Reklama

Arche Hotel

Bieg ukończyłem

2018-08-01 10:29

Paweł Zuchniewicz
Niedziela Ogólnopolska 31/2018, str. 26-27

Archiwum rodzinne
Śp. Marek Gędek (1965 – 2018)

Dzień był piękny, słoneczny, czerwcowy. Przed godziną dwunastą w południe na cmentarz rzymskokatolicki przy ul. Lipowej w Lublinie wchodziło bardzo dużo ludzi. W oczy rzucała się młodzież: uczniowie w szkolnych mundurkach, studenci i studentki.

Wszyscy zmierzali do położonej na terenie cmentarza kaplicy pw. Wszystkich Świętych. Ci, którym udało się do niej wejść, zobaczyli przed ołtarzem trumnę, a obok zdjęcie uśmiechniętego mężczyzny z sumiastymi wąsami, który przykłada dłoń do kapelusza, tak jakby chciał wszystkich pozdrowić. I może powiedzieć: „Nie martwcie się!”.

W środę 20 czerwca br. setki ludzi, kapłani i przewodniczący Mszy św. bp Mieczysław Cisło żegnali Marka Gędka – dziennikarza, historyka, medioznawcę, wykładowcę Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, poetę, a przede wszystkim męża Beaty i ojca Adama, Marty, Agnieszki i Tymoteusza.

Przyspieszona realizacja planów

Rzadki i bardzo agresywny nowotwór zdiagnozowano u niego w 2012 r. Od lekarza usłyszał wtedy, że zostało mu pół roku życia. Walczył sześć lat. W tym czasie pisał i wydawał książki i atlasy historyczne (rysował także mapy), wykładał na uczelni, egzaminował.

Reklama

„W chwili diagnozy miałem różne plany – powiedział w opublikowanym przed niespełna rokiem na łamach «Niedzieli» wywiadzie «Zawsze jesteś wolny». – Nie zrezygnowałem z nich, wręcz przeciwnie – choroba spowodowała, że zacząłem do nich podchodzić bardziej precyzyjnie, tak, aby je realizować mimo mojego osłabienia. Realizować je do końca to znaczy – zrealizować”.

– Zazwyczaj na koniec rozmowy telefonicznej mówił: „Odmeldowuję się” – wspomina Witold Żołądkiewicz, przyjaciel Marka. – Myślę, że nie wynikało to jedynie z tego, iż zajmował się historią od strony militarnej – dostał nawet medal Za Zasługi dla Obronności Kraju – ale miał silne poczucie służby. Widać to było zwłaszcza w jego podejściu do pracy. Przecież jego osiągnięcia zawodowe z ostatnich lat były efektem heroicznego wręcz wysiłku i poświęcenia. A gdy stało się jasne, że czas, który mu pozostał, się kurczy, wyznaczał sobie konkretne punkty docelowe: żeby jeszcze dokończyć semestr, żeby jeszcze zamknąć ten projekt, żeby jeszcze skończyć tę książkę... Wykonać zadanie do końca.

Za namową księdza Marek zaczął pisać książkę, w której opisywał swoje doświadczenie życia z rakiem. Nie miał już sił, aby ją dokończyć, i zaproponował autorowi tego wspomnienia redakcję tekstu. Na początku roku często kontaktowaliśmy się telefonicznie.

Pewnego razu – był to wtorek – dzwoniłem, ale Marek nie odbierał. Wiedziałem, że w środę nie mam po co dzwonić, bo wtedy ma wykłady na uczelni. Zadzwoniłem w czwartek.

– Przepraszam, że nie odbierałem we wtorek, ale był u mnie rehabilitant – usłyszałem bardzo, bardzo słaby głos Marka w słuchawce. – Zawsze przychodzi do mnie przed wykładami i rozmasowuje mi ciało. Mam tak zesztywniałe od chemii mięśnie, że nie mogę wchodzić po schodach, a sala wykładowa znajduje się na drugim piętrze. Windy nie ma. Więc rehabilitant przychodzi dzień wcześniej i masuje. Wrzeszczę, bo to okropnie boli. Lecz dzięki temu przez następnych parę dni mogę w miarę swobodnie się poruszać.

Poczucie obowiązku było u niego tak silne, pragnienie spotkania z czekającymi studentami – tak mocne, że gotów był płacić dodatkowym cierpieniem za możliwość przeprowadzenia kolejnego wykładu, choć miał orzeczenie o całkowitej niezdolności do pracy. Nic dziwnego, że studenci ogłosili go Autorytetem Roku, a niektórzy wręcz prosili, by mogli zwracać się do niego: „Panie Profesorze”, choć miał „tylko” doktorat.

Pasja w pasji

Ostatnią swoją książkę zatytułował „Pasja w pasji, czyli moje (nie)umieranie”. O jaką pasję chodzi? Czy o pasję życia, czy może o znaczenie, które temu słowu nadaje chrześcijaństwo – łączenie swoich cierpień z pasją (męką) Jezusa Chrystusa?

Markowa pasja polegała na tym, że on nie żył dla siebie. W wywiadzie dla „Niedzieli” powiedział:

„Choroba powoduje gwałtowne osłabienie ciała. Można to częściowo odbudować różnymi preparatami. Gorzej jest z siłami duchowymi. Gdybym miał szukać ich źródeł w rozumieniu ziemskim, to w pierwszym rzędzie wskazałbym na rodzinę, a następnie na moich studentów. Chory na raka sam sobie nie poradzi. Z jednej strony ważne jest wsparcie otoczenia, ale chyba jeszcze ważniejsza jest świadomość, że możesz coś dać najbliższym. Mam żonę, dzieci i chciałbym, żeby ona miała męża, a one ojca. Tak więc rodzina mobilizuje mnie do życia, a studenci do pracy”.

Gdy patrzyło się na zgromadzonych na jego pogrzebie najbliższych, trudno było nie pomyśleć, że mimo całej męki minione lata były wspaniałym podarunkiem. Ks. Wojciech Pęcherzewski, który wygłosił homilię żałobną, powiedział, że w przeddzień pogrzebu przed najstarszymi dziećmi Marka – które są już na studiach – pojawiło się pytanie: Czy nie należałoby przełożyć egzaminów? A zaraz potem przyszło następne: Co zrobiłby tata? I odpowiedź: nie przekładamy, zdajemy w normalnym terminie. Jeśli coś się zaczęło, to należy to skończyć.

Jesienią odwiedziłem Marka w Centrum Onkologii na warszawskim Ursynowie. Na stoliku obok łóżka był komputer – właśnie pracował nad kolejną książką. (W czasie choroby wydał pozycje: „Nieznane dzieje Polski 1943-2015”, „Wojny polsko-rosyjskie od XVIII do XX wieku”, „Atlas historyczny drugiej wojny światowej”, „Tajemnica początków Polski. Fascynująca historia ludu Wenetów”, „Wojny polsko-moskiewskie od XV do XVIII wieku”).

Rozmawialiśmy o różnych rzeczach: o polityce (bardzo się pasjonował współczesnością ojczyzny, nie tylko jej historią), o smogu (po operacjach płuc bardzo cierpiał z powodu zanieczyszczenia powietrza) i o młodzieży. Rozmawiali dwaj nauczyciele – akademicki i licealny. Opowiadałem mu m.in. o trudnościach w dotarciu do młodych, o ich trudnościach w przyswajaniu wiedzy. Reakcja Marka była natychmiastowa – od razu zaczął się zastanawiać, jak praktycznie można im pomóc, aby odkryli pasję (znowu to słowo!) do nauki. Nie miało znaczenia, że sam leżał na szpitalnym łóżku, wymagał wszechstronnej opieki i cierpiał.

„Ale nie jest źle” – zwykł mawiać z tym swoim nieco kpiarskim uśmiechem.

Witold Żołądkiewicz: – Zwykle tak kończył wypowiedzi na temat stanu swojego zdrowia. Marek dobrze zdawał sobie sprawę ze swojej sytuacji i gdy zadawałem mu pytania, a siłą rzeczy temat poruszaliśmy praktycznie przy każdej rozmowie, odpowiadał bardzo konkretnie i bez owijania w bawełnę. Na koniec, zwykle po jakiejś pauzie, dodawał to swoje: „Ale nie jest źle”. To brzmiało czasem dość szokująco, bo widząc go, myślałem sobie – cóż więc musiałoby się stać, żeby powiedział, że jest źle? Niemniej trzeba podkreślić, że nie miało to nic wspólnego z jakimś oszukiwaniem samego siebie. On po prostu starał się nigdy nie tracić nadziei. Szukał rozwiązań.

„Witaj. Nie bardzo mogę chwilowo mówić – napisał do mnie w SMS-ie 3 kwietnia, gdy zobaczył, że dzwoniłem. – Stąd taka forma rozmowy. Nie odzywałem się, ponieważ dosyć brutalnie wchodziłem w etap paliatywny. Aby zdążyć, musimy działać. Jeszcze mi ciężko, ale za parę dni będę miał kapkę więcej sił”.

„Zdążyć” – chodziło o książkę „Pasja w pasji”, na której ukończeniu tak bardzo mu zależało. Informowałem go na bieżąco, co się dzieje, i zapewniałem o modlitwie.

„Modlę się, a jakże – napisał w SMS-ie z 24 kwietnia. – To mogę czynić w dużych ilościach. Czekam już na książkę, ale nie poganiam. Żeby było jasne – jakość to rzecz najważniejsza”.

W rodzinnym gronie

Z książki „Pasja w pasji”: „Niedaleko jego domu jest kwiaciarnia. Zanim zachorował, wstępował do niej, żeby kupić kwiaty dla żony. Nie tylko

8 marca albo gdy – jak to się mówi – «podpadł». Lubił kupować je ot tak – bez okazji, bo wiedział, że to sprawia Beacie radość.

Gdy rak się w nim zadomowił, poszedł zrobić to samo.

– Dlaczego pan kupuje te kwiaty? – zapytała go sprzedawczyni. – Przecież jest pan chory.

– Kocham żonę i chcę jej to okazać – powiedział po prostu.

Kobieta się popłakała.

To go zastanowiło. Czy to, że ma raka, zmienia w czymkolwiek jego relację do żony? Jeśli jest ciężko chory, to może przestać o niej myśleć?”.

Miał świadomość, że choroba jest wyzwaniem nie tylko dla niego, ale dla całej rodziny.

– W czasie ostatniej Wigilii dziękował całej rodzinie za opiekę i cierpliwość do niego – powiedział w czasie homilii ks. Pęcherzewski. – Jego żona była dla niego jak Weronika i Szymon spotkani na drodze krzyżowej.

Nazywał ją „mój kwiatuszek”. Rozumiała go lepiej niż ktokolwiek inny. Po którejś z kolei operacji zamarzyło mu się, aby powędrować po Tatrach. Pierwsze dwie osoby, którym o tym powiedział, myślały, że zwariował. „Mój kwiatuszek nie mówił nie, chociaż patrzył na mnie podejrzliwie” – napisał w książce. Miał operację płuc, wycięli mu kilka przerzutów raka (które później zresztą i tak odrosły), ale miesiąc po operacji stanął z żoną w dolinie u stóp Kasprowego Wierchu. Dotarli na szczyt, choć już po kilku krokach miał ogień w płucach.

W dedykowanym żonie i dzieciom tomiku jego wierszy „Niedokończony poemat” znajduje się wymowny utwór:

„Jesteś
Jemu nie potrzeba
dowodów doktoratów i tez
Jemu tak jak miłości wystarczy, że jesteś”.

Z inicjatywy żony pojechali też w słowackie Tatry, a innym razem na rodzinną wycieczkę po Włoszech. Dla postronnego obserwatora wyglądało to na szaleństwo. Ale ona go znała i wiedziała, co mu jest potrzebne. Jedną drogą na mentalne uwalnianie się od choroby była praca, drugą – zachwyt pięknem w rodzinnym gronie.

W tamtą środę, 20 czerwca, po pogrzebie Marka poszliśmy na obiad. Na koniec można było sobie zrobić kawę w ekspresie. Adam, najstarszy syn Beaty i Marka, ustawił się w kolejce i po chwili przyszedł z filiżanką, którą postawił przed mamą.

– Tata zawsze rano schodził do kuchni, parzył kawę i przynosił ją mamie – powiedział po prostu. – Robił to zawsze, także wtedy, gdy późno wracał z pracy i krótko spał lub też w ogóle nie spał, bo całą noc pracował.

„małżonkowie
zawieszeni między światami
ulotni i samotni
z zapachem porannej kawy
między życiem a śmiercią”.

Wielkie pragnienie Komunii św.

– Czasem się zastanawiałem, kto komu powinien dawać rozgrzeszenie – ja jemu czy on mnie – wspomina ks. Pęcherzewski, który przychodził do Marka z kapłańską posługą. – Oczywiście, jest to pewna metafora. Tylko kapłan ma władzę odpuszczania grzechów, natomiast było dla mnie jasne, że choroba oczyściła Marka z ludzkich przywar i ułomności. Po ludzku powiedziałbym, że on swój czyściec przeszedł na ziemi.

– Był wierny Opus Dei. Swoją pracę, życie rodzinne i codzienne obowiązki ściśle łączył z Bogiem – opowiada ks. Wojciech. – Póki mógł, chodził codziennie na Mszę św. Potem już nie dawał rady, ale wciąż miał wielkie pragnienie codziennej Komunii św. W Wielki Piątek zadzwoniła do mnie jego żona z prośbą, abym przyszedł z Panem Jezusem, bo jego stan znacznie się pogorszył. W Triduum Paschalne nie chodzi się do chorych z Komunią św. – tylko z wiatykiem, więc poszedłem. Jego stan nagle się poprawił i w Niedzielę Zmartwychwstania wszyscy razem śpiewaliśmy. Głos miał słaby, ale do rodzinnego śpiewu się włączył. Był z nami jeszcze przez dwa miesiące. Kiedy z bólu nie mógł w nocy spać, to cały czas odmawiał Różaniec. Umierał bardzo świadomie. W nocy z czwartku na piątek (14/15 czerwca 2018 r.) nie chciał przyjmować żadnych środków przeciwbólowych. Odszedł nad ranem w piątek, gdy cała rodzina modliła się wokół niego Koronką do Miłosierdzia Bożego.

„Bóg jest naszą ucieczką” – czytamy w „Niedokończonym poemacie”.

„Gdy wody się burzą
A otchłanie otwierają
Bóg jest naszą ucieczką
Nie pozwoli byśmy się zachwiali
Pośród potężnej nawałnicy
On kruszy opornych
I łamie zatwardziałych
Czas więc iść”.

Tagi:
ludzie wspomnienie

Byliśmy razem przy ołtarzu i przy redakcyjnym stole

2018-12-05 11:05

Katarzyna Woynarowska
Niedziela Ogólnopolska 49/2018, str. 23

Wiadomość o nagłej śmierci ks. Adama Łacha, proboszcza w Nowym Duninowie, który przez niemal dekadę był redaktorem odpowiedzialnym za płocką edycję „Niedzieli”, z trudem jeszcze dociera do naszej świadomości

Archiwum „Niedzieli”
Podczas kolegium redakcyjnego edycji płockiej w centrali „Niedzieli” w Częstochowie, pierwszy z lewej – ks. Adam Łach

Przez wiele lat ks. Adam Łach był jednym z nas. Również wtedy, gdy przestał przyjeżdżać do Częstochowy, pozostał wierny „Niedzieli”, a my nadal traktowaliśmy go jak kogoś bardzo bliskiego. Należał do „niedzielnej” rodziny. Obok tego mocnego mężczyzny o szczerej twarzy, wielkim sercu i dużym poczuciu humoru nie sposób było przejść obojętnie. Ceniliśmy jego dobroć, pracowitość, profesjonalizm i oddanie dla misji „Niedzieli”. Ale nade wszystko kochaliśmy go jako człowieka i kapłana. Nie sposób zliczyć przegadanych w redakcji godzin i litrów wypitej kawy, setek pomysłów, dyskusji i kończonych salwami śmiechu anegdotek, którymi sypał jak z rękawa. Wielu z nas pamięta jubileusz edycji płockiej, na który zjechało się towarzystwo z 21 lokalnych edycji „Niedzieli”, z ówczesnym redaktorem naczelnym ks. inf. Ireneuszem Skubisiem na czele. Wspaniałe spotkanie okazało się wkrótce spotkaniem pożegnalnym z edycją, chociaż nitki wiążące ks. Adama z redakcją nigdy na dobre nie zostały zerwane.

Ks. Adam Łach współpracę z redakcją „Niedzieli” zaczął 1997 r., jako drugi z kolei redaktor edycji płockiej. W pracę redakcyjną wprowadzał go poprzednik ks. Jan Augustynowicz, który też już odszedł do wieczności. Ks. Adam miał redaktorskie oko. Jako dziennikarz kreatywny, rzutki i pracowity w krótkim czasie stał się jednym z najlepszych redaktorów edycyjnych. Po latach tak go pamięta redaktor naczelna „Niedzieli” Lidia Dudkiewicz: – Ks. Adam pracował w „Niedzieli” do 2008 r. Dziennikarze „Niedzieli”, którzy znali ks. Adama i z nim współpracowali, przyznają, że był to człowiek z niezwykłą charyzmą – ciepły, nieformalny, zwyczajny, a zarazem wyjątkowy. Zapamiętaliśmy go jako sumiennego redaktora i dobrego organizatora. Jego wiedza i rzetelność były podstawą w pracy dziennikarskiej, w pisaniu artykułów i organizowaniu materiałów do cotygodniowego wydania edycji płockiej „Niedzieli”. Miesiąc temu miałam łaskę spotkać ks. Adama na Jasnej Górze w przejściu między Kaplicą Cudownego Obrazu Matki Bożej a Bazyliką Jasnogórską. Kilka serdecznych słów starych przyjaciół, z zaproszeniem na spotkanie przy redakcyjnym stole podczas następnego jego pobytu na Jasnej Górze. Dziękujemy ks. Adamowi za współpracę i wierność „Niedzieli”, za ubogacanie nas świadectwem swojego kapłańskiego życia. Pozostanie w naszej pamięci i modlitwie.

Ks. Mariusz Frukacz, który pojawił się w „Niedzieli” w tym samym czasie co ks. Łach, pamięta dobrze tego nietuzinkowego kapłana: – Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że jego pasją było kapłaństwo oraz drugi człowiek. I tę właśnie pasję przekładał na pracę dziennikarską. Wiedział, jak ważne jest dobrze prowadzone pismo katolickie. Sam bardzo kompetentnie podczas naszych spotkań wypowiadał się na temat roli mediów w Kościele. Bronił wartości pism katolickich. Robił wszystko, co było w jego mocy, aby „Niedziela” była obecna w przestrzeni publicznej. Był też bardzo otwarty na drugiego człowieka, koleżeński. Kierował się normalnością. Spotykałem go z różańcem w ręku.

Ks. Tomasz Opaliński, obecnie proboszcz parafii w Janowie (diecezja płocka), a także nasz wieloletni przyjaciel i współpracownik, nie kryje emocji: – „Życie Twoich wiernych, o Panie, zmienia się, ale się nie kończy” – głoszą słowa prefacji z Mszy św. za zmarłych. „Cokolwiek pomiędzy ludźmi kończy się – znaczy: nigdy nie zaczęło się.

Gdyby prawdziwie się zaczęło – nie skończyłoby się. Skończyło się, bo nie zaczęło się.

Cokolwiek prawdziwie się zaczyna – nigdy się nie kończy” (Edward Stachura). To, co Boże, i to, co ludzkie. Dwa teksty, które przecinają się tam, gdzie zaskakuje nas to, że ktoś może odejść z tego świata tak po prostu, z marszu, zamiast na Liturgię odprawianą w parafialnym kościele iść prosto na Liturgię Niebieską... Tak odszedł od nas ks. Adam Łach. Wśród tylu ludzi – parafian, rodziny, przyjaciół, znajomych na Facebooku – odchodził sam...

Zabolało... Bo to kolejny członek redakcyjnej rodziny „Niedzieli Płockiej”, który odszedł tak nagle i przedwcześnie – więzy przyjaźni mimo rozwiązania edycji płockiej przecież pozostały: cztery lata temu nasz redakcyjny fotograf Darek Świtalski, nieco ponad rok temu ten, który rozpoczynał działalność edycji – ks. Jan Augustynowicz... Ale skoro „życie wiernych się nie kończy”, skoro „cokolwiek prawdziwie się zaczyna – nigdy się nie kończy”, to niech ten ból utrwali wszystko to, co było dobre, aby pozostało nie tylko na służbowych i prywatnych (gdzie tu jest granica?) fotografiach, ale też w nas. Nie wiem, czy w niebie będzie taka kawa, jakiej morze wypiliśmy na redakcyjnych kolegiach i przy komputerach... Ale wierzę, że my, którzy tu jeszcze pielgrzymujemy, spotkamy się kiedyś z tymi, do których Ty, Księże Adamie, teraz dołączyłeś.

* * *

Ks. Adam urodził się w Przasnyszu w 1971 r., święcenie kapłańskie przyjął w 1995 r., tak więc w redakcji przy ul. 3 Maja 12 w Częstochowie pojawił się jako młodziutki ksiądz. Studiował na ówczesnej Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie, ukończył również studia na wydziale dziennikarskim UKSW. Z redakcją „Niedzieli” był związany przez 9 lat, do ostatniego numeru „Niedzieli Płockiej”. W swojej macierzystej diecezji duszpasterzował w parafii pw. Świętej Trójcy w Rypinie, a przez ostatnią dekadę był proboszczem w parafii pw. św. Mikołaja w Duninowie. Pracował też w Wydziale Kultury i Środków Społecznego Przekazu Kurii Diecezjalnej Płockiej (od 1997 r.). Pełnił funkcje diecezjalnego korespondenta KAI (od 2000 r.) oraz kapelana strażaków z OSP w gminie Nowy Duninów (od 2009 r.). W tym roku otrzymał urząd wicedziekana dekanatu gostynińskiego. Zmarł nagle 27 listopada 2018 r. na swojej plebanii.

Zgodnie z wolą wyrażoną w testamencie ciało ks. Adama Łacha spoczęło na cmentarzu w Duninowie. Mszy św. pogrzebowej, sprawowanej 1 grudnia br., przewodniczył bp Mirosław Milewski. Kochany nasz „Księże z Płocka”, będziemy pamiętać przede wszystkim w modlitwie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 1/2 2019

Św. Walenty - patron zakochanych i chorych na padaczkę

Ks. Paweł Staniszewski
Edycja łowicka 7/2005

seyed mostafa zamani / Foter.com / CC BY

Początek lutego. Gdzie nie spojrzeć, tam króluje kolor czerwony - kolor miłości, kolor walentynek. Na sklepowych półkach, wystawach, a nawet na prowizorycznych straganach pojawia się „nowy produkt” - miłość. Opakowana w pluszowe misie, mrugające serduszka, zakochane mysie parki i tysiące innych zmyślnych cudeniek, mających tylko jedno zadanie - powiedzieć: „kocham Cię”. A wszystko z powodu jednego dnia - Dnia Zakochanych czyli walentynek.
Walentynki to dla Polaków zupełnie nowe święto. Popularność zdobyło sobie przede wszystkim w ciągu ostatnich 10 lat i to do tego stopnia, że dzisiaj wielu ludzi, niezależnie od wieku, czeka na ten dzień, by serdeczniej niż na co dzień wyrazić uczucia do najbliższej osoby. Istnieje zwyczaj rozsyłania specjalnych kartek, tzw. walentynek - zwykle anonimowych, których motywem przewodnim są amorki, serca, kwiaty, czułe wyznania miłości. Powszechnym stało się także, iż tego dnia zakochani wręczają sobie kwiaty i upominki, które mają potwierdzać ich wzajemne uczucie. Tradycja ta zwraca uwagę na wartość i wymiar uczuć, na niezaprzeczalną konieczność ich istnienia, na to, że są niezbędne, że są łaską i stanowią nieodłączny element ludzkiego bytu. Umiejętność ich nazwania, to, że odczuwamy je względem drugiej osoby lub stajemy się obiektem cudzych uczuć i dysponujemy możliwością ich odwzajemniania, czynią nas ludźmi. Nie można tego problemu traktować jednostronnie, jednowymiarowo i poddawać zaciekłej krytyce - co niektórzy czynią, ignorując pozytywne aspekty całości.
Walentynki niewątpliwie skłaniają do uwalniania dobrych emocji, zachęcają do okazywania uczuć, ośmielają i ułatwiają takie inicjatywy. Motywują do tego, by nie kryć się z tym, co czujemy do drugiej osoby, by nie zatajać tego, że ktoś jest nam bliski, ponieważ staje się to źródłem radości i siły, zarówno dla samego autora, jak i adresata takiej deklaracji. Korzystając z tych sprzyjających refleksjom okoliczności, należy zdać sobie sprawę, że ukrywanie własnych uczuć, tłumienie ich w sobie, znacznie zubaża nasze życie i wzajemne kontakty.

Skąd ten zwyczaj?

Pochodzenia zwyczajów związanych z walentynkami należy poszukiwać w luperkaliach - rzymskim święcie płodności, które w związku z ekspansją Cesarstwa Rzymskiego pojawiło się również na Wyspach Brytyjskich. Stąd w przyszłości walentynki rozprzestrzeniły się na cały świat. W czasach, gdy zastępowano święta pogańskie chrześcijańskimi, uznano, że św. Walenty, który zginął 14 lutego, w (przeddzień luperkaliów) może godnie objąć pieczę nad świętem budzącej się wiosny, kiedy przyroda pomału otrząsa się z zimowego snu, zwierzęta zaczynają łączyć się w pary, a ludzie chętniej szukają swoich drugich połówek. Na zachodzie Europy święty patronuje zakochanym co najmniej od XV wieku.



Co wiemy o św. Walentym?

Św. Walenty, patron Dnia Zakochanych, to postać dość zagadkowa. Był biskupem Terni pod Rzymem. Za czasów cesarza Klaudiusza II Gota (ok. 269 r.) poniósł śmierć męczeńską.
Legenda mówi, że św. Walenty zajął się popieraniem zakochanych jeszcze za swego życia, kiedy wystąpił przeciwko edyktowi cesarza, zakazującemu zawierania małżeństw. Cesarz Klaudiusz II Gocki z rozczarowaniem zauważył, że żonaci mężczyźni chętniej zostają w domach, zamiast ochoczo uczestniczyć w wojnach i dzielnie walczyć za Rzym. Św. Walenty zignorował ów zakaz i w tajemnicy udzielał ślubów młodym, zakochanym parom. Niestety, sekret się wydał, a Święty został pojmany, wtrącony do więzienia, a następnie stracony.
Według drugiej wersji okoliczności śmierci św. Walentego były zgoła inne: jako człowiek świątobliwy Biskup Terni w III wieku został obdarzony przez Boga niezwykłą mocą uzdrawiania. Wieść o tym dotarła do rzymskiego filozofa Kratona, którego syn był ciężko chory na padaczkę i czekało go życie pełne cierpienia. Św. Walenty zgodził się pomóc rodzinie Kratona pod warunkiem, że ten się nawróci. I rzeczywiście, przekonany cudem dokonanym przez Świętego, Filozof ochrzcił się, a wraz z nim jego bliscy i uczniowie. Niechętnie jednak przyjął to senat rzymski - uznano św. Walentego za osobę niebezpieczną dla państwa, aresztowano go i skazano na śmierć.
Kult Świętego rozwijał się dość szybko. W miejscu, w którym Męczennik został pochowany, już w IV wieku papież Juliusz I kazał wznieść bazylikę. Ponieważ padaczka, a także wszelkiego rodzaju choroby nerwowe, były wówczas w Europie bardzo częste, Święty znalazł licznych czcicieli na całym kontynencie. Do Polski jego sława dotarła dopiero w XV wieku. Ma tu św. Walenty wiele kościołów poświęconych jego imieniu, wiele ołtarzy i wizerunków. Ciekawe, że do niedawna żadne z tych miejsc nie cieszyło się specjalnym zainteresowaniem zakochanych. Sytuacja zmieniła się od chwili, gdy postać Świętego zaczęto łączyć z tym stanem serca.
Tak czy inaczej, historyczne przekazy dotyczące osoby św. Walentego w Dniu Zakochanych stają się rzeczą zupełnie niezauważalną, albo przynajmniej drugorzędną. Mało kto dziś pamięta, że św. Walenty, zanim zaczął patronować uczuciom, zanim stał się wzorcem dla wszystkich zakochanych i podkochujących się, był patronem chorych na epilepsję (padaczkę). Ci, którzy nie pamiętają już co to miłość, lubią złośliwie przyrównywać ją do stanu podobnego tej chorobie.
To tłumaczy, dlaczego właśnie św. Walenty jest patronem wszystkich zakochanych.
Św. Walenty patronuje nie tylko chorym na epilepsję, ale i na choroby nerwowe. Jest opiekunem chorych psychicznie, ludzi ogarniętych mrokiem umysłu. Ikonografia przedstawia tego męczennika najczęściej w stroju kapłańskim, w momencie uzdrawiania chorego.
Święty, dziś nieco zapomniany, miał w dawnej Polsce wiele świątyń, obrazów i cieszył się wielkim kultem. Obecnie w liturgii Kościoła 14 lutego na pierwszym miejscu wymienia się św. Cyryla i Metodego, słowiańskich patronów Europy, a dopiero w dalszej kolejności św. Walentego. Dawniej do kościołów, gdzie znajdował się ołtarz z wizerunkiem tego Świętego, 14 lutego matki przynosiły chore dzieci, aby za jego wstawiennictwem uprosić Boga o zdrowie dla dziecka. Najczęściej przynoszono dzieci chore na padaczkę lub przestraszone. Kapłan odprawiał w intencji osoby chorej Mszę św., następnie odczytywał fragment Ewangelii o uzdrowieniu przez Jezusa i kładąc Księgę Świętą na głowę chorego, udzielał błogosławieństwa. Po tych modlitwach wielu chorych, szczególnie dzieci, miało powracać szybko do zdrowia. Może warto w dniu 14 lutego przywrócić ten piękny zwyczaj pamiętając, iż św. Walenty to także patron chorych.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Papież w FAO. Polska w Międzynarodowym Funduszu Rozwoju Rolnictwa

2019-02-16 22:42

Włodzimierz Rędzioch

14 lutego Franciszek uczestniczył w otwarciu 42. posiedzenia Rady Wykonawczej Międzynarodowego Funduszu Rozwoju Rolnictwa (International Fund for Agricultural Development – IFAD), które odbyło się w siedzibie FAO.

Vatican Media

Zwracając się do zebranych Papież podkreślił, że przynosi na to spotkanie tęsknoty i potrzeby ogromnej rzeszy ludzi, którzy cierpią na całym świecie: „Trzeba spojrzeć na ich oblicza, wsłuchać się w ich wołanie oraz wziąć pod uwagę ich niepokoje. Żyją w niestabilnej sytuacji: powietrze jest skażone, zasoby naturalne są wyczerpane, rzeki zanieczyszczone, gleby zakwaszone. Nie mają wystarczającej ilości wody ani dla siebie, ani dla swoich upraw”. Społeczność międzynarodowa opracowała tzw. Agendę 2030 na rzecz zrównoważonego rozwoju. W realizacji celów Agendy Fundusz Rozwoju Rolnictwa ma szczególnie ważne zadania, takie jak wyeliminowanie ubóstwa, walka z głodem oraz promocja niezależności żywnościowej. Aby osiągnąć ten cel potrzebna jest pomoc całej wspólnoty międzynarodowej, społeczeństwa obywatelskiego oraz wszystkich, którzy dysponują zasobami finansowymi. Trzeba podjąć konkretne i realne rozwiązania, nie przerzucając odpowiedzialności jeden na drugiego. „Głód powinien należeć jedynie do przeszłości” – podkreślił Franciszek.

Dzień wizyty papieskiej w siedzibie FAO był również ważnym momentem dla naszego kraju: Rada Zarządzająca Międzynarodowego Funduszu Rozwoju Rolnictwa (International Fund for Agricultural Development – IFAD) w tym właśnie dniu przyjęła przez aklamację rezolucję o przyjęciu Polski do grona członków Funduszu. Wniosek o członkostwo został złożony przez Rząd RP, na wniosek Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi Pana Jana Krzysztofa Ardanowskiego, w dniu 6 lutego br. na ręce Przewodniczącego IFAD Gilberta F. Houngbo. Na czele polskiej delegacji stanął ambasador Artur Pollok, który od 2016 r. pełni funkcję Stałego Przedstawiciela Rzeczypospolitej Polskiej przy Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa oraz przy Światowym Programie Żywnościowym, które mają swoją siedzibą również w Rzymie. W swoim przemówieniu Ambasador wyraził podziękowanie członkom Rady Zarządzającej IFAD za wyrażenie zgody na członkostwo Rzeczypospolitej Polskiej w Funduszu, dzięki czemu nasz kraj jeszcze bardziej będzie się mógł angażować w działania wspólnoty międzynarodowej na rzecz rozwoju obszarów wiejskich. Ambasador wyraził przekonanie, że Polska, dzięki własnym doświadczeniom, włączy się w ramach działalności IFAD w proces transformacji sektora rolnego w krajach rozwijających się.

Założony w 1977 r. Międzynarodowy Fundusz Rozwoju Rolnictwa jest organizacją wyspecjalizowaną ONZ a jednocześnie międzynarodową instytucją finansową. Głównym celem działalności IFAD jest zmniejszenie ubóstwa na obszarach wiejskich, poprawa warunków żywnościowych i zwiększenie produkcji żywności poprzez udzielanie pożyczek i dotacji na programy, które stymulują wzrost gospodarczy, zmniejszają nierówności i poprawiają warunki życia ubogich mieszkańców obszarów wiejskich.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Akcja dom

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem