Reklama

BETEL - Zakupy z sercem - Rahel Kebebe Tshay

Pracują dla swojej małej Ojczyzny

2017-05-17 09:44

Anna Skopińska
Niedziela Ogólnopolska 21/2017, str. 46-47

Archiwum autorki

O Niecieczy słyszał chyba każdy kibic piłki nożnej w Polsce. Niewielka, bo licząca niespełna 800 mieszkańców, miejscowość znana jest bowiem z klubu piłkarskiego występującego w Ekstraklasie. Ale nie tylko wyłaniający się spośród łanów zbóż i kukurydzy stadion piłkarski charakteryzuje tę miejscowość, jest jej wizytówką i tak naprawdę ją określa. Jest nią przede wszystkim rodzina, pokoleniowa, zakorzeniona tu od wielu lat, z wartościami tych Wyklętych i umiłowaniem swojej małej ojczyzny. Wyrośli z tego środowiska i są z nim związani, działają i pracują na rzecz lokalnej społeczności. I pokazują, że tak modne ostatnio hasło: „Odpowiedzialność społeczna” nie musi być tylko sloganem.

Pierwsza miłość – teatr

Tak naprawdę nie ma w Niecieczy niczego bez udziału i wsparcia państwa Witkowskich. I nawet nie wiadomo, kiedy to się zaczęło. Czy 32 lata temu, gdy pan Krzysztof po studiach na krakowskiej AGH postanowił rozpocząć tu swoją pierwszą pracę i założył firmę, czy może dużo wcześniej, gdy jego rodzice spotkali się na deskach miejscowego teatru amatorskiego. Czy może wtedy, gdy pan Kazimierz grał w miejscowej drużynie piłkarskiej, działał w AK czy pisał swoją książkę „Ojczyzna mała i duża”? A może wszystko ułożyło się naturalnie? Teraz to już chyba nieistotne – machina lokalnego patriotyzmu działa i wciąga kolejne pokolenie.

Bruk-Bet to firma rodzinna, prowadzona i założona przez Krzysztofa Witkowskiego, który w czasach późnego socjalizmu, mając przed sobą perspektywę pracy w szkole, postanowił spróbować robić to, czego się nauczył – technologii materiałów budowlanych ze specjalizacją betonów. – Wiedza zdobyta na studiach miała mi posłużyć w pierwszej w moim życiu pracy – mówi. Zaczynał od zera, mając jedynie chęci, wiele zapału i wyniesioną z domu pracowitość. Pomogła mu mama – pierwszy pracownik w firmie i pierwsza księgowa. A dziś? Firma zatrudnia ponad tysiąc osób, daje pracę mieszkańcom Niecieczy i okolicznych terenów, wciąż się rozwija, wdraża nowe technologie i podbija nowe rynki, krajowe i zagraniczne. Pomaga też innym – wielu podmiotom i osobom prywatnym, wspiera instytucje kościelne i świeckie. Pana Krzysztofa w pracy nadal wspiera mama, która zajmuje się funduszem świadczeń socjalnych. To do pani Marii ustawiają się kolejki ludzi po wsparcie, przychodzą setki listów, a ona robi wszystko, by każdemu dać po trochu. To jej zasługą są m.in. kolonie, nie tylko dla dzieci pracowników, ale też dla tych potrzebujących pomocy czy dla dzieci polonusów z Ukrainy i Białorusi. Ale nestorka rodu Witkowskich to przede wszystkim teatr. I to nie byle jaki teatr, bo obchodzący w minionym roku 100-lecie działalności. Bawi i integruje mieszkańców, wyciąga kolejne wielkie talenty i każdego roku czymś zaskakuje, jakąś premierą, która sprawia, że na twarzach wielu goszczą radość i uśmiech. Pani Maria za swoją działalność kulturalną, także przy prowadzeniu miejscowego chóru, została odznaczona przez prezydenta RP Andrzeja Dudę Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. A przecież ten teatr to także jej wielka miłość – tu przez lata występowała w sztukach swojego nieżyjącego już męża, który we Lwowie zrobił specjalny kurs reżyserski.

Reklama

Uratowana szkoła

Firma prowadzi także szkołę. Całkowicie bezpłatna katolicka szkoła i przedszkole przed laty zostały uratowane przed likwidacją. Szefową placówki, która wspaniale funkcjonuje, zatrudnia nauczycieli i wychowawców z dobrych tarnowskich szkół, oferuje dzieciom i młodzieży bezpłatną naukę i wiele zajęć pozalekcyjnych, jest Danuta Witkowska, żona pana Krzysztofa. To dzięki niej, silnej, ale też wrażliwej kobiecie, która prowadzi w Niecieczy sięgający swoimi tradycjami 1922 r. klub piłkarski – obecnie drużynę polskiej Ekstraklasy Bruk-Bet Termalikę Nieciecza, młodzież ma nieograniczony dostęp do nowoczesnych boisk treningowych i może rozwijać swoje talenty w tworzonej akademii piłkarskiej, dla której bazą jest szkoła, w której trenują też dzieci z okolic i z Tarnowa.

To właśnie sport jest wielkim konikiem pani Danuty. Gdyby nie jej upór i determinacja, jej twarda, ale też bardzo kobieca ręka, nie wiadomo, czy udałoby się awansować do Ekstraklasy. I choć wiązało się to z dużą inwestycją – budową stadionu według najwyższych europejskich standardów – to dali radę. I to jak! – Stadion został wybudowany w 4,5 miesiąca bez żadnych środków budżetowych – opowiada prezes Bruk-Betu Krzysztof Witkowski. – Został sfinansowany z pieniędzy prywatnych, naszej firmy – podkreśla. Dziś każdy mecz w Niecieczy gromadzi całe rodziny. Przychodzą młodzi i starsi, kobiety i mężczyźni, nawet w dniu meczu miejscowy proboszcz odprawia wcześniej Mszę św., by być „ze swoimi”’. I ci kibice z małej miejscowości pokazują innym, jak kulturalnie dopingować swoją drużynę i dobrze się bawić. Sami dbają o to, by panował porządek, by nie było przekleństw czy żadnych bijatyk. Zresztą kibice innych drużyn też to wiedzą – w Niecieczy jest klasa.

Chłopak z Niecieczy

Bruk-Bet jest w okolicy, ale nie tylko, znanym mecenatem kultury, sportu i edukacji. O tym zaangażowaniu w społeczność lokalną, o inicjowaniu wielu przedsięwzięć, o tym, jak rodzina mająca swoje korzenie i nieodcinająca się od nich, może pomóc w rozwoju swojej małej ojczyzny, najpiękniej opowiada córka pana Krzysztofa – Edyta. Młoda dziewczyna, po studiach, która w firmie zajmuje się fotowoltaiką (produkcją energii elektrycznej w module PV ze światła słonecznego), podkreśla, że jeśli się w czymś wyrasta, w jakimś środowisku, wśród wartości, to w mniejszym lub większym stopniu potem ma to przełożenie na dalsze życie człowieka. To sprawdza się w przypadku jej rodziny. Cieszy się, że uczestniczy w tworzeniu czegoś nowego, innowacyjnego, nie tak jeszcze popularnego, co pozwoli każdemu gospodarstwu domowemu, przedsiębiorstwu oszczędzać na rachunkach za prąd i da energię przyjazną środowisku. Wszystko dzięki modułom produkcji Bruk-Betu. Podkreśla, że firma nie korzysta z dotacji i że dba o najwyższą jakość produktów. – Na pewno fakt, że jesteśmy rodzinną firmą, od ponad 32 lat funkcjonującą na rynku, przemawia do wyobraźni inwestorów, gwarantując niezmienną jakość produktów, czego zabezpieczeniem są pomnażane aktywa firmy – mówi. Uśmiecha się, gdy opowiada o swoim tacie, który jest nie tylko prezesem potężnej firmy, ale przede wszystkim autorem nowych pomysłów i prekursorem kolejnych wyzwań. I osobą, która dba o najmniejszy szczegół. I choć córka tego nie powie, to osoby z zewnątrz zauważają to od razu – pan Krzysztof mimo sukcesu, jaki osiągnął, wspaniale rozwijającej się firmy, opartej w całości na polskim kapitale, jest ciągle tym samym chłopakiem z Niecieczy, który rozkręcał po studiach swoją pierwszą pracę, nie mając nic. I ta jego bezpośredniość, szczerość i serdeczność, ale też skromność, która charakteryzuje całą rodzinę, na pewno ujmuje nie tylko mieszkańców miejscowości, kontrahentów przyjeżdżających tu omawiać duże interesy, ale też ludzi, którzy tylko przez moment mają styczność z rodziną Witkowskich.

Wspólnie stworzyli rodzinną firmę, której sercem są: tata, dziadkowie, mama i to najmłodsze pokolenie – córka i 2 uczących się synów. Razem. Pokazali, że wytrwałością, pracą i zaangażowaniem można zrobić wiele, że z małego wsparcia sportu, edukacji i kultury powstało coś wielkiego. I że nieważne, gdzie się jest, na jakim etapie i stanowisku – trzeba słuchać ludzi obok.

Nad wejściem do gabinetu prezesa klubu Termalica widnieje błogosławieństwo od papieża Franciszka, dla drużyny. – Jesteśmy katolikami i naszą wiarę chcemy otwarcie okazywać, bo to jest dla nas bardzo ważne – mówi Krzysztof Witkowski. I to jest także to, co ujmuje – to nieoderwanie od korzeni. I wyniesione z domu wartości. Jakie? Bóg – Honor – Ojczyzna – podkreślają zgodnie pan Krzysztof i jego córka Edyta.

Skautki Europy zakończyły rok formacyjny

2018-06-23 17:03

Agnieszka Bugała

Agnieszka Bugała

Wrocławskie Skautki spotkały się w kościele p.w. Najświętszego Serca Jezusowego przy pl. Grunwaldzkim. Rozesłanie poprzedziła Msza św., którą sprawowało trzech kapłanów: ks. Grzegorz Dłużniak SDB, ks. Grzegorz Tabaka i ks. Jan Adamarczuk. Ks. Dłużniak zachęcał w homilii, aby chodzić w świetle i czuwać, by ciemność nie zawładnęła sercem i umysłem. Podpowiadał w jaki sposób zadbać o to, by wakacje nie stały się urlopem od Pana Boga.

Kościół salezjanów wypełniły błękity (od koszul harcerek) i granaty (od beretów). Trzy sztandary asystowały w czasie sprawowania Eucharystii. Tradycyjnie w uroczystym zakończeniu roku wzięli udział rodzice, zwłaszcza wilczków, najmłodszych w formacji skautowej dziewcząt.

Po Mszy św. żeński Hufiec spotkał się na placu przed budynkiem Politechniki. Hufcowa, Dorota Wieliczko, w nawiązaniu do homilii ks. Grzegorza, zachęciła dziewczęta, by w czasie letnich obozów skautowych były nie tylko dobrymi harcerkami, ale prawdziwymi świadkami Ewangelii, by treści, którym, ślubują, składając przysięgę na sztandar, były obecne w każdym obozowisku. Symbolem rozesłania były świece, które otrzymały drużynowe i akele z rąk ks. Tabaki.

W lipcu Skautki Europy wyjadą na obozy letnie, które każdego roku odbywają się w innych miejscach, nie tylko Dolnego Śląska, ale też Polski. Harcerki spędzają czas obozu w lesie (a nie w SPA). Tam w spartańskich warunkach kształtują swoje charaktery. Dzielnym dziewczętom życzymy radosnego odpoczynku i dobrej pogody.

Zobacz zdjęcia: Zakończenie roku we wrocławskim Hufcu żeńskim Skautów Europy






CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Tato - ten, który steruje łodzią

2018-06-23 22:25

Agnieszka Bugała

Jeśli rodzina jest wielkim statkiem płynącym po wzburzonym morzu - ojciec stoi na mostku i trzyma ster. Nie może z niego schodzić wtedy, gdy okręt wykonuje najtrudniejszy manewr, skręt w zupełnie nowym kierunku. To on, kapitan, zna współrzędne, zagrożenia i cel wyprawy. Jeśli nie zna - naraża rodzinę na to, że ta utknie na mieliźnie albo roztrzaska się o skały.

Marta Sadownik

Są sprawy ważniejsze niż Himalaje

Monika od pięciu lat jest żoną. Zaraz po studiach zaczęła pracę, nieźle zarabia. Jej mąż Jacek, uznany fotograf, wciąż w rozjazdach. Chcieliby mieć dziecko, ale przyznają, że to by mogło zmienić ich dotychczasowy tryb życia. Dlatego czekają. Może za dwa, trzy lata? Muszą to zaplanować. Tomek z Asią zdecydowali się na dziecko trzy lata po ślubie. Ona na jakiś czas zrezygnowała z pracy, jest w domu. Ponieważ mieszkają z rodzicami, jej mama aktywnie uczestniczy w zajmowaniu się dzieckiem. To sprawia, że Tomek przestał się angażować w pomoc przy córce. Wycofał się na bezpieczną, jak mówi, dla mężczyzny pozycję - fotel przed telewizorem. Pierwszy z nich nie chce zrezygnować z tego, co robi teraz ani podjąć wyzwania. Drugi podjął, ale szybko pozwolił, aby za sterem stanęła żona i teściowa. Obydwaj panowie nie słyszeli o wietrze w żaglach, który niesie statek, ani o smaku przygód, jakie wynikają z bycia tatą.

„Są sprawy ważniejsze niż Himalaje” - pisał w książce pt. „Mój pionowy świat” Jerzy Kukuczka. „15 grudnia odleciała pierwsza grupa. Beze mnie. Są sprawy ważniejsze niż Himalaje. Najważniejsze. W sylwestra urodził nam się syn. Daliśmy mu na imię Maciek”.

Smutny raport o współczesnych sternikach

Kobieta staje z drżeniem przed mężem, który boi się zostać tatą, i pokazuje ciążowy test. Dla młodych małżeństw to często trudna próba miłości. Dla kobiety reakcja męża decyduje o sposobie przeżywania ciąży. Mężczyzna, oświadczając się kobiecie, biorąc ślub, musi wiedzieć, czy chce mieć dziecko i co robić, gdy zostanie ono poczęte, a później narodzi się. To jest dowód na jego odpowiedzialność za okręt, którym wypłynął.

Ojcem nie jest mężczyzna tylko wtedy, gdy podejmuje inicjatywę powołania nowego życia. On musi kontynuować to dawanie życia swemu dziecku dzień po dniu. Gdy da życie ciału, musi potem obudzić inteligencję, serce i sumienie dziecka. To długi proces, a podtrzymując nasze obrazowanie o statku i kapitanie, to po prostu bardzo długi rejs. Ojciec, jako kapitan okrętu, musi sobie z tego zdawać sprawę.

Dwa marzenia przyszłych rodziców

Większość mężczyzn wyobraża sobie ojcostwo jako czas górskich wypraw, jazdy na rowerze, długich dystansów w basenie, meczów piłki nożnej, wędkowania. Wyobrażają sobie syna, którego będą mogli uczyć, któremu będą mogli przekazywać swoją wiedzę. Bo mężczyzna dojrzały chce dzielić z dziećmi swój męski świat - pasje, zadania, trudne do zdobycia szczyty, wiedzę. Kobieta, gdy myśli o dziecku, koncentruje się raczej na jego bezradności, maleńkości i swoją rolę widzi jako ta, która osłania, zabezpiecza, pomaga. Nie naraża na ryzyko i wyzwania. Chce ukryć, zatrzymać.

Chodź, zbudujemy most

Dojrzały mężczyzna, świadomy własnej tożsamości, będzie dążył do wyprowadzenia dziecka na zewnątrz domu, własnych słabości i wreszcie rodziny. Do pokonywania przeszkód i trudności. Poda rękę i pozwoli wyruszyć własną drogą. Przyjdzie przecież dzień, że dziecko zechce opuścić łódź i wsiąść na własną. Ojciec musi być tym, który pomaga dorastać do tej chwili. Więcej - on wie, że ta chwila jest już zaplanowana w przyszłości, a jego rola to uformowanie nowego sternika - jeśli to syn, albo towarzyszki sternika - jeśli to córka. Świadomość obojga - mamy i taty - musi być na tyle duża, aby matka nie zabraniała ojcu na męski sposób realizowania rodzicielstwa. Koniecznie muszą się uzupełniać, jednak nie mogą myśleć, że są w stanie zastąpić siebie w pełnieniu tych ról. Ojciec uczy dzieci świata mężczyzn - tych, którzy bronią słabszych i pokrzywdzonych, walczą o uczciwość i sprawiedliwość, dbają o ekonomiczne zaplecze rodziny. Kochają wiernie i decyzyjnie - bez odwołania miłości pod wpływem nabrzmiałych do granic emocji.

Sternik musi czasem zmienić kurs, aby ocalić okręt przed katastrofą, ale nie rezygnuje z celu wyprawy. Dla katolickich rodzin tym celem musi być życie wieczne, wszystko inne - zaszczyty, tytuły, pieniądze - nie ma sensu.

Nie mów, co robić, po prostu rób to, co dobre

Ale jak być ojcem, który wychowuje? Dzieci nie lubią długich kazań. Ani małe, ani starsze. Wyłączają swoją uwagę, a ojcowie często złoszczą się i skarżą, mówiąc: „Mój syn mnie nie słucha, córka ma mnie za nic”. Ważna informacja dla każdego taty: ojciec nie przekazuje systemu wartości, wygłaszając długie przemowy przy kuchennym stole lub w trakcie jazdy samochodem. On na co dzień stara się żyć w taki sposób, aby dzieci bez nudnych kazań wiedziały, co powinny robić. Jan Paweł II często w swych opowieściach wracał do obrazka zapamiętanego z dzieciństwa: tato, wdowiec, modlący się na kolanach przy łóżku. Nie musiał pan Wojtyła mówić potem: „Módl się, Karol, tak trzeba”. Syn widział i dowiadywał się w najlepszy ze sposobów: „Skoro mój tata tak robi, to widocznie jest to dobre”.

Jeśli tato krzyczy na mamę i mówi o niej, używając obraźliwych słów, na nic zdadzą się wzniosłe przemowy o szacunku dla kobiet. Jeśli tato jest właścicielem firmy i nie wynagradza uczciwie swych pracowników - na nic puste frazesy o uczciwości. Jeśli tato głosił szczytne, antykomunistyczne idee, a po latach okazało się, że jednak należał do PZPR, trudno, by dziecko nie poczuło się oszukane. Jeśli niedzielne przedpołudnie to dla ojca czas wypadu na ryby, nie można się dziwić, że dziecko nie chce chodzić do kościoła. Dziecko wie, czym i w jaki sposób żyją jego rodzice, szybko odkrywa podwójność.

Tato nie może karać milczeniem

To, co ważne dla ojców, gdy dzieci nie są posłuszne, to nie próbować się na nie obrażać. Manifestowanie swojej rodzicielskiej władzy, obnoszenie się ze zranioną dumą rodzica - ostentacyjne milczenie, które trwa czasem kilka dni, nie zmieniają naszych dzieci. Rodzą wyolbrzymione poczucie winy i nie uczą rozwiązywania konfliktów. Pokazują postawę egoisty: „Nie robisz, jak ja chcę, to się obrażam”. Jakie będzie małżeństwo dziecka, które wkroczy w dorosłość z takim bagażem doświadczeń? Już dziś rokuje ciche dni z żoną i dąsy, zamiast rzeczowej rozmowy. Tato musi nauczyć siebie, a potem swoje dziecko rozmawiać o sytuacjach trudnych, o rozczarowaniach. Męskim językiem, innym niż ten, którego w takich rozmowach używa mama, ale to jego obowiązek. Nie wystarczy, że nauczymy dziecko mówić „dzień dobry” niemiłym sąsiadom, ono musi przede wszystkim umieć stawić czoła trudnościom.

Tym, którzy czekają na dziecko

Jeśli przyjąć, że dzień narodzin dziecka jest linią startu dla rodzicielstwa, to kobieta bierze przed startem dłuższy rozbieg. Ma dziewięć miesięcy na to, aby w dniu przyjścia na świat dziecka być dobrze przygotowaną. Jest sam na sam z maleństwem. Dzielą tlen, pokarm, krew, przestrzeń. Nie ma fizycznego zespolenia większego niż to. Mężczyzna - mąż, ojciec dziecka - jest w innej sytuacji, ale powinien, podejmując świadomy wysiłek, wykorzystać czas ciąży najlepiej jak to możliwe. Nie może być zaskoczony.

Nasza miłość zaprasza tu dziecko...

Ktoś pięknie powiedział, że już w oczach żony wita się dziecko, które pocznie się z miłości. W to zdanie wpisuje się wdzięczność żonie za trud dziewięciu miesięcy, ale też świadoma zgoda na to, aby ta właśnie kobieta była matką moich dzieci. Nie inna, nie przypadkowa. Właśnie ta. Zresztą, choć innym językiem, ale taką właśnie zgodę wyrażają małżonkowie słowami przysięgi małżeńskiej: deklarują, że przyjmą potomstwo, jakim Bóg ich obdarzy. Ta przysięga zobowiązuje również do tego, aby od początku mężczyzna podejmował konkretne kroki w przygotowywaniu siebie do bycia ojcem. Jeśli rany wyniesione z domu w relacji z własnym ojcem są zbyt głębokie, jeśli nie ma wzorców - może się okazać, że trudno podjąć ten wysiłek. Ale nie trzeba się bać. Instynkt ojcowski budzi się powoli, a Bóg, którego małżonkowie zapraszają do swojej miłości przez sakrament, pomaga w stawaniu się tatą. On, który pierwszy jest Ojcem, może pomóc w tym trudnym rejsie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem