Reklama

Wielki Post z błogosławioną wizjonerką

2014-03-04 15:17

Ks. Ireneusz Skubiś
Niedziela Ogólnopolska 10/2014, str. 3

Wielki Post to czas dotykający życia duchowego człowieka – strefy, która ma znaczenie nie mniejsze niż strefa fizyczna i psychiczna, która funkcjonowanie psychofizyczne człowieka stabilizuje i nadaje mu kierunek. Wielki Post jest dla chrześcijanina czasem pewnego wysiłku, wiążącego się z pracą nad sobą, zapanowaniem nad swoimi słabościami, z jakimś wyrzeczeniem itd., a wszystko z uwagi na Jezusa, przeżywającego w tym czasie liturgicznym swój wielki Boży dramat.

Ujmując rzecz Wielkiego Postu od strony jego istoty, jasno trzeba powiedzieć, że tu chodzi o nasze zbawienie. Człowiek, który podlega grzechowi i jego skutkom, mimo wszystko jest jednak przeznaczony do zbawienia. Jezus, który przyszedł na świat, aby zbawić człowieka, zjawia się w okresie Wielkiego Postu w liturgii, w refleksji i w modlitwie Kościoła. Jawi się nam jako Mąż Boleści, umęczony z powodu naszych grzechów. Tak, wielka tajemnica człowieka jest zatopiona w tajemnicy cierpienia Jezusa Chrystusa, w tajemnicy Jego krzyża, ale także w tajemnicy Jego zmartwychwstania.

POSŁUCHAJ FRAGMENTU KSIĄŻKI - UWOLNIENIE BARABASZA

Reklama


Wielki Post, który rozpoczynamy w tym roku ma dla nas szczególne znaczenie, w tym czasie bowiem przygotowujemy się również do tak upragnionej kanonizacji bł. Jana Pawła II. Pamiętamy dobrze, jak już na pogrzebie Papieża Polaka, który był największym zgromadzeniem chrześcijan w dziejach świata i największym z pogrzebów w historii, tysiące wiernych skandowało: „Santo subito!” – Święty natychmiast! Oczywiście, nie stało się to automatycznie, ale przecież jak na tak poważne sprawy Jan Paweł II bardzo szybko został wyniesiony do chwały ołtarzy. A nastąpiło to po dokładnym zbadaniu znaków jego świętości, m.in. cudów, które miały miejsce za jego przyczyną.



Ojcu Świętemu Janowi Pawłowi II wiele zawdzięcza Kościół powszechny, ale i naród polski. Dlatego każdy z nas, Polaków, chciałby jak najlepiej przygotować się do dnia kanonizacji. Kościół w Polsce proponuje tu wiele różnych programów i akcji pastoralnych. Wpisuje się w te przygotowania aspekt modlitwy kalwaryjskiej – Jan Paweł II niezwykle czcił Pana Jezusa Umęczonego – już w czasach dzieciństwa Papieża otwierał mu oczy na jej wartość jego ojciec, a potem często spotykano go na kalwaryjskich dróżkach i w innych miejscach, gdzie rozważał tajemnicę Męki Pańskiej, aż po pamiętną Drogę Krzyżową 25 marca 2005 r., którą w łączności z zebranymi w Koloseum przeżywał w swojej prywatnej kaplicy, przytulony do krzyża. To była znacząca cecha pobożności Jana Pawła II.

I oto redakcja „Niedzieli” ma radość dołączyć do każdego egzemplarza naszego tygodnika z datą 23 marca br. książkę pt. „Pasja”, która jest opisem Męki Pańskiej w wizjach bł. Anny Katarzyny Emmerich. Na jej kanwie powstał znakomity film Mela Gibsona pod tym samym tytułem. Książka, licząca ponad 350 stron, jest darem na Wielki Post wyjątkowego Sponsora, trzeba jedynie ponieść niewielkie koszty jej transportu. Tak więc w ramach normalnego wydania „Niedzieli” otrzymamy również tę cenną pozycję wydawniczą, która niewątpliwie nada szczególny ton naszej refleksji wielkopostnej – będziemy blisko Jezusa, który „za nas cierpiał rany...”.

Niech nam zatem towarzyszy na drodze do dnia kanonizacji Papieża Polaka nie duch jakiegoś triumfalizmu, ale łączności z cierpiącym Jezusem, tak bardzo miłowanym przez Jana Pawła II. Ojciec Święty – ten człowiek Męki Pańskiej, zatopił się w Jezusowym krzyżu całkowicie i chociaż jego życie przebiegało w innych warunkach i innej kulturze – jakże podobne było do życia Mistrza! A w ogóle, jakże wiele mądrości jest w krzyżu Jezusa, jak dużo mądrości niosą i nasze codzienne krzyże, jeśli je, oczywiście, poddamy refleksji. Papież Franciszek sformułował to w postaci zwrotu: „mądrość łez”.

Zechciejcie, Drodzy Czytelnicy i Przyjaciele, nabyć nasz tygodnik (nr 12 z 23 marca), odkrywając w nim piękną książkę opowiedzianą przez Katarzynę Emmerich. Wejdźmy przygotowani w święta tegorocznej Wielkiej Nocy i w wielki dzień kanonizacji bł. Jana Pawła II. Niech Pan Jezus, który tak wiele wycierpiał, by przynieść nam zbawienie, będzie z nami także w naszej codzienności, tak jak podążał z Janem Pawłem II, zwieńczając jego życie chwałą ziemi i nieba.

1. FRAGMENT KSIĄŻKI

2. FRAGMENT KSIĄŻKI

Książka "Pasja wg bł. Katarzyny Emmerich" została dołączona również do Tygodnika "Wsieci" Wydanie nr 12/2014 (68)

Tagi:
rekolekcje Wielki Post pasja błogosławiona

Świat jest piękny!

2018-06-19 11:34

Z podróżnikiem Aleksandrem Dobą rozmawia Krzysztof Tadej, dziennikarz TVP
Niedziela Ogólnopolska 25/2018, str. 24-26

Aleksander Doba to jeden z najbardziej znanych polskich podróżników. W 2010 r. jako pierwszy w historii człowiek przepłynął samotnie kajakiem Ocean Atlantycki między kontynentami, nie używając żagli i silników. Potem ocean przepłynął jeszcze dwukrotnie. Zdobył prestiżowy międzynarodowy tytuł „Podróżnika Roku 2015” National Geographic. O kulisach swoich wypraw przez ocean podróżnik opowiada tygodnikowi „Niedziela”.

Archiwum Aleksandra Doby

KRZYSZTOF TADEJ: – Jaka jest Pańska recepta na sukces?

ALEKSANDER DOBA: – Zawsze trzeba zaczynać od marzeń. Później planować, jak te marzenia spełnić. Na końcu pozostaje konsekwentna realizacja planów. Najczęściej ludzie spoczywają na laurach na ostatnim etapie. Znajdują tysiące usprawiedliwień, dlaczego nie mogą czegoś zrealizować. Nieraz się denerwuję, gdy ktoś mówi, że udało mi się przepłynąć kajakiem Ocean Atlantycki. Nic mi się nie udało! Po prostu solidnie wykonałem bardzo dobrze przygotowany plan.

– Dokonał Pan tego trzykrotnie!

– Od razu zakładałem, że trzy razy przepłynę Ocean Atlantycki. Wyprawy miały być samotne, samodzielne, bez żadnej pomocy z zewnątrz. Chciałem polegać tylko na sile swoich mięśni. Po raz pierwszy przeprawiłem się przez Atlantyk, płynąc z Senegalu do Brazylii. W ciągu 99 dni pokonałem 5394 km. Druga wyprawa rozpoczęła się w Lizbonie, w Portugalii, w 2013 r., a zakończyła w 2014 r. na Florydzie w Stanach Zjednoczonych. W jej trakcie na krótko zatrzymałem się na Bermudach. Trasa liczyła ponad 12 tys. km. A trzecia wyprawa, w 2017 r., trwała 110 dni. Dopłynąłem do Francji ze Stanów Zjednoczonych. W czasie pierwszej wyprawy przeżyłem 50 burz tropikalnych, w trakcie drugiej – 7 sztormów, a podczas trzeciej – mniej, bo 5 sztormów, ale o bardzo dużej sile.

– Bał się Pan?

– Bałem się przede wszystkim żony! Nie chciała, żebym płynął. Uważała, że to zbyt ryzykowne. Ostro się sprzeciwiała. Kiedy jednak wyjechałem na wyprawę, to bardzo mnie wspierała. Od 41 lat jesteśmy małżeństwem. Jestem szczęśliwy, że nie porzuciła tych starych kości, czyli mnie. Nieraz z humorem mówię, że bardzo dużo zawdzięczam żonie. Hartowała mi przecież nerwy przez wiele lat, więc jak pojawiały się problemy na oceanie, to już nic mnie nie ruszało! Czy miałem inne obawy? Nie miałem. Dominowała ciekawość. Nie czułem strachu. Dobrze wiedziałem, co może mnie czekać. Rozmawiałem wcześniej z żeglarzami, czytałem książki i byłem przygotowany na trudne sytuacje.

– Płynął Pan specjalnym kajakiem?

– To rzeczywiście był specjalny kajak. Miał 7 m długości i metr szerokości. W przedniej części była niewielka kabina. Kajak był niezatapialny. Zbudowano go z nieprzemakalnych, bardzo wytrzymałych materiałów. Z takich powstają ogromne jachty oceaniczne. W środku konstrukcji była pianka, kilkanaście razy lżejsza od wody. Dodane do kajaka pałąki zapobiegały płynięciu do góry dnem. Nawet jeśli w czasie trzeciej wyprawy oceanicznej kajak kilka razy się wywrócił, to po chwili wracał do normalnej pozycji. Najbardziej się obawiałem, żebym nie wypadł i się nie zgubił. Dlatego byłem do niego przywiązany.

– Miał Pan momenty załamania?

– Nie, choć były momenty trudne. Przeżyłem np. potężny sztorm o sile 10 stopni w skali Beauforta. Widziałem fale wysokie na 10 m. Musiałem być cały czas skoncentrowany i nie mogłem, oczywiście, zasnąć. Trwało to ponad dwie doby. Nikt wcześniej na świecie nie przeżył tak dużego sztormu na tak małej jednostce jak moja. Gdy wspominam te wyprawy, mogę z ręką na sercu powiedzieć, że zbliżyłem się do granic ludzkich możliwości.

– Czy przed wypłynięciem w jakiś szczególny sposób się Pan przygotowywał, np. codziennie trenując?

– Całe życie byłem aktywnym turystą, dlatego nie potrzebowałem treningów czy chodzenia na siłownię. Dla przyjemności między wyprawami jeździłem na rowerze, ale jakoś specjalnie nie ćwiczyłem. W ciągu pierwszych dni od wypłynięcia nie szarżowałem, bo wiedziałem, że będzie to długi maraton kajakowy, a nie kilkudniowy spływ na rzece. Najdłuższa moja wyprawa, z Europy do Ameryki Północnej, trwała 167 dni. Wtedy przez ostatnie 30 godzin wiosłowałem prawie bez przerwy, bo chciałem zdążyć na święto, które urządzono na moje powitanie. Byłem wyczerpany, nie jadłem, bo szkoda mi było czasu. Dopiero jak pojawiła się eskorta honorowa gospodarzy, to powiedziałem, że muszę coś zjeść, bo padnę.

– Nie brakowało Panu ruchu? Przecież gdy płynął Pan kajakiem, to nie mógł Pan chodzić...

– To jedna z kluczowych spraw. Pracowała górna część ciała, nóg prawie nie używałem. Dlatego musiałem zadbać o mięśnie nóg i w tym celu wykonywałem wiele ćwiczeń, przysiadów.

– Nie nudził się Pan, płynąc przez ocean?

– Nigdy się nie nudziłem. Ocean zawsze żyje. Nawet jak jest cisza i wiatru prawie nie ma, to widoczne są fale. Mogłem je obserwować godzinami. Po jakimś czasie wszystko się zmienia, robi się groźnie i nadchodzi burza. Obserwowanie fal, ale i chmur na niebie było dla mnie fascynujące. Poza tym w kajaku stale było coś do zrobienia.

– Czego Panu najbardziej brakowało?

– Kontaktu z ludźmi i prostego polskiego jedzenia. Jestem duszą romantyczną. Gdy było mi bardzo smutno, to dzwoniłem do żony i prosiłem, żeby popatrzyła na to samo, co ja, czyli na księżyc. I gdy tak spoglądaliśmy na niebo, to mimo fizycznego oddalenia czułem jej bliskość. W innych chwilach oglądałem album z rodzinnymi zdjęciami. Patrzyłem na fotografie i przypominałem sobie ważne chwile. Miałem wrażenie, że nie płynę sam, ale razem z całą rodziną. Dostawałem też maile od ludzi, którzy mnie wspierali. Czułem dobrą energię.

– Jak wyglądał Pański dzień na oceanie?

– Nie wyznaczałem sobie czasu na śniadanie, obiad i kolację. Nieraz w nocy robiłem sobie śniadanie. Generalnie jadłem wtedy, gdy byłem głodny. Wodę czerpałem z oceanu. Miałem urządzenia do jej odsalania. Przepływała przez specjalną membranę i wtedy sól się wypłukiwała. Odsalarka z napędem elektrycznym podczas godziny pracy dawała 4 litry wody nadającej się do picia. Ale była to woda jałowa, pozbawiona minerałów; najbardziej niezbędne dodawałem w postaci rozpuszczalnych tabletek. Wiosłowałem nieraz kilka, kilkanaście godzin dziennie, ale przede wszystkim wykorzystywałem siły natury. Podczas dwóch pierwszych wypraw mój strateg Andrzej Armiński tak wybierał trasę, żeby wiatry i prądy wodne mi pomagały. Co jeszcze robiłem? Miałem ze sobą książkę o gwiazdach i gwiazdozbiorach. Te nocne obserwacje nieba były wspaniałe.

– Zdarzyło się, że Pan chorował?

– Nie przechodziłem ciężkiej choroby. Miałem natomiast odparzenia od słońca, a także wysypkę na skórze od słonej wody. Woda w Atlantyku jest pięć razy bardziej słona niż w Bałtyku.

– Łowił Pan ryby?

– Zdarzało się, że nawet same wpadały do kajaka – latające! Specjalnie ryb nie łowiłem. Nieco mniej przyjemne spotkania miałem z rekinami. W przeciwieństwie do delfinów zawsze podpływały samotnie, były głodne i sprawdzały, czy mój kajak nadaje się do jedzenia. Nieraz w niego uderzały. Zdarzało się, że im oddawałem wiosłem.

– Przeżył Pan też groźne sytuacje...

– Trzy razy napadli mnie bandyci, gdy byłem w Brazylii. Tylko silna psychika i wola przetrwania spowodowały, że wyszedłem z tego cało. Kiedyś podpłynęło do mnie pięciu z karabinami, rewolwerami i maczetami. Nie miałem z nimi żadnych szans. Na wszystko im pozwalałem i starałem się stworzyć wrażenie, że nie stanowię dla nich żadnego zagrożenia. Brali, co chcieli. Zachowywałem się spokojnie, wykonywałem flegmatyczne ruchy. Takie groźne sytuacje zdarzały się wyjątkowo. Generalnie świat jest piękny, a ludzie są nastawieni przyjaźnie. Dlatego zastanawiam się, dokąd teraz pojechać. Nie byłem jeszcze na antypodach, czyli w Australii i Nowej Zelandii, a podobno ludzie tam chodzą do góry nogami (śmiech). I tak wróciliśmy do spełniania marzeń.

– Jest Pan przykładem, że można to robić również na emeryturze.

– Marzenia należy spełniać w każdym okresie życia. Mnie zawsze interesował świat. Gdy przez wiele lat pracowałem w Zakładach Chemicznych w Policach, to z niecierpliwością czekałem na urlop. Te 26 dni dokładnie planowałem. Z rodziną wyjeżdżaliśmy na wycieczki, na spływy kajakowe. Starałem się, żeby żona nauczyła się płynąć „jedynką”. Nieraz panie opowiadają, jak pływają kajakiem. Polega to na siedzeniu w „dwójce” i byciu miłą ozdobą zdaną na mężczyznę, który z tyłu wiosłuje. A przecież wiele dziewczyn, kobiet świetnie sobie radzi, pływając samodzielnie.

– Niektórzy jednak na emeryturze nie potrafią się odnaleźć. Brakuje im spotkań z ludźmi, pracy...

– Emerytów dzielę na dwie grupy. W pierwszej są ci, którzy czują się niepotrzebni, wyrzuceni poza nawias, nie wiedzą, co robić dalej, narzekają. Dość szybko znajomi i rodzina żegnają ich na cmentarzu. Druga grupa to osoby pełne werwy, planów i aktywności. Podstawą sukcesu jest aktywność fizyczna. Nigdy nie jest na nią za późno. Lepiej zacząć w zaawansowanym wieku niż wcale. Jeśli nie można już popływać kajakiem czy pojeździć rowerem, to polecam szybki spacer. Ważne jest, żeby robić to, co nas cieszy i sprawia nam radość. Fajne są wycieczki. Na początku po najbliższej okolicy, potem dalej. Inaczej przecież przeżywa się safari w telewizji, oglądając na ekranie słonie i żyrafy, a inaczej, piękniej, gdy na polu człowiek zobaczy sarenkę czy bażanta. Aktywność spowoduje, że będziemy się czuli lepiej, młodziej. Kiedy pytają mnie, ile mam lat, odpowiadam szybko: 29! A po chwili dodaję: do setki!

– Jest Pan zadowolony ze swojego życia? Szczęśliwy? Spełniony?

– Nie miałem łatwego dzieciństwa i młodości. Dość wcześnie stałem się samodzielny. Od najmłodszych lat pomagałem ojcu w różnych pracach, żeby poprawić los rodziny. Gdy miałem 15 lat, wyruszyłem na pierwszą dużą wyprawę. Rowerem wyjechałem ze Swarzędza i objechałem całe polskie Wybrzeże. Gdy spoglądam na swoje życie, to myślę, że wiele osiągnąłem. Na morskie i oceaniczne wyprawy udawałem się dla własnej satysfakcji i frajdy. Nawet nie wiedziałem o nagrodach, które później zostały mi przyznane. Ogólnie – jestem wesoły i szczęśliwy. Nie jestem typem odludka, samotnika. Cieszę się z mojej rodziny. Mamy z żoną dwóch synów, trzy wnuczki. Mam też mnóstwo planów. Kiedy niektórzy zaczynają mówić do mnie „dziadku”, to szybko odpowiadam, że zapraszam ich na swoje 102. urodziny, bo wcześniej będę zajęty. Po chwili patrzę na nich i dodaję: „Ale czy dożyjecie?”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Niemcy: meczet w byłym kościele w Hamburgu

2018-09-21 23:10

ts (KAI/KNA) / Hamburg

W Hamburgu, w przebudowanym kościele, zostanie w najbliższych dniach otwarty meczet. Będzie to pierwszy przypadek, kiedy była świątynia ewangelicka Niemiec zmieni swoją funkcję na dom modlitwy muzułmanów. Projekt, o którym informowano już w 2013 roku, wywołał w Niemczech poruszenie.

BOŻENA SZTAJNER

Zbudowany w 1961 roku w dzielnicy Horn luterański kościół Kapernaumkirche był do niedawna drugim największym tego typu obiektem w mieście. W 2002 został zdesakralizowany i sprzedany prywatnemu przedsiębiorcy. W 2012 wykupiła go uważana za umiarkowaną wspólnota islamska Al-Nour.

Przebudowa trwała niemal sześć lat, a termin otwarcia, przewidywany początkowo na październik 2013, wielokrotnie przesuwano, podała niemiecka agencja katolicka KNA. Wspólnota twierdzi, że koszt przebudowy w wysokości ok. 5 mln dolarów sfinansowano ze składek, natomiast 1,1 mln euro podarował rząd Kuwejtu. Krzyż na wieży kościelnej zastąpił napis „Allah”.

Oczekuje się, że w oficjalnym otwarciu 26 września wezmą udział liczni przedstawiciele życia politycznego i wspólnot religijnych. Ze względu na naprawę szkód wyrządzonych przez wodę wspólnota wprowadzi się do obiektu prawdopodobnie pod koniec roku. Na piątkowe modlitwy w meczecie Al-Nour przybywa regularnie ok. 2,5 tys. muzułmanów. Modły odbywają się w garażach podziemnych w dzielnicy Sankt Georg. Miejsce to pozostanie nadal ośrodkiem modlitewnych spotkań, zapowiedział przewodniczący wspólnoty Daniel Abdin.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kalendarz pielgrzyma 2019

Grudziądz: Krzesimir Dębski odznaczony nagrodą im. ks. prof. Janusza Pasierba

2018-09-22 17:54

xpb/Grudziądz

W grudziądzkiej bazylice pw. św. Mikołaja odbyła się uroczystość wręczenia Ogólnopolskiej Nagrody im. ks. prof. Janusza Pasierba. Tegorocznym laureatem został wybitny kompozytor Krzesimir Dębski.

Ks. Paweł Borowski

Uroczystość rozpoczęła się Mszą św. sprawowaną w intencji laureata przez proboszcza bazyliki ks. kan. Dariusza Kunickiego. Uczestniczyli w niej, obok laureata, członkowie Kapituły Nagrody im. ks. Pasierba z prezydentem Grudziądza Robertem Malinowskim na czele oraz mieszkańcy Grudziądza.

W okolicznościowym kazaniu ks. kan. Kunicki podkreślił wielkie znaczenie wybitnego artysty jakim był ks. prof. Janusz Pasierb i zaznaczył, że był on dobrym siewcą słowa, które do dziś wydaje owoc w życiu wielu ludzi. Nawiązując do tekstu Ewangelii o siewcy przypomniał, że każdy z nas jest wezwany do słuchania słów Boga, ale także do dzielenia się słowem z innymi.

Po Mszy św. nastąpiło wręczenie nagrody oraz okolicznościowe przemówienia i koncert chóru Alla Camera z Grudziądza pod dyrekcją Mateusza Iwanowskiego.

Laudację na cześć laureata wygłosił przewodniczący Kapituły i prezes Klubu Inteligencji Katolickiej Wojciech Cetkowski. Podkreślił, że całe życie Krzesimira Dębskiego zrośnięte jest z muzyką i polską historią. Laureat pracował prawe w każdej branży muzycznej, jednak jego pasją jest muzyka poważna oraz historia Polski, zwłaszcza Kresów Wschodnich.

Wręczając nagrodę prezydent Grudziądza Robert Malinowski podkreślił, że wyróżnienie zostało przyznane za krzewienie wartości chrześcijańskich i patriotycznych w kulturze polskiej oraz za twórczość i życie bliskie Bogu i człowiekowi.

Po wręczeniu nagrody zgromadzeni wysłuchali koncertu chóru Alla Camera, który zaprezentował także wiersze ks. prof. Janusza Pasierba.

W swoim wystąpieniu Krzesimir Dębski zaznaczył, że muzyka buduje fantazję, świadomość oraz uczy myślenia abstrakcyjnego i współpracy, dlatego tak ważne jest wychowanie muzyczne w naszych domach i szkołach. – Postaram się odwdzięczyć patronowi tej nagrody komponując muzykę do wierszy ks. Pasierba – mówił dziękując za otrzymane wyróżnienie.

Po zakończeniu uroczystości laureat dokonał wpisów w księgach pamiątkowych, a następnie odbyło się spotkanie z mieszkańcami Grudziądza w Muzeum im. ks. dr. Władysława Łęgi.

***

Nagroda im. ks. prof. Janusza Pasierba przyznawana jest od 1996 roku. Wśród laureatów są m.in. ks. Jan Twardowski, Stefan Stuligrosz, Jan Pospieszalski, bp Józef Zawitkowski, Ernest Bryll, Barbara Wachowicz, Maja Komorowska, Anna Dymna, abp Henryk Muszyński i Adam Bujak.

Od 1996 roku kapituła ogólnopolskiej nagrody im. ks. prof. Janusza Pasierba przyznaje to wyróżnienie osobom, które w swoim życiu, działalności społecznej i twórczości reprezentują wartości chrześcijańskie i humanistyczne. Patron nagrody - wybitny kapłan diecezji chełmińskiej swoją duszpasterską drogę rozpoczynał w 1952 roku w parafii pw. św. Mikołaja Biskupa w Grudziądzu i to miasto o nim pamięta, m.in. poprzez nadawane wyróżnienia równie wybitnym, jak on, osobom. Ks. prof. Janusz Pasierb był jednym z najznakomitszych twórców współczesnej kultury polskiej o międzynarodowym rozgłosie, wybitnym uczonym, znawcą historii sztuki, poetą i eseistą, homiletykiem i kaznodzieją, cenionym rekolekcjonistą, członkiem wielu towarzystw naukowych, laureatem licznych odznaczeń.

Krzesimir Dębski to polski kompozytor m.in. muzyki współczesnej i filmowej, skrzypek jazzowy i dyrygent. Jego twórczość jest bardzo indywidualnym melanżem wpływów, tendencji i postaw występujących w szeroko pojętej muzyce współczesnej. W ostatnich latach skomponował ponad 50 utworów symfonicznych i kameralnych m.in.: operę, 4 oratoria, utwory religijne i 11 koncertów instrumentalnych.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem