Reklama

Wolność i dyscyplina

2017-09-23 19:59

Z o. Józefem Augustynem SJ rozmawia Rafał Janus

http://jaugustyn.jezuici.pl/

Niedługo spotkamy się na Forum Tato.Net. Tematem będą wolność i dyscyplina. I tutaj mam takie pytanie: żenię się, czy w tym momencie moja wolność się kończy?

To zależy od tego, jak patrzę na życie. Definiowanie wolności wymaga uprzedniego określenia obrazu człowieka, na jakim opieram moje życie. Bez określenia tego obrazu, nasze definicje wolności będą „od Sasa do lasa”. Widzimy to w pewnych kierunkach współczesnej myśli, które z różnych powodów przestały pytać o fundamenty i zasady. Filozofia marksistowska definiowała wolność jako zgodę na „dziejową konieczność” – tzn. na przymus, a nawet na przemoc. Bolszewicy mordowali i gnębili ludzi w imię ich rozumienia wolności. W szkołach niemal przez pół wieku uczono nas, że bolszewicy po 1939 r. przynieśli wolność Polakom. To czysty cynizm. Zresztą oni nie byli pierwsi.

Więc ja zadam pytanie Panu – jaki obraz człowieka, jaka antropologia jest podstawą naszej rozmowy? Także wśród czytelników tego tekstu będą osoby o bardzo zróżnicowanym podejściu do życia, do człowieczeństwa.

Pytam o koniec wolności – jako koniec robienia tego, na co mam „ochotę”.

Reklama

Pytanie, jak Pan rozumie „ową ochotę”.

Spróbujmy spojrzeć z punktu widzenia człowieka XXI wieku, który postrzega wolność przede wszystkim jako nieskończoną liczbę dostępnych możliwości, człowieka, który dopóty czuje się wolny, dopóki ma dowolny wybór.

Aby człowiek mógł zdefiniować swoje życie, a w nim swoją wolność w życiu, musi się wcześniej na coś zdecydować, za czymś opowiedzieć. Jeżeli się nie zdecyduje, żyje w rozdarciu, w wewnętrznym konflikcie z samym sobą, z bliskimi, w społeczeństwie. Jedna część człowieka bowiem ciągnie go ku dołowi, druga ku górze. Każdy, kto mówi o wolności, posiada jakieś swoje założenia, stawia sobie jakieś cele, do czegoś dąży, stosuje jakieś środki, choć bywa tak, że nie jest tego świadom.

Nie można mówić o wolności tak miło i tak grzecznie, że każdy z tym się zgodzi, że chętnie przyjmie to, co mu się zaproponuje. O co my się kłócimy najczęściej? Właśnie o zakres własnej wolności, która staje w konflikcie z wolnością drugiego. Dla ojca zmęczonego całodzienną pracą wolnością jest spokój i cisza domowa, a dla jego syna nastolatka możliwość słuchania na cały regulator „metalu”.

Dlatego też refleksje i dyskusje o wolności w sposób konieczny prowadzą do konfrontacji, do ścierania się pojęć o życiu, o jego celach, zasadach, fundamentach... Wolność można próbować określić w dyskusji panelowej podczas konferencji czy w rozmowie przy kawie. Jednak jej rzeczywista definicja klaruje się w realnym codziennym życiu – gdy dziecko ma inne zdanie niż jego ojciec, matka. Wolność to wymagające codzienne życie, budowanie relacji, przekraczanie siebie, by nie krzywdzić innych. Wolność to nie teoria. Źródłem tragedii ludzkości w XX wieku było przejęcie władzy przez ludzi, którzy bezwzględnie, ślepo i cynicznie opierali swoją chciwość i żądzę władzy na teoriach i wyidealizowanych założeniach, które nie miały nic wspólnego z realnym życiem. Teoretyczne definicje wolności bywają wzniosłe i piękne, ale wprowadzone w życie mogą stać się okrutne. Nie ma „czystej wolności”, oderwanej od realnego życia osobistego, rodzinnego, społecznego, politycznego. Nie ma wolności, która w każdej sytuacji daje ci tysiąc możliwości wyborów... Nie masz człowieku wyboru. Musisz oddychać, jeść, spać, żyć z innymi, itd. To jest ewidentny przymus. Bo jeśli wolność rozumiesz jako całkowitą niezależność od innych, to idź na środek Sahary i oddalony kilka tysięcy kilometrów od innych rób, co chcesz.

Tak więc wolność urzeczywistnia się w relacji do drugiego człowieka. Jesteśmy wolni tylko w relacjach. Człowiek nigdy nie jest wolny w izolacji od innych i od natury. Czego ja chcę od drugiego człowieka? Co ja mam wziąć od niego? Ale też – czego on ode mnie oczekuje? Co ja mam jemu ofiarować? Bez odpowiedzi na te pytania nie zdefiniujemy wolności.

Zatem jakie powinniśmy zadać pytanie, zanim zapytamy o wolność?

O co mi w życiu chodzi? Do czego dążę? Dla alkoholika nieświadomego swego problemu (a takich nie brakuje) wolność w jego odczuciu, przynajmniej okresowo, będzie polegała na nieograniczonej możliwości picia. Poczuje się zniewolony, gdy ktoś mu tego zabroni, albo odbierze mu dostęp do alkoholu. Wolność nie jest najpierw i przede wszystkim doświadczeniem subiektywnym, ale jest doświadczeniem obiektywnym. Wolnością nie jest jedynie to, czego ja chcę najpierw, co ja czuję. Wolność wpisana jest w nasze człowieczeństwo.

Wolność wymaga pracy wewnętrznej, dyscypliny, by – dążąc do własnych celów i własnych założeń życiowych – nie krzywdzić innych, nie iść po trupach. Jeżeli chcemy żyć w rodzinie, w społeczeństwie w zgodzie, życzliwości i pokoju, musimy zbliżyć się do obiektywnego, prawdziwego rozumienia wolności, na które zgodzi się nie tylko ten, kto żyje ze mną pod jednym dachem, ale także i ten, kto żyje ze mną w jednej społeczności, w jednym narodzie, w jednej ludzkiej wspólnocie. Prawdziwe rozumienie wolności musi objąć każdego człowieka.

Jeżeli nie zbliżymy się do prawdziwego pojęcia wolności, wszystko w życiu społecznym będzie zawieszone. W życiu prawdziwą ludzką i duchową wartość ma to, co jest podjęte w duchu dobrze rozumianej wolności. Prosty przykład: tata daje prezent swojemu synowi, i ten jest z niego bardzo dumny. „Ojciec mnie docenił” – myśli. Ale z czasem dowiaduje się, że matka wymogła na mężu, aby dał dziecku ów prezent. I już prezent ten traci swoją wartość. Musimy w refleksji i dyskusji zbliżać się do takiego rozumienia wolności, na które zgodzi się człowiek, który żyje obok mnie, niezależnie od religii, wyznania, rasy, narodu, itp.

Ale korzystając z wolności możemy chcieć czegoś, co, mówiąc ogólnie, nie jest dobre...

Wolność nie jest wartością absolutną. Nasza wolność jest ograniczona. Ograniczona różnego rodzaju okolicznościami. Moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Moja wolność nie daje mi prawa, aby stanąć ponad drugim. Ze swej natury dąży do dobra moralnego i zakłada dobro moralne. Odrzucenie dobra moralnego nie jest wolnością, ale jej utratą. Jeżeli ktoś przyjmie, że wartości moralne nie istnieją, wówczas łatwo wolnością nazwie to, co służy tylko jemu samemu, według moralności Kalego: „Kali ukraść krowę, to dobrze, Kalemu ukraść krowę, to złe”. Konsekwencje są okrutne. Po trupach idzie się do władzy, zaspokaja się własne żądze, itp.

Jednak mogę na przykład przyjąć perspektywę, w której liczy się tylko władza, czyli panowanie nad drugim człowiekiem. W tym świetle im więcej będę miał władzy, tym bardziej będę wolny. Czy to jednak jest prawdziwa wolność?

To jest zaprzeczenie wolności. My rozmawiamy o takim rozumieniu wolności, które ma obejmować każdego człowieka. Pojęcia wolności ludzkiej nie da się określić, odwołując się jedynie do biologii, psychologii czy też socjologii. By zbliżyć się do prawdziwego pojęcia wolności, musimy liczyć się z ludzkim sumieniem, z recta ratio – z prawym rozumem, prawym myśleniem, prawością ducha. Także osoby, które nie uważają się za religijne, ale są ludźmi prawego sumienia, dążą do wolności.

Recta ratio – prawy rozum dyktuje fundamentalne zasady ludzkiego życia: twoje życie nie jest ważniejsze od życia twego bliźniego. Z tej zasady płyną inne: „nie czyń drugiemu, co tobie jest niemiłe” lub „kochaj bliźniego swego jak siebie samego”. Jeżeli ja nie chcę, aby drugi człowiek mnie upokarzał, muszę sam zrezygnować z poniżania kogokolwiek.

Zasady rewolucji francuskiej: wolność, równość i braterstwo – to kwintesencja moralności chrześcijańskiej. Wszystkie rewolucje głosiły te zasady, ale wszystkie też robiły coś absolutnie przeciwnego: niosły zniewolenie, niesprawiedliwość, nienawiść i zbrodnie. Dlaczego? Ponieważ odrzucały nie tylko wartości religijne, ale ludzkie sumienie i prawy rozum. „Ja, w imię moich idei, mogę nawet mordować, ale drugi – ponieważ ma błędne idee – nie ma prawa nawet się na to skarżyć” – oto zasada każdej rewolucji opartej na przemocy.

Prawy rozum, sumienie jest niezbędne do tego, aby zdefiniować, czym jest prawdziwa wolność. Jeżeli człowiek, społeczeństwo, naród odcina się od prawego sumienia, wszystko wówczas układa pod siebie i dla siebie: „Moja wolność daje mi prawo do wszystkiego i mogę to osiągać, spychając innych na margines czy wykorzystując ich”. Nie tylko ojciec wyznacza zakres wolności syna, ale i syn wyznacza zakres wolności ojca.

A mógłby Ojciec podać jakiś konkretny przykład?

Bardzo prosta sytuacja. Gdy dziecko ma imieniny, ojciec winien zrezygnować z mało ważnych zajęć, by świętować w domu z rodziną, bo wcześniej – gdy tata miał imieniny, syn zrezygnował z wyjścia do kolegów. To jest równość, partnerstwo. Święty Augustyn w „Wyznaniach” opowiada o swoich odczuciach z lat chłopięcych, gdy był surowo karany rózgą przez nauczycieli za lenistwo w nauce. Myślał: dlaczego dorośli biją dzieci za nieposłuszeństwo czy lenistwo, podczas gdy ich samych nikt nie bije, choć zachowują się w takich sam sposób? „Czyż człowiek, który mnie bił, zachowywał się w życiu lepiej ode mnie?” – pyta Augustyn w „Wyznaniach”. Jako człowiek, dorosły: nauczyciel, ojciec, matka, wychowawca nie jest ważniejszy od dziecka.

W takim razie wolność jest bardzo ściśle powiązana z miłością?

Miłość to szczytowa wartość moralna. Wolność sama dla siebie nie istnieje, ona jest w służbie miłości, jej celem jest miłość. Miłość nie jest jednak – o ile tak możemy się wyrazić – egocentryczna, zawłaszczająca, ona ofiaruje wolność, szuka wolności i daje wolność. Wolność prawdziwa jest tam, gdzie jest duch autentycznej miłości. Doświadczamy tego nie tylko na gruncie religijnym, ale także ludzkim. Młody zakochany człowiek czuje się wolny. Najpełniej jednak wolność wiąże się z miłością doświadczaną religijnie - mistycznie. Święty Jan Paweł II powie, że szczytem wolności jest Jezus ukrzyżowany, który z miłości do ludzi oddaje życie. Jak nie ma większej miłości, niż oddać życie za brata, tak też nie ma większej wolności, niż poświęcić się całkowicie dla drugiego.

Dziecko nie czuje się zniewalane zakazami i nakazami ojca, gdy ten kocha je prawdziwie. Nie chodzi jednak o słowa, pouczenia. Małe dzieci, choć nie umieją jeszcze pojąć, ale doskonale odróżniają zakazy i nakazy kierowane gniewem, surowością od tych, które płyną z prawdziwej ojcowskiej troski i miłości.

A czy jako ojcowie mamy prawo, a może wręcz obowiązek ograniczać wolność dziecka? W końcu odpowiadamy za nie - mówię tu choćby o kwestiach bezpieczeństwa.

Oczywiście, ale z zastrzeżeniem, że ojciec sam winien się najpierw ograniczyć. Jeżeli ojciec żyje w rozpasaniu, upija się, wraca do domu, kiedy chce, kupuje co chce, nie licząc się z potrzebami materialnymi rodziny, to może byłoby lepiej dla dzieci, gdyby się zbyt gorliwie nie zajmował ich wychowaniem przez ograniczanie ich wolności. To, co mówię, ma charakter lekkiej prowokacji. Ograniczanie wolności dziecka winno dokonywać się w prawdzie, w pokorze. Jeżeli ojciec zakazuje synowi palić papierosy, a sam pali, to swoje pouczenie winien zacząć od pokornego przyznania się do błędu: „Niestety sam w młodości...”. Gdy ojciec ogranicza dziecko, a sam się nie ogranicza, to ono odbiera to jako niesprawiedliwość.

Czyli najpierw samodyscyplina ojca, a potem dyscyplinowanie dzieci.

Gdy mówi się o wychowaniu, pojęcie „dyscypliny” może kojarzyć się wielu z metodami wychowawczymi rodem z XIX wieku. Dyscyplina wychowawcza i rózga, to synonimy. Jedno ze znaczeń w języku polskim to „krótki bat o kilku rzemieniach”. Jeżeli używamy pojęcia dyscypliny, to równolegle należałoby – w zależności od okoliczności – używać pojęć: odpowiedzialność, posłuszeństwo, posłuch, ład, porządek.

Dyscyplina nie może być tresurą.

Kiedy brakuje osobistej wolności i miłości do dziecka, wtedy rozpoczyna się dyscyplina rozumiana właśnie jako tresura. Tresura jest zaprzeczeniem wolności. Wymusza, a nie wychowuje. Myślę, że przemoc dzieci na ulicy wynika nierzadko z tresury domowej. Dziecko nie jest w stanie dać upustu swoim emocjom w domu, czyni to niekiedy na ulicy, tam odreagowuje.

Gdy brakuje w wychowaniu dyscypliny, istnieje – w moim mniemaniu – ryzyko dziecięcej i młodzieńczej samowoli.

Jak najbardziej. Ale dyscyplina to nie zakazy, nie polega jedynie na ograniczaniu dziecka, ale także na ukazywaniu mu fundamentalnych zasad życia, którymi człowiek winien się kierować, gdy chce żyć w spokoju, w zgodzie z innymi, być szczęśliwym. Człowiek uczy się wszystkiego, także dyscypliny i wolności.

W takim razie ojcostwa też należy się uczyć. Nie wszyscy jednak mogli się tego nauczyć od swoich rodziców.

Punktem odniesienia dla naszego życia są nie tylko rodzice. Mogą nim być także inni członkowie rodziny, wychowawcy, nauczyciele, przyjaciele. Forum Tato.Net może też być pewnym punktem odniesienia dla wychowywania się w ojcowskiej wolności i dyscyplinie. Na Forum ojcowie mogą podzielić się między sobą może nie tym, jak rozumieją, ale jak żyją wolnością i dyscypliną. Ojciec zdyscyplinowany nie będzie miał trudności w dyscyplinowaniu dzieci. Chciałbym życzyć Forum Tato.Net, aby więcej mówiono o wewnętrznej wolności samych ojców i o ich samodyscyplinie, niż dyscyplinowaniu dzieci i wychowaniu ich do wolności. Dyscyplinowanie i wolność dzieci winny być lustrem ojcowskiej wolności i samodyscypliny.

Tagi:
wywiad ojcostwo

Tato - ten, który steruje łodzią

2018-06-23 22:25

Agnieszka Bugała

Jeśli rodzina jest wielkim statkiem płynącym po wzburzonym morzu - ojciec stoi na mostku i trzyma ster. Nie może z niego schodzić wtedy, gdy okręt wykonuje najtrudniejszy manewr, skręt w zupełnie nowym kierunku. To on, kapitan, zna współrzędne, zagrożenia i cel wyprawy. Jeśli nie zna - naraża rodzinę na to, że ta utknie na mieliźnie albo roztrzaska się o skały.

Marta Sadownik

Są sprawy ważniejsze niż Himalaje

Monika od pięciu lat jest żoną. Zaraz po studiach zaczęła pracę, nieźle zarabia. Jej mąż Jacek, uznany fotograf, wciąż w rozjazdach. Chcieliby mieć dziecko, ale przyznają, że to by mogło zmienić ich dotychczasowy tryb życia. Dlatego czekają. Może za dwa, trzy lata? Muszą to zaplanować. Tomek z Asią zdecydowali się na dziecko trzy lata po ślubie. Ona na jakiś czas zrezygnowała z pracy, jest w domu. Ponieważ mieszkają z rodzicami, jej mama aktywnie uczestniczy w zajmowaniu się dzieckiem. To sprawia, że Tomek przestał się angażować w pomoc przy córce. Wycofał się na bezpieczną, jak mówi, dla mężczyzny pozycję - fotel przed telewizorem. Pierwszy z nich nie chce zrezygnować z tego, co robi teraz ani podjąć wyzwania. Drugi podjął, ale szybko pozwolił, aby za sterem stanęła żona i teściowa. Obydwaj panowie nie słyszeli o wietrze w żaglach, który niesie statek, ani o smaku przygód, jakie wynikają z bycia tatą.

„Są sprawy ważniejsze niż Himalaje” - pisał w książce pt. „Mój pionowy świat” Jerzy Kukuczka. „15 grudnia odleciała pierwsza grupa. Beze mnie. Są sprawy ważniejsze niż Himalaje. Najważniejsze. W sylwestra urodził nam się syn. Daliśmy mu na imię Maciek”.

Smutny raport o współczesnych sternikach

Kobieta staje z drżeniem przed mężem, który boi się zostać tatą, i pokazuje ciążowy test. Dla młodych małżeństw to często trudna próba miłości. Dla kobiety reakcja męża decyduje o sposobie przeżywania ciąży. Mężczyzna, oświadczając się kobiecie, biorąc ślub, musi wiedzieć, czy chce mieć dziecko i co robić, gdy zostanie ono poczęte, a później narodzi się. To jest dowód na jego odpowiedzialność za okręt, którym wypłynął.

Ojcem nie jest mężczyzna tylko wtedy, gdy podejmuje inicjatywę powołania nowego życia. On musi kontynuować to dawanie życia swemu dziecku dzień po dniu. Gdy da życie ciału, musi potem obudzić inteligencję, serce i sumienie dziecka. To długi proces, a podtrzymując nasze obrazowanie o statku i kapitanie, to po prostu bardzo długi rejs. Ojciec, jako kapitan okrętu, musi sobie z tego zdawać sprawę.

Dwa marzenia przyszłych rodziców

Większość mężczyzn wyobraża sobie ojcostwo jako czas górskich wypraw, jazdy na rowerze, długich dystansów w basenie, meczów piłki nożnej, wędkowania. Wyobrażają sobie syna, którego będą mogli uczyć, któremu będą mogli przekazywać swoją wiedzę. Bo mężczyzna dojrzały chce dzielić z dziećmi swój męski świat - pasje, zadania, trudne do zdobycia szczyty, wiedzę. Kobieta, gdy myśli o dziecku, koncentruje się raczej na jego bezradności, maleńkości i swoją rolę widzi jako ta, która osłania, zabezpiecza, pomaga. Nie naraża na ryzyko i wyzwania. Chce ukryć, zatrzymać.

Chodź, zbudujemy most

Dojrzały mężczyzna, świadomy własnej tożsamości, będzie dążył do wyprowadzenia dziecka na zewnątrz domu, własnych słabości i wreszcie rodziny. Do pokonywania przeszkód i trudności. Poda rękę i pozwoli wyruszyć własną drogą. Przyjdzie przecież dzień, że dziecko zechce opuścić łódź i wsiąść na własną. Ojciec musi być tym, który pomaga dorastać do tej chwili. Więcej - on wie, że ta chwila jest już zaplanowana w przyszłości, a jego rola to uformowanie nowego sternika - jeśli to syn, albo towarzyszki sternika - jeśli to córka. Świadomość obojga - mamy i taty - musi być na tyle duża, aby matka nie zabraniała ojcu na męski sposób realizowania rodzicielstwa. Koniecznie muszą się uzupełniać, jednak nie mogą myśleć, że są w stanie zastąpić siebie w pełnieniu tych ról. Ojciec uczy dzieci świata mężczyzn - tych, którzy bronią słabszych i pokrzywdzonych, walczą o uczciwość i sprawiedliwość, dbają o ekonomiczne zaplecze rodziny. Kochają wiernie i decyzyjnie - bez odwołania miłości pod wpływem nabrzmiałych do granic emocji.

Sternik musi czasem zmienić kurs, aby ocalić okręt przed katastrofą, ale nie rezygnuje z celu wyprawy. Dla katolickich rodzin tym celem musi być życie wieczne, wszystko inne - zaszczyty, tytuły, pieniądze - nie ma sensu.

Nie mów, co robić, po prostu rób to, co dobre

Ale jak być ojcem, który wychowuje? Dzieci nie lubią długich kazań. Ani małe, ani starsze. Wyłączają swoją uwagę, a ojcowie często złoszczą się i skarżą, mówiąc: „Mój syn mnie nie słucha, córka ma mnie za nic”. Ważna informacja dla każdego taty: ojciec nie przekazuje systemu wartości, wygłaszając długie przemowy przy kuchennym stole lub w trakcie jazdy samochodem. On na co dzień stara się żyć w taki sposób, aby dzieci bez nudnych kazań wiedziały, co powinny robić. Jan Paweł II często w swych opowieściach wracał do obrazka zapamiętanego z dzieciństwa: tato, wdowiec, modlący się na kolanach przy łóżku. Nie musiał pan Wojtyła mówić potem: „Módl się, Karol, tak trzeba”. Syn widział i dowiadywał się w najlepszy ze sposobów: „Skoro mój tata tak robi, to widocznie jest to dobre”.

Jeśli tato krzyczy na mamę i mówi o niej, używając obraźliwych słów, na nic zdadzą się wzniosłe przemowy o szacunku dla kobiet. Jeśli tato jest właścicielem firmy i nie wynagradza uczciwie swych pracowników - na nic puste frazesy o uczciwości. Jeśli tato głosił szczytne, antykomunistyczne idee, a po latach okazało się, że jednak należał do PZPR, trudno, by dziecko nie poczuło się oszukane. Jeśli niedzielne przedpołudnie to dla ojca czas wypadu na ryby, nie można się dziwić, że dziecko nie chce chodzić do kościoła. Dziecko wie, czym i w jaki sposób żyją jego rodzice, szybko odkrywa podwójność.

Tato nie może karać milczeniem

To, co ważne dla ojców, gdy dzieci nie są posłuszne, to nie próbować się na nie obrażać. Manifestowanie swojej rodzicielskiej władzy, obnoszenie się ze zranioną dumą rodzica - ostentacyjne milczenie, które trwa czasem kilka dni, nie zmieniają naszych dzieci. Rodzą wyolbrzymione poczucie winy i nie uczą rozwiązywania konfliktów. Pokazują postawę egoisty: „Nie robisz, jak ja chcę, to się obrażam”. Jakie będzie małżeństwo dziecka, które wkroczy w dorosłość z takim bagażem doświadczeń? Już dziś rokuje ciche dni z żoną i dąsy, zamiast rzeczowej rozmowy. Tato musi nauczyć siebie, a potem swoje dziecko rozmawiać o sytuacjach trudnych, o rozczarowaniach. Męskim językiem, innym niż ten, którego w takich rozmowach używa mama, ale to jego obowiązek. Nie wystarczy, że nauczymy dziecko mówić „dzień dobry” niemiłym sąsiadom, ono musi przede wszystkim umieć stawić czoła trudnościom.

Tym, którzy czekają na dziecko

Jeśli przyjąć, że dzień narodzin dziecka jest linią startu dla rodzicielstwa, to kobieta bierze przed startem dłuższy rozbieg. Ma dziewięć miesięcy na to, aby w dniu przyjścia na świat dziecka być dobrze przygotowaną. Jest sam na sam z maleństwem. Dzielą tlen, pokarm, krew, przestrzeń. Nie ma fizycznego zespolenia większego niż to. Mężczyzna - mąż, ojciec dziecka - jest w innej sytuacji, ale powinien, podejmując świadomy wysiłek, wykorzystać czas ciąży najlepiej jak to możliwe. Nie może być zaskoczony.

Nasza miłość zaprasza tu dziecko...

Ktoś pięknie powiedział, że już w oczach żony wita się dziecko, które pocznie się z miłości. W to zdanie wpisuje się wdzięczność żonie za trud dziewięciu miesięcy, ale też świadoma zgoda na to, aby ta właśnie kobieta była matką moich dzieci. Nie inna, nie przypadkowa. Właśnie ta. Zresztą, choć innym językiem, ale taką właśnie zgodę wyrażają małżonkowie słowami przysięgi małżeńskiej: deklarują, że przyjmą potomstwo, jakim Bóg ich obdarzy. Ta przysięga zobowiązuje również do tego, aby od początku mężczyzna podejmował konkretne kroki w przygotowywaniu siebie do bycia ojcem. Jeśli rany wyniesione z domu w relacji z własnym ojcem są zbyt głębokie, jeśli nie ma wzorców - może się okazać, że trudno podjąć ten wysiłek. Ale nie trzeba się bać. Instynkt ojcowski budzi się powoli, a Bóg, którego małżonkowie zapraszają do swojej miłości przez sakrament, pomaga w stawaniu się tatą. On, który pierwszy jest Ojcem, może pomóc w tym trudnym rejsie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Miłość ludzka nie jest Bogiem

2018-06-27 09:37

Rozmawia Agnieszka Bugała
Niedziela Ogólnopolska 26/2018, str. 22-23

Graziako

AGNIESZKA BUGAŁA: – Ojcze, Józef wiedział, że Maryja ślubowała dziewictwo. To jest małżeństwo od początku niewyrażające sobie miłości przez współżycie.

O. AUGUSTYN PELANOWSKI OSPPE: – Wszystko się zgadza, tak było.

– Czy dziś ktoś by Ich zrozumiał? Seksualność jest w związku dwojga ludzi lansowana jako główna podpora konstrukcyjna małżeństwa.

– Nie wyobrażają sobie tego tylko ci, którzy nie doświadczają życia w czystości. Jeśli ktoś doświadcza, potrafi to sobie wyobrazić. Powściągliwość, decyzja o powstrzymaniu się jest czymś innym – można postanowić i wytrzymać dwa, trzy lata, w zależności od tego, jaki powód warunkuje tę decyzję. Ale można po prostu trwać w czystości. Jest taka łaska! To nie jest powstrzymywanie się, uporczywe pilnowanie się – nie! To jest wolność od tej potrzeby, to jest tak, jakby coś spadło z człowieka i on już nie czuje ciężaru tego przynaglenia i zachęty.

– Napisał Ojciec w „Domu Józefa”, że nie adorujemy czegoś w sobie, nie ubóstwiamy tego w sobie, ale poza sobą, na zewnątrz...

– Czystość jest czymś takim, że człowiek, doznając Miłości nie z tego świata, nie potrafi znaleźć najmniejszej fascynacji miłością z tego świata. Wydaje mu się to mniej niż banalne, nawet nudne. Podam przykład z życia Mojżesza: stare midrasze żydowskie opowiadają, że Mojżesz po objawieniu Boga na Horebie nie potrafił współżyć z Seforą. I że Sefora też nie mogła. I od tej pory żyli w celibacie.

– Doświadczyli magis poza sobą...

– Tak, stało się coś więcej! Nie postrzegajmy tego w ten sposób: musieli się codziennie powstrzymywać i w ten sposób troszczyli się o życie w czystości. Nic podobnego! Skoro Maryja i Józef mieli przy sobie taki reaktor jądrowy miłości, jakim jest Serce Jezusa, to mieli zakładać dodatkowe kaloryfery? Czy mogłoby być coś jeszcze bardziej interesującego? Gdy jest Jezus, to jest taka Miłość, że już żadna inna nie pociąga!

– Czy na tym zasadza się też celibat?

– W istocie powinien. Na początku może zacząć się od powściągania, ale czystość jest łaską, nie efektem postanowień i karkołomnych wyrzeczeń. To jest dar – dostajesz go, a nie ćwiczysz się w osiągnięciu jakiegoś poziomu.

– Czyli czystość można sobie wyprosić?

– W jedną chwilę.

– Nie ma dwóch takich samych powołań?

– Nie – i to widać w projekcie powołania św. Józefa, który odkrywamy już w Księdze Rodzaju w osobie Józefa Egipskiego. On jest tu szkicem, który Duch Święty sobie nakreślił. Jeśli ktoś jest mądry, to domyśli się, o co tu chodzi: będzie kiedyś taki człowiek i też będzie miał na imię Józef, czyli „Jahwe wzbogacił”. A tylko Jahwe może wzbogacić. I musiał się urodzić taki człowiek, był przewidziany. Mówi się, że Maryja była przewidziana w Raju, więc jeśli tak, to i Józef.

– My też?

– Przecież byliśmy utkani we wnętrzu Ziemi, zanim żeśmy się urodzili! Jesteśmy przewidziani. Nikt z nas nie jest tu przypadkiem.

– Ojcze, ale choć każdy z nas był przewidziany, to jednak przybywamy i zawodzimy. Józef dał radę ze swoim powołaniem, a nam dość często nie wychodzi.

– Są różnice w przeznaczeniach. Wielu jest powołanych do królestwa Bożego, niewielu jest wybranych; wśród tych wybranych są i tacy, którzy wybierają po swojemu, i tacy, którzy choćby nie chcieli, to i tak pójdą do nieba, bo Bóg bardzo się na nich uparł.

– Och, jak ja bym chciała, żeby się na mnie uparł...

– (śmiech) Są między ludźmi różnice. Ale Józef był jedną jedyną, wyjątkową osobą i sam też potrzebował czasu, aby odkryć, że nie jest na świecie przypadkiem, jaka jest jego misja, co ma robić. Wreszcie odkrył i zdecydował: wchodzę w to. I wszedł na zawsze.

– Józef i Maryja stworzyli Świętą Rodzinę. Mówi Ojciec, że to było pierwsze sanktuarium, bo Oni pierwsi adorowali Jezusa. I to jest nasz ideał, wzór. Ale popatrzmy na rodziny dzisiaj. Ludzie decydują się na małżeństwo i zakładają z góry, że jeśli im się nie uda, to się rozejdą. Co się takiego wydarzyło po drodze dziejów, że my, ludzie, nie wierzymy, że to się da doprowadzić do końca?

– Doświadczenie tysięcy małżeństw, które się rozpadają. Lęk związany z trwałością związku. Ludzie się boją, że to nie wyjdzie. Ale za tym wszystkim stoi grzech, czyli zaprzeczenie czystości. Widzę, jako spowiednik, gdy słucham ludzi, że nadużycia w sferze seksualnej, np. seks przedmałżeński, powodują, że w ludziach zwiększa się lęk co do drugiej osoby. Obawa jest coraz większa, szansa na zdradę jest jeszcze większa, bo są otwarte drzwi do ciała. Niebezpieczeństwo zaniku uczuć wyższych jest jeszcze większe. Nie dlatego współżycie przed ślubem jest grzechem, że Bóg ma złośliwy charakter i chce odmówić ludziom przyjemności, tylko dlatego, że konsekwencje tych nadużyć przedmałżeńskich są tragiczne dla człowieka. Wszystko, co jest nieszczęściem dla człowieka, Bóg nazwał grzechem. Gdyby ktoś się nad tym uczciwie zastanowił, toby stwierdził, że to się w ogóle nie opłaca, bo jeśli ja będę współżył przed małżeństwem, to po pierwsze nigdy nie będę ufał drugiej stronie – bo jaką mam gwarancję, że skoro ona nie może się powstrzymać od współżycia ze mną teraz, to za pięć lat powstrzyma się od współżycia z kimś innym? Nie mam żadnej gwarancji, bo widzę, że ta osoba nie umie panować nad swoim ciałem, nie umie powiedzieć: nie. Więc co, gdy przestanie mnie tak bardzo kochać? A średnio człowiek dorosły może się zakochać nawet dziesięć razy, jeśli jest normalny – to może się zdarzyć. Tylko że zakochać się albo nawet pokochać nie oznacza od razu grzeszyć. A dla wielu ludzi to jest tożsame... i ci są już nieszczęśliwi. Bo co? Skoro dziesięć razy się zakochałem, to tyle razy mam wziąć ślub?

– A po drugie: Dlaczego współżycie przed ślubem, uczciwie patrząc, się nie opłaca?

– Bo oznacza nadużywanie antykoncepcji. I pojawia się asocjacja, proste skojarzenie: seks to jest lęk.

– Przed dzieckiem...

– I dalsze: dziecko równa się zagrożenie, mój chłopak równa się agresja, bo spotkanie z nim owocuje dzieckiem, a ja nie chcę dziecka. Po dwudziestu latach takiej antykoncepcji można patrzeć na męża tylko jak na wroga, na żonę – podobnie. Antykoncepcja prowadzi do rozbicia, bo skojarzenia są jednoznaczne: to jest mój wróg, zagraża mi, muszę się bronić przed tym mężczyzną, żeby nie zajść w ciążę.

– Antykoncepcję wymyśliliśmy my, ludzie. Co zawiodło, że sami wykreowaliśmy potwora, który nas zjada? Czy Kościół na tej drodze też zawiódł?

– Nie, Kościół od początku mówił prawdę, encyklika „Humanae vitae” mówiła prawdę, ale może zbyt teologicznym językiem. Może zabrakło przykładów, prostych wskazań akcji-reakcji, opisu decyzji i ich konsekwencji. Być może wielu uznało, że to za mało życiowe, takie mądre ex cathedra, i nie przyjęło się, nie miało związku z życiem.

– Czy możemy jeszcze ten proces zatrzymać, odwrócić?

– Tak, oczywiście, że tak, wszystko da się zrobić. Trzeba zacząć od przekonywania poszczególnego człowieka, a nie tłumów. Przecież kiedy ktoś przychodzi do mnie do spowiedzi i mówię mu o konsekwencjach jego działań, to ta osoba łatwiej daje się przekonać, niż gdyby stała na wielkim placu. Pozostaje jeszcze tylko kwestia słabości, przyzwyczajeń, grzesznych nawyków, ale od tego mamy środki sakramentalne, które służą pomocą tym, co chcą wychodzić na prostą. I wychodzą. Znam takich ludzi, którzy podjęli decyzję o zmianie życia i radzą sobie bardzo dobrze. Najważniejsze: nie żałują. Poza tym jeśli ktoś eksploatuje się seksualnie przed ślubem, to zanikają w nim uczucia wyższe – nie ma poświęcenia, empatii, miłosierdzia, jest wykorzystywanie. A gdy w małżeństwie nie ma uczuć wyższych, a pojawi się wykorzystywanie, to małżeństwo nie ma szans przetrwać. Eksploatowanie się seksualne przed ślubem, bez przysięgi, nie kontaktuje się z pełnią miłości Boga, czyli ciągle się wyczerpuje...

– Muszę zadać to pytanie: co zmienia przysięga?

– Wszystko, bo to nie jest zwykła przysięga. To jest uczestnictwo w życiu Chrystusa i Kościoła, bo sakrament to jest partycypacja w tym, co Chrystus robił z Kościołem. Sakrament małżeństwa jest na obraz miłości Chrystusa do Kościoła. A jaka to jest miłość? Przede wszystkim wierna, nigdy nas nie opuści. Żeby czerpać z tej wierności, żeby mieć gwarancję, że moja przysięga nie jest gołosłowiem, to ja, przez sakrament, podłączam się do tej miłości.

– Ale tyle osób się podłącza, staje przed ołtarzem, a jednak odsetek rozwodów rośnie. Nie mówiąc już o wydłużającej się liście tych, którzy mają potrzebę sprawdzić ważność zawartego przez siebie małżeństwa.

– Tak, nawet są już specjalne firmy, które w tym pomagają. Odpowiem na to pytanie, zadając inne: Ilu ludzi podchodzi do zawieranych sakramentów, nawet do samej spowiedzi, w sposób zupełnie szczery? Nie jest tajemnicą, że duży odsetek spowiedzi przedślubnych to są spowiedzi świętokradzkie. Więc jak Bóg może coś gwarantować...? Gdy taka sytuacja ma miejsce, już na starcie jest falstart. To widać czasem po twarzach młodych ludzi, którzy stają w ślubnych strojach przed ołtarzem, że oni przyszli do kościoła odegrać role, jest im potrzebny lokal dla ich przedstawienia. W ogóle nie ma żadnego Boga... A ja, jako kapłan, jestem tu tylko aktorem, który też ma odegrać jakąś rolę. I wtedy nie ma podłączenia pod Bożą miłość, mimo że przyszli.

– Czyli jesteśmy ochrzczonymi ateistami?

– W pewnym sensie tak jest. Być może stało się tak z powodu przesunięcia akcentów w nauczaniu, tak długo powtarzaliśmy „kochaj bliźniego samego”, że odeszliśmy od treści najważniejszej: kochaj Boga. Przecież gdy spytamy kogoś na ulicy o to, co jest dla niego najważniejsze, to odpowie, że rodzina. A rodzina nie jest najważniejsza. Rodzina nie jest Bogiem. Czy ktoś zwrócił na to uwagę? A jeśli rodzina nie jest Bogiem, to Bóg przestaje być rodziną... bo rodzina jest najważniejsza. I w ten sposób odcinamy się od Niego. To nie jest niuans, to jest rdzeń.

– Bóg jest miłością, ale miłość nie jest Bogiem...

– Tak! I wtedy można pytać: Kogo ty pragniesz? Żony, która stoi przed tobą? Czy Boga, który jest w niej, który ją stworzył, który ci ją dał? Kto jest dla ciebie ważniejszy?

– I pada odpowiedź: żona.

– Dobrze, to spotkamy się najdalej za pięć lat, żeby ratować małżeństwo. Twoja żona nie jest źródłem miłości. Ty, jako mąż, też nie jesteś źródłem miłości.

– Dlaczego nie wszyscy o tym wiemy?

– Jak to? Przecież wszyscy wiedzą, to jest proste!

– Chyba jednak nie jest, bo mamy lawinę rozwodów i długą listę zapytań o ważność zawartego małżeństwa…

– Jednym z grzechów jest też głupota, Jezus mówi o tym wyraźnie. Głupota to jest niechęć do zrozumienia. Gdy jest niemożliwość, to mamy do czynienia z niedorozwojem. Ale gdy jest niechęć, to mamy do czynienia z grzechem.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Bydgoszcz: Monstrancja Fatimska podczas pielgrzymki na Jasną Górę

2018-07-17 21:22

jm / Bydgoszcz (KAI)

Akademicka grupa „Przezroczysta” przy parafii MB Królowej Męczenników w Bydgoszczy zaprasza do wspólnej modlitwy podczas Diecezjalnej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę w towarzystwie Monstrancji Fatimskiej „Niewiasta Eucharystii”, która wyruszy z pątnikami na szlak.

Aleksandra Wojdyło

Monstrancja - a w niej przede wszystkim Eucharystyczny Pan Jezus - staje się dla pielgrzymów wielkim darem w przygotowaniu do peregrynacji kopii cudownego Obrazu Matki Boskiej Jasnogórskiej, której wizytę przeżywać będziemy w parafiach diecezji bydgoskiej od września. - Chcemy adorować Pana Jezusa poprzez Jego Matkę Maryję i od Tej, która jest „Pełna Łaski”, uczyć się wymawiać nasze codzienne „fiat” - powiedział ks. Piotr Wachowski.

Kapłan dodał, że adoracja Najświętszego Sakramentu podczas pielgrzymki staje się na dziś najważniejszą intencją dla diecezji. - Chcemy modlić się za młodzież w cieniu zbliżającego się synodu biskupów na temat ich wiary i rozeznania powołania, by wyraźnie odczytywała swoją życiową misję i odpowiadała na nią ochoczo - jednym słowem: by nie zabrakło naszej diecezji kapłanów i sióstr zakonnych. Tego roku intensywnej modlitwy o powołania nie możemy zmarnować i jest to zadanie każdego z nas - dodał.

Pierwsza Adoracja będzie miała miejsce podczas wieczoru uwielbienia „Pełna łaski” w Bazylice kolegiackiej św. Piotra i Pawła w Kruszwicy 22 lipca o godz. 20.

Monstrancje powstała w renomowanej pracowni Drapikowski Studio. Przedstawia Maryję - Niewiastę obleczoną w słońce, u której stóp znajduje się księżyc. W centrum, w sercu Niewiasty Eucharystii, znajduje się miejsce, w którym umieszczany jest Najświętszy Sakrament. Niepokalane Serce Maryi to Dom Jezusa Chrystusa, Księcia Pokoju. Symboliczną wartość monstrancji podkreśla 12 fragmentów meteorytu, rozmieszczonych w aureoli oraz fragment skały księżycowej, wtopiony pod stopami Maryi. Każdy z tych dodatkowych elementów posiada certyfikat NASA.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem