Reklama

Bądź jak Jezus 2018

Franciszek w Peru (synteza 1 i 2 dzień)

2018-01-20 14:32

tom, st, kg (KAI) / Lima


Spotkania z ludnością Amazonii, mieszkańcami regionu Madre Dios, wizyta w Domu opieki Principito, obiad z przedstawicielami ludów Amazonii w Puerto Maldonado, spotkanie z przedstawicielami władz, społeczeństwa obywatelskiego i korpusu dyplomatycznego oraz z jezuitami w Limie złożyły się na pierwsze dwa dni wizyty apostolskiej Franciszka w Peru 18-19 stycznia br. Przebiega ona pod hasłem: „Zjednoczeni w nadziei” i potrwa do 21 stycznia. Jest to 22 podróż zagraniczna papieża Bergoglio w ramach, której wcześniej odwiedził Chile.

Powitanie

Godzinę wcześniej niż planowano samolot chilijskich linii lotniczych LATAM, A 321 wylądował na płycie międzynarodowego lotniska im. Jorge Cháveza Limie. Od chwili wkroczenia w przestrzeń powietrzną Peru maszyna była eskortowana przez myśliwce peruwiańskiego lotnictwa wojskowego.

Po podstawieniu schodów na pokład samolotu wszedł nuncjusz apostolski, abp Nicola Girasoli oraz szef protokołu. U stóp schodów Ojca Świętego powitał prezydent Peru, Pedro Pablo Kuczyński wraz z małżonką. Dwoje dzieci w strojach narodowych wręczyło Franciszkowi wiązankę kwiatów. Następnie podszedł do papieża arcybiskup Limy, kard. Juan Luis Cipriani, przewodniczący episkopatu, abp Salvador José Miguel Piñeiro García-Calderón, a także inni przedstawiciele Kościoła. Papież wraz z prezydentem przeszli przed frontem kompanii honorowej. W trakcie powitania obydwaj mieli okazję do zamienienia kilku serdecznych słów. Odegrano hymny Stolicy Apostolskiej i Peru.

W trakcie przedstawienia obydwu delegacji chór i orkiestra „Sinfonia per Peru” odegrały i odśpiewały „Alleluja” z oratorium „Mesjasz” Jerzego Fryderyka Haendla, podkreślając historyczny charakter papieskiej wizyty.

Reklama

Po przejściu przez terminal VIP Franciszek pożegnał się z prezydentem i w samochodzie zamkniętym marki "Fiat" udał się do nuncjatury apostolskiej.

Wcześniej na całej, liczącej 13 kilometrów drodze z lotniska do papieskiego przedstawicielstwa zebrały się liczne rzesze Peruwiańczyków, entuzjastycznie witających Franciszka. Już w centrum stolicy Peru, Ojciec Święty przesiadł się z osobowego "Fiata" do samochodu panoramicznego. Niestrudzenie pozdrawiał wiwatujących mieszkańców Limy. Przed nuncjaturą apostolską zgromadziło się szczególnie wielu młodych, wołających: „Jesteśmy młodzieżą papieża”. Obok przedstawicieli władz miejskich, służb porządkowych byli też młodzi, ubrani w mundury Gwardii Szwajcarskiej.

Ojciec Święty podziękował za serdeczne przyjęcie i zauważył, że jest już późno. Zachęcił do wspólnego odmówienia „Zdrowaś Maryjo” i udzielił zgromadzonym apostolskiego błogosławieństwa.

Spotkanie z ludami Amazonii

Do obrony i docenienia swych najlepszych tradycji oraz należnej im godności wezwał Franciszek ludy Amazonii. Spotkanie z nimi 19 stycznia w Coliseo Madre de Dios w Puerto Maldonado było pierwszym jego wystąpieniem publicznym na ziemi peruwiańskiej. Papież podkreślił zaangażowanie Kościoła na rzecz obrony życia, ziemi i kultur.

Na początku Ojca Świętego powitał wikariusz apostolski Puerto Maldonado - bp David Martínez de Aguirre Guinea OP. Podkreślił, że bogactwem tych ziem są nie tylko minerały i przyroda, ale przede wszystkim miejscowi mieszkańcy, ludność tubylcza. "Przybyłeś, Ojcze Święty, aby wysłuchać krzyku ziemi i najuboższych. Są oni najlepszymi twymi rozmówcami, a nas, misjonarzy, nauczyłeś spoglądać na świat z ich perspektywy i rzeczywiście staje się on wówczas bardziej braterski i piękniejszy" - powiedział biskup-dominikanin. Dodał, że ludzi ci doświadczają wielu cierpień a nawet jest zagrożona w swym istnieniu i poprosił papieża o błogosławieństwo dla tej ziemi.

Kolejne punkty programu obejmowały pokazy tańców i pieśni tubylczych oraz świadectwa ich przedstawicieli. Złożyli je Héctor Sueyo i Yésica Patiachi z ludu Harakbut oraz María Luzmila Bermeo z ludu Awajun. Mówili oni o zagrożeniach, jakie im towarzyszą w związku z działalnością wielkich spółek użytkujących bogactwa mineralne, drewno, zwierzęta i inny dorobek tych ziem, a także wskutek zmian klimatycznych. Ludzie czują się zagrożeni zarówno w samym swym istnieniu, jak i utratą swych zwyczajów, języka, kultury itp.

Następnie zabrał głos Ojciec Święty, który powitał wszystkich, wymieniając liczne grupy etniczne, które przybyły na spotkanie. Zauważył, że wskazuje to na wielki pluralizm nieskończonej różnorodności i ogromnego bogactwa biologicznego, kulturowego, duchowego tych ziem. „Pochwalony bądź Panie za to wspaniałe dzieło ludów amazońskich i za całą różnorodność biologiczną, jaką zawierają te ziemie!” – powiedział Ojciec Święty.

Nawiązując do głębokich ran Amazonii wyznał, że kierowała nim także potrzeba wyrażenia swej solidarności z jej mieszkańcami. „Chciałem tu przybyć, aby was odwiedzić i wysłuchać, aby być razem w sercu Kościoła, aby zjednoczyć się z waszymi wyzwaniami oraz wraz z wami potwierdzić raz jeszcze stanowczą opcję na rzecz obrony życia, ziemi i na rzecz obrony kultur” – powiedział Franciszek.

Przypomniał zniszczenia związane z rabunkową eksploatacją zasobów, ale także z handlem ludźmi, zniewoloną siłą roboczą i wykorzystywaniem seksualnym. Wskazał, iż konieczne jest przełamanie starego wzorca, który uważa Amazonię za niewyczerpany magazyn państw, nie biorąc pod uwagę jej mieszkańców. Zauważył też, że uznanie i dialog będą najlepszym sposobem na przekształcenie dawnych stosunków naznaczonych wykluczeniem i dyskryminacją.

Ojciec Święty podkreślił znaczenie obecności i stylu życia Indian Amazonii dla wszystkich mieszkańców Ziemi. „Jeżeli niektórzy uważają was za przeszkodę lub «zawadę», to w rzeczywistości swoim życiem krzyczycie o takim stylu życia, który nie jest w stanie zmierzyć własnych kosztów. Jesteście żywą pamięcią o misji, którą Bóg powierzył nam wszystkim: troszczyć się o wspólny dom” – powiedział papież.

Szczególną uwagę zwrócił na ludy, które wybrały dobrowolną izolację, najbardziej podatne na zagrożenia spośród zagrożonych. „Ich obecność przypomina nam, że nie jesteśmy absolutnymi panami całego stworzenia i że nie możemy rozporządzać dobrami wspólnymi w rytmie zachłanności konsumpcji. Trzeba, aby istniały ograniczenia, które pomogłoby nam bronić się przed każdą próbą masowego zniszczenia ostoi, która nas tworzy” – stwierdził Ojciec Święty.

Zaapelował, aby w pierwotnych mieszkańcach Amazonii dostrzegać partnerów. „Pilnie należy przyjąć istotny wkład, jaki ofiarowują całemu społeczeństwu, nie czynić z ich kultur idealizacji stanu naturalnego, a także swego rodzaju muzeum stylu życia z przeszłości. Ich wizja wszechświata, ich mądrość mogą nas, nie należących do ich kultury, wiele nauczyć” – powiedział papież.

Zauważył, że jednym z zagrożeń, przed jakimi stają ludy Amazonii, jest kolonializm kulturowy, atakujący przede wszystkim rodzinę. „W minionych chwilach kryzysu, w obliczu różnych imperializmów, rodzina ludów pierwotnych była najlepszą obroną życia. Wymaga to od nas szczególnej ostrożności, aby nie dać się zniewolić kolonializmom ideologicznym, udającym postęp, które stopniowo wchodzą i niszczą tożsamości kulturowe oraz ustanawiają mentalność jednolitą, dominującą … a słabą” – stwierdził Franciszek.

Podkreślił znaczenie mądrości przodków, ale także konieczność edukacji międzykulturowej. Zachęcił ludy Amazonii do pogłębiania znajomości swych dziejów, tradycji, kultury i sztuki. Zaznaczył, że każda kultura i każda wizja wszechświata, która przyjmuje Ewangelię, wzbogaca Kościół wizją nowego aspektu oblicza Chrystusa.

„Kościół nie jest obcy waszym problemom i waszemu życiu, nie chce być obcy waszemu sposobowi życia i organizowania się. Trzeba, aby ludy pierwotne kształtowały kulturowo lokalne Kościoły amazońskie. Pomóżcie waszym biskupom, misjonarzom i misjonarkom, aby łączyli się z wami i w ten sposób, prowadząc dialog ze wszystkimi, mogli kształtować Kościół o obliczu amazońskim oraz Kościół o obliczu rodzimym” – stwierdził Ojciec Święty. Jednocześnie przypomniał, że w roku 2019 odbędzie się Synod Biskupów dla Amazonii.

Po przemówieniu reprezentanci ludów rdzennych przekazali papieżowi liczne dary, symbolizujące ich twórczość, zwyczaje i tradycje. Ojciec Święty został udekorowany kolorowym wiankiem na głowie - obok swej białej piuski - i przepasany długim białym paskiem.

Na zakończenie wśród licznych oklasków i radosnych okrzyków opuścił miejsce spotkania i odjechał samochodem elektrycznym, po czym przesiadł się do papamobilu, którym pojechał na spotkanie z przedstawicielami ludności tego regionu Madre de Dios.

Tagi:
Franciszek w Chile i Peru

Zdjęcia, które mówią

2018-01-24 12:43

Ks. Paweł Rozpiątkowski
Niedziela Ogólnopolska 4/2018, str. 4-5

To zdjęcie wyraża więcej niż tysiąc słów – przypomniał znaną maksymę papież Franciszek, wręczając dziennikarzom lecącym z nim do Chile i Peru wstrząsającą fotografię, która obrazuje skutki wybuchu bomby atomowej. Zdjęcie można zobaczyć na str. 10 bieżącego numeru „Niedzieli”

Vatican Media
W więzieniu dla kobiet

Spójrzmy na kilka obrazów zastępujących słowa, które wryły się w pamięć opinii publicznej podczas pielgrzymki do Chile i Peru w dniach 15-22 stycznia 2018 r. Wybraliśmy kilka ważnych stop-klatek.

Ślub w samolocie

Podczas pierwszego etapu 22. zagranicznej podróży Franciszka pierwszym wyjątkowym obrazem były uszczęśliwione twarze chilijskiej pary stewardesy i stewarda. Oboje byli w pracy na pokładzie samolotu, którym Papież leciał do Santiago. Podeszli do Franciszka i prosili o wspólną fotografię i błogosławieństwo. Po krótkiej rozmowie i zbadaniu sytuacji obydwojga Ojciec Święty pobłogosławił ich małżeństwo, gdyż nie mieli jeszcze ślubu kościelnego – dopiero zamierzali zawrzeć sakramentalny związek małżeński. Planowali już ceremonię, ale trzęsienie ziemi zniszczyło ich parafialny kościół w Santiago de Chile. Świadkami sakramentu byli dyrektor kompanii LATAM Airlines – Ignacio Cueto oraz odpowiedzialny za organizację papieskich podróży ks. prał. Mauricio Rueda Beltz. Na koniec spisano akt zawarcia małżeństwa, a chilijska para była wtedy chyba najszczęśliwsza na świecie.

Inny obraz, który obiegł cały świat, to zatrzymujące się gwałtownie na polecenie Franciszka papamobile, z którego wysiadł i pochylił się z troską nad policjantką, gdyż przed chwilą koń zrzucił ją z siodła. Te obrazy pokazują prawdziwą twarz Ojca Świętego i to, że lubi zaskakiwać. I pewnie jeszcze nie raz zaskoczy.

Eucharystie

Pielgrzymka do Chile była podobna do innych papieskich podróży. Ojciec Święty spotykał się z tymi grupami społecznymi, z którymi zazwyczaj ma zamiar się spotykać. Pełne emocji było spotkanie z więźniami, konkretnie z kobietami odbywającymi karę pozbawienia wolności w Kobiecym Ośrodku Penitencjarnym św. Joachima w Santiago. Było – jak zwykle – czuwanie z młodzieżą, podczas którego Franciszek odszedł od przygotowanego przemówienia i improwizował. Jedno z piękniejszych przemówień całego dotychczasowego pontyfikatu – jak ocenili na gorąco komentatorzy – Franciszek skierował do chilijskiego duchowieństwa.

Najważniejszymi punktami w programie pielgrzymki były Msze św., a szczególne eucharystyczne celebracje z Mapuczami na południu i w najbogatszym w Ameryce Południowej Iquique, do którego ściągają rzesze imigrantów, na północy kraju.

Apel o pojednaną różnorodność

Najbardziej elektryzująca i wyczekiwana była wizyta w Temuco, największym mieście regionu zamieszkiwanego przez blisko 600 tys. Mapuczów. Walczą oni od lat o zabraną im przez kolonizatorów ziemię. Nie stronią w ostatnim czasie od przemocy, a ich ataki często wymierzane są w kościoły i kaplice. Nasiliły się one przed wizytą Ojca Świętego. Nie zabrakło również anonimów z groźbami wobec samego Franciszka. Liczba uczestników Eucharystii pokazała, że nie wszyscy Mapucze zgadzają się z tą taktyką. Na lotnisku Maquehue w chilijskim Temuco było ich 400 tys. Papież także w ich imieniu upomniał się o należne im prawa i potępił doznane wcześniej i później krzywdy – po jednej i po drugiej stronie. Tubylcom i rządzącym powiedział: – Jedność jest pojednaną różnorodnością, ponieważ nie toleruje, aby w jej imieniu usprawiedliwiano niesprawiedliwości osobiste lub wspólnotowe. Franciszek nie unikał również trudnego, sprawiającego Kościołowi w Chile wiele problemów, tematu pedofilii. Spotkał się z ofiarami i – jak przekazał rzecznik Watykanu – płakał razem z nimi.

Życie, kultury, ziemia

Jako obraz symbol drugiego etapu amerykańskiej pielgrzymki Papieża w andyjskim Peru można potraktować zdjęcie, na którym uwieczniono go w tradycyjnej peruwiańskiej czapce – chullo. Symbolizowała ona jakby główne tematy, które podjął Franciszek – podkreślenie znaczenia rdzennych ludów tej ziemi, ich kultury i form pobożności. Wizytę w Peru rozpoczął nie od spotkania z władzami kraju, ale odwiedził prawdziwych gospodarzy – ludy Amazonii. W Coliseo Regional Madre de Dios w Puerto Maldonado Ojciec Święty spotkał się m.in. z przedstawicielami ludów: Ese’Eja, Matsigenka, Yines, Shipibo, Asháninka, Yanesha, Kakinte, Nahua, Yaminawá, Kaxinawá, Madija, Manchineris, Kukamas, Kandozi, Keczua, Witoto, Shawi, Achuar, Bora, Aguaruna, Wampi. Tych nazw zapewne nikt z nas nigdy nie słyszał i gdyby nie Ojciec Święty, pewnie by nie usłyszał. Podczas przemówienia, które dotyczyło zarówno ludzi, ziemi, jak i kultur, padło wiele istotnych słów. – Obrona ziemi nie ma innego celu niż obrona życia – wskazał Franciszek na nierozerwalną, zagrożoną więź między ludźmi a ich „domem”, czyli ziemią. Ludzie tworzą kultury, z których każda stanowi bogactwo. – Zanik pewnej kultury – przestrzegł Ojciec Święty za tym, co napisał w encyklice „Laudato si’” – może być równie albo jeszcze bardziej poważny niż wyginięcie gatunku zwierząt lub roślin.

Miłosierdzie

W słowach skierowanych do Peruwiańczyków czy to w Puerto Maldonado, czy dzień później w Trujillo, które jako pierwsze miasto ogłosiło niepodległość od Hiszpanii, podczas zarówno nabożeństwa maryjnego, jak i spotkania z duchowieństwem, Franciszek przekonywał o wartości ludowej pobożności. – Wasz lud – zwrócił się do duchownych – okazał ogromną miłość do Jezusa Chrystusa, Matki Bożej oraz świętych i błogosławionych, z wieloma nabożeństwami, których nie odważę się wymienić po imieniu, z obawy przed pominięciem niektórych. Kilkakrotnie w papieskich wystąpieniach pojawiał się również ulubiony wątek miłosierdzia. – Nie ma bowiem lepszego lekarstwa na wyleczenie wielu ran – zapewnił Peruwiańczyków – niż serce zdolne do miłosierdzia, serce zdolne do okazania współczucia w obliczu cierpienia i nieszczęścia, w obliczu błędu i pragnienia powstania wielu ludzi, którzy często nie wiedzą, jak to uczynić.

Ostatnim, bardzo mocnym akordem pielgrzymki była Msza św. w bazie lotniczej „Las Palmas”. Wzięło w niej udział aż milion osób.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Pani Anielska, uciekamy się pod Twoją obronę!

2018-05-21 09:44

Joanna Folfasińska | Archidiecezja Krakowska

- Nad figurą Pani Anielskiej, czczonej w waszej świątyni unosi się Duch Święty - Duch Prawdy, Duch Mocy, Duch Mądrości, Duch, który niesie pocieszenie. Ona była pierwszą, która otworzyła się na działanie Ducha Świętego. To dzięki Niemu stała się matką Bożego Syna. To Ona stała się, jako wierna Służebnica Pańska, Matką Kościoła. - mówił abp Marek Jędraszewski, w niedzielę Zesłania Ducha Świętego, podczas Mszy św. w 50. rocznicę koronacji figury NMP Anielskiej w sanktuarium w Dąbrowie Górniczej.

Joanna Adamik/Archidiecezja Krakowska
Matki Bożej Anielskia w Dąbrowie Górniczej

Arcybiskup rozpoczął homilię od rozważania słów dzisiejszej Ewangelii. Przypomniał Chrystusową zapowiedź z Wieczernika, w której Zbawiciel obiecał zesłanie Pocieszyciela - Ducha Prawdy. Konsekwencją tego wydarzenia było poznanie całej prawdy przez apostołów i świadczenie o Chrystusie. Uczniowie, wraz z Maryją, z nadzieją oczekiwali spełnienia obietnicy, trwając jednomyślnie na modlitwie. Obecność Ducha Świętego otworzyła apostołów na nową Chrystusową antropologię, która stoi w sprzeczności z myśleniem i postępowaniem tego świata.

- Apostołowie mówili o Chrystusie Synu Bożym, zdradzonym przez arcykapłanów i przywódców, odrzuconym przez naród, ukrzyżowanym, ale zmartwychwstałym i tym, który zasiadł po prawicy Ojca i zesłał Ducha Świętego. Sprawił On, że niewykształceni i prości apostołowie mogli z wielką mocą głosić niezmierzone tajemnice zbawienia. Tego, jak Bóg umiłowała świat - wydając za świat i dla tego świata - swojego Jednorodzonego Syna, aby każdy, kto w Niego uwierzył, nie zginął, ale miał życie wieczne.

Joanna Adamik/Archidiecezja Krakowska
Uroczystość 50-lecia koronacji Matki Bożej Anielskia w Dąbrowie Górniczej

Arcybiskup podkreślił treściową jedność nauczania Kościoła i fakt, że pomimo wielości języków, głosi on tę samą prawdę. Poświadcza ją przykład postępowania pierwszych chrześcijan i ich gotowość do złożenia w ofierze swojego życia.

- Było to nauczanie jednoznaczne. Jeżeli w dzień zesłania Ducha Świętego dokonał się cud, polegający na tym, że apostołowie mówili po aramejsku, a przybysze z całego świata słyszeli ich we własnych językach, to potem Kościół głosił, w różnych językach, ciągłe tę samą prawdę „w porę i nie w porę", stając się znakiem sprzeciwu dla tego świata, ale jednocześnie znakiem nadziei na zmianę świata.

Hierarcha zwrócił uwagę na liczne prześladowania, jakie były udziałem Kościoła w pierwszych trzech wiekach chrześcijaństwa. Wierzący w Chrystusa zaskakiwali pogan swoją miłością i stylem życia. Arcybiskup odwołał się do fragmentu apologii „List do Diogneta", w którym chrześcijanie porównani zostali do duszy świata.

- Dusza w ciele daje temu ciału życie. Tak temu światu życie dają chrześcijanie przez swoją wiarę w Boga w Trójcy Świętej Jedynego i przez swoje życie, dla którego wzorem najwyższym jest Chrystusowa Ewangelia.

Dodał, że już pierwsi chrześcijanie otaczali niezwykłą czcią Maryję. Była Ona obecna pod krzyżem, w chwili, kiedy rodził się Kościół, a także w Wieczerniku podczas zesłania Ducha Świętego, stając się tym samym Matką Kościoła, do której uciekali się wszyscy wierzący od początku chrześcijaństwa.

Metropolita przypomniał historię dąbrowskiej bazyliki. W 1897 roku proboszcz parafii, ks. Grzegorz Augustynik, otrzymał kopię obrazu Matki Bożej Włoszczowskiej, którą w uroczystej procesji wniesiono do kościoła. Na jej podstawie wykonano rzeźbę i umieszczono ją w głównym ołtarzu.

- Po raz kolejny wpatrujemy się w Jej postać - Niewiasty z Apokalipsy, bo jest otoczona kręgiem aniołów, a nad Jej głową jaśnieje wieniec z dwunastu gwiazd. Trzyma na ręku swoje Dzieciątko - Pana wszechświata i Pana dziejów, co wyraźnie podkreślone jest przez berło Pani i Królowej, które dzierży w drugiej ręce. Jej obecność - Niewiasty z Apokalipsy, Pani Anielskiej, wskazuje na ciągłe zmaganie się ze złem tego świata, co symbolicznie ukazuje jej stopa, depcząca głowę starodawnego węża.

Podkreślił, że dzięki wysiłkom ks. Augustynika i darom robotników udało się wybudować, pomimo licznych przeszkód ze strony komunistycznej administracji, dąbrowską świątynię, w której prężnie działały liczne instytucje charytatywne i duszpasterskie.

- Ten Kościół stał się ośrodkiem tylu wspaniałych rzeczy, mówiących o ludzkiej solidarności i wzajemnym zatroskaniu. Rzeczy te wynikają z najgłębszego przesłania Ewangelii i przykazania miłości bliźniego.

Arcybiskup wyraził swoje zaniepokojenie procesami laicyzacji, jakie zaszły w Europie począwszy od końca lat 60. ubiegłego wieku. Miała wtedy miejsce, wyrosła z marksistowskich korzeni, rewolucja, która odrzucała założenia Dekalogu i chrześcijańską wizję człowieka. Jej skutki widać także dzisiaj. Mówił o nich także Jan Paweł II, który w adhortacji apostolskiej „Ecclesia in Europa" przestrzegał przed utratą pamięci i chrześcijańskiego dziedzictwa.

Koncząc homilię, metropolita zastanawiał się, w jaki sposób, pomimo moralnego relatywizmu i hedonizmu współczesnego świata, żyć w sposób piękny, godny i szlachetny. Odpowiedzią na to ważne i fundamentalne pytanie jest ucieczka pod opiekę Najświętszej Maryi Panny Anielskiej.

- Pod Jej obronę, nieustanną, czułą, macierzyńską, wymagającą, a jednocześnie niosącą tyle pociechy i zrozumienia, trzeba nam się zawsze uciekać, by nas uczyła jak otwierać się na Ducha Świętego, jak żyć Jego natchnieniami i nosić w sobie nadzieję, że idąc z Chrystusem i za Chrystusem, dojdziemy do królestwa prawdy, sprawiedliwości i szczęścia bez granic. Trzeba nam ciągle wpatrywać się w Nią - Niewiastę Apokalipsy, by ponawiać w sobie moc ducha pierwszych chrześcijan.

Arcybiskupa przywitał proboszcz i kustosz sanktuarium - ks. kanonik Andrzej Stasiak, który przedstawił bogatą historię świątyni. Kościół Matki Bożej Anielskiej jest jedną z największych neogotyckich budowli w Polsce. Budowę rozpoczęto w 1875 roku. W 1901 roku świątyni nadano rangę bazyliki, a trzy lata później, w ołtarzu głównym umieszczono figurę Matki Bożej Anielskiej. 2 sierpnia 1957 kard. Stefan Wyszyński ogłosił NMP Anielską patronką Dąbrowy Górniczej i Matką Zagłębia.

W 1968, pomimo oporu ze strony komunistycznego systemu, metropolita krakowski - Karol Wojtyła i prymas Polski - Stefan Wyszyński koronowali figurę Matki Bożej Anielskiej w dąbrowskim sanktuarium, nakładając na skronie Jezusa i Maryi papieskie korony.

Głos zabrał również Grzegorz Kaszak - biskup diecezji sosnowieckiej, który podziękował wiernym za przybycie i modlitwę.

- Osoba księdza arcybiskupa Marka, który przybywa do nas z Krakowa ma dla nas szczególne znaczenie, ponieważ przywodzi na myśl osobę wybitnego patrioty - Jana Pawła II, który przybył tutaj jako Karol Wojtyła, aby wspólnie z Prymasem Tysiąclecia - kardynałem Wyszyńskim, ukoronować naszą Matkę.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kto ocalił Solidarność?

2018-05-22 14:58

O postawę Ronalda Reagana wobec stanu wojennego stoczona została w Białym Domu batalia, której cichym bohaterem był nasz dzisiejszy rozmówca, o ktorym w Waszyngtonie mówią, że, ktory uratował „Solidarność”. Większość gabinetu z sekretarzem stanu Alexandrem Haigiem na czele, nie zgadzała się na zdecydowane działania przeciwko polskiemu reżimowi. Sprzeciwiali się europejscy partnerzy USA. Przeciwniczką była nawet... Nancy Reagan.

Archiwum Białego Domu
Prezydent Ronald Reagan i jego doradca Richard Pipes

Z prof. dr. Richardem Pipesem z Harvard University, b. dyrektorem d/s Europy Środkowowschodniej i ZSRR w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego USA rozmawia Waldemar Piasecki

- Panie Profesorze, mija właśnie kolejna rocznica wprowadzenia stanu wojennego. Upływ czasu sprzyja rozmowie o kulisach decyzji podejmowanych w Białym Domu, w których Pan bezpośrednio uczestniczył. Stany Zjednoczone starały się adekwatnie zareagować na bieg wypadków w Polsce, ale wypracowanie decyzji nie było oczywiste. Był Pan wtedy bardzo blisko prezydenta Reagana i miał duży wpływ na kształtowanie jego opinii. Jak do doszło?

- Moja obecność w bliskim otoczeniu prezydenta wynikała z pełnionej w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego funkcji. Wcześniej zaś z udziału w tzw. transition team, ekipie przejmującej Departament Stanu od ekipy Cartera po wyborczym zwycięstwie Reagan. Jeszcze wcześniej, z mego udziału w jego sztabie wyborczym. Merytorycznie, naturalnie wiązało się to także z moją specjalizacją naukową, jaką były od początku mojej kariery akademickiej, sprawy rosyjskie, sowieckie czy ogólniej - związane z całym blokiem komunistycznym. W jakimś stopniu do tego zbliżenia dopomógł fakt, że urlopowany był mój bezpośredni przełożony doradca d/s bezpieczeństwa narodowego Dick Allen, który praktycznie rozstał się z Białym Domem od Dnia Dziękczynienia, czyli od końca listopada 1981 roku. Droga do moich kontaktów z prezydentem, wraz odejściem Allena,uległa radykalnemu skróceniu, a zatem także bliższemu poznaniu.

- Czy miał też znaczenie fakt, że pochodzi Pan z Polski, czyli miejsca akcji ówczesnych dramatycznych wydarzen?

-Tak! To był to niewątpliwie poważny atut. Prezydent uważał mnie za człowieka kompetentnego.

- Podobno wprowadzenie stanu wojennego było dla was zaskoczeniem, mimo że w USA już przebywał pułkownik Ryszard Kukliński?

- Tak było! Sprawę Kuklińskiego CIA chowała. Nawet sekretarz stanu Haig podobno nie wiedział, że ktoś taki istnieje. To jest dla mnie niesamowite! Najprawdopodobniej oni tam, w CIA, doszli do wniosku, że jest niemożliwe, aby Jaruzelski otrzymał od Rosjan wolną rękę w rozwiązywaniu sytuacji w Polsce, czyli m.in. we wprowadzaniu stanu wojennego. Uznając, że informacje Kuklińskiego nie mają znaczenia, nie informowali Rady Bezpieczeństwa Narodowego. To jest niewiarygodnie, ale tak było!

- Co się w takim razie działo w Białym Domu 13 grudnia?

- Już dwunastego, proszę pamiętać o różnicy czasu. Wieczorem zadzwonił telefon i dostałem polecenie jak najszybszego zgłoszenia się w Białym Domu. Poniewaz sprawę określono, jako pilną, pojechałem własnym samochodem nie czekając aż po mnie przyjadą. Od razu udałem się do "situation room". Był tam już m.in. wiceprezydent George Bush, i sztab Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Prezydenta Ronalda Reagana nie było, bo wyjechał na weekend do Camp David. Bush, przy nas, telefonicznie poinformował go o sytuacji w Polsce.

- Co mu powiedział?

- Informacje z natury rzeczy nie mogły być pełne. Przypuszczaliśmy wtedy, że jest to jakaś akcja lokalna, która szybko się zakończy. Dlatego prezydent pozostał w swojej rezydencji do końca weekendu. Sytuacja nie uzasadniała, jego powrotu do Białego Domu.

- Następne dni pokazały jednak, coś innego. Operacja prowadzona była w skali całej Polski...

- Kiedy okazało się, że jest to akcja na dużo większą skalę, prezydent był oburzony i wściekły. Dostałem od niego polecenie napisania mowy, którą następnie wygłosił 17 grudnia 1981 roku. Mieliśmy nadzieję, że po tym stanowczym sygnale z Waszyngtonu, Jaruzelski się wycofa. Po następnych czterech dniach, 21 grudnia odbyło się posiedzenie gabinetu. Reagan wystąpił z bardzo emocjonalnym przemówieniem w którym porównał akcję w Polsce, do akcji Hitlera w Czechosłowacji w 1938 roku. Mówił, że coś trzeba natychmiast zrobić. Okazało się jednak, że prezydent wcale nie ma jednoznacznego poparcia i jest wielu oponentów.

- Oponentów? Dobrze słyszę?

- Tak. Większość gabinetu nie zgadzała się na jakieś zdecydowane działania przeciwko reżimowi polskiemu, w obawie o skutki globalne. Groźne i trudne do przewidzenia.

- O kim mowa?

- Przede wszystkim był to sekretarz stanu Alexander Haig, który wyrażał poglądy naszych europejskich aliantów. Poglądy zaś były takie, że oczywiście szkoda Polski, szkoda "Solidarności", ale nie można przecież ryzykować trzeciej wojny światowej. Coś jakby nawiązanie do "nie będziemy ginąć za Gdańsk" w 1939 roku. Podobne poglądy prezentowała większość gabinetu. Również Nancy Reagan grała w tym swoją rolę.

- Małżonka prezydenta?

- Tak, ona. Bardzo chciała, żeby prezydent był bardziej liberalny, bardziej kompromisowy. Bardzo się starała, żeby takich ludzi jak ja, odsuwać od prezydenta, bo podobno namawiają go do wzniecania konfliktu z Rosją, co doprowadzi w końcu do wojny. Jej opcją był "pragmatyzm", a ci, którzy go prezentowali byli jej sojusznikami.

- W jaki sposób mogła wywierać aż tak duży wpływ prezydenta?

- W taki sposób w jaki to robią żony królów, prezydentów, mężów stanu. To nie były naturalnie jakieś działania w materii polityki bezpośrednio, a w sferze psychologicznej. Nancy Reagan, po prostu, mówiła kto jej się podoba, a kto nie. Kogo uważa za ludzi przyjaznych, a na kogo należy uważać. Urabiała prezydenta. Ona też decydowała kogo się zaprasza na prywatne spotkania w Białym Domu, gdzie naturalnie były poruszane także sprawy polityczne. Ja i moja żona nie byliśmy zapraszani. Pani Reagan uważała, że mam zły wpływ na jej męża.

- Kto, poza Panem, znajdował się w grupie, która opowiadała się za ostrym kursem wobec ekipy Jaruzelskiego?

- Ludzie związani z Ronaldem Reaganem jeszcze w jego kampanii wyborczej. Jane Kirkpatrick, która została jego doradcą do spraw zagranicznych a potem ambasadorem w ONZ, sekretarz obrony Caspar Weinberger, dyrektor CIA Bill Casey i jego ówczesny zastępca d/s wywiadu Robert Gates, dzisiejszy, niedawno nominowany sekretarz obrony.

- Z tej grupy ponad połowa już nie żyje...

- Nawet wiecej niz polowa... Tylko ja i Robert Gates...Bill Casey zmarł w 1987 roku, Ronald Reagan w 2004 roku, a w marcu br. Caspar Weinberger.Jeane Kirkpatrick tak aktywana akademicko i publicystycznie oraz bardzo zaangażowana w walkę przeciw globalnem terrorowi islamskiemu odeszła od nas na zawsze....tydzień temuj. Przed Robertem Gatesem stają wlasnie nowe wyzwania związane z kierownictwem obrony narodowej i misją w Iraku.

- Czy mógłby Pan wymienić co was łączyło wtedy w sensie koncepcyjnym i politycznym?

- Przede wszystkim wspólny stosunek do sowieckiego hegemonizmu oparty na jego dogłębnej znajomości, pozwalającej m.in. na ocenę jak Moskwa może reagowac na naszedecyzje. Prócz mnie, akademicki ‘background’ związany ze studiami sowieckimi miał Casey, Gates wręcz zrobił z tego w 1974 roku doktorat w School of Foreign Service na Georegotowan University, gdzie wykładowcą była Jane Kirkpatrick (notabene także prof. Jan Karski).

- Dlatego udało wam się przekonać prezydenta?

- Przede wszystkim, to nie my musieliśmy przekonywać prezydenta do zmiany zdania, a "pragmatyści". Reagan był sytuacją w Polsce oburzony z moralnego punktu widzenia i nie dawał się nabrać na argumenty "polityczne". Ponadto dysponował wiedzą, że stan wojenny nie przebiega zupełnie niezależnie od Moskwy, a pod jej dyktando. To dodatkowo wzmacniało jego determinację.

- Decydujace okazały się podobno trzy dni przed Wigilią 1981 roku?

- Przełomowe dla wykrystalizowania się stanowiska USA były, w rzeczy samej dni, 21, 22 i 23 grudnia. Prezydent odsunął wtedy praktycznie sekretarza stanu Alexandra Haiga od kierowania polityką zagraniczną i wziął ją w swoje ręce. Wtedy decydowała się sprawa pomocy dla "Solidarności" oraz sankcji wobec Polski i ZSRR.

- Peter Schweizer w książce "Victory" pisał o Pana wystąpieniu na forum Rady Bezpieczeństwa Narodowego, które miało praktycznie przesądzić o losach "Solidarności" i Polski. Podobno gorąco i z pasją namawiał Pan do uratowania "Solidarności" i wprowadzenia sankcji wobec Polski i ZSRR...

- Jest w tym sporo przesady, jakkolwiek pracę Schweizera uważam za wartościową i opartą na źródłach których wiarygodności nie da się podważyć. Może jednak najpierw wyjaśnienie. W Radzie Bezpieczeństwa Narodowego, bezpośredni udział biorą tylko jej członkowie czyli m.in. prezydent, wiceprezydent, sekretarz stanu, sekretarz obrony i inni ministrowie. Najczęściej przewodniczy doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego (National Security Advisor). Tylko oni siedzą przy stole i debatują. Ponadto zapraszani są na posiedzenia specjaliści i eksperci, w zależności od tematyki i potrzeby posiedzenia. Siedzą oni z tyłu za plecami członków Rady, ale bezpośrednio nie uczestniczą w posiedzeniu. Kierowane są do nich pytania lecz nie jest możliwe aby sami z siebie zabierali głos czy przerywali. Taki był właśnie mój udział. Odpowiadałem, proszono mnie o wyjasnienia czy oceny.

- Jaki był Pański bezposredni kontakt z prezydentem?

- Przygotowywałem dla Reagana po kilka memorandum dziennie. Dotyczyły one prognozy sytuacji w Polsce. W nich właśnie formułowałem pogląd, że "Solidarność" nie przestanie istnieć wraz z jej rozwiązaniem, czego najbardziej chciałaby Moskwa, która bała się rozpowszechnienia idei wolnych związków zawodowych na inne kraje bloku i samą Rosję. Wskazywałem, że skoro Polacy potrafili przetrwać 123-letni okres zaborów nie wynarodowiając się i zachowując swoją tożsamość narodową i świadomość historyczną, to podobnie będzie i teraz. Dążenie niepodległościowe, którego wyrazam stała się „Solidarnosć” nie jest możliwe do wyeliminowania. Trzeba zatem, na ile tylko możliwe, dopomóc Polakom w zachowaniu "Solidarności" i jej idei. Generalnie starałem się przekonać, że leży to w interesie Stanów Zjednoczonych. Te moje memoranda, jak się okazuje, wywarły istotny wpływ na prezydenta i Radę. Zapewne podobny wpływ miały moje osobiste rozmowy z prezydentem, dla którego było istotne moje polskie pochodzenie i znajomość ZSRR oraz generalnie Wschodniej Europy.

- Jaką argumentację przeciwstawiali Pańskiemu tokowi rozumowania „pragmatycy”?

- Departament Stanu twierdził, że Polska jest skończona, nie ma o czym mówić i wszelka pomoc dla "Solidarności", to będą wyrzucone pieniądze, a dodatkowo spowoduje to zlość i gniew Rosjan. Departament namawiał więc prezydenta do porzucenia Polski tak jak Czechosłowacji w 1968 roku.

- Jakie były reakcje Europy Zachodniej na polityczny kurs Waszyngtonu wobec stan wojennego? Rozumiem, że śledzone to było uwaznie i na bieżąco...

- Musieliśmy toczyć z naszymi europejskimi sojusznikami walkę, ale w końcu zaakceptowali nasz kierunek. W większości oni byli zadowoleni z tego, co się stało w Polsce. Bali się, że w Polsce wybuchnie jakiś konflikt zbrojny i Rosjanie będą zmuszeni wkroczyć, a wtedy nie wiadomo, co się stanie. Im nie było zatem bardzo nieprzyjemnie, że w Polsce jest stan wojenny. Mieliśmy więc z nimi problemy. Niestety Departament Stanu ich wspierał i wręcz reprezentował. Na szczęście był w Białym Domu Ronald Reagan i to on podejmował ostateczne decyzje.

- Jak był więc Reagana przez waszych sojuszników europejskich?

- Generalnie oceniali oni Reagana jako człowieka mało realistycznego i "cold wariera". Uważali, że nie jest zdolny do prowadzenia Zachodu i NATO. To nastawienie uległo radykalnej zmianie po dojściu do władzy Gorbaczowa i po spotkaniu z nim Reagana w Genewie. W jego wyniku wobec Rosji nastąpiła zmiana polityki. Zmiana nie nastąpiła jednak, bo to Reagan zmienił kurs, ale dlatego, że to w Rosji wyłonił się ktoś, z kim można było poważnie prowadzić politykę odprężenia.

- Po ostatecznym postawieniu w Waszyngtonie na ocalenie "Solidarności" i jej idei, do Polski popłynęła pomoc finansowa, szkoleniowa, w sprzęcie i informacjach niezbędnych do funkcjonowania opozycji. Konkretne dane o tym podane przez Petera Schweizera napotkały w Polsce protesty samych... odbiorców tej pomocy. Czy na podstawie Pana wiedzy, książkę "Victory" można zdyskwalifikować, uznac za niewiarygodną?

- Książkę "Victory" uważam za poważną i wiarygodną. Moim zdaniem, nie ma co zaprzeczać pomocy, która była oczywista. Mam nadzieję, że dziś tego już nie robi, a być może robił, kiedy władzę miał miniony rezim. Sam uczestniczyłem w spotkaniach na temat tej pomocy, jej wielkości i formy. Padały tam naprawdę bardzo konkretne kwoty.

- Plan pomocy Waszyngtonu dla "Solidarności" był częścią zakrojonego na znacznie większą skalę strategicznego programu złamania ZSRR powstającego przy niemałym Pana udziale. Na czym generalnie polegał ten plan?

- Były cztery elementy tego programu. Po pierwsze, unimożliwienie wygrania przez ZSRR wojny w Afganistanie, z wszelkimi tego konsekwencjami: politycznymi, prestiżowymi, ekonomicznymi. Po drugie, deregulacja rynku paliw, poprzez obniżenie cen ropy w wyniku zwiększonego wydobycia przez Arabię Saudyjską, i wywołanie tym strat ZSRR na eksporcie ich ropy oraz maksymalne utrudnienie budowy gazociągu z Syberii do Europy i planowanych stąd zysków. Po trzecie, embargo na sprzedawanie Rosji nowoczesnych technologii. Po czwarte, zapewnienie przetrwania masowego ruchu antykomunistycznego w Polsce. Szczęśliwie każdy z punktów udało się zrealizować. Miały one istotnie duży wpływ na przełomowe zmiany w ZSRR, które doprowadziły do rozpadu tego imperium.

- Czy czuje się Pan "cichym bohaterem" obalenia komunizmu?

- Nie. Prawdziwymi bohaterami tego procesu byli tacy ludzie, jak Sacharow w Rosji, Havel w Czechosłowacji czy Michnik i Kuroń w Polsce. Ich odwaga miała zupełnie inny charakter, niż moje sprzeciwienie się niemądrej i niemoralnej polityce ugodowności wobec Moskwy. Różnica jest taka, że oni mogli stracić życie, a ja tylko posadę.

- Znalazł się Pan w odpowiednim czasie, w odpowiednim miejscu?

- Można tak powiedzieć...

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 5/6 2018

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem