Reklama

Ja, córka Świętej

Katarzyna Cinzio
Niedziela Ogólnopolska 40/2011, str. 22-23

GRAZIAKO/Niedziela
Gianna Emanuela Molla

W lecie br. gościła w Polsce najmłodsza córka św. Gianny Beretty Molli - Gianna Emanuela Molla. Mieliśmy okazję porozmawiać z nią w Kaliszu, podczas spotkania z młodzieżą, która zainteresowana córką Świętej nader licznie przybyła do gmachu miejscowej Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej

Gianna Emanuela Molla jest najmłodszym dzieckiem zmarłej w 1962 r. św. Gianny (Joanny) Molli. Dziś licząca 50 lat córka jest jedną z najaktywniejszych propagatorek życia swojej świętej mamy. Tak ją właśnie nazywa - „Santa Mamma”. Gianna jest niewysoką, szczupłą i podobną do matki kobietą. Wybrała też ten sam zawód co matka - jest lekarzem. Przed kilku laty zrezygnowała jednak z pracy zawodowej, która - jak sama podkreślała - pochłaniała ją ogromnie, by zaopiekować się schorowanym ojcem Piotrem Mollą (zmarł 3 kwietnia 2010 r. - przyp.red.). W ten sposób dokonała podobnego wyboru jak jej mama, która powtarzała, że gdyby rodzina wymagała porzucenia pracy zawodowej, nie zastanawiałaby się ani chwili.
- Nie byłabym teraz z wami, gdybym nie była kochana. Kochana w sposób totalny...
Gianna opowiadała o swojej wspaniałej mamie, mimo że nie znała jej osobiście, a jedynie z relacji najbliższych i rodziny. Jak wygląda ten portret?
- Zawsze myślałam, że moją mamę Bóg stworzył w specjalny sposób. Że ukochał ją w sposób szczególny. A ona potrafiła na tę miłość odpowiedzieć. Bóg wybrał ją spośród wielu świętych matek, by stała się dla nich przykładem...
Ale nie tylko. Gianna Molla może inspirować swoim życiem młodych zakochanych ludzi, małżonków, lekarzy, całe rodziny. Może zaintrygować osoby konsekrowane. Dowodem na to była obecność na spotkaniu w Kaliszu ludzi w różnym wieku i rozmaitych profesji. Może być także przykładem dla ludzi młodych, dla małżonków, dla lekarzy, dla rodzin. W południowych Włoszech istnieje już zakon, który nosi jej imię - siostry oblatki ubogich św. Beretty Molli.
- Tutaj, w Polsce, nie mogę nie wspomnieć naszego ukochanego Jana Pawła II, dziś błogosławionego, który był wielkim czcicielem mojej mamy. Kiedy w 2004 r. kanonizował ją, określił jej życie jako jeden wielki hymn na cześć życia, ale i bezgraniczną ofiarę, bo miała odwagę oddać się całkowicie Bogu i bliźnim. Ukoronowaniem jej filozofii życia jestem ja - dzięki niej przecież żyję... Jest święta za to jak żyła, a dopiero potem za sposób, w jaki zmarła.

Świętość dnia codziennego

Kard. Carlo Maria Martini mawia, że świętość, jaką proponuje Giannna Beretta Molla, jest świętością ogólnodostępną, osiągalną dla każdego. Jest świętością dnia codziennego. Świętość rozumiana jest przez większość z nas jako coś praktycznie nieosiągalnego; poprzeczka zawieszona tak wysoko, że niewielu jej dosięgnie. Kojarzona jest niemal wyłącznie z ascetami, ludźmi surowymi, poważnymi, najczęściej w sutannach czy habitach.
- Moja mama była inna. Była pogodną, łagodną i uśmiechniętą kobietą, żoną i matką. Potrafiła czerpać z życia pełnymi garściami, cieszyć się nim w sposób cudowny, ale możliwy do naśladowania. Mawiała, że każda najmniejsza rzecz, którą robi, jest hymnem na cześć Boga. Lubiła się śmiać, była emocjonalna, uczuciowa. Widać to np. w listach, jakie pisała w narzeczeństwie do taty. Ile tam pasji, odwagi w mówieniu o uczuciach...
Jednak u podstaw jej świętości leżała rodzina, zarówno ta, w której się wychowała, jak i ta, którą potem stworzyła. Miała dwanaścioro rodzeństwa. A podobno babcia miała dar równego dzielenia miłości - więc każdy się czuł kochany jak jedynak. To swojej mamie Gianna zawdzięcza sekret udanego, spełnionego życia. Na czym on polegał?
- Wierzyła, że modlitwa jest bardzo skutecznym i efektywnym narzędziem prowadzenia wielu życiowych spraw. Mój wujek, ks. Józef, wspominał, że mama przyjęła Pierwszą Komunię św., mając 5 lat. I proszę sobie wyobrazić, że od tamtego czasu nie było jednego dnia w jej życiu bez Komunii św. Po prostu nie umiała bez tego żyć.

Życie nie było usłane różami

Cierpiała - najpierw mocno przeżyła śmierć swojej 26-letniej siostry, potem odeszli oboje rodzice. Mając wielką siłę duchową, potrafiła znieść te cierpienia tak, że nie zdominowały jej dalszego życia. Nie popadła w depresję, nie zjadła jej trauma.
- Trzech członków rodziny poświęciło się Bogu, więc mama postanowiła zostać lekarzem. Miała wewnętrzny przymus pomagania innym. Wiedziała, że zawód lekarza jest bardzo konkretnym sposobem apostołowania. Daje możliwość spotykania się z ludźmi biednymi, skrzywdzonymi, chorymi, słowem - wymagającymi pomocy. Ciągnęło ją do takich ludzi, bo widziała w nich Jezusa. Studiowała medycynę z zapałem, choć to trudne studia i mamie nie było łatwo im podołać. Ale zdobyła dyplom, potem zrobiła specjalizację.

Reklama

I przyszła wielka miłość

Modliła się o nią w Lourdes. Prosiła, by Matka Boża wskazała jej mężczyznę. Pojawił się Piotr Molla.
- Z moim tatą przeżyła wielką miłość - mówi córka. - Tata był nieśmiałym mężczyzną, inżynierem bardzo oddanym pracy. Na szczęście mama była spontaniczną osobą, więc się pięknie uzupełniali.
Pobrali się. Na zdjęciach on - smukły, w ciemnym garniturze, a ona - promienna i zachwycająca w modnej sukni ślubnej.
- Po ślubie bardzo szybko przyszło na świat troje dzieci. Tata powtarzał, że mama miała niezwykłą umiejętność organizowania życia i łagodzenia sporów. Może dlatego, że miała w sobie ogromną radość życia. Uwielbiała dzieci, co tłumaczy specjalizację, jaką wybrała - pediatrię. Kiedy się urodziłam, powiedziała tacie, że zostawiłaby zawód lekarza dla rodziny.
Praca, dom, działanie w Akcji Katolickiej, codzienne Msze św. I góry - w których miała poczucie bycia bliżej Stwórcy. Na wszystkich zdjęciach z tamtych dobrych czasów widać jej uśmiechniętą twarz. Promieniowała szczęściem.
- Kiedy czekała na moje narodziny, pojawił się guz - włókniak - opowiada Gianna Emanuela. Ten okres życia matki jest dla niej szczególnie trudny do opowiadania. Lekarze zaproponowali jej trzy metody leczenia. Dwie z nich, zakładające aborcję, niemal w 100 proc. gwarantowały wyleczenie.
- Trzecia propozycja - bardzo ryzykowna - zakładała usunięcie guza i pozostawienie nietkniętej ciąży. Mama wybrała zdecydowanie trzecią możliwość. Z całym ryzykiem, z którego jako lekarz zdawała sobie sprawę. Dlaczego dokonała takiego wyboru? - pytają mnie często. Bo nie istniał dla niej inny wybór, jak ocalenie dziecka, które nosiła pod sercem - odpowiadam. Tata wspominał, że dziękowała Bogu, iż pozwolił jej ocalić życie dziecka.
Miała ufność, że wszystko dobrze się ułoży. To zaufanie, że „Bóg wie lepiej”, nie opuściło Gianny do końca życia.
- Mama mówiła, że jest jedyną osobą, która może w tej decydującej chwili pomóc bezbronnemu dziecku, czyli mnie. Czuła się narzędziem Bożej Opatrzności. Opowiadano mi, że zawsze, gdy podejmowała ważną decyzję, dużo się modliła. W czasie ostatniej ciąży jeszcze mocniej.

Planowała żyć

- Tuż przed moim narodzeniem tata musiał wyjechać do Paryża w sprawach zawodowych. O tym, że moja mama planowała życie, niech świadczy fakt, że zażyczyła sobie, by tata przywiózł jej z Paryża najnowsze żurnale. Do dziś mamy je w rodzinie, z pozaznaczanymi przez nią stronami. Chciała wymienić część garderoby, gdy mnie urodzi. Tak nie zachowuje się osoba, która ma w głowie śmierć. Mama była modną świętą. Lubiła ładne ubrania, była kobietą elegancką. Mówiła do męża, że jeśli Pan Bóg zachowa ją przy życiu, chce się z tego życia jeszcze bardziej cieszyć, jeszcze mocniej z niego korzystać.
W czasie porodu pojawiły się komplikacje. Gdyby mama rodziła dzisiaj, medycyna poradziłaby sobie z takim przypadkiem bez problemu. Ale nie w początkach lat 60. XX wieku. Pojawiła się tzw. sepsa. Mama konała tydzień w strasznych bólach. Nie chciała przyjmować środków przeciwbólowych, bo one otumaniają, a chciała do końca mieć kontakt z dziećmi, z mężem, z rodziną. Codziennie przyjmowała Komunię św., gdy już nie mogła jej przyjmować, bo była zaintubowana - prosiła, by kładziono Hostię na jej języku. W pewnej chwili poprosiła męża, by nikt już jej nie dotykał. Jakby czuła, że bardziej należy już do tamtego świata, a mniej do tego.

Ja, córka Świętej

- Ciągle pytam o sens mojego życia. Ona oddała życie za mnie, a moje życie nabiera sensu, gdy ja oddam się całkowicie innym ludziom. Jeżdżę po świecie i opowiadam o swojej mamie. Mama napisała kiedyś do ojca, że zawsze była stworzeniem przepełnionym miłością. Kochać życie to mieć siłę. To nie egoizm. A więc im bardziej cieszymy się swoim życiem, tym bardziej możemy uszczęśliwiać innych. Miłość dała siłę mamie do podjęcia tak trudnej decyzji. To, że czuła się kochana przez mojego tatę i przez Boga, czyniło ją kobietą szczęśliwą. Po latach wiem, że każdy z nas, bez względu na wiek, boryka się z życiem. Jestem przekonana, że dla każdego z nas istnieje oddzielny Boży plan. Nie wyobrażałam sobie, że w 2003 r. porzucę ukochany zawód, żeby opiekować się ojcem. A tak zrobiłam. Czułam, że oto jestem tym narzędziem w ręku Pana Boga, które ma towarzyszyć odchodzeniu mojego ojca. Bo poza miłością dar oddania własnego czasu, czyli życia - jest darem najcenniejszym.

Pan Bóg wycenił mnie na Parkinsona

2019-04-30 09:16

Łukasz Krzysztofka
Edycja warszawska 18/2019, str. 6

Dobrze znają go ci, którzy poszukują odpowiedzi na kwestie praktyki wiary w życiu codziennym. Ks. Piotr Pawlukiewicz daje teraz swoim życiem odpowiedź na najtrudniejsze pytanie – o sens krzyża i cierpienia

Artur Stelmasiak
Ks. Piotr Pawlukiewicz wycofuje się z dotychczasowych form duszpasterzowania

Znany kaznodzieja i rekolekcjonista w rozmowie z Pawłem Kęską ze Stacji 7 swój krzyż nazwał wprost – pan Parkinson. – Zawitał w moim domu po cichu. Kiedy się o nim dowiedziałem, to już się trochę rozgościł. Na razie ta choroba da się jeszcze jakoś zepchnąć na bok, da się pracować – mówił kapłan, który o swojej chorobie dowiedział się w 2007 r. Nie poddaje się jej jednak.

Ks. Pawlukiewicz uważa, że krzyż od Jezusa jest pomocą w osiągnięciu nieba. – Pan Bóg wycenił mnie na Parkinsona i przyjąłem tę wycenę. Robię co mogę, co będzie, zobaczymy. Co tu się martwić jutrzejszym dniem, jeżeli dzisiejszy może się skończyć przed północą – powiedział rekolekcjonista. – Chrystus daje ci krzyż doważony do ciebie, lekarstwo na zamówienie.

Były duszpasterz parlamentarzystów przyznał, że obecnie robi dużo badań medycznych i wycofuje się ze sposobów duszpasterzowania, które prowadził, poszukując innych. – Chciałbym zmienić akcenty homiletyczne. Mówić o rzeczach, których kiedyś się bałem, o tym, kiedy człowiek jest bezradny, bezsilny, kiedy słyszy, że choroba jest nieuleczalna. Dopóki mnie ludzie rozumieją, dopóki rozumieją moje słowa, to w imię Chrystusa będę głosił Ewangelię – podkreśla.

Ks. Pawlukiewicz stara się teraz nie odprawiać Mszy św. publicznie, ponieważ choroba ma różne kaprysy. Eucharystię odprawia sam u siebie.

Choroba Parkinsona należy do najpoważniejszych schorzeń ośrodkowego układu nerwowego. Jej objawy to przede wszystkim ograniczenie ruchu oraz drżenie. Leczenie choroby Parkinsona jest możliwe, jednak nie da się wyleczyć jej całkowicie. Po pewnym czasie doprowadza do inwalidztwa. Zmagał się z nią św. Jan Paweł II.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Druga Niedziela Adwentu: Dzień Pomocy Kościołowi na Wschodzie

2019-12-08 09:27

Krzysztof Gołębiowski (KAI) / Warrszawa

Tradycyjnie już od 2000 roku Kościół katolicki w Polsce w drugą niedzielę Adwentu obchodzi Dzień Modlitwy i Pomocy Materialnej Kościołowi na Wschodzie. Chodzi o duchowe i rzeczowe wspieranie katolików na terenie dawnego ZSRR, przede wszystkim tuż za naszą wschodnią granica, a więc na Białorusi i Ukrainie, gdzie żyją największe skupiska katolików, w większości zresztą pochodzenia polskiego, ale także w Rosji, na Kaukazie i w Azji Środkowej. Całość działań w tym zakresie koordynuje powołany 30 grudnia 1989 przez kard. Józefa Glempa Zespół Pomocy Kościołowi na Wschodzie (początkowo jako Zespół Pomocy Kościelnej dla Katolików w Związku Radzieckim; zmiana nastąpiła po rozpadzie ZSRR w 1991).

Graziako/Niedziela

Najnowsze dane

W tym roku Dzień ten przypada 8 grudnia, ale rozpocznie się już 6 bm. o godz. 21.00 Apelem Jasnogórskim, który poprowadzi dyrektor Zespołu ks. Leszek Kryża TChr. W niedzielę 8 grudnia, w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, o godz. 9.00 w warszawskiej bazylice Świętego Krzyża rozpocznie się Msza św., transmitowana przez Program 1 Polskiego Radia, której będzie przewodniczył bp Antoni Dydycz, przewodniczący Zespołu Pomocy. Tegoż dnia Telewizja Polonia nada w godzinach 13.00-14.00 Mszę świętą z tej samej okazji z kościoła w Jabłonnie (diec. warszawsko-praska).

Jak co roku przez cały ten Dzień w kościołach katolickich w całym kraju odprawiane są Msze św. w intencji naszych współwyznawców i rodaków za wschodnią granicą, głoszone są kazania na ten temat, a pieniądze, zebrane w tym dniu na tacę i do specjalnie wystawionych puszek przeznacza się na pomoc rzeczową dla tamtejszego Kościoła. Obejmuje ona pomoc przy odbudowie i remontach istniejących już, ale na ogół bardzo zniszczonych świątyń i przy budowie nowych, zakup i wysyłanie sprzętu liturgicznego (kielichy, monstrancje, pateny itp.), Mszałów i innych ksiąg świętych, szat liturgicznych, a także literatury religijnej. Należy pamiętać, że po całych dziesięcioleciach prowadzonej przez komunistów bezwzględnej walki z wszelkimi przejawami życia religijnego, a także – w wypadku zachodnich regionów ówczesnego ZSRR – z polskością, duchowe potrzeby tamtejszych wiernych są i długo jeszcze będą ogromne.

W bieżącym, powoli kończącym się roku, dzięki hojności polskich parafian i darczyńców Zespół Pomocy spełnił 360 próśb od duchowieństwa i wiernych ze Wschodu o łącznej wartości 2 355 000 zł, z czego najwięcej trafiło na Ukrainę i Białoruś.

Komunizm a religia

O potrzebie wspierania i pomagania katolikom, w większości naszym rodakom, w ówczesnym ZSRR, Kościół w Polsce wiedział i myślał od dawna, ale przez całe dziesięciolecia było to w praktyce niemożliwe. Granica wschodnia była szczelnie zamknięta i strzeżona, zwłaszcza z tamtej strony i w praktyce można było tam jechać wyłącznie w zorganizowanych grupach turystycznych, bardzo rzadko indywidualnie, po ściśle określonych trasach i trzymając się ustalonych wcześniej terminów. Nie znaczy to jednak, że w owym czasie nie robiono nic w tym kierunku.

Trudno dokładnie ustalić, kiedy zaczęła się mniej lub bardziej regularna, choć zarazem ukryta i nielegalna pomoc dla wiernych na Wschodzie, ale z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że nastąpiło to najwcześniej w latach sześćdziesiątych. Wtedy to, po przemianach z 1956 w ZSRR, Polsce i częściowo w innych krajach ówczesnego bloku sowieckiego doszło do pewnego złagodzenia polityki wewnętrznej i lekkich ułatwień w poruszaniu się obywateli między tymi państwami.

Część polskich turystów wyjeżdżających na Wschód wykorzystywała te podróże do przewożenia np. medalików, krzyżyków, książek religijnych itp. Ale zdarzało się też, że sami obywatele sowieccy, odwiedzający nasz kraj, nierzadko dopytywali się o przedmioty kultu religijnego, które chcieliby zabrać ze sobą w drogę powrotną. Mimo surowych i drobiazgowych kontroli granicznych i wysokich kar, grożących za uprawianie takiego „procederu”, wiele osób podejmowało się tego ryzyka i wielu udawało się tę „kontrabandę” przewieźć.

Nie sposób ocenić rozmiary tego zjawiska – w sumie raczej marginesowego, niemniej jednak było to swego rodzaju „przecieranie szlaków”, dla niektórych zaś nawiązywanie kontaktów, które po wielu latach okazywały się bardzo przydatne. A trzeba przy tym pamiętać, że było to wtedy zakazane, wręcz karalne. Na przykład sowieckie przepisy celne z tamtych lat wśród przedmiotów, których nie wolno było wwozić do ZSRR, wymieniały "jednym tchem" broń palną, trucizny, materiały wybuchowe i żrące oraz literaturę wywrotową, pornograficzną i religijną.

Równolegle do pomocy świadczonej przez pojedyncze osoby na zasadzie swoistego przemytu, w akcji tej uczestniczyły też niektóre zakony i zgromadzenia zakonne, zwłaszcza żeńskie, które w głębokim ukryciu i konspiracji zaczęły zakładać swoje wspólnoty w kraju „przodującego proletariatu”. Niewiele wiemy o rozmiarach tych działań – nierzadko dopiero dzisiaj niektórzy księża i siostry zakonne dzielą się wspomnieniami z tamtych poczynań.

Sytuacja zaczęła się zmieniać pod koniec lat osiemdziesiątych, gdy władzę w partii komunistycznej i w ZSRR objął Michaił Gorbaczow, który przystąpił do reformowania coraz bardziej rozkładającego się systemu politycznego i gospodarczego. W 1988 r. wprowadzono w kraju nowe przepisy, przywracające de facto wolność religijną w całym kraju. W efekcie Kościoły zaczęły się odradzać, wychodzić z podziemia i jednocześnie pojawiły się ogromne potrzeby duchowe i materialne w tym zakresie.

Narodziny Zespołu

Gdy tylko pojawiły się możliwości bardziej otwartego pomagania wiernym na Wschodzie, Kościół w Polsce natychmiast przystąpił do działania. Biskupi, uczestniczący w 238. zebraniu plenarnym Konferencji Episkopatu Polski (KEP) jesienią 1989, uznali za celowe utworzenie odpowiednich struktur w tym zakresie. W odpowiedzi na to ówczesny prymas Polski kard. Józef Glemp dekretem z 30 grudnia tegoż roku powołał do życia Zespół Pomocy Kościelnej Katolikom w ZSRR, mianując jednocześnie pierwszym jego przewodniczącym ówczesnego biskupa pomocniczego w Gnieźnie i zastępcę sekretarza generalnego KEP – Jerzego Dąbrowskiego (1931-91). Podstawowym jego zadaniem miało być samodzielne organizowanie i koordynowanie pomocy udzielanej wiernym w ówczesnym Kraju Rad przez poszczególne diecezje i wspólnoty zakonne.

Po tragicznej śmierci (w wypadku drogowym) 14 lutego 1991 bp. Dąbrowskiego nowym przewodniczącym Zespołu został w dwa tygodnie później biskup pomocniczy (obecnie emerytowany) archidiecezji lubelskiej Ryszard Karpiński, który piastował to stanowisko do 2000 r.

Gdy we wrześniu 1991 ZSRR przestał istnieć, 5 marca 1992 zmieniła się też nazwa Zespołu na obecną. Obok przewodniczącego działało w nim kilku księży, głównie z Towarzystwa Chrystusowego (chrystusowców), powołanego do duszpasterstwa wśród Polonii i Polaków za granicą i sióstr zakonnych. Szczególne zasługi na tym polu położył chrystusowiec ks. Wiesław Wójcik, który jako dyrektor Biura Zespołu przez prawie 10 lat niezmordowanie troszczył się o katolików na Wschodzie, działając zarówno w Polsce, jak i jeżdżąc na tamte ziemie. Po nim 31 stycznia 2001 r. stanowisko to przejął jego współbrat zakonny ks. Józef Kubicki, a gdy on z kolei zginął w wypadku samochodowym 16 maja 2011, nowym dyrektorem został inny chrystusowiec ks. Leszek Kryża i jest nim do chwili obecnej. Natomiast przewodniczącymi Zespołu byli po biskupie Karpińskim: biskup pomocniczy archidiecezji warszawskiej, w latach 2004-19 biskup drohiczyński (obecnie senior) Tadeusz Pikus i od 2012 jego poprzednik w Drohiczynie, obecny biskup-senior Antoni Dydycz.

Zespół działa przy Sekretariacie Konferencji Episkopatu Polski na podstawie Regulaminu, przyjętego i zatwierdzonego przez 338. zebranie plenarne KEP 13 marca 2007 roku.

Zespół Pomocy dzisiaj

Zespół Pomocy Kościołowi na Wschodzie, na miarę swoich możliwości, w oparciu o złożone ofiary, służy pomocą duszpasterzom i wiernym posługującym i mieszkającym na tych ziemiach. Obecnie, pracuje tam ponad 200 kapłanów diecezjalnych, około 300 zakonnych, 320 sióstr zakonnych i 20 braci zakonnych z Polski oraz osoby świeckie. Do biura Zespołu napływają wciąż pisemne prośby z diecezji, parafii oraz ze zgromadzeń zakonnych pracujących na Wschodzie.

Na konferencji prasowej 4 grudnia bp A. Dydycz, przewodniczący Zespołu, zauważył, że najbliższa niedziela, będąca dniem zbiórki, oparta jest na dwóch mocnych fundamentach: uroczystości Niepokalanego Poczęcia NMP z jednej strony i na rocznicy powstania Unii Europejskiej z drugiej. Zdaniem biskupa „warto do tego nawiązać, bo być może niektórzy o tym zapomnieli, ale zbieżność tych dat nie jest przypadkowa”. Gdyby Unia Europejska pamiętała o swoich katolickich korzeniach, nie mielibyśmy tak kryzysowej sytuacji w Europie – jest przekonany biskup-senior drohiczyński.

W ciągu minionych lat zmieniały się rodzaje pomocy: o ile początkowo było to przede wszystkim dostarczanie literatury, to z czasem na pierwszy plan wysunęły się inne potrzeby, głównie remonty i budowa obiektów sakralnych oraz pomoc w ludziach. „Zawsze jednak potrzebna była wspólnota modlitewna, bo ona nadawała naszej pracy szczególny charakter” – podkreślił bp Dydycz.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem