Reklama

Odznaczenia diecezjalne A.D. 2017

2017-10-04 10:52

Kamil Krasowski
Edycja zielonogórsko-gorzowska 41/2017, str. 4

Karolina Krasowska

Bp Tadeusz Lityński przyznał diecezjalne odznaczenia dla wiernych świeckich, wyróżniających się szczególnym oddaniem i zaangażowaniem w życie Kościoła. W tym roku wyróżnienie otrzymał również Tygodnik Katolicki „Niedziela”, który od ponad 20 lat współpracuje z diecezją zielonogórsko-gorzowską, wydając „Aspekty”, cotygodniową wkładkę do tygodnika, informującą o życiu diecezji. Odznaczenie zostało złożone na ręce redaktor naczelnej „Niedzieli” Lidii Dudkiewicz. Ponadto odznaczenia „Zasłużony dla Diecezji Zielonogórsko-Gorzowskiej” otrzymali:

Wiesław Mickiewicz, ur. w 1946 r. Mieszka z żoną Janiną w Przynotecku (parafia Trzebicz). Mają dwójkę dzieci. Emerytowany rolnik wiele lat był radnym gminy Stare Kurowo i 30 lat sołtysem wsi Przynotecko. Należy do Żywego Różańca, Apostolstwa Dobrej Śmierci, Przyjaciół Paradyża i Rady Ekonomicznej. Jako sołtys wspierał działania, aby podjąć remont kościoła filialnego w Przynotecku. Był codziennie przy pracownikach. Zbierał fundusze od parafian i składał uczciwe sprawozdania w kościele Panu Bogu, Kościołowi i parafii. Jest poważaną, szanowaną osobą i wzorowym mężem oraz ojcem. Posługuje w parafii od blisko 30 lat. Czyni to z potrzeby serca, nie oczekując zapłaty.

Katarzyna Szołoch, ur. 1927 r. w Leningradzie. Jest wdową i ma trójkę dzieci. Mieszka w miejscowości Dobrosułów (parafia Bytnica). Pani Katarzyna wyróżnia się nieprzeciętnym zaangażowaniem w sprawy kościelne i społeczne. Sprawuje funkcję zelatorki Żywego Różańca od 59 lat. Jest odpowiedzialna za prowadzenie nabożeństw majowych, czerwcowych, różańcowych i Drogi Krzyżowej. Przygotowuje dekoracje w świątyni i dba o jej wystrój. Angażuje się we wszelkie inicjatywy na polu parafialnym. Jest osobą głęboko wierzącą, otwartą, pokorną, pracowitą i bardzo pogodną, zawsze chętną do pomocy.

Jan Hutnik, ur. w 1957 r. w Głogowie. Żonaty, ma dwójkę dzieci. Piętnaście lat temu zamieszkał w Modłej (parafia pw. św. Jakuba Apostoła w Jakubowie). Wśród mieszkańców Modłej cieszy się bardzo dobrą opinią jako człowiek prawy i sumienny. Jest wrażliwy na krzywdę i cierpienie bliźnich. Wspiera osoby potrzebujące pomocy, a także remonty w parafii. Chociażby podczas remontu kościoła w Kurowicach, do którego regularnie przychodzi na Mszę św. wraz z całą rodziną, angażował się w prace remontowe, m.in. przekazując nieodpłatnie materiał na wykonanie drenażu świątyni. W czasie zaplanowanych prac związanych z remontem kapitalnym plebanii za darmo ofiarował materiał o dużej wartości na wykonanie nowej instalacji grzewczej budynku.

Reklama

Renata Borek, ur. w 1968 r. Mieszka w Białołęce (parafia Rzeczyca). Wraz z mężem Markiem mają trójkę dzieci. Swoją postawą życiową ukazuje m.in. przykładną religijność w rodzinie. Jest osobą bezinteresowną, chętnie niesie pomoc ludziom upadłym na duchu, jak i mającym problemy finansowe. Jest żywym odzwierciedleniem realizacji przykazania miłości. Pani Renata stanęła na wysokości zadania, tworząc radę parafialną, która wyznaczyła sobie za zadanie zabezpieczenie zabytkowego kościoła w Piersnej. Dzięki podjętym zadaniom zostały wyremontowane wieża kościoła i dach prezbiterium. Stara się w czasie różnych uroczystości kościelnych angażować młodzież i dzieci przez przygotowanie np. jasełek czy Drogi Krzyżowej.

Edward Chmura, ur. w 1949 r. Mieszka w Gorzowie (parafia pw. Podwyższenia Krzyża Świętego). Wraz z żoną Ewą mają dwójkę dzieci. Jest współzałożycielem Stowarzyszenia Rodzin Katolickich w naszej diecezji. Wraz z małżonką czynnie udzielali się w Domowym Kościele. Od 40 lat jest aktywnym członkiem Krucjaty Wyzwolenia Człowieka. Pan Edward był inicjatorem rekolekcji trzeźwościowych i organizatorem balów trzeźwościowych w naszym mieście. Za działalność na polu trzeźwości w sierpniu 2011 r. został odznaczony medalem przez przewodniczącego Zespołu KEP ds. Apostolstwa Trzeźwości – bp. Tadeusza Bronakowskiego „za świadectwo miłości bliźniego oraz troskę o życie narodu”.

Janina Mądrzak, ur. w 1930 r. Mieszka w Gorzowie i należy do parafii pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa. W latach komunizmu była działaczką NSZZ „Solidarność”. Od 25 lat należy do Stowarzyszenia Rodzin Katolickich, które założyła w swojej parafii. Przez 20 lat prowadziła sekretariat i księgowość diecezjalnego SRK. Pomagała 65 kołom parafialnym w pozyskiwaniu funduszy na działalność statutową i prowadziła ich dokumentację administracyjną. Inicjowała kilkakrotnie zbiórki na ratowanie i renowację cmentarza Świętokrzyskiego w Gorzowie. Miała swój udział w tworzeniu i organizowaniu Modlitwy za Miasto Gorzów. W swojej parafii jest gorliwą czcicielką Matki Bożej Fatimskiej.

Grzegorz Tuczyński, ur. w 1942 r. Mieszka w Gorzowie i należy do parafii pw. Podwyższenia Krzyża Świętego. Pan Grzegorz jest emerytowanym żołnierzem zawodowym w stopniu kapitana. Nie był członkiem partii i nie mógł awansować. Zawsze pozostał wierny Chrystusowi i Kościołowi. Wraz z żoną Ewą mają dwóch synów i są zaangażowani od blisko 40 lat w Domowy Kościół. Jest członkiem róży Żywego Różańca, Parafialnej Rady Duszpasterskiej, posługuje przy ołtarzu i od 20 lat działa w Stowarzyszeniu Rodzin Katolickich. Jego największą zasługą jest praca na rzecz cmentarza Świętokrzyskiego. Jest bardzo zaangażowany w życie parafii.

Ewa Wysocka, ur. w 1962 r. Wraz z mężem Piotrem ma dwójkę dzieci i mieszka na terenie parafii pw. Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski w Gorzowie. Pani Ewa od 20 lat jest członkiem wspólnoty Bractwa Męki Pańskiej. Od 10 lat jest zastępcą przewodniczącego Parafialnego Zespołu Caritas i aktywnie działa na rzecz pomocy potrzebującym. Jest założycielką placówki wsparcia dziennego dla dzieci – Świetlicy Specjalistycznej Barka, która już 10 lat kształtuje młode pokolenie w duchu wartości chrześcijańskich. Jest inicjatorem i założycielem Punktu Wsparcia dla Rodzin z problemem alkoholowym, który działa przy biurze Parafialnego Zespołu Caritas. Od 10 lat należy do róży Żywego Różańca.

Julia Sołtyszewska, od 1946 r. mieszka w Jeziorach (parafia pw. Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski w Świebodzinie) i od początku była żywo zaangażowana w życie religijne i społeczne tutejszej wspólnoty. Przez 45 lat opiekowała się kościołem filialnym w Jeziorach. Aktywnie uczestniczyła we wszystkich przedsięwzięciach parafii i organizowała życie religijne kościoła: zamykała i otwierała kościół, dzwoniła na Msze św. i nabożeństwa, prowadziła śpiewy liturgiczne w czasie Mszy św. oraz nabożeństw, gromadziła dzieci i młodzież przy kościele, prała bieliznę kościelną i sprzątała, dbała o estetykę wewnątrz i na zewnątrz świątyni oraz mobilizowała parafian do troski o kościół i życie religijne.

Władysław Gacek, ur. w 1936 r. w miejscowości Siółko w obwodzie tarnopolskim. Żonaty z Rozalią i zamieszkały w Dobrosułowie w parafii pw. Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Bytnicy. Mają pięcioro dzieci. Władysław Gacek wyróżnia się nieprzeciętnym zaangażowaniem w sprawy kościelne i społeczne. Od 59 lat sprawuje funkcję kościelnego, odpowiada za przygotowanie liturgii i czystość świątyni. Angażuje się we wszelakie inicjatywy na polu parafialnym, a szczególnie w Dobrosułowie. Długoletni sołtys Dobrosułowa, honorowy dawca krwi, prowadził rodzinne gospodarstwo rolne, był pracownikiem leśnym i PKP, a obecnie jest na emeryturze. Jest osobą głęboko wierzącą, otwartą, pokorną, pracowitą i bardzo pogodną.

Elżbieta Andrzejewska, ur. w 1952 r. w Dryżynie. Obecnie zamieszkała w parafii pw. Podwyższenia Krzyża Świętego w Szlichtyngowej. Przed emeryturą pracowała jako dyrektor Miejsko-Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej. Wdowa, wychowała syna, który założył swoją rodzinę. Od samego początku jest zaangażowana w działalność Parafialnego Zespołu Caritas, gdzie wykorzystuje swoje doświadczenie i umiejętności kontaktu z ludźmi potrzebującymi. Osoba oddana Kościołowi, głęboko wierząca i praktykująca. Uczestniczy w Mszy św. i przyjmuje Komunię św. nie tylko w niedziele i święta, lecz także w dni powszednie.

Zofia Brach, ur. 1940 r. w Mojżeszowie. Zamieszkała w parafii pw. św. Jakuba Apostoła w Konradowie. Gospodyni domowa, do przejścia na emeryturę pracowała w PGR. Wdowa, ma troje dzieci, syn zmarł jako dziecko. W życie parafii zaangażowana od chwili przybycia do Konradowa w 1959 r. Pełni funkcję zelatorki Żywego Różańca, zaangażowana w działalność Parafialnego Zespołu Caritas. Jako członek Parafialnej Rady Ekonomicznej żywo zainteresowana troską o budynek kościoła i plebanii, na które organizuje zbiórki pieniężne. Pani Zofia ufundowała grotę Matki Bożej przy kościele oraz naprawę zabytkowego Bożego grobu. Jest osobą bardzo skromną i uczciwą, formuje się przez systematyczną spowiedź i codzienne przyjmowanie Komunii św.

Janina Karaś, ur. 1944 r. w miejscowości Sobiesęki. Obecnie zamieszkała w parafii pw. św. Jakuba Apostoła w Konradowie. Wdowa, ma dwóch synów. Gospodyni domowa, do przejścia na rentę pracowała w PGR. Od 1960 r. zaangażowana w organizację życia parafialnego. Jest zelatorką Żywego Różańca i członkiem Parafialnego Zespołu Caritas. Jako wolontariuszka pełni funkcję kościelnej. Bezinteresownie pomaga osobom starszym. Poświęca siebie i swój czas dla dzieł ewangelizacyjnych. Angażuje się w prowadzenie śpiewu i modlitwy podczas różnych adoracji oraz organizację i udział w licznych pielgrzymkach do miejsc świętych.

Halina Szumlicz, ur. 1948 r. w Poznaniu. Zamieszkała w parafii pw. św. Urbana I w Zielonej Górze. Mężatka, ma dwoje dzieci. Z zawodu lekarz pediatra, neonatolog. Jako emerytka pracuje na Oddziale Noworodków w Sulechowie i w gabinecie prywatnym. Od wielu lat mocno zaangażowana w duszpasterstwo służby zdrowia w Zielonej Górze. Jest przewodniczącą Katolickiego Stowarzyszenia Lekarzy i Pielęgniarek i regularnie organizuje pielgrzymki środowiska medycznego do Rokitna i na Jasną Górę, święto ku czci św. Łukasza i spotkania opłatkowe. Z całym stowarzyszeniem pochyla się nad ciężko chorymi ludźmi, organizując hospicja domowe.

Jan Hosaniak, ur. 1942 r. w miejscowości Bukowina-Podszkle. Obecnie mieszka w parafii pw. św. Mikołaja w Jeleninie. Wraz z żoną Wiktorią mają czworo dzieci. Małżonkowie wspólnie prowadzą gospodarstwo domowe. Pan Jan jest murarzem samoukiem, obecnie na emeryturze. Od 1990 r. w parafii Jelenin pełni bezinteresownie funkcję kościelnego. Posługuje mieszkańcom parafii w potrzebie w różnych sytuacjach życiowych, odwiedza chorych, swoją postawą daje świadectwo wiary, przez co wiele osób skorzystało z sakramentu pojednania i namaszczenia chorych. Rozprowadza prasę katolicką, wyróżnia się ogromnym zaangażowaniem w posłudze Kościołowi.

Małgorzata i Grzegorz Kubalewscy z parafii pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Żaganiu. Małżonkowie przez 33 lata byli katechetami w parafii, a po powrocie katechezy do szkół w placówkach oświatowych Żagania. Oboje angażowali się w parafialne poradnictwo rodzinne – pan Grzegorz 15 lat, natomiast pani Małgorzata przez 33 lata – oraz w konferencje na kursach przedmałżeńskich. Pan Grzegorz przez 30 lat był organistą w parafii oraz prowadził chór parafialny, do którego powrócił w 2012 r. Małgorzata i Grzegorz Kubalewscy są osobami od lat szczególnie ofiarnie angażującymi się w życie Kościoła. Mają czworo dzieci.

Tygodnik Katolicki „Niedziela” – redaktor naczelna Lidia Dudkiewicz. Od ponad 20 lat istnieje ścisła współpraca diecezji zielonogórsko-gorzowskiej z Tygodnikiem Katolickim „Niedziela” w dziele wydawania własnego tytułu prasowego „Aspekty” w formie cotygodniowej wkładki do tygodnika. Przez te wszystkie lata „Aspekty” bardzo rzetelnie informowały i wciąż informują o życiu diecezji zielonogórsko-gorzowskiej. Mając na względzie dotychczasową współpracę, odznaczenie otrzymuje sama „Niedziela” wraz z jej redaktor naczelną Lidią Dudkiewicz.

Tagi:
odznaczenia

Kielce: dziennikarz Tygodnika "Niedziela" odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi

2018-09-13 13:14

dziar / Kielce (KAI)

Władysław Burzawa – od 15 lat dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”, a wcześniej „Gościa Niedzielnego”, radny piątej kadencji, wiceprzewodniczący Rady Miasta Kielce oraz działacz społeczny, szczególnie na rzecz misji w Afryce – otrzymał dzisiaj Srebrny Krzyż Zasługi.

Radio Kielce

W imieniu Prezydenta RP Andrzeja Dudy krzyże: złote, srebrne i brązowe 22. uhonorowanym nimi samorządowcom i działaczom społecznym, wręczali dzisiaj w urzędzie wojewódzkim: Agata Wojtyszek – wojewoda świętokrzyski i senator PiS – Krzysztof Słoń.

Wojewoda podkreśliła, że odznaczeni wsłuchują się w głosy mieszkańców, robią dużo, by dbać o pamięć historyczną i porządek oraz ład społeczny w małych ojczyznach. – Chylę czoła, dziękując za dotychczasową pracę i życzę, by sił nie zabrało - mówiła Agata Wojtyszek.

Władysław Burzawa wyróżnia się wśród innych działaczy wskutek zaangażowania dla Afryki, choć jako radny od 20 lat, zrealizował wiele inicjatyw społecznych dla rodzinnego miasta i jego mieszkańców, szczególnie najstarszych i dzieci. Od 5 lat Burzawa jest diecezjalnym koordynatorem zbiórki makulatury na misję. Akcja zaowocowała zebraniem 420 ton makulatury. Od roku z jego inicjatywy trwa także zbiórka elektrośmieci dla misji, a sukces i powodzenie zbiórki przerosły oczekiwania pomysłodawcy – zebrano w ciągu roku ponad 300 ton elektrośmieci, które wypełniły 38 tirów.

Te inicjatywy pozwoliły na budowę czterech studni w Afryce, rozpoczęcie budowy piątej oraz organizację i budowę kliniki okulistycznej na Jamajce.

- Jestem ogromnie wdzięczny za dostrzeżenie i docenienie mojej działalności przez panią wojewodę i pana prezydenta, ale za tymi tonami makulatury i elktrośmieci kryje się pomoc setek ludzi, mieszkańców regionu i parafii diecezji kieleckiej. Ten Srebrny Krzyż Zasługi jest także dla nich wszystkich – mówi KAI Władysław Burzawa.

W Kielcach przez dekadę Burzawa był także pomysłodawcą i budowniczym – własnymi rękami i kosztem - żywej szopki w okresie Bożego Narodzenia, dochód z której także zasilał potrzeby misyjne, m.in. sióstr zakonnych pracujących w różnych częściach świata, zakup leków dla misji, skomplikowane operacje afrykańskich dzieci. Burzawa był także jednym z pierwszych w Polsce inicjatorów przywrócenia święta Trzech Króli i Orszaków Trzech Króli.

Z zawodu jest dziennikarzem, od 15 lat związanym z „Niedzielą Kielecką” – diecezjalnym oddziałem Tygodnika „Niedziela” w Kielcach, gdzie wchodzi w skład zespołu redakcyjnego. Pracował także w lokalnej telewizji i w oddziale kieleckim „ Gościa Niedzielnego”. Jest współautorem książki pt. „Diecezja kielecka – miejsca – historia – tajemnice”.

Władysław Burzawa ma 51 lat, jest żonaty i ma trzech synów.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Dziś 65. rocznica uwięzienia Prymasa Wyszyńskiego

2018-09-25 07:42

Bernadeta Kruszyk / Gniezno (KAI)

„Człowiek bezprawny” - tak kard. Stefan Wyszyński nazywał sam siebie w czasie trzyletniego internowania. 25 września mija 65 lat od jego aresztowania. Komuniści więzili go w Rywałdzie, Stoczku Warmińskim, Prudniku na Śląsku Opolskim i Komańczy w Bieszczadach.

ARCHIWUM

Był późny piątkowy wieczór 25 września 1953 roku. Zmęczony prymas wrócił do rezydencji na ul. Miodowej po uroczystościach ku czci bł. Władysława z Gielniowa i od razu udał się na spoczynek. Pół godziny później do jego pokoju zapukał kapelan ks. Hieronim Goździewicz z informacją, że „jacyś panowie” dobijają się do bramy. – O tej porze? – zdziwił się prymas i tknięty przeczuciem, a może już pewnością wstał, ubrał się i kazał wpuścić „gości”. Schodząc z piętra na parter zapalił wszystkie światła – niech Warszawa wie, co dzieje się w domu prymasa. W tym samym czasie inna grupa „gości” przeskoczyła przez mur okalający pałac i natknęła się na sekretarza prymasa bp. Antoniego Baraniaka. – Ci panowie chcieli strzelać – relacjonował później kard. Wyszyńskiemu. – Szkoda, że nie strzelali, wiedzielibyśmy, że to napad, a tak to nie wiemy, co sądzić o tym nocnym najściu – odpowiedział prymas.

W ciągu następnych kilkunastu minut cel wizyty się wyjaśnił. Jeden z oficerów wyciągnął z teczki dokument Rady Ministrów, który nakazywał prymasowi opuścić miasto i zamieszkać w wyznaczonym miejscu oraz zakazywał mu wszelkich czynności związanych z piastowanym urzędem. „Czytałem – napisał później – by nie zaogniać napiętej sytuacji”. Po północy z różańcem i brewiarzem w ręku siedział już w samochodzie, który eskortowało sześć innych aut. „Po drodze nie mogłem odczytać żadnych drogowskazów”. Dniało, gdy konwój zatrzymał się na północnym przedmieściu Grudziądza, by chwilę później zawrócić w kierunku Jabłonowa. Ludzie szli do pracy. „Przyjechaliśmy do Rywałdu. Było to miejsce mojego przeznaczenia” – zapisał prymas.

Mówicie za mnie Różaniec

Czy kard. Wyszyński spodziewał się uwięzienia? Jego biograf Peter Raina uważa, że tak.

Za twierdzeniem tym przemawiają m.in. słowa, które wypowiedział w dniu aresztowania. Po południu prosił bliską współpracownicę Marię Okońską: „Gdyby ci mówili, że twój ojciec zdradził sprawę Bożą, nie wierz! Gdyby ci mówili, że twój ojciec ma nieczyste ręce, nie wierz! Gdyby ci mówili, że twój ojciec działa przeciwko narodowi we własnej ojczyźnie, nie wierz! Gdyby ci mówili, że twój ojciec stchórzył, nie wierz! Twój ojciec nigdy nie zdradził i nie zdradzi sprawy Kościoła, choćby miał za to zapłacić życiem i własną krwią”.

Kilka godzin później w domu rektora kościoła św. Anny pytał kapłanów: „Znacie obraz Michała Anioła Sąd Ostateczny? Anioł Boży wyciąga człowieka z przepaści na Różańcu. Mówcie za mnie Różaniec”. Wiedział więc i do tej chwili się przygotował nie tylko duchowo.

Choć w czasie aresztowania powiedział, że niczego nie potrzebuje i niczego własnego nie posiada, już wcześniej polecił zawiadującej prymasowskim gospodarstwem siostrze Maksencji, by skompletowała odpowiednie ubrania, bieliznę i kazała uszyć mocne buty. Te właśnie rzeczy zakonnica w pośpiechu spakowała do jednej walizki na polecenie oficera UB. Inny funkcjonariusz przyprowadził bp. Baraniaka, na którego ręce prymas złożył oświadczenie, że z pełnionych stanowisk nie rezygnuje. Kilka godzin później bp Baraniak również został aresztowany. Prymas wszedł jeszcze do kaplicy, a siostrze Maksencji powiedział, że gdyby został postawiony przed sądem, nie potrzebuje adwokatów, bo sam będzie się bronił. Rewizja w pałacu prymasowskim trwała do wieczora następnego dnia.

Nie wolno wyglądać oknem

W Rywałdzie nie od razu ich wpuszczono. Zakonnicy byli zaskoczeni i wystraszeni. Gdy o 5 rano jak zawsze otworzyli kościół i klasztorną bramę, funkcjonariusze zajęli całe pierwsze piętro. Tylko jeden z braci zauważył, że jest z nimi prymas. Cela, którą dostał, była niewielka i skromnie urządzona. Tak później o niej pisał:

„Rozejrzałem się w swoim pokoju, który nosi ślady niedawno zamieszkałego przez któregoś z ojców Kapucynów. Zostałem sam. Na ścianie, nad łóżkiem, wisi obraz z podpisem: Matko Boża Rywałdzka, pociesz strapionych. Był to pierwszy głos przyjazny, który wywołał wielka radość. (…) Wzrok mój zatrzymał się na biurku. Stoi tu Chrystus Miłosierny z podpisem: Jezu, ufam Tobie – fotografia znanego obrazu. Uznaję to za drugą łaskę dnia dzisiejszego. (…) Na biurku stoi jeszcze obrazek świętego Franciszka z Asyżu słuchającego muzyki anielskiej. (…) Pokój, do którego byłem wprowadzony, robi wrażenie mieszkania świeżo i pospiesznie opuszczonego. Łóżko nie jest zasłane, pozostawione osobiste rzeczy przez zakonnika, który tu mieszkał. Wśród tych rzeczy – walizka na wpół otwarta, z której wygląda najnowszy zeszyt pisma Kuźnica Kapłańska, z zaadresowaną obwolutą. Wszystkie meble są w stanie ruiny: biurko trzyma się ściany, podobnie szafka nocna, miednica z niewylaną wodą, w szafie osobista bielizna i ubranie. Na podłodze sterta książek przykrytych papierem. Podłoga brudna, po kątach pełno «kotów»”. Prymas sam musiał posprzątać.

Decyzja zapadła w Moskwie

Wiadomość o aresztowaniu kard. Wyszyńskiego szybko obiegła stolicę. W „Trybunie Ludu”, organie prasowym KC PZPR, już następnego dnia Edward Ochab ostro go atakował oskarżając o warcholstwo i politykę antypaństwową. Trzy dni później gazeta opublikowała komunikat: „Na skutek uporczywego, mimo wielokrotnych ostrzeżeń nadużywania przez ks. arcybiskupa Stefana Wyszyńskiego piastowanych przez niego funkcji kościelnych dla łamania zasad porozumienia, prowadzenia akcji podburzającej, wytwarzania atmosfery jątrzenia (…)” itd., itd.

Protestowała Stolica Apostolska. Oburzenie wyraził prezydent USA. Grzmiała angielska Izba Gmin i Izba Deputowanych we Francji. Sprzeciw wystosowali biskupi USA i Wielkiej Brytanii. Na próżno. Decyzja o aresztowaniu prymasa zapadła przecież nie w Warszawie, a w Moskwie. Jak później ujawnił na antenie Radia Wolna Europa zbiegły na Zachód wysoki funkcjonariusz Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego ppłk. Józef Światło, projekt taki Bierut przedstawił Stalinowi już wcześniej. Ten jednak powiedział, że czas jeszcze nie nadszedł, dodając jednak, że dobrze byłoby mieć w Polsce „swojego” prymasa.

Po śmierci wodza Bierut otrzymał zgodę na przeprowadzenie operacji. „W ten sposób – mówił Światło – rozpoczęła się walka o posiadanie swojego prymasa w Polsce, jak chciał Stalin”. Ujawnił też, w jaki sposób przystosowano klasztor w Rywałdzie. Każde drzwi na piętrze zaopatrzone były w specjalne urządzenie. Gdy je otwierano, w pokoju wartowników zapalała się lampka. Na podłodze i do połowy wysokości ścian zamontowano mikrofony podsłuchowe. Także ogród odpowiednio „zabezpieczono”. Specjalne siatki nie pozwalały „kierownikowi Episkopatu” jak nazywała prymasa władza ludowa, zbliżać się do muru. Kardynał nie mógł też bez zgody strażnika iść do kaplicy. „Pan w ceracie” – tak pisał o nim prymas. Cała ta operacja – stwierdził jeszcze Światło – była tylko małą cząstką wielkiego planu walki z Kościołem, który sowieci przetestowali już w stosunku do Cerkwi prawosławnej, skutecznie łamiąc jej niezależność.

W imię Boże

Prymas Wyszyński przebywał w Rywałdzie niespełna trzy tygodnie. „Postanowiłem sobie tak urządzić czas, aby zostawić jak najmniej miejsca swobodnym dociekaniom” – zanotował w Zapiskach więziennych. Czytał kilka książek na zmianę, lekturę przerywał modlitwą, a brewiarz odmawiał, chodząc po pokoju, by – jak pisał – „brak powietrza uzupełnić ruchem”. Wieczorem, gdy brakowało światła, odmawiał Różaniec, wędrując po pokoju. Później na ścianach celi wypisał stację Drogi Krzyżowej, by móc odprawiać nabożeństwo Męki Pańskiej.

W październiku kard. Wyszyński – znów w największej tajemnicy – został przewieziony do Stoczka Warmińskiego. W zapisach relacjonował: „Zebrałem dość szybko swoje rzeczy do waliz przywiezionych z Miodowej. Po ciemnych schodach idziemy na dół, po raz pierwszy od dwóch tygodni. Wokół mnie nie ma żywej duszy. Nawet żołnierzy, którzy zazwyczaj wśród nocy czynili tyle hałasu na korytarzu, ani śladu. Zajmuję miejsce w aucie wraz z panem w ceracie. Stoi kilka innych wozów w dyskretnej odległości. Ruszamy. W imię Boże. Czuję się tak bardzo rzeczą, że nie pytam o nic”.

U celu znowu budynek poklasztorny – bardzo zniszczony i zaniedbany, nazywany przez komendanturę „obiektem 123”. Półtorametrowej grubości mury, słabo ogrzewane cele, ziąb i wilgoć. Wewnątrz zainstalowana aparatura podsłuchowa opatrzona przez „strażników” równie wdzięczną nazwą co zabudowania: „truteń1”,”truteń2” i „truteń3”. Pusto, zimo i mokro. Prymas domyślał się, że nowe miejsce odosobnienia to zabudowania klasztorne. Później potwierdziło się, że gdzieś w pobliżu znajduje się kościół. Słyszał daleki śpiew ludzi.

Codzienna dyscyplina

W Stoczku Warmińskim przydzielono prymasowi dwoje współwięźniów: ks. Stanisława Skorodeckiego i s. Marie Leonię Graczyk, oboje byli wyniszczeni więzieniem: „ksiądz przesadnie chudy, siostra skóra i kości” – ocenił w Zapiskach prymas. Pierwsze dni mijały na wzajemnym poznawaniu się i organizowaniu codziennego życia. Prymas miał do dyspozycji dwa pokoje, łazienkę, korytarz i ogród. Na tej powierzchni mógł się poruszać. Szybko ustalił ścisły porządek dnia, którego przestrzegał z żelazną dyscypliną. Pobudka o 5 rano. Po modlitwach i rozmyślaniu Msza św. Po śniadaniu spacer w ogrodzie. Znów modlitwa i do obiadu praca. Po posiłku drugi spacer w ogrodzie, modlitwa brewiarzowa i do kolacji praca. Wieczorem Różaniec odmawiany ze współwięźniami, a później lektura najczęściej w języku obcym.

„Nie mogę dziś Kościołowi i Ojczyźnie służyć pracą kapłańską w świątyniach, ale mogę im służyć modlitwą. I czynię to niemal przez cały dzień” – pisał w liście do ojca. Prosił również: „Pragnąłbym, by z ust moich najbliższych nikt nie słyszał ani w domu, ani poza domem najmniejszej nawet skargi. Potrzebna jest mi wasza pogoda, spokój i modlitwa. Nie traćcie ufności w dobroć Opatrzności Bożej, w potęgę, mądrość i miłosierdzie Najmilszej Matki Jasnogórskiej”.

Kard. Wyszyński się nie skarżył. Jego stanowisko odnośnie uwięzienia było jednak niezmienne – traktował decyzję rządu jako naruszenie podstawowych praw człowieka. Wielokrotnie prosił o wyjaśnienia i możliwość ustosunkowania się do stawianych mu zarzutów i za każdym razem otrzymywał odpowiedź odmowną. Więźniów pilnował sztab strażników.

Prymas traktował ich z szacunkiem, ale i dystansem, zalecając to samo ks. Skorodeckiemu i s. Leonii. Nie próbował wchodzić w jakiekolwiek relacje. Zanotował: „Wszyscy nasi dozorcy, chociaż są oficerami, chodzą po korytarzu powłócząc nogami. W języku, którym się posługują, zwłaszcza młodzi, najczęstszym słowem jest cholera”. Strażnicy z kolei – obojętni na jakiekolwiek przeżycia duchowe – nie rozumieli zachowania prymasa: „płakał w czasie modlitwy”, „w swym fanatyzmie leżał znowu krzyżem w kaplicy” – raportowali zdegustowani.

Soli Deo

Zima 1953–1954 była mroźna. Pierwsze mrozy chwyciły już w listopadzie, a pod koniec miesiąca spadł śnieg. W budynkach poklasztornych prawie nie działało ogrzewanie. Piece dymiły. Było tak zimno, że praca przy biurku stała się niemożliwa. W łazience nie było ciepłej wody. Przynoszono ją tylko raz w tygodniu, z kuchni.

„Od dnia przyjazdu do Stoczka, do końca pobytu ani w dzień, ani w nocy nie rozgrzałem stóp” – wyznał po latach prymas Wyszyński. W uroczystość Niepokalanego Poczęcia NMP oddał się Matce Bożej w macierzyńską niewolę. „Wszystko cokolwiek czynić będę, przez Twoje ręce Niepokalana Pośredniczko łask wszelkich, oddaję ku chwale Trójcy Świętej – Soli Deo”.

Nadeszły święta Bożego Narodzenia, które więźniowie spędzili przy małym żłóbku. W lutym przypadała 5. rocznica ingresu do katedry gnieźnieńskiej. Prymas robił rachunek sumienia i dziękował za ten „wielki niezasłużony zaszczyt”. Wreszcie po ciężkiej zimie nadeszła wiosna. W codziennym harmonogramie dnia znalazła się jeszcze jeden punkt – praca w ogrodzie. Na końcu jednej ze ścieżek więźniowie postawili krzyż zrobiony z dwóch kijów związanych drutem kolczastym – ostatnia stacja Kalwarii.

W Wielki Czwartek Prymas celebrował Mszę św.: „Sercem i myślą jestem w Archikatedrze wśród duchowieństwa i wiernych – pisał w więziennym dzienniku. – Modlę się o to, by mój zastępca przy ołtarzu, przy konsekracji olejów i przy mandatum czynił to lepiej niż ja; by obdzielał kapłanów Ciałem Chrystusa, wszczepiając w nich ducha jedności diecezjalnej; by całował nogi ubogich, jak to czyniłem, z całkowitym oddaniem się tej czynności, tak wspaniałej a tak trudnej do wykonania jej po chrześcijańsku. Bo całować ma serce, nie usta”.

Wielka Nowenna

Trudne warunki panujące w budynkach poklasztornych w Stoczku Warmińskim i ciężka zima odbiły się na zdrowiu prymasa. Skarżył się na bóle w okolicach nerek, puchły mu ręce i powieki, bolała głowa. Lekarze zbadali go jednak dopiero w maju. Stwierdzili m.in. powiększenie wątroby, drobne zmiany kostne i bóle mięśniowe, stan nerek nie budził jednak ich niepokoju. W czerwcu, a więc blisko 10 miesięcy po aresztowaniu, pozwolono prymasowi wystosować list do rządu. Ustosunkował się w nim do wszystkich stawianych mu zarzutów. Z wysłaniem jednak był pewien problem. Komendant, od którego otrzymał zezwolenie na napisanie pisma niespodziewanie wyjechał na urlop, a zastępca postawił warunki, na które kardynał nie mógł się zgodzić. Sprawę listu odłożono. Tymczasem w kraju trwała akcja usuwania z klasztorów sióstr i braci zakonnych. Stalinizm upadł, represje jednak nie ustały.

W sierpniu prymas Wyszyński rozpoczął pracę nad swoim wielkim dziełem Wielką Nowenną Tysiąclecia Chrztu Polski. Przedsięwzięcie pochłonęło go do tego stopnia, że nie odnotował przybycia nowego komendanta: „Nie mogę sobie przypomnieć dokładnie, kiedy na terenie Stoczka pojawił się nowy kierownik – zapisał prymas. – Ukazał się w ogrodzie któregoś sierpniowego dnia, zatrzymał się pod każdym drzewem, starannie oglądał okna, parkany, druty na drzewach (…) Później zaczął interesować się kuchnią i tam pytał o potrzeby (…) Dość wcześnie zauważyliśmy, że nowy kierownik lubi chodzić w nocnych pantoflach na naszym korytarzu i zatrzymywać się pod naszymi drzwiami. Raz został wyraźnie schwytany na gorącym posterunku. Wreszcie któregoś dnia zainteresował się mieszkaniem (…) Starał się być grzeczny i troskliwy (…) Dopytywał, jakich (książek) mi brakuje. Sięgnąłem do spisów. Kierownik z wprawą indyka wyciągnął szyję, aby zajrzeć przez ramię do moich notatek. Poznałem speca od śledztwa. Trzeba było być zwięzłym. Pożegnaliśmy się szybko”.

Na południowy zachód

Nowy kierownik zwiastował zmiany. W październiku w Stoczku ponownie zjawił się lekarz, który poinformował kard. Wyszyńskiego o zmianie miejsca odosobnienia. Miejscowy klimat – jak argumentował – miał prymasowi nie służyć, w trosce o zdrowie zdecydowano więc przenieść go w bardziej przyjazne miejsce. Gdzie? Tego powiedzieć nie mógł.

Wyjazd zaplanowano na następny dzień. Ks. Skorodecki i s. Graczyk również mieli zostać przeniesieni. Ostatnie wspólne godziny wszyscy troje spędzili, pakując i porządkując swoje rzeczy. Wieczorem kard. Wyszyński zapisał: „Największym brakiem apostoła jest lęk. Bo on budzi nieufność do potęgi Mistrza, ściska serce i kurczy gardło. Apostoł już nie wyznaje. Czyż jest jeszcze apostołem? (…) Lęk apostoła jest pierwszym sprzymierzeńcem nieprzyjaciół sprawy. Zmusić do milczenia przez lęk – to pierwsze zadanie strategii bezbożniczej. Terror, stosowany przez wszystkie dyktatury obliczony jest na lękliwość apostołów. Milczenie tylko wtedy ma swoją apostolską wymowę, gdy nie odwracam swego oblicza od bijących. Tak czynił milczący Chrystus. Ale w tym znaku okazał swoje męstwo”. Czy prymas myślał o sobie?

Następnego dnia na polu pod Kętrzynem na więźniów czekał samolot. Nie wiedzieli, dokąd lecą. Prymas zorientował się tylko, że na południowy zachód. Po dwóch godzinach wylądowali. Później okazało się, że w okolicach Nysy. Do zmroku przesiedzieli w maszynie. Nikt nie mógł zobaczyć prymasa i zorientować się, gdzie jest przetrzymywany. Późnym wieczorem więźniowie dotarli do celu – pofranciszkańskiego klasztoru w Prudniku Śląskim. Tym razem przygotowano się na ich przyjazd. Teren otaczał płot wysoki na trzy i pół metra, nad którym – na wszelki wypadek – rozciągnięto jeszcze drut kolczasty, oczywiście „dla bezpieczeństwa”.

Dwa pokoje na końcu świata

Klasztor pofranciszkański w Prudniku Śląskim był trzecim miejscem internowania kard. Stefana Wyszyńskiego. Zbudowany na wzgórzu i otoczony lasem wydawał się miejscem odciętym od świata. Przed przyjazdem więźniów przeprowadzono w nim pobieżne prace remontowe. Budynek został wybielony i otoczony trzymetrowym płotem.

Prymasa umieszczono na pierwszym piętrze. Miał do dyspozycji dwa pokoje; w jednym urządzono sypialnię w drugim pracownię. Łóżko zbite z surowych desek, stół, dwa krzesła i klęcznik, na ścianie duży drewniany krzyż. Ot całe wyposażenie. Tydzień po „zakwaterowaniu” w Prudniku prymas zapisał: „Lewa strona korytarza jest przeznaczona dla nas, prawa posiada słoneczne pokoje, zamknięte na klucze i zabite gwoździami. Całość ma charakter bardziej izolowany niż w Stoczku. Stąd nie można zobaczyć żywej normalnej duszy; wszystko, co nas otacza, albo chodzi skrycie pod parkanami zewnętrznymi, albo też wałęsa się po korytarzach (…)”

„W tym nowym miejscu – notował dalej prymas – jesteśmy jeszcze bardziej skazani na siebie, gdyż nikt tu nie zagląda, ani też nikt nie może kontrolować ruchu na korytarzu. Wszystko jest tandetnie, licho pomalowane. Wszędzie jeszcze znać ślady świeżej roboty. Tu i ówdzie leżą porzucone pędzle; stoją pudełka z farbą, sterty zardzewiałych gwoździ, piłki ręczne, młotki, o które nikt się nie troszczy. Naszym zwyczajem, pozbieraliśmy to wszystko na ogrodową werandę, skąd powoli wszystko zniknęło. Będziemy tu mieli trudną sprawę ze spacerem, gdyż chodzenie po pochyłym, oślizgłym terenie, będzie uciążliwe. Natomiast dom jest korzystniejszy, na naszym piętrze suchy, o widnych oknach, starannie poosłanianych storami i firankami. Wydano polecenie, że nie należy wyglądać oknami, że przed zapaleniem światła trzeba zasłonić story. Wprawdzie wokół nic i nikogo nie widać, ale my mamy obowiązek ukrywać się przed żołnierzami, wartującymi na zewnątrz. Oczywiście, o tym obowiązku wie tylko ksiądz i siostra. Ja jestem wolny od podobnych przypomnień”.

Chory, ale zdrowy

Mimo korzystniejszych – jak pisał prymas – warunków mieszkaniowych stan jego zdrowia nie uległ poprawie. Ciągle dokuczały mu nerki, bóle głowy i nóg, nadkwasota i ogólne osłabienie. W listopadzie ponownie zbadali go lekarze. „Ogólnym stanem zachwyceni nie jesteśmy” – oświadczyli i zlecili dokładniejsze badania kliniczne. Przeprowadzono je dopiero przed Bożym Narodzeniem. Prymas był dowożony – oczywiście po zmroku – do Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa w Opolu, gdzie czekali specjaliści. Pobrano krew, zrobiono prześwietlenie płuc i brzucha, podleczono zęby. „Prymas jest człowiekiem zupełnie zdrowym” – brzmiała diagnoza. „Dotąd nigdy takiej opinii lekarzy o sobie nie słyszałem” – skomentował w Zapiskach prymas.

W czasie pobytu w Prudniku kard. Wyszyński mógł pisać i otrzymywać listy i paczki. Były czytane i cenzurowane przez strażników, mimo to stanowiły źródło pociechy i wiadomości o najbliższych. Z każdego słowa przebijała serdeczność i troska. W podobnym tonie odpisywał prymas. Troszczył się o zdrowie rodzeństwa, prosił, by nie wykosztowywali się na niego, pytał o dzieci i dziękował za każde napisane przez nie słowo. Najbardziej martwił się o dobiegającego osiemdziesiątki ojca, który nieustannie niepokoił się o zdrowie syna. Do siostry pisał:

„Pragnąłbym się odwołać do Twojej, Droga Stachno, roztropności i doświadczenia i prosić, byś wpłynęła na Ojca uspokajająco. Wiem, że doświadczenie, przez które przechodzi, jest zbyt ciężkie dla sędziwego wieku Ojca, ale Ty możesz wpłynąć na Ojca, by w pełni zaufał mądrości Bożej. Jestem sługą Kościoła i w mojej sprawie jest więcej dróg i planów Bożych niż woli ludzkiej. Nie trzeba na nikogo się skarżyć, ani też do nikogo mieć żalu, tylko cierpliwie i spokojnie się modlić o to, by Bóg pozwolił wypełnić zadanie chwili obecnej”.

W listach prosił też o książki i „drobiazgi gospodarcze”: grzebień, lusterko, wełniane skarpety, miód, cytryny, gorzką czekoladę i domowe suchary, które mu bardzo służyły. I jeszcze dwie koloratki – dla niego i ks. Stanisława Skorodeckiego.

Myślę zaledwie promykami świateł

W Prudniku Śląskim upłynęła druga „więzienna” Wigilia kard. Wyszyńskiego. Mimo zamknięcia, izolacji i skromnych warunków bytowych atmosfera była pogodna, a nawet radosna. Ks. Skorodecki sobie tylko znanymi sposobami zdobył i udekorował niewielkie drzewko. Na stole nie zabrakło wigilijnych potraw i tradycyjnego opłatka, który kard. Wyszyński posłał także gotującej dla nich gospodyni. Po wieczerzy trójka więźniów długo rozmawiała, a o północy udała się odprawić Msze św. – pierwszą śpiewaną, dwie następne ciche.

„Jest nam bardzo dobrze w tej ubożuchnej kapliczce, bez jednego kwiatka, z dymiącymi, lichymi świecami, wobec Chrystusa, który chciał być z nami w tym dniu” – zanotował później prymas. I reflektował: „Najskuteczniejszą drogą do zwalczenia w sobie smutku jest wspomnienie na mądrość, dobroć, miłość i doskonałość Boga, którego wszystkie dzieła są doskonałe. A więc i te, które mnie dotyczą. W każdym czynie Boga jest tylko mądrość, tylko dobroć, tylko miłość. Może nie rozumiem ich do końca, może myślę zaledwie promykami świateł. Ale pełna światłość objawia się, gdy rozumiem sens działania Bożego”.

Dwa miesiące później za „obozowe” mury dotarły pierwsze od czasu aresztowania wiadomości ze świata. Przez cały ten czas prymas nie miał dostępu do prasy, o radiu nie wspominając. Z listów od rodziny wycinano wszystko, co wydało się cenzorom podejrzane. Kardynał nie wiedział co dzieje się w Polsce, w Kościele, na świecie. We wspomnianym lutym ks. Skorodeckiemu pozwolono na widzenie z ojcem i to on przywiózł wiadomość o usuwaniu księży ze szkół, nękaniu zakonów, utrudnianiu obsadzania stanowisk kościelnych. „Nadzieja na to, że moje uwięzienie powstrzyma wyniszczanie Kościoła, zaczyna blednąć” – napisał gorzko kard. Wyszyński.

Wkrótce nadeszła kolejna zła wiadomość. Jego ojciec miał wylew. Prymas natychmiast poprosił o pozwolenie na widzenie. W odpowiedzi tydzień później usłyszał, że ojciec czuje się lepiej i wychodzi ze szpitala.

Wstań, dobrze ci to zrobi

Kard. Wyszyński był przetrzymywany w Prudniku do października 1955 roku. Pod koniec pobytu rygor znacznie zelżał. Więźniów nie pilnowano już tak starannie, a nawet zaczęto im dostarczać gazety. Odwilż była wyraźna, nie oznaczała jednak uwolnienia.

28 października kard. Wyszyński został poinformowany o zmianie miejsca pobytu. Miał zostać przeniesiony do klasztoru Sióstr Nazaretanek w Komańczy, gdzie mógł się swobodnie poruszać. Ks. Skorodecki i s. Leonia mieli zostać zwolnieni. „Taka jest obecnie linia postępowania” – oświadczył funkcjonariusz UB.

Z chwilą przywiezienia kard. Wyszyńskiego do Komańczy zmienił się status tego miejsca. Miejscowość została włączona do pasa przygranicznego, co oznaczało, że można się było do niej dostać jedynie po okazaniu przepustki. Sam prymas tak wspominał pierwsze chwile spędzone w nowym miejscu: „Na spotkanie wybiegła jakaś pani, która – jak się później okazało – przybyła tu dziś rano, aby uprzedzić siostry o moim przybyciu i przygotować mieszkanie (…) Tym razem klasztor jest z prawdziwego zdarzenia. Obszerny dom, prowadzący normalne, życie klasztorne, z prawdziwymi siostrami zakonnymi, które nie są więźniarkami, i z własnym, zakonnym trybem życia”.

Po dwóch miesiącach życia wśród sióstr kard. Wyszyński zanotował w swoim dzienniku ciekawą refleksję, której echa wielokrotnie pojawiały się w jego późniejszym życiu i posłudze: „Z woli Bożej jestem znowu wśród gromady kobiet. Zapamiętam sobie: ilekroć wchodzi do twego pokoju kobieta, zawsze wstań, chociaż byłbyś najbardziej zajęty. Wstań, bez względu na to, czy weszła matka przełożona, czy siostra Kleofasa, która pali w piecu. Pamiętaj, że przypomina ci ona zawsze Służebnicę Pańską, na imię której Kościół wstaje. Pamiętaj, że w ten sposób płacisz dług czci twojej Niepokalanej Matce, z którą ściślej jest związana ta niewiasta niż ty. W ten sposób płacisz dług wobec twej rodzonej Matki, która ci usłużyła własną krwią i ciałem... Wstań i nie ociągaj się, pokonaj twą męską wyniosłość i władztwo... Wstań nawet wtedy, gdyby weszła najbiedniejsza z Magdalen... Dopiero wtedy będziesz naśladować Twego Mistrza, który wstał z Tronu po prawicy Ojca, aby zstąpić do Służebnicy Pańskiej... Wtedy dopiero będziesz naśladował Ojca Stworzyciela, który Ewie na pomoc przysłał Maryję... Wstań, bez zwłoki, dobrze ci to zrobi”.

Śluby miliona

Pobyt w Komańczy znacznie różnił się od dotychczasowego „obozowego” życia w Stoczku i Prudniku. Prymas mógł przyjmować gości i prowadzić w miarę normalny tryb życia. Nie był już objęty dozorem Służby Bezpieczeństwa. W listopadzie odwiedzili go biskupi: Michał Klepacz pełniący od chwili aresztowania kard. Wyszyńskiego obowiązki przewodniczącego Episkopatu Polski oraz Zygmunt Choromański. Wraz z nimi przyjechał ojciec kardynała. Witali się na kolanach.

W marcu 1956 r. zmarł Bolesław Bierut. Nowy pierwszy sekretarz Edward Ochab ogłosił oczyszczenie z zarzutów członków partii prześladowanych w czasach stalinowskich m.in. Władysława Gomułki. W maju prymas skończył pracę nad tekstem Ślubów Narodu Polskiego przygotowywanych z okazji 300-lecia ślubów Jana Kazimierza. Miesiąc później wybuchł Poznański Czerwiec. Robotnicy wystąpili przeciwko władzy ludowej – dla komunistów był to szok, do którego oczywiście się nie przyznali. W sierpniu spadł na nich kolejny cios.

Na Jasnej Górze blisko milion Polaków odnowiło śluby króla Jana Kazimierza, deklarując w ten sposób przywiązanie do wiary i Kościoła. Fotel prymasa był wymownie pusty. W październiku do władzy doszedł Gomułka. Wśród Polaków zabłysła nadzieja na zmiany. Trzy dni po plenum, na którym wybrano nowego sekretarza PZPR, wiecujący na jego cześć tłum zaczął domagać się uwolnienia prymasa. Towarzysz Wiesław zadośćuczynił oczekiwaniom społeczeństwa. 26 października w Komańczy zjawili się przedstawiciele rządu, którzy oświadczyli, że konieczny jest jak najszybszy powrót prymasa do Warszawy. W czasie rozmowy ustalono konieczność zniesienia dekretu o obsadzaniu stanowisk kościelnych oraz przestrzegania zasad Konkordatu w sprawie nominacji biskupich i innych urzędów kościelnych. Jak się później okazało, wszystkie składane wówczas obietnice swobód religijnych były pisane patykiem na wodzie. Pierwsze symptomy niesłowności nowych władz pojawiły się już wkrótce, podczas rzekomych wolnych wyborów.

Za paciorki szeptane

Kard. Stefan Wyszyński wrócił do domu 28 października 1956 roku. Pod rezydencją zebrały się tłumy wiernych. Mimo zmęczenia wyszedł na balkon, by im pobłogosławić. Tego samego dnia wysłał telegram do Piusa XII z wiadomością o objęciu na powrót obowiązków w archidiecezji gnieźnieńskiej i archidiecezji warszawskiej. Przygotował także krótki list do wiernych i duchowieństwa:

„Zaciągnąłem wielkie długi wobec was wszystkich, Dzieci Boże, gdyż wspierałyście mnie nadprzyrodzoną mocą waszej wiary, niezachwianą ufnością, miłością bezgraniczną, tragicznie wytrwałą modlitwą, wyrzeczeniami, a nawet gotowością do złożenia ofiary z życia za Kościół Boży – pisał.

„Pragnę spłacić mój dług wszystkim! Wam, małe dziateczki, dziękując za paciorki w mojej intencji szeptane. Wam, młodzieży polska, zwłaszcza spod znaków akademickich, która okazała mi tyle pamięci i serca. Wam, Robotnicy, którzy wołając o poszanowanie swoich praw z taką godnością i dojrzałym spokojem, nie zapomnieliście o tym, że nie samym chlebem żyje człowiek (…) Wam, Rodzice katoliccy, którzy wraz z dziatwą waszą każdego wieczoru na kolanach wołaliście do wspólnego Ojca naszego. I Wam najmilsi Bracia Kapłani, diecezjalni i zakonni oraz Siostry tylu rodzin zakonnych, których modlitwy i umartwienia tak zwycięskie są w obliczu Boga (…) A spłacić mogę dług jedynie gorętszą modlitwą ku wam, jeszcze gorliwszą służbą pasterską i oddaniem dziełu zjednoczenia wszystkich, których ożywia pragnienie miłości, sprawiedliwości i pokoju Bożego” – pisał prymas.

Kard. Stefan Wyszyński służył gorliwie Kościołowi i Ojczyźnie do chwili śmierci 28 maja 1981 roku. W grudniu 2017 roku Stolica Apostolska wydała dekret o heroiczności cnót prymasa. Dekret taki jest orzeczeniem Kościoła, że Sługa Boży cieszy się sławą świętości i heroiczności cnót. To oficjalny głos Kościoła, że dana postać jest w chwale błogosławionych i że może być beatyfikowana.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kalendarz pielgrzyma 2019

Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego będzie nosił imię swojego założyciela

2018-09-26 10:16

ks. ws / Warszawa (KAI)

Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego SAC w dniu 25 września uzyskał imię ks. prof. Witolda Zdaniewicza. Uroczystego aktu nadania imienia dokonał dyrektor ISKK ks. Wojciech Sadłoń w obecności prowincjała pallotynów ks. Zenona Hanasa oraz uczestników konferencji naukowej poświęconej dorobkowi naukowemu ks. prof. Witolda Zdaniewicza oraz lubelsko-warszawskiej szkoły socjologii.

Artur Stelmasiak
Prof. Witold Zdaniewicz (1928-2017)

W trakcie konferencji wielokrotnie podkreślano, że ks. Witold Zdaniewicz zasługuje na miano jednego z najbardziej znaczących europejskich socjologów religii. Znani polscy socjologowie nakreślili zasadnicze rysy socjologii ks. Zdaniewicza.

Prof. Janusz Mariański omówił wątki personalistyczne w publikacjach ks. Zdaniewicza. Prof. Elżbieta Firlit wskazała na powiązania pomiędzy pracami socjograficznymi oraz pogłębionymi analizami socjologicznymi prowadzonymi przez ks. Zdaniewicza.

Ks. prof. Sławomir Zaręba ukazał z kolei wkład ISKK w prowadzenie badań nad religijnością młodzieży. Prof. Andrzej Ochocki przytoczył badania ISKK dotyczące kwestii publicznych, zaś prof. Maria Sroczyńska badania dotyczące młodzieży. Prof. Wojciech Świątkiewicz zaprezentował wyniki badań ISKK wskazujące na wzrost popularności indywidualnych rytuałów religijnych. Prof. Włodzimierz Okrasa z kolei w sposób empiryczny wykazał istnienie statystycznej zależności pomiędzy religijnością a dobrostanem w Polsce, co nazwał „hipotezą Zdaniewicza”. Dr Marcin Jewdokimow zaprezentował badania ks. Zdaniewicza nad zakonami. Przytaczając światową literaturę dotyczącą życia zakonnego, uznał ks. Zdaniewicza za jednego z najważniejszych badawczy zakonów w świecie.

Akt nadania imienia ISKK poprzedziły również osobiste wspomnienia o ks. prof. Witoldzie Zdaniewiczu oraz poświęcenie nowych pracowni badawczych. W uroczystości licznie uczestniczyli współpracownicy ks. Zdaniewicza z wielu ośrodków naukowych, pracownicy Głównego Urzędu Statystycznego, przyjaciele oraz współbracia.

14 października 2018 r. minie rok od śmierci ks. Witolda Zdaniewicza. Tego dnia, czyli w niedzielę o godz. 18 w kościele pallotynów w Warszawie, przy ul. Skaryszewskiej 12, o godz. 18 zostanie odprawiona Msza św. za założyciela i pierwszego dyrektora ISKK.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem