Reklama

Szef

Katarzyna Woynarowska
Niedziela Ogólnopolska 26/2011, str. 12-14

BOŻENA SZTAJNER

- Redaktor to jest męczennik. On nie może zamknąć za sobą drzwi i iść do domu, do swojego życia. Redaktor musi być cały czas czujny. Musi wiedzieć, co się dzieje na świecie, w Kościele, kto co powiedział, co warto skomentować, a co ominąć... - mówi o. Jerzy Tomziński, paulin

Ks. Ireneusz Skubiś, infułat, prałat Domu Papieskiego, doktor prawa kanonicznego, przez swoich najbliższych współpracowników najczęściej nazywany jest „Szefem”. To skraca dystans, zapewne. Ale „Szef” wziął się z czasów duszpasterstwa akademickiego.
- W miejscu publicznym, żeby nie zdradzać, że podróżujemy z kapłanem, co w czasach komuny nie było dobrze widziane i mogło skierować na nas czujne spojrzenie służb wewnętrznych, umówiliśmy się, że tak będziemy się zwracać do ks. Skubisia - wspominają dawni studenci z DA. Kilka osób z tego grona weszło potem do kolegium redakcyjnego „Niedzieli” i tak już zostało.

Czas wzrastania

Ks. Ireneusz Skubiś urodził się w Chruszczobrodzie, w Zagłębiu, w rodzinie chłoporobotników. Ma troje rodzeństwa: dwie siostry i brata.

- Pamiętam, jak w domu wspominano, że zaskoczył wszystkich swoją decyzją zostania kapłanem - opowiada siostra Jadwiga. - Rodzice nie protestowali. Miał wtedy 14 lat i sam pojechał do Częstochowy do Niższego Seminarium Duchownego. Oczywiście, przyjęto go. Jednak problem polegał na tym, że szkoła wymagała tzw. wyprawki, całego ekwipunku. To były lata 50., powojenne, bieda. Mamusia załamała ręce. Nie stać nas było na taki wydatek. Postanowiono więc, że brat nie pójdzie do seminarium. Gdyby nie hojność ciotek, nie wiadomo, jak potoczyłyby się wydarzenia. Ireneusz zapamiętał ten szlachetny gest. Spełniło się jego marzenie - został uczniem Niższego Seminarium Duchownego.

Z Wyższego Seminarium Duchownego, które wtedy mieściło się w Krakowie, pisywał do domu długie listy. Jadwiga miała za zadanie odpisywać bratu.

- Mam jeszcze te listy. Ciągle się o nas martwił: czy mam ciepłe buty, czy siostra przechodzi jeszcze tę zimę w starym płaszczu, co u rodziców... Jesteśmy bardzo rodzinni, więc nikogo to nie dziwiło, ale taka troska o bliskich została mu do dziś. Zresztą nie tylko o bliskich. Nie może znieść, gdy komuś dzieje się krzywda. Wtedy odruchowo pomaga...

- To prawda, natychmiast uruchamia pomoc - opowiada jeden z najbliższych współpracowników ks. Skubisia, Mariusz Książek, zastępca Naczelnego. - Dzwoni, szuka rozwiązania. To jedna z najmocniejszych cech osobowości Szefa. Pamiętam, jak kiedyś jedliśmy obiad w barze pod Piotrkowem. W kolejce za nami stanął biedak. Nawet nie prosił o nic, po prostu patrzył łakomie na jedzenie. Ksiądz Redaktor nie wytrzymał, włożył mi pieniądze w rękę i kazał mu zanieść. Takie zdarzenia są częste.

Gdy studiował, rodzice budowali dom. Podczas wakacji kleryk nadal był synem, który musiał pomagać na budowie. Nie protestował. Nie migał się od ciężkiej pracy. Szedł kopać fundamenty jak wszyscy mężczyźni w rodzinie, mimo że nie nawykł do fizycznej pracy. No i zachorował na tyfus. Do dziś nie wiadomo, dlaczego. Pojechał chorować do dobrej ciotki. Rodzicom nie powiedział słowa. Nie chciał ich martwić - wspomina rodzina.

Idź do studentów

29 czerwca 1961 r. przyjął święcenia kapłańskie z rąk bp. Zdzisława Golińskiego. Rozpoczął studia w Lublinie na KUL-u, na jednym z trudniejszych kierunków - prawo kanoniczne. Pracę doktorską obronił w 1978 r. Pracował w Kurii Diecezjalnej w Częstochowie na stanowisku notariusza, a do dziś, czyli ponad 40 lat, jest obrońcą węzła małżeńskiego w Sądzie Biskupim. Był wykładowcą prawa kanonicznego w Częstochowskim Wyższym Seminarium Duchownym i w Instytucie Teologicznym w Częstochowie, którego był współtwórcą i dyrektorem administracyjnym. Jego kontaktowość, poczucie humoru i charyzma spowodowały, że już w 1965 r. biskup mianował go duszpasterzem akademickim.

To w tym czasie narodziły się prawdziwe więzi, zawiązano przyjaźnie, których ani czas, ani oddalenie nie zniszczyły. Do dziś dawni studenci regularnie odwiedzają swojego „Szefa”. Z ludzi ukształtowanych przez środowisko akademickie powstała potem konstrukcja redakcji „Niedzieli”. A wszystko dzięki „Piwnicy” - tak nazywano ośrodek spotkań częstochowskiego środowiska akademickiego, jedyne miejsce, w którym oddychało się w czasach komunizmu swobodnie.

- „Piwnica” to osobny rozdział. Niezwykłe miejsce i niezwykły kapłan, który je kreował. Dzięki ks. Skubisiowi do Częstochowy przyjeżdżali znani ludzie kultury, opozycjoniści, dziennikarze, aktorzy - wspomina Krystyna Korn. Tygodnie Kultury Chrześcijańskiej, które organizował, gromadziły tłumy. Biegało się do kościółka akademickiego w III Aleję, żeby „posłuchać Skubisia”. Głosił płomienne, odważne, inteligentne kazania - mówią dawni studenci. - A przy tym dostrzegał zawsze konkretnego człowieka, stojącego czasem nieśmiało pod kościelnym chórem. Zawsze zauważył, zatroszczył się i zaprosił do DA...

Wiadomo było, że jest człowiekiem w opozycji do ludowej władzy. Ubecy nękali go nieustannie. Gdy po latach otworzono teczkę ks. Skubisia, znaleziono zapis: „Obiekt niemożliwy do werbunku”. Nie złamano go, choć „wtyczki” znajdowały się także wśród studentów przychodzących do „Piwnicy”.

Reklama

Ale za to „Niedziela”...

Odwaga to kolejny rys charakteru Redaktora Naczelnego „Niedzieli”.

Gdy bp Stefan Bareła, ówczesny biskup częstochowski, wyznaczył ks. Skubisiowi zadanie uzyskania zgody władzy na wznowienie wydawania Tygodnika Katolickiego „Niedziela”, wydawało się to niemożliwe do zrealizowania. Jednak jego upór, odwaga i konsekwencja działania zaowocowały pełnym sukcesem - 5 marca 1981 r. władza zezwoliła, by tygodnik katolicki znów pojawił się na rynku.

- Z grupką zapaleńców rozpoczęliśmy dynamiczną pracę nad tworzeniem pisma od podstaw. Oczywiście, poważną przeszkodą była cenzura - wspomina po latach ks. Skubiś.

Do dziś na spotkaniach redakcyjnych przypomina się tamte boje o każde słowo.

- Cenzura szalała. Co się wtedy działo, to ludzkie pojęcie przechodzi. A redaktor musiał cenzora przetrzymać, nie dał się sprowokować. Zdawał sobie sprawę, że w grę wchodzi ukazanie się kolejnego numeru pisma. Twardy człowiek, stalowe nerwy - analizuje tamten czas o. Jerzy Tomziński, paulin, członek pierwszego zespołu redakcyjnego.

Pojawienie się „Niedzieli” czytelnicy przyjęli entuzjastycznie. Stutysięczny nakład rozchodził się migiem. Jeden egzemplarz „chodził” z rąk do rąk wśród kilku osób.

- Byliśmy w tamtych czasach jak jedna wielka rodzina. Spotykaliśmy się w pokoju redakcyjnym przy długim stole, zasłanym zielonym suknem. Jakie tam odchodziły dyskusje, jakie gorące, ogniste... Ksiądz Redaktor słuchał. A umiejętność słuchania jest u osoby tworzącej pismo arcyważna. Słuchał i nie przerywał, nie dawał do zrozumienia, że ktoś plecie głupstwa albo nie ma racji. Nigdy nie narzucał swojego zdania. Skąd ten człowiek miał tyle cierpliwości do nas - pojęcia nie mam. Ale przy tym stole rodziły się fenomenalne pomysły... - wspomina z rozrzewnieniem o. Jerzy.

Inny członek tamtego kolegium redakcyjnego - ks. prał. Ludwik Warzybok, autor chętnie czytywanych tekstów homiletycznych, pisuje do „Niedzieli” od 30 lat. To kolejny rekord.

- Nigdy nie miałem najmniejszej scysji z Księdzem Redaktorem. Nie posprzeczaliśmy się przez te 30 lat ani razu. Lubię „Niedzielę” od początku jej istnienia. Czytywałem zwłaszcza teksty homiletyczne, które pisała do gazety bardzo utytułowana autorka z Warszawy. Gdy zobaczyłem, że w kilku kolejnych numerach „Niedzieli” nie ma tych tekstów, zapytałem młodego wówczas Naczelnego, czy chciałby mnie jako autora tej rubryki. Moją jedyną rekomendacją były publikacje w Bibliotece Kaznodziejskiej z Poznania. I chyba to go przekonało - wspomina ks. Warzybok. Ks. Ireneusz potrafi rozpoznać dobrego autora...

Czas próby

Trudne czasy dla pisma przyszły wraz ze stanem wojennym, a potem z przemianami ustrojowymi, które doprowadziły do plajty wiele tytułów na rynku prasowym. „Niedziela” pisywała nie tylko na tematy religijne, dotykała też spraw społecznych, kulturalnych, gospodarczych, politycznych. Taką koncepcję pisma miał jej Redaktor Naczelny. „Niedziela” stała się forum wymiany myśli ludzi, dla których Kościół i Polska to dwa dobra fundamentalne.

- Podziwiałem jego odwagę w tamtych latach. Dzisiaj należy do tych naczelnych, którzy mają odwagę pisać to, co myślą. Z obawą czekam, kiedy będą chcieli zamknąć mu usta. Ma bardzo odważne teksty. Niewielu pisało tak o Katyniu i Smoleńsku, jak on. Takich patriotycznych pism nie ma za wiele na polskim rynku. To nie jest lanie wody, gra słów. On potrafi z medialnego szumu wydestylować samą esencję... - mówi o. Jerzy.

- Ks. Ireneusz to patriota, człowiek odważny w głoszeniu prawdy - mówi Lidia Dudkiewicz, zastępca Redaktora Naczelnego. - Przeprowadzenie „Niedzieli” przez wzburzone wody najpierw stanu wojennego, a potem czasu przemian gospodarczych było nie lada wyczynem...
Trzeba było budować od nowa redakcję „Niedzieli” i jej kolportaż, zwiększać objętość, zmieniać szatę graficzną, przechodzić na coraz to bardziej nowoczesne technologie wydawania gazety. Redaktor Naczelny na każdym etapie prowadzenia pisma potrafił stawić czoło nowym wyzwaniom. - W różnych sytuacjach redakcyjnych i życiowych - mówi red. Dudkiewicz - miałam okazję obserwować Księdza Redaktora, znam wszystkie jego teksty wydrukowane w „Niedzieli”, a także wiele jego wypowiedzi oficjalnych oraz prywatnych, i z całym przekonaniem mogę zaświadczyć, że to kapłan, który do bólu kocha Kościół i Ojczyznę. Jest gotów ponieść ofiarę w imię wierności Chrystusowi i obrony fundamentalnych wartości oraz ludzi, którzy są krzywdzeni, np. przez działaczy różnych opcji politycznych.

W początkach lat 90. pojawiła się w „Niedzieli” pierwsza edycja diecezjalna - łódzka, czyli regionalne wydanie pisma. Ks. Skubiś był przekonany, jak się potem okazało - słusznie, że trzeba docierać do czytelnika z informacją, która dotyczy jego parafii, diecezji, miasta i wsi, w których mieszka. Dotąd nie było na rynku tego typu katolickiej prasy, więc pomysł spodobał się biskupom. W ciągu kilku lat edycje diecezjalne „Niedzieli” objęły niemal połowę polskich diecezji.

- To, jak edycje powinny wyglądać i jak w nich pracować, było autorskim pomysłem Szefa. Tłumaczył księżom biskupom, że współczesność to czas informacji. Że jeśli czegoś nie ma w mediach, to nie istnieje w świadomości ludzi. Że Kościół nie może w tej dziedzinie zostawać w tyle - opowiada Mariusz Książek. - Musi dotrzymać kroku współczesności. Stąd decyzja Szefa o utworzeniu studia radiowego, a potem telewizyjnego „Niedzieli”. Wreszcie - redakcji internetowej i własnego portalu. Ma nowoczesne spojrzenie na media. Myśli zawsze o kilka ruchów naprzód...

Podobno ma rękę do ludzi. Ta łatwość w nawiązywaniu kontaktów sprawia, że do tygodnika pisywało rocznie nawet 1000 autorów. O. Tomziński mówi: - Ksiądz Redaktor lubi ludzi, lubi otaczać się ludźmi, stąd poznaje nieustannie nowych. Czy bywa surowy? Myślę, że w ogóle nie leży to w jego charakterze. Wiem, że jako pracodawca musi być stanowczy, bo inaczej nie da się kierować zespołem, ale sądzę, że zawsze sprawia mu to wewnętrzną trudność.

Pracownicy tygodnika podkreślają, że w Szefie walczą dwie osobowości: kapłana, który z łagodnością traktuje ludzkie słabości, i pracodawcy, który musi egzekwować pracę, bo w grę wchodzi utrzymanie pisma. W tych wewnętrznych walkach zwycięża zazwyczaj kapłan... - puentują.

Wielu ludzi pytanych o ks. Ireneusza Skubisia zwraca uwagę na styl, w jakim prowadzi pismo.

- To fenomen w skali światowej - 30 lat kierować gazetą o ogólnopolskim zasięgu... Ciągle znajdować autorów, mieć pomysły, tworzyć nową jakość katolickiego dziennikarstwa. Jest ktoś taki drugi? Bo ja jakoś sobie nie przypominam - mówi o. Tomziński. - Trzeba Bogu dziękować za takiego człowieka. On złego słowa na nikogo nie napisał, nie obrzucił nikogo błotem. Ile w innych pismach zamieszczanych jest sprostowań, a w „Niedzieli” to incydent... „Niedziela” jest wierna nauce Kościoła - to także zasługa Naczelnego. Ma umiejętność patrzenia na ważne dla Kościoła i Polski sprawy jakby z lotu ptaka. Wychodzi poza „rymy częstochowskie” na znacznie szersze wody... Dzięki niemu „Niedziela” stała się powszechna. I albo się ją lubi, albo nie... Nie pozostawia czytelnika obojętnym - a to najważniejsze.

Nagrody i wyróżnienia:

Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski (2000)

Nagroda im. św. Maksymiliana Marii Kolbego, przyznana przez Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy (1995)

Nagroda im. Włodzimierza Pietrzaka (1995)

Platynowy Laur Umiejętności i Kompetencji, przyznany przez Regionalną Izbę Gospodarczą w Katowicach (1997)

Nagroda im. Karola Miarki (1998)

Nagroda Wydawców Katolickich „Feniks 2000”

Honorowy Tablet „Czyniącym Dobro” oraz statuetka „Summa Bonitas” Fundacji „Zdążyć z Pomocą” (2000, 2005)

Wyróżnienie Duszpasterstwa Środowisk Twórczych Archidiecezji Częstochowskiej „Anioł Nadziei” (2003)

Nagroda „Totus Medialny 2004” dla Tygodnika Katolickiego „Niedziela” (2004)

Nagroda Prezydenta Miasta Częstochowy „Tym, co służą Miastu i Ojczyźnie” (2004)

Nagroda im. Juliana Kulentego „Multimedia w służbie Ewangelizacji 2005”, przyznana przez Katolickie Stowarzyszenie Filmowe (2005)

Statuetka „Summa Bonitas” Fundacji „Zdążyć z Pomocą” dla osób szczególnie zasłużonych w realizacji charytatywnego programu Fundacji (2000, 2005),

Wyróżnienie „Ubi Caritas” 2007, przyznane przez Caritas Polska,

Nagroda „Animus et semper fidelis”, przyznaną w 2008 r. przez Stowarzyszenie Morskie-Gospodarcze im. E. Kwiatkowskiego

Srebrny Pierścień Sługi Bożego Jana Pawła II – Ojca Polonii, przyznany przez Instytut Duszpasterstwa Emigracyjnego w 2010 r.,

Nagroda „Mały Feniks Specjalny”, przyznany przez Stowarzyszenie Wydawców Katolickich w 2012 r.,

Nagroda „Feniks” za zasługi dla rozwoju Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych przyznana przez SKOK (2009)

Honorowa Statuetka Towarzystwa Lekarskiego Częstochowskiego

Ks. Inf. Ireneusz Skubiś należy do Zakonu Rycerskiego Świętego Grobu Bożego w Jerozolimie oraz Międzynarodowego Zakonu Rycerskiego Świętego Jerzego, jest konfratrem Zakonu Paulinów, członkiem-założycielem Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy, honorowym członkiem Polskiej Izby Pielgrzymkowej.

Tagi:
ludzie

Reklama

Mistrz Adam

2019-07-03 08:37

Maria Fortuna-Sudor
Niedziela Ogólnopolska 27/2019, str. 36-37

Ma na swoim koncie ponad 130 albumów fotograficznych, książek, plakatów i kalendarzy. Należy do Związku Polskich Artystów Fotografików. Jest członkiem Royal Photographic Society w Londynie. Swoimi fotografiami zdobył wiele nagród zarówno w Polsce, jak i w świecie

Józef Wieczorek
– Niewielu mamy w historii polskiej fotografii takich twórców jak Adam Bujak – stwierdził historyk sztuki prof. Andrzej Szczerski

Adam Bujak świętuje 55 lat pracy twórczej. Z tej okazji odbywają się – organizowane przez wydawnictwo Biały Kruk, z którym artysta fotografik jest związany od 1996 r. – spotkania połączone z prezentacją specjalnie na tę okazję wydanego albumu „Życie malowane światłem”.

Fotograf papieski

Jubileusz przypomina pierwsze opublikowane w 1964 r. zdjęcie krakowskiego mistrza aparatu. Fotografia upamiętnia ingres Karola Wojtyły do katedry wawelskiej. To zdjęcie zapowiadające jeden z najważniejszych wątków twórczości Adama Bujaka, nazywanego fotografem papieskim, co wynika z faktu, że przez ponad 40 lat dokumentował życie Karola Wojtyły – biskupa, arcybiskupa, kardynała, a potem papieża Jana Pawła II. Mistrz Adam niejednokrotnie podkreślał, że czuje się człowiekiem wyróżnionym, gdy chodzi o spotkania z Papieżem Polakiem. – Lata, w których mogłem dokumentować tego wspaniałego człowieka, były największym przeżyciem – powiedział w trakcie świętowania jubileuszu w Krakowie.

Artysta przywołał m.in. historię fotografii wykonanej w Wielką Sobotę na dachu Pałacu Apostolskiego. Wspominał: – Spędziłem wtedy z Janem Pawłem II półtorej godziny. Gdy z ks. Stanisławem Dziwiszem wjechałem windą na dach Pałacu Apostolskiego, rozsunęły się drzwi i błysnęło niesamowite światło wczesnego kwietniowego poranka.

Ks. Dziwisz powiedział: „Gdzieś tu jest Papież”. Zobaczyłem ubranego na czarno Ojca Świętego. Fotografowałem go w taki sposób, żeby mu nie przeszkadzać w kontemplacji, w modlitwie... Mistrz Adam wspominał też, jak powstało zdjęcie Papieża w czarnym stroju prezentowane w wydanym na jubileusz albumie: – Kiedy Ojciec Święty skończył odmawiać brewiarz, poprosiłem, aby się na chwileczkę zatrzymał. I wtedy zobaczyłem, że ma nierówno zapięte guziki. Wszystkie, łącznie z góralskim sweterkiem, który miał pod sutanną. Pomyślałem: Co ja teraz zrobię? Poprosiłem o pomoc ks. Dziwisza, który przepiął guziki sutanny, ale sweterka już nie. I tak zostało na fotografii (uśmiech).

Obrazowa narracja

Znawcy twórczości Adama Bujaka podkreślają jego niezwykły kunszt i niepowtarzalny styl fotografii, także sposobu jej powstawania. Leszek Sosnowski, prezes i właściciel Białego Kruka, opowiadał: – Wczesnym rankiem wybraliśmy się do Bazyliki Grobu Pańskiego w Jerozolimie. Gdy tam wchodziliśmy, zauważyłem, że Adam w ogóle nie wziął aparatu. Pomyślałem, że zapewne zatrzymamy się na chwilę, że pewnie ma jakiś plan. Tymczasem spędziliśmy tam chyba 6 czy 7 godzin. Miałem nawet o to pretensje, ale Adam mnie uspokajał. Zdjęcia zaczął robić następnego dnia. Teraz już wiem, że to zwiedzanie było przygotowaniem do penetrowania tematu, do zbadania wszystkich miejsc, które trzeba będzie sfotografować. Bo Adam nie cyka zdjęć, tylko realizuje pewną narrację.

Prof. Andrzej Nowak zwrócił uwagę na bardzo ważny rys twórczości Adama Bujaka – upamiętnianie historii ojczyzny, jej dziedzictwa i tożsamości. Wybitny polski historyk zauważył: – Można bronić tożsamości narodowej z bronią w ręku, ale można to czynić z aparatem w ręku. Tak jak mistrz Adam. Aparatem wycelowanym nie po to, aby zaspokoić własną próżność i żeby tylko zatrzymać czas, ale po to, aby kontynuować opowieść, którą zaczął mistrz Wincenty, którą prowadzili mistrzowie naszego słowa, obrazu, naszej architektury, muzyki. Opowieść pozwalającą nam być kimś, pozwalającą nam się zakorzenić. To wielkie dzieło, w którym bierze udział z taką miłością do tematu „Polska” mistrz Adam. Jego książki, w których słowo jest niejako wyręczone przez obraz, nierzadko więcej mówiący niż tysiąc słów, stanowią ważny rozdział tej historii, którą zapisał aparat mistrza Adama Bujaka.

Ponadczasowe elementy

Z kolei prof. Andrzej Szczerski podkreślał: – Niewielu mamy w historii polskiej fotografii takich twórców jak pan Adam Bujak, którzy potrafią pokazać, dlaczego obraz fotograficzny jest tak ważny. Historyk sztuki dokonał analizy wybranych zdjęć fotografika spośród tych zamieszczonych w jubileuszowym albumie. Podkreślił rolę sacrum we wskazanych fotografiach, ale też umiejętność skupienia uwagi twórcy na pojedynczym człowieku. Prof. Szczerski przywołał prace z walczącej o wolność Nowej Huty z czasów PRL-u i udowadniał, że Adam Bujak potrafi przekroczyć reportażowy charakter zdjęć, wskazywał w nich na elementy ponadczasowe. W podsumowaniu swojego wykładu stwierdził: – Dzięki Adamowi Bujakowi fotografia staje się czymś niezwykle istotnym dla kultury polskiej. Jego twórczość pokazuje, że obraz fotograficzny może być kluczowy dla naszej tożsamości i ciągłości historycznej. Budują nas te dokumenty, świadectwa, ta wizja człowieczeństwa, wspólnoty, religijność i duchowość wyrażone w tych obrazach.

Gdy poproszono bohatera spotkania, aby odniósł się do wykładów poświęconych jego twórczości, mistrz spojrzał na zebranych i uśmiechając się, wyznał: – Powinienem teraz powiedzieć: Bujak, zamilknij! (uśmiech).

Miałam zaszczyt przeprowadzać wywiady z Adamem Bujakiem. I za każdym razem była to dla mnie okazja do poznania człowieka, który nie gwiazdorzy, nie podkreśla, jak wiele w swym życiu osiągnął, jak wiele dokonał. Gdy spotykam go w przestrzeni publicznej Krakowa, widzę otwartego, życzliwego, serdecznego twórcę, który z uwagą słucha, co inni mają do powiedzenia. Gdy trzeba, pomoże. A jeśli uzna za wskazane, potrafi się usunąć w cień. Taki jest mistrz Adam. I te cechy czynią go niezwykle wartościowym człowiekiem – artystą, którego nie zmieniły sukcesy ani kolejne otrzymywane odznaczenia. Chociaż zapewne i one mają swą wartość.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Maria Magdalena - zwiastunka Zmartwychwstania

Edyta Malinowska-Klimiuk
Edycja podlaska 15/2012

ARKADIUSZ BEDNARCZYK
Obraz Marii Magdaleny z parafii Brzyska ukazuje świętą podczas medytacji

Maria Magdalena była niezamężna, nie miała dzieci. Pozostawiła wszystko, co posiadała, całą swoją przeszłość i poszła za Jezusem. W tamtych czasach kobiety wspierały rabbich pieniędzmi, posiłkiem. Opuszczenie jednak przez kobietę domu i podróżowanie za rabbim było czymś niespotykanym, wręcz skandalicznym. Jeszcze bardziej skandaliczne było to, że wśród wędrujących z Jezusem znajdowały się kobiety niecieszące się dobrą reputacją, jak wówczas Maria Magdalena. W tradycji Kościoła katolickiego utożsamiano ją najczęściej z Marią jawnogrzesznicą, którą Chrystus ocalił od ukamienowania. Z wdzięczności za uratowanie życia służyła Jezusowi, stając się jedną z Jego najwierniejszych uczennic. Św. Łukasz wspomina też o wypędzeniu z niej siedmiu złych duchów, co może symbolizować wypędzenie skłonności do popełniania grzechu. Na długie stulecia Maria Magdalena stała się symbolem pokutnicy i grzesznicy. Ten „model” kobiety głęboko się zakorzenił w świadomości chrześcijan i ciągle jeszcze pokutuje w niejednych kazaniach, dziełach sztuki, wierszach. Mimo późniejszych prób wyniesienia i oczyszczenia imienia Marii Magdaleny taki obraz pozostał w świadomości wyznawców kultury Kościoła zachodniego. Dopiero w 1969 r. papież Paweł VI oficjalnie oczyścił imię Marii Magdaleny i jej niechlubną tradycję.
Wśród kobiet towarzyszących Jezusowi Maria Magdalena jest wymieniana prawie zawsze na pierwszym miejscu, co może świadczyć o jej szczególnej pozycji w grupie wędrujących i usługujących Jezusowi kobiet. Dla Magdaleny spotkanie z Chrystusem stało się przełomem duchowym. Była ona obecna przy śmierci Jezusa i podczas złożenia Go do grobu: „Były tam również niewiasty, które przypatrywały się z daleka, między nimi Maria Magdalena, Maria, matka Jakuba Mniejszego i Józefa, i Salome” (Mk 15, 40). To ona jako pierwsza spotkała Jezusa po zmartwychwstaniu: „Rzecze jej Jezus: «Mario!». Ona zaś, obróciwszy się, rzecze mu: «Rabbuni!» - co znaczy: Mistrzu” (J 20, 16). Było to szczególne wyróżnienie. Marię Magdalenę św. Hipolit, teolog z początków III wieku, nazwał później „apostołką Apostołów”. Kiedy Jezus wypowiedział jej imię, wszystko nagle się przemieniło. Magdalena odnalazła swego Mistrza. Zwróciła się do Niego, używając uroczystej formy aramejskiej, tłumaczonej jako: „Nauczycielu!” lub: „Mistrzu!”. Musiała być bardzo poruszona, może nawet chciała przypaść do nóg Jezusa, który powiedział: „Nie dotykaj mnie, bo jeszcze nie wstąpiłem do Ojca; ale idź do braci moich i powiedz im: «Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego, do Boga mego i Boga waszego»” (J 20, 17). Maria Magdalena być może pragnęła - co jest zrozumiałe - ziemskiej, codziennej i żywej obecności Jezusa i tego, by wszystko było jak przedtem. Tymczasem otrzymała od Mistrza ważną misję do spełnienia. To właśnie ona, a nie kto inny, ma iść i oznajmić uczniom o zmartwychwstaniu. Ona ma przekazać dalej prawdę i świadectwo tak bardzo ważne dla wiary Apostołów i całego Kościoła. Spełniła tę misję: „I przyszła Maria Magdalena, oznajmiając uczniom, że widziała Pana i że jej to powiedział” (J 20, 18). Jednak uczniowie Chrystusa nie uwierzyli w jej słowa - zeznanie kobiety było w tamtych czasach pozbawione legalnej wartości, a zatem zaniżało wiarygodność relacji o zmartwychwstaniu. Świadectwo przedstawione przez kobietę nie miało mocy prawnej. Apostołom nie mieściło się w głowie, że Jezus mógł powierzyć tak ważną misję kobiecie. Maria Magdalena pobiegła, żeby zanieść uczniom radosną nowinę i niepotrzebne jej były żadne „dowody” - w przeciwieństwie do Apostołów, którzy - by uwierzyć - musieli Go dotknąć, nawet kiedy Jezus przyszedł do nich.
Magdalena, jako naoczny świadek ukrzyżowania Jezusa i Jego pogrzebu, czuła się w szczególny sposób związana z Jezusem. Była gorliwa w okazywaniu Mu czci, także po utracie wszelkiej nadziei. Łączność z Jezusem istniała dla niej w sposób oczywisty także po Jego śmierci. Ze względu na charakterystyczną dla kobiet zdolność empatii, brak niedowiarstwa, pełną akceptację dla czynów i słów swojego Nauczyciela Magdalenie przypisuje się istotną rolę: niezrozumiałą dla ludzi prawdę, że śmierć na krzyżu była odkupieniem ludzkich grzechów, początkiem nowego, lepszego życia, Jezus objawia kobiecie - nakazuje cieszyć się z cudu i dodać odwagi uczniom. Charakterystyczna jest różnica w przyjęciu tej nowiny przez Magdalenę i przez uczniów. Ona nie analizuje, nie sprawdza, nie docieka. Jej wiara jest tak wielka i tak szczera jak wiara dziecka. Ona kocha Jezusa. Może nie rozumie do końca, ale wierzy. Apostołowie nie wierzą - dla nich Jezus jest człowiekiem i jako taki nie jest w stanie zmartwychwstać. Są „ślepi” na pewne sprawy. Dlatego Chrystus wybiera na „zwiastuna nowiny” kobietę. To niezwykłe wyróżnienie. Stanowi dowód na to, że płeć nie jest dla Chrystusa istotna. Dla Niego istotna jest wiara.
Odbieram to jako wywyższenie Marii Magdaleny, zwłaszcza biorąc pod uwagę panujące wówczas zwyczaje. Historia tej kobiety trwa do dziś: jest symbolem otwierania się każdego człowieka na dar wiary, będący darem miłości.

Maria Magdalena jest patronką kobiet szczerze pokutujących, uczniów i studentów, więźniów, ludzi sprowadzonych na złą drogę, fryzjerów, ogrodników, właścicieli winnic, sprzedawców wina, producentów perfum, dzieci mających trudności z chodzeniem. Jej atrybutami są księga i świeca - jako znak kontemplacji; klejnoty i lustro - które oznaczają odrzucenie dóbr tego świata; czaszka - symbolizująca pamięć o przemijaniu i śmierci.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Mateusz Morawiecki i Jakub Błaszczykowski w Truskolasach

2019-07-22 18:17

PAP

– Moim marzeniem jest, żeby młodzież mogła trenować, żeby odciągnąć ją od głupstw – podkreślił premier Mateusz Morawiecki w Truskolasach, który w poniedziałek odwiedził Szkołę Podstawową im. Stanisława Ligonia, gdzie zainicjował budowę boiska sportowego.

Twitter.com

Morawiecki w Truskolasach spotkał się z piłkarzem, reprezentantem Polski, byłym zawodnikiem m.in. Borussi Dortmund, a obecnie Wisły Kraków, pochodzącym z Truskolasów Jakubem Błaszczykowskim.

Według premiera trzeba się zastanowić nad systemem szkolenia młodych piłkarzy i nowatorskim podejściem do piłki nożnej.

– Wielkim naszym pragnieniem, a moim marzeniem jest to, żeby dzieciaki, młodzież również z Truskolasów, z takiej ziemi jak ta, północna część woj. śląskiego, żeby mogły trenować, żeby chciało im się chcieć, żeby odciągnąć ich od tych głupstw, głupotek i większych jakiś chuligańskich wybryków, albo siedzenia z nosem w smartfonach – powiedział Morawiecki.

Premier oznajmił, że „droga do sukcesu jest usiana ciężką pracą”. – Nie wolno się załamywać. Trzeba podnosić głowę po drobnych i większych porażkach – oznajmił.

Jestem przekonany, że za 5-10 lat będziemy w stanie osiągać sukcesy w Lidze Mistrzów, w piłkarskich mistrzostwach świata i Europy – ocenił premier...

– Trzeba iść do przodu w ramach pewnej dyscypliny. Taką drogę przebył nasz piłkarz. Chciałem podziękować Kubie Błaszczykowskiemu za wspaniałą postawę, postawę patriotyczną i naukę patriotyzmu w praktyce – dodał.

Jakub Błaszczykowski stwierdził, że jest to dla niego „bardzo ważny dzień”. – Jak wspomniałem panu premierowi, od 2010 r. starałem się, żeby takie wydarzenie miało miejsce, żeby powstało boisko, akurat tu, bo tutaj wykonywałem pierwsze kroki – powiedział.

Budowa boiska w Truskolasach jest częścią finansowanego przez rząd Programu Certyfikacji Szkółek Piłkarskich PZPN.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem