papieskiej Rady ds. Krzewienia Nowej Ewangelizacji. Jest na niej ponad 130 szopek z 30 krajów. Współorganizatorem ekspozycji, którą można zwiedzać za darmo do 12 stycznia, jest ambasada Węgier przy Stolicy Apostolskiej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem